POLECAMY

Marek Dyjak: Trzeciego dnia zmartwychwstałem - wywiad

Tak szczerej rozmowy jeszcze nie czytałyście

Marek Dyjak: Trzeciego dnia zmartwychwstałem - wywiad

Siedzimy w kawiarni na Saskiej Kępie. Dyjak, jak zawsze, w czarnym garniturze. „Taki garnitur jest bardzo praktyczny, od razu można mnie w nim pochować”, żartuje. Zamawia trzy razy z rzędu colę, wódki już nie pije. Dziwi go szum medialny wokół niego, choć jego CV to gotowy scenariusz na film. Skończył zawodówkę i miał być hydraulikiem, ale przez przypadek został muzykiem. Kiedy śpiewa, ciarki przechodzą po plecach. Według Elżbiety Zapendowskiej, krytyka muzycznego, to najbardziej prawdziwy głos na polskiej scenie. Głos na granicy krzyku i rozpaczy. Nagrał 10 płyt, nie lubi jednak mówić o sobie „artysta”. Raczej „tułacz”. Był bezdomnym, był alkoholikiem i jechał po bandzie. Aż dotarł do końca drogi. „Wróciłem z piekła”, mówi.

– „Niespełna 40-letni, znerwicowany, od lat nieułożony z życiem”. Wiesz, o kim tak piszą?
Chyba o mnie (śmiech). Mam prawie 40 lat. A znerwicowany mocno, to fakt, bo choroba, na którą cierpię, to życie w bólu. Jestem niepijącym alkoholikiem. Ratuję się lekami, jest coraz lepiej.

– W Opolu zebrałeś gorące brawa, śpiewając stary szlagier Fogga „To ostatnia niedziela”. Niebawem w księgarniach pojawi się Twoja fascynująca autobiografia – ku uciesze licznych fanów. Jak się czujesz jako gość, który zaczął robić karierę?
Nie wiem, czy to jest jakaś kariera. Bywały momenty, że mogłem wskoczyć na ten „artystyczny świecznik”. Wolałem jednak iść własną drogą, co nie zawsze było łatwe. Jestem facetem, któremu zaczęło się wieść, jak przestał o to zabiegać…

– Twój profil na Facebooku śledzi mnóstwo ludzi. Sam go prowadzisz?
Nie. Robi to za mnie mój menedżer. Nie korzystam z Internetu, nie mam komputera, zielony dowód osobisty całkiem niedawno wymieniłem na plastikowy. I niedawno z trudem nauczyłem się obsługiwać komórkę (śmiech).

– Jak ktoś taki trafił do show-biznesu?
Sam się dziwię. Po prostu mam szczęście spotykać odpowiednich ludzi w odpowiednim czasie.

– Porównują Cię z Ryśkiem Riedlem i nazywają polskim Tomem Waitsem, od czego się odżegnujesz. A Twoi kumple mówią: „Dyjak to Dyjak. Mocnym głosem śpiewa równie mocne utwory, w których jest krew, żółć i łzy”.
Myślę, że mam odwagę publicznie wyrażać swoje uczucia, kiedy śpiewam. To przeważnie są ballady o miłości i moje fado, przepełnione smutkiem, tęsknotą, melancholią. Jestem w tych piosenkach słabym, niespełnionym mężczyzną, bo takie jest moje życie. Smutek i rozpacz to moi nieodłączni kumple.

– Nauczyłeś się już cieszyć?
Odkąd przestałem pić, wszystkiego musiałem się nauczyć. Szanowania ludzi, przyjaźni. Niektóre rzeczy, jak miłość do matki, szacunek do nielicznych przyjaciół i wiarę w Boga, miałem zawsze. Ostatecznie to przed nim człowiek rozlicza się z całego życia.  

– I co powiedziałeś Panu Bogu?
Przekląłem go kiedyś.

– A poprawę obiecałeś?
Nic nie obiecałem, bo znam siebie. Ale od kilku lat ciężko pracuję nad tym, żeby zmienić się w lepszego człowieka. Bardzo wcześnie wiedziałem, że mam chorobę alkoholową, i nawet specjalnie tego nie ukrywałem. Mówiłem, że jestem menelem, zapijałem się na śmierć. Trzeba umieć odpuszczać, ja nie umiałem.

