POLECAMY

Robert Redford - Jaka emerytura...

Choć omija Hollywood, nadal jest tu na topie. Kobiety wc iąż go kochają, a młodzi reżyserzy uważają za swojego guru. W przyszłym roku na ekrany wchodzi jego nowy film. Aż trudno uwierzyć, że Robert Redford kończy właśnie… 75 lat.
Robert Redford - Jaka emerytura... fot. ONS
Nie jest zbyt wylewny. Dlatego kiedyś zaskoczył wyznaniem: „Kiedy ludzie zwracają uwagę tylko na twoją urodę, a nie na to, co robisz, to masz dwa wyjścia: albo upajać się tym, albo od tego uciec. Ja wybrałem to drugie”. Czy tak mówi Robert Redford? Ten sam, którego błękitne spojrzenie i olśniewający uśmiech przyprawiają o drżenie już trzecie pokolenie kobiet? A jednak! To dlatego aktor większą część swojego życia zachowywał się tak, jakby chciał udowodnić wszystkim, że jest kimś więcej niż tylko przystojniakiem. Uwodzicielski na ekranie, w życiu bywał nudziarzem. Żył z jedną kobietą prawie 30 lat, wyniósł się na prowincję, zaczął reżyserować smutne filmy i zainwestował własne pieniądze w festiwal promujący w kinie sztukę, a nie łatwą rozrywkę. Mimo iż cały czas trzymał rękę na pulsie, lubił kokieteryjnie podkreślać, że czuje się jak zagubiony w czasie: „W latach 50. tęskniłem za klimatem lat 20. Paryża, a w latach 70. za klimatem amerykańskiego kina lat 50.”. W wydanej w ubiegłym roku autoryzowanej przez aktora biografii „Robert Redford: The Biography” Michael Feeney Callan składa hołd jego inteligencji, a nie urodzie. Czytelnicy, którzy spodziewali się poznać wreszcie jakiś sekret z życia Redforda, byli zawiedzeni. Kogo obchodzi analiza najważniejszych ról filmowych? Po co aktor poświęca tyle uwagi ekologii? „Lepiej go już chyba oglądać, niż słuchać”, napisał recenzent „The New York Timesa”.

Rób, co należy
W Hollywood Robert Redford cieszył się zawsze opinią indywidualisty. Będąc u szczytu popularności, wyprowadził się na wieś, do Utah. Tłumaczył, że zrobił to dla żony, która stamtąd pochodziła. Tak naprawdę chciał mieć święty spokój. „Wszyscy chcą wszystko o tobie wiedzieć, tak że nic już z życia nie zostaje dla ciebie samego”, mówił o życiu w Hollywood. Robert Redford nie przepadał za dziennikarzami. Nigdy zresztą nie lubił miejsc, gdzie jest zbyt dużo ludzi. W dzieciństwie koledzy traktowali go jak odmieńca. Nauczyciele przepychali go z klasy do klasy tylko dlatego, że miał świetne wyniki w baseballu. Dzięki temu dostał stypendium na Uniwersytecie Kolorado. Nauka go jednak nie interesowała. Chciał być artystą. Za zarobione na polach naftowych pieniądze wyjechał na pół roku do Florencji, gdzie uczył się malować. Wspomina: „Spałem na klatkach schodowych, nie miałem co jeść. Sprzedając swoje obrazy, ledwo zarobiłem na bilet powrotny”.

Po powrocie do Kalifornii Robert Redford ostro imprezował. Zaczął mieć problemy z alkoholem, za co wyrzucono go z uczelni. Na właściwą drogę sprowadziła go kobieta – mormonka Lola Van Wagenen. „Ona uratowała moje życie”, wyznał po latach. Robert Redford ożenił się z nią, mając 21 lat. Dziś lubi podkreślać, że największym osiągnięciem jego życia jest nie kariera, ale dzieci. Ma ich troje: dwie córki i syna. Najmłodsza Amy (41) również jest aktorką. Starsza Shauna (51) jest żoną reżysera filmów dokumentalnych Erica Schlossera. Syn Jamie (49) pisze scenariusze filmowe i prowadzi fundację szerzącą wiedzę o transplantologii, bo sam jest po dwukrotnym przeszczepie wątroby.

Porozmawiajmy o gwiazdach - forum >>


Na wyjazd do Nowego Jorku pod koniec lat 50. namówiła go żona. Robert, obiecujący plastyk, miał zająć się scenografią do przedstawień teatralnych. Tymczasem ktoś dostrzegł w nim potencjał aktorski. „Wydawało mi się to niedorzeczne, ale zacząłem grać na Broadwayu i całkiem nieźle mi szło”, śmiał się po latach. Tam odkryli go reżyserzy telewizyjni, którzy uznali, że z taką urodą marnuje tylko czas na scenie. W 1969 roku, po pierwszym spektakularnym sukcesie na dużym ekranie w „Butch Cassidy i Sundance Kid”, otworzyły się dla niego drzwi do Hollywood. Dzięki roli w tym filmie Redford zyskał też przyjaciela – Paula Newmana, z którym zagrał potem w kultowym „Żądle”. „Kiedy robiliśmy filmy, nikt nie używał słowa »chemia«, nikt nie mówił o »więzi«. Było tylko: »Stawaj tam i rób, co do ciebie należy!«”, wspomina. Po śmierci Newmana w 2008 roku został ostatnim z wielkich aktorów Hollywood.

