Kinga Preis o związku idealnym i o tym, czego nie lubi w małych dziewczynkach

Jaka jest w życiu prywatnym Kinga Preis?

Edyta Liebert / 11 miesięcy temu
Kinga Preis o związku idealnym i o tym, czego nie lubi w małych dziewczynkach fot. Viva

Kinga Preis należy teraz do jednych z najchętniej zatrudnianych aktorek swojego pokolenia. Schudła, wygląda rewelacyjnie, a jej role cieszą się wielkim uznaniem. Jaka jest prywatnie?

Pani dom i najbliżsi są we Wrocławiu, praca w Warszawie. Często w niedzielę budzi się Pani w pokoju hotelowym. Ma tu Pani przyjaciół?

Kinga Preis: Nie posiadam tej jednej jedynej przyjaciółki ani zresztą przyjaciela. Mam bardzo dobrą koleżankę Sylwię. Zawsze jak gdzieś idziemy razem, przedstawia mnie ze śmiechem: "Moja znajoma z pracy". Więc ja mam szereg serdecznych znajomych z pracy, których szalenie lubię. Bardzo się wspieramy, lubimy, dbamy o siebie, pijemy razem od czasu do czasu, śmiejemy się i gramy. I to mi wystarczy. Nie potrzebuję niczego więcej. Nie czuję się samotna, jak jestem w Warszawie, wracam wieczorem do hotelu i nie mam z kim zjeść kolacji. Kiedy po 12 godzinach na planie nikt do mnie nie mówi, to ja się bardzo dobrze czuję. Nie jest mi z tym źle i nie muszę pić do lustra.

Już jako 20-latka potrafiła Pani zawalczyć o mężczyznę, o miłość, o wymarzoną drogę zawodową. Profesor Jerzy Stuhr, który nie przyjął Pani na studia aktorskie, do dziś uważa tę decyzję za swoją największą pedagogiczną pomyłkę i porażkę. Zresztą napisał do Pani poruszający list. Naprawdę waleczna z Pani baba. Płacze Pani czasami?

Kinga Preis: Bardzo płaczę, bo nie jestem osobą, która emocje dusi w sobie. Na przykład płaczę, kiedy kłócę się z mężem. Jestem zresztą świetnym partnerem do kłótni, bo bardzo szybko można mnie wyprowadzić z równowagi. Płaczę na filmie "Forrest Gump", choć widziałam go kilkanaście razy. Natomiast myślę, że potrafię być twarda w sprawach zawodowych. Nie mam problemów z podejmowaniem decyzji, choć w tak zwanym życiu prywatnym już bywa różnie. Mój mąż śmieje się ze mnie i mówi tak: "Jak idziemy do restauracji, to ty zawsze pytasz: »Proszę pana, a co by mi pan polecił?«. Pan mówi: to, to i to. A ty go słuchasz, choć wiesz, że są to dania, których nikt nie chce. Ale najbardziej lubię twoje pytanie: »Przepraszam, czy pan by to zjadł? Czy to jest dobre?«. Wyobraź sobie kelnera, który ci odpowiada: »Nie. Nie zjadłbym tego i pani też nie radzę«" (śmiech). Za każdym razem jest to samo, więc mój mąż uważa, że w dziedzinach: wybrać hotel, restaurację, danie, kolor ścian jestem bezradna, ale mam odwagę, żeby powiedzieć: "Ten scenariusz jest do dupy, nie chcę mieć z tym filmem nic wspólnego", mimo że wiem, że zawodowe konsekwencje mogą nie być dla mnie dobre.

Żartobliwie zapytam: udaje się Pani coś zjeść w tych restauracjach?

Kinga Preis: Zazwyczaj przez 15 minut magluję biednego kelnera z lewej w prawą, w końcu coś zamawiam, a kiedy nasze dania pojawiają się na stole, mąż od razu pyta: "Już mam ci oddać swoje?", bo ja nad moim zawsze ubolewam: "O Jezu, Piotrusiu, co to jest?! Twoje jest lepsze! Twoje na pewno jest pyszne!" i wyjadam danie męża (śmiech). Dodatkowo utrudniliśmy sobie życie restauracyjne, bo oboje jesteśmy wegetarianami. Na dzień dobry wygląda to tak: "Proszę pana, jestem wegetarianką". "To polecam łososia", kelner na to. "A ten łosoś to dzisiaj jest z czego?", dopytuję z lekką ironią, a wtedy pada "Hm, no to może krewetka?". Czasami bardzo się dziwią, kiedy mówię: "Proszę pana, ale te pierogi ruskie są ze smalcem"."Ale tylko kilka malutkich skwareczków, prawie ich nie widać" (śmiech). Czasami zdarzają się typy zaczepne: "A dlaczego pani nie je mięsa?". "Bo nie lubię zwierząt", odpowiadam.