– W końcu „menel” przylgnął do Ciebie, aż ciężko to teraz odkręcić.
I dobrze. Jest Superman, Batman, jest też menel. To mnie bawi, bo daje poczucie bycia w opozycji do wszechobecnego blichtru. A ja czuję się nieswojo w takich klimatach.  

– Długo piłeś?
Przez 13 lat nie trzeźwiałem w ogóle. Są zawodowcy, którzy przypłacili to śmiercią. Byłem pazerny na życie i pazerka mnie zgubiła. Naprawdę, wyszedłem z tego prawie bez szwanku. Przestałem pić, mając 33 lata.

– Ile detoksów zaliczyłeś?
Może 23, może więcej.

– Dostałeś wycisk?
Nie, sam pukałem do bram Jerozolimy, żeby się oczyścić. Ale była to moja ściana płaczu – znów wracałem do nałogu. Piłem, śpiewałem, znów piłem…

– Jan Wołek powiedział, że na rynku papierowych supermanów jesteś zjawiskiem. Chciał Ci pomóc, w końcu odpuścił. Bo jak pomóc komuś, kto balansuje na krawędzi samounicestwienia?
Rzeczywiście, spacerowałem za szybą sklepów, za którą była śmierć. Wiele razy tak było, nie tylko wtedy, jak miałem wypadek. Często mi się zdarza tak z losem zagrać, że śmierć jest blisko. To mnie nie przeraża.

– Co Ci strzeliło do głowy, żeby się powiesić?
To samo, co wszystkim, którzy chcieli ze sobą skończyć.

– Zrobiłeś to profesjonalnie, na lince od holowania, żeby nikt nie odciął?
Zobacz, jaką mam szyję.

– Grubą.
No właśnie. Gdyby to była struna od fortepianu, to może nie byłoby tej rozmowy. Janusz Palikot napisał mi w swojej książce, którą mi ofiarował, że śmierć niczego nie zmienia. Miał w tym sporo racji.

– Stwierdzono zgon, ale uratował Cię pęcherzyk powietrza w tchawicy dotleniający mózg. Długo wisiałeś na tym drzewie?
Nie wiem, jak to dokładnie było, zapadłem w śpiączkę.

– Nikt z bliskich nie powiedział Ci, że jesteś cholernym egoistą?
Chorobę alkoholową cechuje silny egoizm. Ale niektórymi spostrzeżeniami nie chcę się dzielić, bo trudno mi o tym mówić. Jedyne, co mogę powiedzieć, że trzeciego dnia zmartwychwstałem, i nie było to niebo.


– A ludzie, którzy wrócili z „tamtej strony”, mówią, że tam jest pięknie.
W takim razie nie jestem człowiekiem, jak tam jest pięknie. Byłem w miejscu straszniejszym od straszniejszych, gorszym od obozu koncentracyjnego, w czerni, strachu, który non stop pamiętam. Ale po tym wróciła mi chęć życia. Bo życie, które prowadziłem wcześniej, doprowadziło mnie na dno piekła.

– Trzeba zejść aż do piekła, żeby się nawrócić?
Nie nawracałem się, zawsze wierzyłem w tego samego Boga. Mój Bóg nie mieszka ani w kościele, ani w synagodze, ani w meczecie. Jest wszędzie. Ale myślę, że trudniej być dobrym żydem czy dobrym chrześcijaninem niż najlepszym piłkarzem w świecie. Zmagania wewnętrzne, dające w końcu dobro, są najtrudniejsze. Kim naprawdę jest święty człowiek? To taki, który urodził się zły, ale w wyniku wewnętrznej walki stał się dobry. Moja mama zaś urodziła się mądra i święta. Była zawsze uczciwym człowiekiem.  

– Ale jak powiedziałeś w telewizji, że Matka Boska nie jest dla Ciebie tak ważna, jak Twoja matka, to się obraziła?
Tak, bo kłóciło się to z jej głęboką wiarą. Ale nie zmienię tego zdania, nikt na świecie nie dał mi tyle miłości, co ona. Jako pracownik socjalny opiekowała się ludźmi chorymi, którzy odchodzili. A w czerwcu tego roku sama odeszła. Myślę, że dostrzegła moją przemianę, dlatego przed śmiercią zostawiła mi list, w którym prosi, abym dbał o dom i opiekował się siostrami.

