Maciej Musiał - Ja, idol?

Maciej Musiał fot. Viva!
Ekskluzywny wywiad z polskim Justinem Bieberem w "Vivie!"
/ 04.02.2013 13:23
Maciej Musiał fot. Viva!

- Jak Ci się podoba bycie idolem nastolatek?
Różnie. Często jest to przyjemne, ale zdarzają się dni, że wracam do domu, padam na kanapę i myślę, że fajnie byłoby znów być anonimowym.
– Ciągłe porównania do Justina Biebera to dla Ciebie nobilitacja czy raczej obciach?
Na początku złościły mnie te porównania, bo nie czuję między nami żadnego podobieństwa. Poza tym to dobry powód, żeby koledzy mogli się ze mnie nabijać. Ale jeśli mówimy o czymś takim, jak fenomen popularności, to zestawienie z Bieberem akceptuję. Może na moją stronę internetową nie wchodzą miliony wielbicielek i nie mam figur woskowych w muzeach, ale 200 tysięcy fanów na Facebooku to, jak na Polskę, całkiem sporo.
– Nie byłam idolką nastolatek, ale wyobrażam sobie, że może to paradoksalnie wpędzać w samotność.
Nawet wspomniany Justin Bieber mówił w wywiadach, że ma tylko trójkę znajomych i czuje się tak strasznie samotny, że często przychodzi do domu, rzuca się na łóżko…
– I płacze?
No, może nie płacze, ale jest mu źle. Ja mam dużo znajomych, ale…
– …miewasz wątpliwości co do ich intencji?
Tak, te obawy przychodzą wtedy, kiedy spotykam dziewczynę i czuję, że między nami zaczyna się coś fajnego. Wtedy zastanawiam się, czy jej zainteresowanie wynika z tego, jaki jestem, czy z tego, że można mnie zobaczyć w telewizji.
– Jak to weryfikujesz?
Takie sprawdziany najlepiej robi się na wakacjach. Jak gdzieś wyjeżdżam za granicę, gdzie nikt o mnie nie słyszał, to wtedy mogę sobie udowodnić, że jednak…
– …jesteś fajny.
Tak. Jednak jestem fajny (śmiech).
– Zainteresowanie fanek Cię nie łechce?
Może trochę… Jak idę gdzieś z kumplami i zatrzymują mnie trzy dziewczyny, prosząc o autograf albo zdjęcie, to wiadomo, że jest to miłe uczucie. Ale jak jestem sam, to nie za bardzo. Na swojego fanpage’a też nie wchodzę po to, żeby się tym podniecać, ale żeby utrzymywać kontakt z fanami. Nie jestem jednak w stanie przeczytać wszystkich wiadomości, bo jest ich za dużo.
– W tym propozycje matrymonialne?
Moje wielbicielki są w takim wieku, że o małżeństwie nie myślą.