Film przez duże „F”
W pewnym momencie uznał, że lepiej będzie się czuł po drugiej stronie kamery. Swojego jedynego w karierze Oscara Redford dostał w 1980 roku za reżyserię filmu „Zwykli ludzie”. Potem były kolejne produkcje, którymi udowodnił, że ma refleksyjną naturę. Aż za bardzo. Większość jego filmów to dramaty albo thrillery psychologiczne. Krytycy docenili jego reżyserski talent, ale kpili też z jego przesadnej powagi. Jeden z dziennikarzy zauważył, że podczas kręcenia klasycznego wyciskacza łez na podstawie bestselleru „Zaklinacz koni”, Redford w swojej garderobie wetknął w róg lustra fotografię Samuela Becketta. Irlandzki dramaturg, uważany za skrajnego pesymistę, jest jego idolem.

Lata temu, na ziemi zakupionej w Utah, którą nazwał od imienia swojego bohatera Sundance, Redford stworzył oazę niezależnego kina w Ameryce. Zorganizowany przez niego festiwal wydawał się fanaberią do czasu, aż w 1989 roku zadebiutował na nim Soderbergh z filmem „Seks, kłamstwa i kasety wideo”. Dziś Sundance Film Festival jest największym festiwalem kina niezależnego w USA, a niejeden młody reżyser zawdzięcza swój debiut właśnie Redfordowi. On sam w roli mentora poczuł się wspaniale.


Z dala od plotek
W 1974 roku, po premierze „Wielkiego Gatsby’ego”, Redforda obwołano najbardziej seksownym aktorem Hollywood. Często pojawiał się w tego typu rankingach. W życiu prywatnym jednak tego nie wykorzystywał. Dopiero w 1985 roku, gdy dopadł go kryzys wieku średniego, na planie filmu „Orły Temidy” stracił głowę dla aktorki Debry Winger. Mówiło się, że romans z nią był przyczyną rozwodu – po 27 latach małżeństwa – z Lolą Van Wagenen. Debra szybko jednak ulokowała swoje uczucia w innym mężczyźnie. Redford przeżył to głęboko, ale skrycie. Tak jak zawsze. Nie lubił dzielić się tym, co czuje. Musiało minąć ponad pół wieku, aby powiedział o bólu po stracie pierwszego syna. W 1959 roku jego pierworodny Scott zmarł po kilku tygodniach od narodzin. „Byliśmy młodzi. Nie wiedzieliśmy nic o SIDS (Zespół Nagłego Zgonu Niemowląt – przyp. red.), dlatego myśleliśmy, że śmierć dziecka to nasza wina”, wyznał po latach.
Po rozwodzie z Lolą latami podawał się za samotnego rozwodnika. Tak naprawdę nigdy nie był sam. Romansował z brazylijską aktorką Sonią Bragą i projektantką kostiumów Kathy O’Rear. W 1999 roku poznał niemiecką malarkę Sibylle Szaggars, w której się na serio zakochał. Drugi w życiu ślub wziął po dziesięciu latach znajomości, w tajemnicy, w hotelu w Hamburgu. Na uroczystości było kilka osób z najbliższej rodziny.

Ciągle na topie
Kiedy patrzy się na jego ostatnie zdjęcia, nie można wyjść z podziwu, że 75-letni aktor tak dobrze się trzyma. Irytuje tylko ta ufarbowana czupryna. „Co to w ogóle za różnica, jak ja wyglądam? Najpierw prasa rozpisywała się na temat tego, jaki jestem przystojny. Teraz wszyscy na potęgę liczą moje zmarszczki”, śmieje się Redford. Emerytura? Nigdy o niej nie pomyślał. Co roku dawkę energii funduje sobie podczas spotkań z młodymi filmowcami na festiwalu w Sundance. Najchętniej rozmawia na temat planów zawodowych. Wkrótce zaczyna w Vancouver zdjęcia do filmu „The Company You Keep”, w którym zagra agenta FBI poszukiwanego za morderstwo sprzed 30 lat.

 Mroczne tajemnice mają tylko  jego ekranowi bohaterowie. On sam wiedzie proste życie w Górach Skalistych. I choć mija 50 lat od jego kinowego debiutu, kobiety, które spotykają go na ulicy czy przed sklepem, wciąż reagują tak samo ekstatycznie: „O mój Boże, to Robert Redford!”.             

Sylwia Borowska / Party
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)