– Ojciec też dla Ciebie był ważny?
Miałem z nim marne relacje. Bardzo wcześnie od nas odszedł, więc mama wychowywała nas sama. Jakoś to przeżyłem. Sam nie jestem czynnym ojcem, nie wychowuję córki, więc nie chcę być hipokrytą. Nawet nie chcę być katolikiem w tym kraju. Nigdy nie chciałem mieć ani swojego domu, ani swojej partii. Jedyna organizacja, do której należę, to Polski Związek Wędkarski. Urodziłem się donkiszotem i zawsze szukałem swoich wiatraków. Chciałem walczyć z całym złem. Brzydziłem się kurewstwem tego świata. Dziś modne jest być dziwkarzem, co mnie bardzo dziwi.

– Kiedy grywałeś w barach na warszawskiej Pradze, wytatuowałeś sobie na ramieniu gwiazdę Dawida. Nie bałeś się paradować z nią po Brzeskiej i Ząbkowskiej, gdzie mury oblepiały napisy „Jude raus!”?
Jedna bójka więcej, jedna mniej, jaka to różnica? Mam pokazać moje plecy, które wyglądają jak powierzchnia Księżyca, bo byłem tak pocięty? Co najśmieszniejsze, większość bójek była na moje własne życzenie.

– Chciałbyś teraz, jak prawdziwy mężczyzna, zbudować dom, posadzić drzewo i spłodzić syna?
Nie, żadnych drzewek! Już mówiłem, że prawdziwy mężczyzna to taki, który ścina drzewo, burzy dom i zabija jedynego syna. Wszyscy bohaterowie świata, nie wyłączając Hitlera, to byli kolesie, którzy burzyli domy, mordowali synów i ścinali drzewa czołgami. To byli zbóje. Wystarczy nawet popatrzeć na Polskę. Naprawdę lepiej w tym kraju być menelem niż bohaterem.

– A Ty się choć trochę lubisz?
Czasami się lubię, ale mam w sobie tak dużo złych cech, że błagam cię, pozwól mi jeszcze za tą firanką stać… Nie podchodzę w ogóle do lustra, bo jak patrzę na ten kartoflany ryj, płakać mi się chce. Od dziecka wyglądałem źle.

– Ale podobasz się kobietom. Co tak na nie działa?
Nie wiem, czy się im podobam. Pierwszy raz w trzeźwości jestem w związku z kobietą. Może dojrzewam, cholera wie.

– Jak oglądasz się wstecz, nie żal Ci, że tak skopałeś życie?
Jak skopałem życie? Przeczytałem w encyklopedii, że zagrałem w filmie, skomponowałem muzykę do wielu świetnych sztuk, takich jak „Mistrz i Małgorzata”, „Zbrodnia i kara” czy „Bracia Karamazow”. To nie jest kariera Nikodema Dyzmy, jaką niektórzy próbują mi przypisać. Dzięki Bogu, gdzieś te umiejętności miałem za darmo, nie musiałem kończyć konserwatorium. Drupi zaśpiewał w Polsce jedną piosenkę, ja zaś nagrałem 10 płyt, będąc tylko po zawodówce. To wymagało siły i uporu. A kto wie, czy w ogólnym rozliczeniu świata ci, którzy pracowali, dupczyli i jedli co niedzielę w centrach handlowych, nie zostaną przez Boga jeszcze raz wysłani na wycieczkę do podziemi?

– Kiedy rozsadzają Cię emocje, wyciszasz się z wędką na rybach?
Zażywam wręcz seksualnej przyjemności, jak czekam na rybę, ciągnę ze sobą cały zestaw różnych przynęt. Kiedy mieszkałem w Warszawie, chodziłem na ryby w czarnym garniturze i białej koszuli pod most Śląsko-Dąbrowski lub Poniatowski. Omijała mnie nawet policja, która brała mnie za niegroźnego świra. 

– A nie bałeś się, że ryba ochlapie Ci garnitur?
Nie, bo to były garnitury z lumpeksów, marynarki po 10 złotych (śmiech).

– Za to teraz dorobiłeś się na płytach.
Gdzie się dorobiłem, jestem golasem, że aż miło! Mnie się pieniądze nie trzymają. Trochę lepiej zarabiam, więc mam na czynsz i różne opłaty. Przyjeżdża do mnie Przemek Rozenek, śląski poeta i mój przyjaciel. Zabrałem go do pokoju, otworzyłem szufladę, a tam skarpety zwinięte w kulki. Czegoś takiego wcześniej nie miałem. Koszule uprasowane i powieszone w szafie. To zasługa Ewy, która dba o mnie i dom. Jest świetną gospodynią, a przy tym wybitną osobą, mistrzynią Europy i Polski w „Make-up Masters”. Pracuje w swoim zawodzie i jednocześnie studiuje historię sztuki. Dziwię się, co taka piękna dziewczyna zobaczyła w takim jak ja brzydalu.