– To znaczy?
Między czternaście a osiemnaście lat.
– Już się bałam, że powiesz, że to staruszki po trzydziestce. Masz określony typ dziewczyny?
Ostatnio zauważyłem, że lubię brunetki. Ale to się zmienia.
– A tak trochę głębiej?
Cenię wrażliwość, szczerość, lubię, jak dziewczyna jest trochę tajemnicza. No i musi być jakaś pozytywna energia. Osoba, z którą się ciekawie spędza czas.
– Łatwo się w Twojej sytuacji szuka kogoś takiego?
Ja nie szukam.
– Bo znalazłeś?
Nie znalazłem, ale też nie szukam. Uważam, że to samo przyjdzie. Nie poluję na dziewczyny na portalach randkowych ani siedząc w centrum na patelni.
– Gdzie?!
No na placu przed stacją metra Centrum.
– Oczywiście… A koledzy wykorzystują Twoją popularność na swoją korzyść? Jest podryw „na Musiała”?
Jasne, że jak idziemy na jakąś imprezę, to zazwyczaj przyciągam uwagę. Ludzie mnie znają, skoro regularnie goszczę u nich w domu. Więc ja robię pierwsze wrażenie, a potem dołączają koledzy. Ale podrywu „na Musiała” chyba nie ma.
– W branży filmowej jesteś już siedem lat. Jak na takiego dzieciaka, to raczej długo?
Kiedy byłem dzieckiem, tata zabierał mnie na plan. Kiedyś w przerwie jednego z odcinków „Plebanii” siedziałem w barobusie i nudziłem się. Przyszła pani producent, zaczęła ze mną gadać, po czym stwierdziła, że muszę zagrać. To była mała rólka, ale występowanie bardzo mi się spodobało.
– Czyli właściwie przez przypadek zauważyłeś, że lubisz grać?
Tak naprawdę wszystko, co wydarzyło się później, było też przypadkiem. Nigdy nie miałem aż takiego ciśnienia, żeby pchać się gdzieś na siłę. „Ojciec Mateusz”, „Nowa”, „Ranczo”, główna rola w filmie o Jaśku Meli, „Rodzi- nka.pl”, „Krew z krwi”, „Hotel 52” – wszystko szło płynnie.
– Rodzice Cię do występów zachęcali czy wręcz przeciwnie?
Na początku to raczej ja ich dopingowałem. Tym bardziej że jedna z pierwszych scen, w jakich brałem udział, realizowana była w prywatnym domu. Mieszkał tam chłopak w moim wieku, który miał mnóstwo gier na komputerze. W przerwach, kiedy czekaliśmy na pracę, cały czas siedziałem z nim i grałem. Wydawało mi się, że zawsze to będzie tak wyglądać. Będę sobie siedział i grał.
– Czyli aktorstwo w ogóle nie kojarzyło Ci się z pracą?
Nie, dlatego też prosiłem rodziców, żeby mnie prowadzali na te castingi. Nigdy mnie do tego nie zmuszali. Nie jestem ofiarą ich ambicji. Sam z castingu do nowego serialu pamiętam taką sytuację: pięcioletnie dziecko płacze na korytarzu, a babcia wrzeszczy, że „przecież przyjechali tutaj aż z Gdańska”. Dzieciak ma nie robić scen, tylko iść i ten casting wygrać. Takie podejście to jakaś masakra. Nic fajnego nie może z tego wyniknąć.
– Twoi rodzice nie mieli obiekcji, że odbierają Ci dzieciństwo?
Może trochę, bo wiedzą, jak wygląda aktorskie i filmowe środowisko, jaka to stresująca praca.
Ale kiedy zauważyli, że potrafię patrzeć z dystansem na to, co robię, pozwolili mi.
– Dzieci, które zaczynają funkcjonować w świecie dorosłych, często nie mogą się odnaleźć wśród rówieśników. A i „bęcki” się zdarzają.
Często słyszałem takie historie, ale mnie nigdy się nie zdarzyły. Rzeczywiście to jest trudne, bo język dorosłych jest zupełnie inny niż nas, młodych. Bywało, że kiedy wracałem do szkoły po dłuższym czasie spędzonym na planie, miałem problem, żeby się odnaleźć. Ale po chwili wszystko wracało do normy. Często też ludzie łapią dystans, jak skojarzą, że znają cię z telewizji. Mnie jednak, zwykle, udaje się taki chłód przełamać.
– Nigdy nie czułeś się wykluczony?
Nie, ale dopóki nie grałem, to kiedy nabroiłem coś w szkole, byłem po prostu złym chłopakiem.
– Złym?
Tak, zawsze jest taka grupa chłopaków, którzy rozrabiają. Natomiast kiedy zacząłem grać, przestałem być już tym zwykłym chłopakiem, który coś nabroił, tylko okazywało się, że „gwiazdorzę”.
– Nauczycielki nie mają do Ciebie słabości? Nie pobłażają Ci, wiedząc, że jesteś zajęty i nie masz czasu się douczyć?
Nie. Muszę zaliczyć wszystko, co moi koledzy z klasy, ale mogę to zrobić w innym terminie. Wiadomo, że różne rzeczy są ode mnie niezależne, i to nie moja wina, że nie ma mnie na sprawdzianie. Zdarza mi się więc przychodzić jednego dnia i hurtowo zaliczać wszystkie zaległości. Zanim zdecydowałem się na liceum, w którym jestem, poszedłem do dyrektora i zapytałem, czy zgodzą się na to, że na niektórych lekcjach mnie nie będzie. Zgodzili się.
