Wywiad z Piotrem Roguckim w Vivie!

Piotr Rogucki fot. Viva!
Szczera rozmowa z jurorem "Must be the music" w "Vivie!"
/ 13.05.2014 07:05
Piotr Rogucki fot. Viva!

Piotr Rogucki wymyka się łatwej klasyfikacji. Jest aktorem i muzykiem. W każdej z tych ról jest zupełnie inny. Kiedy śpiewa mroczne teksty Comy, w niczym nie przypomina znanego z seriali wąsatego dżentelmena, który zza jurorskiego stołu w „Must be the music” komplementuje urodę uczestniczek. Przychodzi na wywiad i częstuje mnie… czekoladą. Dziwna pasja jak na muzyka rockowego. Ale u niego nic nie jest oczywiste.

– Miałeś być elektrykiem, potem aktorem. Zostałeś rockmanem i celebrytą. Wygląda na to, że sukcesy odnosisz nie tam, gdzie planowałeś.
To dlatego, że mam dysleksję. Ponieważ popełniałem bardzo dużo błędów w wypracowaniach, pani w podstawówce dała mi taką radę: „Piotrek, rób zawsze odwrotnie, niż myślisz i wtedy będzie dobrze”. To się przekłada też na życie. Ale generalnie krok po kroku te plany, które chciałem zrealizować, realizuję.

– Rodzice nalegali, żebyś miał porządny zawód?
To nie była kwestia nalegania, ale takiej mocnej sugestii. Miałem duże zdolności techniczne, konstruowałem sobie w domu różne elektryczne instalacje. Oprócz tych zamiłowań miałem mnóstwo innych, ale te były dla moich rodziców najbardziej przyswajalne. Poza tym wywodziłem się z rodziny, w której nie ma żadnych artystów. Moja mama pracowała w księgowości, a tata jest kierowcą TIR-a. Miałem iść do liceum plastycznego. Poszedłem do technikum elektrycznego, bo chcieli tego rodzice.

– A Ty byłeś takim grzecznym chłopcem, że na wszystko się zgadzałeś!
Nie mogłem iść do szkoły bez wsparcia rodziców, bo tam potrzebna była też ich kasa. Nie byłem buntownikiem, a poza tym, pochodząc z rodziny, w której nie było tradycji artystycznych, sam nie byłem pewien, czy to jest dla mnie dobry kierunek. Poszedłem w stronę sztuki dlatego, że nienawidziłem technikum.

– A czego konkretnie nienawidziłeś?
To było takie technikum, że kiedy pojawiała się w nim dziewczyna, to na drugim piętrze za zakrętem wiadomo było, że ona jest na parterze, bo przez
wszystkie korytarze niosło się takie „Uuuuuuuu…”. Jak w zoo. Uczyli się tam sami faceci, przyszli właściciele małych warsztatów naprawy pralek i lodówek. Koszmar. Ale byli tam też ludzie, którzy mi pomagali. Na przykład pani profesor od polskiego, która odkryła mój talent recytatorski. Zdobyłem pierwszą nagrodę na konkursie im. Józefa Piłsudskiego!

– Wprawiłeś jurorów w zachwyt?
Myślę, że to był poziom nadzwyczajny, jeśli chodzi o ten konkurs. Natomiast inaczej to wyglądało, kiedy pojawiłem się już wśród profesjonalistów na drugim konkursie. Występowały tam dzieciaki, które miały plany związane ze szkołą aktorską. Konkurs nazywał się „Sacrum w literaturze”. Wygłosiłem wiersz, a jury orzekło, że to nie jest sacrum, tylko profanum.

– Ale nie zraziło Cię to?
Nie. Byłem mocno doświadczany podczas takich konkursów, czasem w sposób bardzo nieprzyjemny, ale nadal chciałem być na scenie.

– Czyli teraz, kiedy sam jesteś jurorem w „Must be the music”, to wiesz, jak to jest, kiedy staje się przed jury?
O tak. Absolutnie zdaję sobie z tego sprawę. Samo ocenianie też nie jest łatwe. Ale czuję, że w tym momencie mojego życia decyzja o udziale w „Must be the music” jest uczciwą decyzją. Gdy proponowano mi to trzy lata temu, nie byłem gotowy. Ja jestem człowiekiem, który nie wychyla się przed szereg bez podstaw ku temu. Nie robię skoków gwiazdorskich.