Powiedziała Pani, że jesteście z Piotrem 21 lat razem. Co Was do siebie przyciągnęło? A co scementowało ten związek?

Kinga Preis: Dobre pytanie, bo ostatnio spieramy się o wszystko... Na pewno na początku była ogromna miłość i fascynacja, bo zawsze tak się zaczyna. Na pewno uwiodło mnie, że mój mąż jest bardzo wrażliwym człowiekiem, że jest dobry, chociaż kompletnie porąbany. Że wciąż mnie zaskakuje, nie jest dla mnie oczywistą oczywistością. Że jest charakterny. Śmiejemy się, że wiele tych cech pasowało mi na ojca mojego dziecka. Mówimy o sobie: "mój konkubent", "moja konkubentka" albo "ojciec", "matka mojego dziecka". Lubię o Piotrze mówić "mój mąż", chociaż nie jest moim mężem. Mamy bardzo dużo wspólnych pasji: razem podróżujemy, zwiedzamy świat, nurkujemy. Uwielbiam w nim to, że malarsko patrzy na świat. Jest zafascynowany fotografią, robi piękne zdjęcia, denerwuje mnie tylko, jak chce mnie fotografować albo jak idziemy na spacer i on zatrzymuje się nad każdą pierdołą: muchą, liściem, trawą, ptakiem... Wtedy wychodzę z siebie i jestem 10 kilometrów przed nim. Ale bardzo mnie ujął tym, że jest taki uważny. Poza tym był motocyklistą, był piękny... (śmiech).


Nasze dzieci są w tym samym wieku, za chwilę zdają maturę. Pani ma syna, ja – córkę. W domu inny rozkład płci: dwie na jednego i dwóch na jedną. Która z nas ma łatwiej?

Kinga Preis: Przez wiele lat mieliśmy jeszcze labradora Timka, więc prawie wszyscy domownicy sikający inaczej. Mówiłam do męża: "Chodźmy na spacer", bo kultywuję tę romantyczną wizję przechadzania się, jestem człowiekiem, który lubi chodzić, a mój mąż na to: "Czy ja jestem psem, którego trzeba wyprowadzać na spacer? Ja mam toaletę w domu" (śmiech). Nie wiem, która z nas ma łatwiej, ale kiedy byłam w ciąży, chodziłam z wizją urodzenia dziewczynki, z którą znajdę wspólny język. Teraz, krótko rzecz ujmując, nie przepadam za małymi dziewczynkami. Nie znoszę tego tembru głosu, świergolenia, egzaltacji, bycia wróżką i królewną w jednym, i koloru różowego. Mam na to alergię. Wydaje mi się, że syn spełnił wszystkie moje oczekiwania co do przytulania się, cacania, głaskania. Podejrzewam, że tak jak trudno mi było bawić się samochodzikami na dywanie, równie irytujące byłyby dla mnie zabawy lalkami. To jest taki etap życia dziecka, który kompletnie mi nie odpowiada. Tak jak ze słodyczy najbardziej lubię śledzie, tak w dziewczynkach cenię, kiedy mają charakter i temperament chłopaków. Mnie nigdy dziewczyńskie zabawy nie fascynowały, nawet jako dziewczynki.

Rozmawiała Beata Nowicka/Viva!

Więcej:

Już w sprzedaży z magazynem VIVA! "Obywatel" Jerzego Stuhra
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/10 miesięcy temu
"Teraz, krótko rzecz ujmując, nie przepadam za małymi dziewczynkami. Nie znoszę tego tembru głosu, świergolenia, egzaltacji, bycia wróżką i królewną w jednym, i koloru różowego. Mam na to alergię." - Wiem, że to prywatna opinia Pani Kingi, ale podpadła mi tą wypowiedzią i to bardzo.