– Gdybyś dostał drugą szansę życia, poszedłbyś tą samą drogą?
Nie chciałbym jeszcze raz żyć. Zbyt dużo mam sobie do zarzucenia. Ale chciałbym swoje życie tak przeżyć, żeby choć odrobinę być lepszym. Odkąd od siedmiu lat nie piję, myślę, co zostawię po sobie i co muszę zrobić, żeby tę lekką hańbę zdjąć. W domu alkohol trzymam tylko dla przyjaciół. Ale gdyby na tym stole stała wódka, to mnie nie rusza. Zerwałem z piciem, nauczyłem się żyć ze skorpionem.

– Co Cię najbardziej wkurza?
Przeszłość, która się wyświetla w najbardziej nieoczekiwanych momentach. Ale przeszłość pomaga mi śpiewać. Jest powiedzenie: Nie obchodź się z prądem nieudolnie, bo cię prąd pierdolnie. Dotknąłem drutów w obozie mojej choroby, ale to nic nie zmieniło. Mój przyjaciel, dziennikarz Marek Grzelka, napisał, że Dyjak po odwróceniu się na drugą stronę jest taki sam.


– Chcesz naprawić błędy?
Nic się nie da naprawić. Zapłaciłem największą ofiarę za swoje błędy. Co jeszcze mogę zaproponować ludziom? Jezus raz umierał. Należałem się w różnych szpitalach i napatrzyłem się na cierpienie. Nic mnie tak, k…, nie wzrusza, żadna muzyka, jak ludzkie cierpienie. Jak nałogowego palacza przyczepia się w szpitalu do kroplówek, to jest groteska. Ale kiedy faceta z ADHD, takiego jak ja, przypina się pasami do łóżka na wiele dni, to jest już nostalgia.

– Gdzie są Twoje szczęśliwe wyspy?
W Chełmie, gdzie mam bar, w którym z moim przyjacielem Wojtkiem Malawskim, organizujemy koncerty. Śpiewają tam czasem Hania Banaszak, Andrzej Sikorowski i inni fajni ludzie. Przesiaduję w tym barze, albo w moim chełmskim domu, albo na rybach. To mój bezpieczny trójkąt. Nie jestem ciekaw świata. Cała ta cywilizacja z kucharzami w telewizji i reklamami świadczy, że to już się kończy. Tak jak skończył się Rzym.

– To trzeba się śpieszyć, żeby się nażyć.
Tak szybko to nie nastąpi. Jeszcze zdążę popełnić ze dwa samobójstwa.

– Na jesieni zobaczymy Cię w „Sąsiadach”, nowym filmie Grzegorza Królikiewicza. Tym razem w roli aktora.
To było dla mnie nowe wyzwanie. Zagrałem w nim kluczową rolę kolesia, który wraca do starego domu, w dodatku w doborowej obsadzie aktorskiej, między innymi z Ewą Dałkowską i Ewą Błaszczyk. Zdjęcia skończone, jest duża szansa, że film pojawi się na festiwalu w Gdyni.

– Po płycie „Kobiety”, bardzo ciepło przyjętej przez płeć piękną, myślisz już o kolejnej?
Jeśli chcesz rozśmieszyć Pana Boga, opowiedz mu o swoich planach. Tak naprawdę nagrywałem te piosenki w mękach. Momentami myślałem, że zwariuję, bo wszystko, co śpiewam, ma związek z moim życiem. A całkiem serio, chciałbym po raz kolejny wydać nową płytę w wytwórni Kayax, z którą współpracowałem już przy albumie „Kobiety”, i właśnie podpisałem pierwszy kontrakt w życiu, ale lepiej późno niż wcale. Pomimo chaosu, w którym tkwię, tak naprawdę brnę tam, gdzie chcę.

Rozmawiała Elżbieta Pawełek
Zdjęcia Szymon Szcześniak/LAF
Stylizacja Vasina
Produkcja Anna Skała/Purple Talents
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)