– Długo dojrzewasz. Twoja droga do szkoły aktorskiej też była wyboista.
Postanowiłem zdawać do szkoły filmowej w Łodzi. Stałem pod budynkiem i nie poszedłem na pierwszy etap. Bałem się, że nie dam rady. Dostałem się wtedy na studia zaoczne i pracowałem jako stróż nocny w Muzeum Historii Miasta Łodzi. Sypiałem pod Witkacym i Makowskim na skrzyni dębowej. Nade mną wisiały ich obrazy. To był doskonały czas.

– A potem znów zdawałeś do szkoły aktorskiej…
Do szkoły aktorskiej zdawałem regularnie. Dostałem się za piątym razem, do Krakowa.

– Pamiętasz, co Ci mówiła komisja?
Najbardziej przykre było to, że ta komisja w ogóle nie wyrażała na mój temat opinii.

– I nigdy się nie dowiedziałeś, dlaczego Cię nie przyjęli?
Nigdy. Raz usłyszałem sugestie gdzieś na korytarzu, że wymowa, że źle się uśmiecham. Ćwiczyłem bardzo mocno cały rok z korkiem w ustach, wyrobiłem sobie takie mięśnie, że hej. Spiłowałem sobie kły górne, bo miałem znacznie dłuższe, co, jak uznał jeden z dentystów, może być przyczyną wady wymowy. Podciąłem sobie wędzidełko w górnej wardze, bo było bardzo rozbudowane. Miałem taką charakterystyczną diastemę, która się później zrosła. Nie była taka duża, jak u Karolaka, ale była widoczna. Robiłem wszystko, żeby się do tej szkoły dostać.

– W międzyczasie zacząłeś śpiewać i odnosić sukcesy.
Tak. Brałem udział w konkursach poezji śpiewanej. I zaczął się zespół. Robiłem wszystko, żeby spędzać czas na scenie. Ale to była żmudna praca. Cztery lata startowałem w konkursach, zanim zacząłem zdobywać wyróżnienia.

– Co się wydarzyło za tym piątym razem?
Może nie tak bardzo mi zależało? Jak komuś na czymś za bardzo zależy, zwykle tego nie dostaje. Tak samo było w przypadku Comy. Pięć lat staraliśmy się o wydanie albumu. Kiedy już stwierdziliśmy, że rozwiązujemy zespół, na ostatni koncert przyszli przedstawiciele trzech wytwórni. I dwa miesiące później zadzwonili, że wydają nam płytę. Było to w tym samym roku, kiedy dostałem się do szkoły aktorskiej i było mi już wszystko jedno.

– Skończyłeś tę szkołę?
Zrobiłem dyplom „Wieczór Trzech Króli” z profesorem Jerzym Stuhrem, ale nie dopuszczono mnie do magisterki. Niektórzy profesorowie za mną nie przepadali, bo po pierwszym roku wziąłem urlop i grałem w teatrze TR u Grzegorza Jarzyny. Nie bardzo się to podobało. Zdarzyły się nawet wątpliwe moralnie propozycje: „Chętnie panu zaliczę przedmiot, jak mi pan załatwi pracę w Warszawie…”.

– Nie skorzystałeś.
Nie miałem takiej mocy sprawczej. Natomiast bardzo miło zostałem potraktowany przez profesora Jerzego Stuhra. Stał się dla mnie prawdziwym autorytetem i ocenił na piątkę z plusem. Tak, że w pewien sposób tę szkołę skończyłem.

– Powiedziałeś kiedyś, że masz nadzieję, że nie będziesz zmuszony grać w telenowelach. Uważasz, że zagranie w telenoweli, która jest bardzo popularna i którą ludzie uwielbiają, to jest jakiś rodzaj obciachu?
Nie. Chodzi o uwiązanie. Ludzie cię utożsamiają z jednym bohaterem. I to już nie jest Piotr Rogucki, tylko na przykład Rysiek z „Klanu”. Jest to też łatwa droga, żeby sobie funkcjonować jako aktor, ale niesie zbyt wiele zagrożeń, a poza tym ja mam po prostu inne ambicje.

– Odrzucałeś takie propozycje?
Tak. Miałem kilka takich propozycji i zrezygnowałem z nich.

– Propozycję wzięcia udziału w „Must be the music” też kiedyś odrzuciłeś.
Mówiłem już, że nie czułem się gotowy, a poza tym wtedy uważałem, że te programy nie są uczciwe.

– Dlaczego?
Uważałem, że to droga na skróty do osiągnięcia sławy i kariery.

– A rzeczywiście tak jest?
Dla niektórych tak i niektórzy z takim przeświadczeniem tam przychodzą. Ale zauważyłem, że część uczestników zdaje sobie sprawę, że najważniejsze jest to, co ze sobą przyniosą – muzyka i twórczość. A program to tylko potwierdzenie ich wartości i sposób rozpowszechnienia swojego dzieła. Takich uczestników najbardziej szanuję.

