Magdalena Zawadzka: "On zawsze jest ze mną"

02.07.2008

Byli małżeństwem 35 lat. Gustaw Holoubek odszedł cztery miesiące temu. „Wiesz, może to dziwne, ale ja nigdy nie myślałam, że on może naprawdę umrzeć”, mówi Magdalena Zawadzka.

Gustaw Holoubek, Magdalena Zawadzka

Magdalena Zawadzka i Gustaw Holoubek

fot. ONS

– Bardzo smaczne ciasteczka…
Magdalena Zawadzka:
A wiesz, jak się nazywają? Magusie. Koleżanka mi je kupiła właśnie dlatego. Bo Gucio przez ostatnich 20 lat tak do mnie mówił: „Magusia”. Gdy słyszałam „Magda”, wiedziałam, że zwraca się do mnie oficjalnie.

– Bo coś było nie tak?
Magdalena Zawadzka:
Czasami, ale krótko i niegroźnie. W domu to byliśmy Magusia, Gucieniek i Jasiulek. Taka wesoła trójka. I ja to chciałabym podkreślić, że towarzyszyła nam zawsze pogoda ducha. Niekoniecznie nieustanna radość i śmiech, lecz nie byliśmy jakimś smutnym, zasadniczym małżeństwem.

– Poczucie humoru Gustawa było powszechnie znane.
Magdalena Zawadzka:
Wszystko potrafił sprowadzić do właściwych proporcji. Może nie filozofował zbyt serio, ale bardzo cenił stoicyzm. Uważał, że nie należy za bardzo pogrążać się w rozpaczy ani szaleć ze szczęścia, bo to wszystko mija. Są w życiu fale dobre i fale złe. Ja natomiast  jestem niepoprawną optymistką, nawet gdy okoliczności skłaniają do pesymizmu.

– Twojego męża też odbierałam jako optymistę.
Magdalena Zawadzka:
Był nim, ale często obcował z malkontentami. Swoją pogodą ducha rozbrajał ich i nastawiał przyjaźnie do świata. Dobraliśmy się idealnie, bo nadawaliśmy i odbieraliśmy na tych samych falach. To samo nas bawiło. To samo smuciło. Pielęgnowaliśmy razem trzy cudy: wiarę, nadzieję i miłość.

– Pamiętam z jednej z naszych rozmów, że na początku przerażał Cię swoim dostojeństwem, erudycją. Uciekałaś przed jego adoracją?
Magdalena Zawadzka:
Bez przesady, wcale mnie nie przerażał, raczej onieśmielał swoją wielką osobowością. Ponadto obawiałam się konsekwencji. Nie chciałam brnąć w tę znajomość, bo czułam, że rodzi się między nami coś poważnego. Z początku nie patrzyłam na niego jak na mężczyznę, tylko jak na wybitnego artystę i kolegę z pracy.

– Był już legendą?
Magdalena Zawadzka:
Niewątpliwie był, ale często legenda nijak się ma do człowieczeństwa, dla którego mam największy szacunek. I właśnie Gustaw na próbach sztuki „Życie jest snem” Calderona, o czym wielokrotnie już wspominałam, objawił mi się jako cudowny człowiek. To, że zwrócił na mnie swoją uwagę, bardzo mi pochlebiało, ale naprawdę nie chciałam kłopotów ani komplikacji, jakie mogły tego z powodu wyniknąć.

– Młoda dziewczyna i dojrzały mężczyzna?
Magdalena Zawadzka:
Nie o to chodzi. Oboje byliśmy w związkach małżeńskich. Pierwszy raz wyszłam za mąż młodo, mając 19 lat. Gustaw był już powtórnie żonaty. Gdy koledzy poinformowali mnie o zainteresowaniu Gustawa moją osobą, dopiero wtedy tak naprawdę je zobaczyłam. Nigdy nie należałam do kobiet, które zabiegają o względy mężczyzn. To mężczyznom zostawiam przywilej zdobywania mnie. I Gustaw w piękny rycerski sposób rozpoczął „walkę” o moją miłość.

Oceń 4,94 / 132 głosów
Wyślij znajomym Wyślij znajomym
Drukuj Drukuj
Redakcja poleca
Wypowiedz się!
Nick:
Opinia: