POLECAMY

Uciekła od zgiełku miasta wraz z ukochanym mężem, by odzyskać siłę do walki

"Kamil stał się dla mnie osobą bezcenną".

Edyta Liebert / 10 miesięcy temu
Uciekła od zgiełku miasta wraz z ukochanym mężem, by odzyskać siłę do walki fot. Viva!

Kora i Kamil porzucili życie w mieście na rzecz wiejskiego spokoju. Dojrzała decyzja? Wielu uważa, że to koniec świata, jeśli jednak dwoje ludzi żyje na krawędzi i zmaga się z myślą, ze ich koniec świata może zdarzyć się jutro, to zmienia postać rzeczy...

Czy Pani wyobraża sobie, że tu przeniesie całe swoje życie?

Kora: Ja już je przeniosłam. Przewieźliśmy ostatnio na Roztocze najważniejsze książki. Resztę przeniesiemy wkrótce. Przeprowadzamy się w samej Warszawie z jednego punktu do drugiego, ponieważ musimy wynająć dom, żeby mieć pieniądze na mój lek Olaparib. Zabezpieczamy się. Uspokaja mnie świadomość, że mam lekarstwo na parę miesięcy. Kiedy jakiś czas temu była zwłoka w aptece, musiałam czekać, zastanawiać się: zdobędę je czy nie zdobędę, byłam nieprawdopodobnie rozdygotana, choć w ogóle nie zdawałam sobie sprawy, że z tego powodu. Wpadłam w depresję, przestałam jeść. Wszystko widziałam w czarnych kolorach po raz pierwszy, odkąd choruję. W tym lekarstwie jest coś pozaracjonalnego. Nie wiemy do końca, czym ono jest. Jego działanie polega na blokowaniu aktywności nowotworu. Ono jest jednocześnie jak hostia. Jak ktoś wierzy w hostię, doskonale rozumie, jakie to lekarstwo ma dla mnie znaczenie. Ono mi ratuje życie. Tak jak wcześniej ta cudowna operacja, którą zrobiła mi profesor Beata Śpiewankiewicz. Bardzo chciałabym, żeby to zostało zaznaczone w tym tekście, bo jak patrzę z perspektywy czasu na drogę, jaką przeszłam, wydaje mi się, że to, co profesor zrobiła dla mnie było niezwykłe.
Kamil: Proszę też napisać, że ja przepraszam panią profesor za to, że byłem nieznośnym członkiem rodziny.

Dlaczego Kamil przeprasza?

Kora: Dlatego, że chyba dopiero teraz jesteśmy w stanie zrozumieć i docenić to, co dla mnie zrobiła przy tych skomplikowanych stosunkach i zależnościach, jakie panują w polskich szpitalach za sprawą Narodowego Funduszu Zdrowia. Uważam, że człowiek powinien mieć świadomość, kto na drodze jego leczenia zrobił coś dobrze, a kto źle. Przecież ja żyję! Małgosia Braunek nie żyje. Cudowna aktorka Ania Przybylska również nie żyje. Kiedy pomyślę, że ta choroba zmogła tak młodziutką osobę, aż dostaję dreszczy.

Krystyna Przybylska w pierwszym wywiadzie o śmierci córki

Andrzej Żuławski wybrał inną drogę, nie chciał w ogóle się leczyć.

Kora: Szkoda, bo to niezwykły reżyser, artysta, diamentowa postać. Gdyby spróbował, być może jemu by się udało? Ale to jest ciężkie leczenie. Może gdybym wiedziała na początku tej drogi, co mnie czeka, nie chciałabym tego przejść? Tego nie wiem. Gdyby człowiek wiedział, co mu życie przyniesie, być może w ogóle nie chciałby żyć. Być może "uratowała" mnie totalna nieświadomość, fakt, że wiadomość o chorobie spadła na mnie nagle, że natychmiast byłam operowana. To wszystko działo się w sekundach, a ja byłam jak ogłuszona. I trwało to bardzo długo.

Co dla Pana było najtrudniejsze w tamtych chwilach? Bezradność? Pewnego rodzaju bezużyteczność?

Kamil: Byłem tak blisko tego, co się działo, że nie miałem czasu na zastanawianie się nad tym, co jest najgorsze, co czuję, na użalanie się nad sobą. Musiałem działać, pokonywać różnego rodzaju absurdy i opór naszego systemu opieki zdrowotnej. To totalnie wyczerpywało moją energię.
Kora: Kamil był zajęty od rana do nocy. Bo w nocy też podejmowało się różne dramatyczne decyzje. Był taki okres, że Kamil cały czas, non stop, dzwonił po lekarzach, szpitalach...
Kamil: Gdyby operacja, notabene mistrzowsko przeprowadzona przez doktora Pukaluka w Zamościu, spóźniła się 10 minut, Kora mogłaby nie żyć. Wtedy człowiek nad niczym innym niż to, co dzieje się tu i teraz, się nie zastanawia. I całe szczęście, że nie musi o tym myśleć. Tylko ja byłem od początku święcie przekonany, że Kora z tego wyjdzie. Nawet bardzo bliskie osoby bały się, że tak nie będzie. Ja miałem jakąś intuicję, że musimy stoczyć walkę, ale ona dobrze się skończy. Ani razu nie pomyślałem, że może być inaczej.  
Kora: Teraz leczy mnie też Roztocze. Dla miejscowych często to jest niepojęte, że ktoś nie chce blichtru wielkiego świata, do którego oni wszyscy tęsknią, zmierzają. Ludzie z naszej okolicy często mają wykształcone dzieci, które nie chcą tu wrócić. Pewnie nas też by tu nie było, gdyby nie sytuacja, która jest, jaka jest. Jednak dokonałam pewnego wyboru. Mogłabym dochodzić do zdrowia w Warszawie i wrócić do pracy koncertowej, bo o to głównie chodzi. Ale nie wiadomo, czy byłabym w stanie udźwignąć taki wysiłek. Może byłby skazany na straty? Ja żyję z pewnym wyrokiem. Zrobię próby, poświęcę temu pół roku, wszystko będzie dopięte na ostatni guzik, po czym nagle okaże się, że mój stan się pogorszył, muszę wziąć chemię i co wtedy?

Myśli Pani o tym czasami?

Kora: Oczywiście, że myślę. I racjonalnie do tego podchodzę. A z drugiej strony wiem, dlaczego dokonałam takiego wyboru. Przede wszystkim znajduję ukojenie w sztuce, a po drugie, magia tego miejsca jest niezwykła. Po raz pierwszy w życiu odebrałam dobrze zimę. Zawsze marzyłam o tym, że kiedyś obudzę się i zima przestanie istnieć. Tu jest mikroklimat, jakby ciągle było święto natury. Cały czas jest krystalicznie czysto. Dlatego wyostrzył mi się tu apetyt. Wielu rzeczy, które kiedyś jadłam, nie jem. Wszystko, co ma w sobie chemiczną truciznę, wyczuwam natychmiast. Jak jaszczurka wysuwam jęzor i wiem, czego nie tykać (śmiech).

Więcej w numerze Vivy!

Kamil Sipowicz we wzruszającym wywiadzie

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)