– Dużo jest takich ludzi?
Sporo. Ale jest też duża grupa ludzi, którzy myślą, że przychodząc do tego programu, od razu staną się znani i bogaci, albo że ktoś ich odkryje i zrobi z nich gwiazdy. A gwiazdę z siebie trzeba zrobić samemu. Ciężką pracą. To nigdzie nie funkcjonuje inaczej. Celebryci, którzy wykorzystują sezonowy sukces, to są bardzo nieszczęśliwi ludzie.

– Nieszczęśliwi? Dlaczego?
Dlatego, że muszą się starać kreować rzeczywistość wokół pustki. Za ich popularnością nie stoi nic. Żadna treść. A na dłuższą metę tylko treść daje siłę. Bez względu na to, jak bardzo obrazisz koleżankę czy jak bardzo obnażysz tę czy inną część ciała, nikt nie będzie o tobie pamiętał, jeśli nie stworzysz dzieła, które będzie za tobą stało.

– Ale podobno „Trzeba wiedzieć, jak pokazać dupę, dobrze użyta gwarantuje sukces” – tak śpiewasz w piosence „Sopot”.
Tak, ale sukces poprzez pokazywanie dupy jest sukcesem krótkotrwałym (śmiech).

– Po niezbyt udanym występie 20-letniej uczestniczki jurorzy mówili, że późno zaczyna. Powiedziałeś wtedy: „Halo, tu jest kraj Polska, tu się nie zaczyna kariery w wieku 16 lat”. Twoja droga też była długa. Chcesz teraz pomóc tym ludziom?
Jak najbardziej. Jestem bardzo empatyczny. Czasem mam problem z tym, żeby powiedzieć przykrą prawdę. Najważniejsze jest, dla wszystkich jurorów, żeby nie zniechęcać.

– Wystąpiłbyś jako uczestnik w „Must be the music”?
Jeżeli miałbym debiutować z zespołem, to chciałbym właśnie w tym programie. Nie musiałbym wtedy czekać pięć lat na wydanie pierwszego albumu. Zresztą miałem propozycje zostania jurorem z innych programów, wybrałem ten, bo jest najbardziej wiarygodny. Wykonawcy mają największą swobodę, także po zdobyciu głównej nagrody. Podpisuję się rękami i nogami pod jego uczciwością. Tu nic nie jest reżyserowane. Tylko zespoły decydują o tym, czy jest dobrze, czy źle. No i wrażliwość jurorów. Bo okazuje się na przykład, że Kora potrafi z ludzi wyciągać takie rzeczy, które dla mnie były ukryte. Ona jest doskonałym psychologiem, ma szósty zmysł.

– Kora jest bardzo ostrym jurorem.
Ale ma do tego prawo. A jeśli ktoś ma talent, ona na pewno to zauważy. Jest bardzo przenikliwa. Tak jakby wiedziała o człowieku znacznie więcej, niż on by chciał, żeby wiedziała.

– Jesteście nie tylko jurorami. Musicie też dbać, żeby widzowie dobrze się bawili?
To jest show telewizyjny. Jeśli na scenie jest nudno, jury bierze na siebie odpowiedzialność za działania rozrywkowe. Wypuszczenie dalej zespołów, które kładą nacisk na rozrywkę, a nie na wyraz artystyczny, bo przynieśli mnóstwo radości i zrobili fajny wygłup, jest również ważne.

– Jednak są uczestnicy, którzy naprawdę nie mają talentu.
To jest najgorszy przypadek. Ci, którzy myślą, że są zdolni, a tak naprawdę są beznadziejni. Staram się być obiektywny. Nie chodzi o to, żeby sprawić komuś przykrość. Dlatego tak długo zastanawiałem się, czy jestem kompetentnym człowiekiem, żeby oceniać ludzi. Ja się nie czuję autorytetem.

– Ale dla wielu nim jesteś. W internetowych komentarzach przeczytałam, że Comy się nie słucha, Comę się wyznaje.
Takie podejście jest nierozsądne.