– W lutym kończysz 18 lat. Czujesz się dorosły?
Dojrzały i uodporniony przez to, co do tej pory robiłem. Artykuły w brukowcach też mnie uodporniły na różne rzeczy.
– Masz na myśli czołówkę jednego z tabloidów? Jak to było? „Pije, pali, imprezuje”.
Tak. Trochę czuję się tym skrzywdzony, bo nie mam tyle czasu, co moi koledzy, żeby chodzić sobie na imprezy. Rano mam najczęściej zdjęcia albo wywiady i  nie mogę pozwolić sobie na taką beztroskę. Rozumiem, że media potrzebują różnych ciekawych historii, ale tworzenie ze mnie „pierwszego imprezowicza Rzeczypospolitej” jest trochę na siłę.
– Nie zdarza Ci się zaszaleć?
Rzadko. Spędziłem 30 dni w Krakowie, kręcąc film, i w żaden wieczór nie wyszedłem na miasto. Wracałem do pokoju i kładłem się grzecznie spać. Miałem wtedy 16 lat, patrząc na to z perspektywy czasu, dziwię się sobie (śmiech).
– Współczuję. Siedemnaście lat to wymarzony wiek na popełnianie błędów. Może trzeba trochę wrzucić na luz?
Myślisz?
– No nie wiem, trochę się boję reakcji Twojej mamy. Podobno nie pozwala Ci zrobić prawa jazdy?
Stwierdziła, że jestem nieodpowiedzialny. Ostatnio jednak, zacząłem robić je w tajemnicy przed nią. Tyle że się rozchorowałem, nie poszedłem na zajęcia z pierwszej pomocy i oblali mnie.
– Jeździsz taksówkami?
Oj nie. Nawet jak przyjeżdża po mnie kierowca z planu, proszę go, żeby zaparkował dalej, nie pod szkołą, bo nie wyobrażam sobie wsiadania do taksówki na oczach wszystkich.
– Bo to obciach?
Nie że obciach, tylko takie jakieś szpanowanie, burżujstwo. A ja chcę być normalnym chłopakiem. Zawsze tak chciałem i moi rodzice tak chcieli. Mama zawsze wydzielała mi kieszonkowe, mimo że sam zarabiałem. Rodzice mówili też często, że ta cała popularność o niczym nie świadczy. Nauczyli mnie poważnie podchodzić do tego, co się robi. Dlatego, jak pytałaś o imprezowanie, mówiłem, że wcale aż taki zabawowy nie jestem. Mam poczucie, że jest do zrobienia robota i trzeba ją dobrze wykonać. Poza tym wydaje mi się, że mogę mieć jakiś wpływ na te wszystkie młode osoby, więc czuję lekką odpowiedzialność.
– Taki to już los idola nastolatek.
Tylko że ja nigdy nie lansowałem się na idola. Media mnie tak okrzyknęły, a ja muszę to jakoś ciągnąć.
– To może jednak nie warto wchodzić do tego celebryckiego świata?
Nie wiem jeszcze, zastanawiam się, czy chcę być aktorem w przyszłości, ale nie wykluczam tego.
– Czyli jest jeszcze plan B.
Tak, chciałbym skończyć normalne studia (jeszcze nie wiem, jakie), żeby mieć jakieś zabezpieczenie, bo aktorstwo to jednak trudny zawód.
– I nie planujesz zdawać do Akademii Teatralnej?
Chyba spróbuję, ale tam ciężko jest się dostać, bo jest 1500 osób na 28 miejsc i zdaje mnóstwo świetnych młodych ludzi, którzy w dodatku sprawdzają się w teatrze. A Akademia Teatralna to chyba szkoła, która stawia bardziej na teatr. Teraz pojawię się w teatrze. Ale na szczęście to będzie Teatr Telewizji, więc nagrywa się w studiu i jest możliwość dubli.
– A bez studiów planujesz grać dalej?
Może w filmie, ale nie wiem…
– Dlaczego? Zaczynasz mieć poczucie jakiegoś niedosytu, kompleksu…
Może że brak mi umiejętności. To na pewno. Ostatnio grałem w serialu „Krew z krwi”. Grała tam między innymi Iwona Bielska. Miała scenę, w której musiała się popłakać, tak jakby ktoś jej umarł. Do ostatniej chwili śmiała się, wygłupiała, a potem włączyła się czerwona lampka i ona po prostu techniką, sposobem oddechu, ułożeniem ciała w sekundę stała się totalnie zniszczoną, zapłakaną kobietą. Zrobiło to na mnie niesamowite wrażenie. To był warsztat, którego się uczy w szkole. Ja tego nie mam, opieram się na emocjach, a myślę, że właśnie warsztat jest dla aktora bazą. To pozwala się rozwijać. Ja dotąd miałem ten luz, że zacząłem występować bardzo wcześnie, a ponieważ byłem dzieckiem, mogły mi różne rzeczy nie wychodzić.
– A teraz nadchodzi pora na poważne wybory?
Chyba tak, ale wiesz, co jest pozytywne? Bardzo długo się bałem, że przez to, co robię, niektórzy mogą mnie bardzo nie lubić, a jakoś tego nie doświadczam. Są więc plusy.
– No bo w końcu „jednak jesteś fajny”.
Mam nadzieję.

Rozmawiała Ola Kwaśniewska
Zdjęcia Adam Pluciński/Move
Stylizacja Marcin Dąbrowski/STYLE IN
Makijaż, fryzury Emil Zed/
Van Dorsen Talents
Scenografia Anna Tyślerowicz
Produkcja sesji Piotr Wojtasik

Redakcja poleca

REKLAMA