– A jak ci „wyznawcy” Cię oceniają?
Ja się strasznie cieszę, że biorę udział w tym programie. I nie zmieni tego negatywna opinia części fanów Comy. Rozumiem ich, ale nie popieram ich myślenia. Ci najbardziej obrażeni wywodzą się z nurtu konserwatywnego rocka i takiej mentalności, że cały system jest zły i wszyscy chcą ich oszukać. Ja uważam, że można wejść w ten system jak kapitan Kloss i spróbować nadać mu odrobinę wartości. To jest moje zadanie. Ja nie odżegnuję się od swojej przeszłości, jak to zrobiła na przykład Agnieszka Chylińska. Kiedy została jurorką w show, zmieniła też kompletnie styl muzyczny i ogłosiła, że to, co robiła do tej pory, było złe: „To nie ja, odcinam się od tego, nie wiem, kim byłam, teraz jestem prawdziwą sobą”. Ja nadal reprezentuję stare wartości, swoich fanów, tych ludzi, którzy uwierzyli w Comę na samym początku. Rozsądni cieszą się, że mają w mediach swojego emisariusza. Za tą niechęcią jest jeszcze coś innego – najbardziej dręczący dla ludzi w Polsce jest temat finansowy. Że się sprzedałem. Ale ja się nie sprzedałem, po prostu dostałem pracę w telewizji. Czy to jest powód do pisania inwektyw?

– To jeśli nie kasa, to parcie na szkło. Masz parcie na szkło?
Nie jestem świętym, który się żywi wzniosłymi ideami. Zrobiłem to również dla kasy i ze względu na parcie na szkło (śmiech). Ale dlaczego muzykom odmawia się prawa do zarabiania? Dzięki pieniądzom, które zarobię w tym programie, nie będę musiał grać 150 koncertów w roku i znajdę czas i siły na realizację nowych, ambitnych projektów. To jest praca jak każda inna.

– A twoja żona pracuje?
Tak. Jest lekarzem radiologiem, doktorem nauk medycznych.

– To musi być fajny związek – doktor nauk medycznych i artysta.
Nie jestem typowym artystą, skoncentrowanym tylko na sobie. Moja rodzina to moja enklawa. A poza tym jestem dobrze zorganizowanym człowiekiem. Potrafię połączyć pracę i życie rodzinne. Jak jestem w domu, zajmuję się córką. Tak naprawdę sobą zajmuję się tylko wtedy, kiedy mała pójdzie spać albo jak jest babcia.

– Kąpanie, przewijanie…
Uwielbiam! Obiadków gotowanie i tak dalej. Na spacerki chodzimy, robimy babki. U nas nie ma takiego podziału, że ja mniej rzeczy robię niż moja żona. Dzielimy się obowiązkami dotyczącymi gotowania, sprzątania, zarabiania na dom, wychowania. Po prostu ja wykonuję zawód taki, a ona taki. Czasem ona wyjeżdża na szkolenia do Lublina czy Londynu, a ja zostaję z małą. A w następnym tygodniu ja mam trzy koncerty. To wszystko jest do pogodzenia.

– Jak żona przyjmuje ten nagły wybuch Twojej popularności?
Ma pewne obawy. Bo są różne sytuacje. W zeszłym tygodniu spotkałem dzieciaki w piaskownicy i one zaczęły mi robić zdjęcia i mówić: „Jeśli pan nam nie powie, czy pan to pan, to za chwileczkę zadzwonimy do dziennikarzy i powiemy, że pan tutaj jest ze swoją córeczką”.

– I co zrobiłeś?
Poszedłem z tego placu i już nie będę się mógł tam bawić z córką, bo te dzieciaki mnie tak osaczyły. Takie nam społeczeństwo wyrosło (śmiech). Nie mam wiele do ukrycia, nie mam rzeczy, które byłyby nad wyraz wstydliwe, ale nie chciałbym, żeby ktoś robił zdjęcia moim dzieciom. Moje życie się zmieniło.

– Zdecydowałeś się na to.
To była świadoma decyzja. Lepiej być aktorem, którego pokazują w telewizji, niż takim, którego nikt nie zna. Łatwiej wtedy dostać pracę. I mając zabezpieczenie w postaci pracy, łatwiej jest robić rzeczy ambitne.

– Na razie za Tobą dopiero kilka odcinków…
To już jest inne życie. Zaraz po pierwszym odcinku ludzie na ulicy zaczęli oglądać się za mną na skalę masową. Wymierne korzyści są takie, że zrobiło się bardzo ciekawie. Zobaczymy, co przyniosą te inspirujące okoliczności.

Rozmawiała Katarzyna Sielicka
Zdjęcia Bartek Wieczorek/LAF AM
Stylizacja Kasia Łaszcz
Makijaż, fryzury Aneta Kostrzewa/I Like Photo
Scenografia Witalis
Produkcja sesji Piotr Wojtasik
Za pomoc w realizacji sesji redakcja dziękuje Bistro Pigalle, ul. Hoża 41, Warszawa
oraz www.cremecycles.com.

Redakcja poleca

REKLAMA