POLECAMY

Katarzyna Frank-Niemczycka: "Kocham życie!"

Cztery lata temu obiecali sobie z mężem, że przystopują. Będą mniej pracować, znajdą czas, by cieszyć się życiem.

Ale pani Katarzyna wciąż żyje z zegarkiem w ręku i kalendarzem w torebce.

- Od naszego pierwszego wywiadu w VIVIE! minęło już dziesięć lat.

Początek VIVY!, początek naszego hotelu „Bryza”… Dzieci były wtedy jeszcze małe. Dla matki zresztą zawsze są małe, ale najmłodszy – Maks ma już prawie 15 lat, średni – Mikołaj za dwa lata zdaje maturę, a najstarszy, Michał, skończył 26 lat.

– Upływ czasu widzimy po tym, jak dzieci rosną.

Zwłaszcza rodzice to widzą. A ja jestem matką opiekuńczą. Zdaję sobie sprawę z różnych zagrożeń wieku dojrzewania.

– Jest Pani z wykształcenie psychologiem, a nawet kończyła Pani studia podyplomowe na tym kierunku. To z pewnością przydaje się w codziennym życiu?
Z pewnością. Moi synowie są jednak chłopcami ambitnymi. Nie mamy z nimi trudności, chociaż trzeba zwracać uwagę i na ich towarzystwo, i na naukę. Mikołaj jest bardzo zdolny. Chociaż drobnej budowy, jest świetnie ułożony ruchowo. Chciał być piłkarzem albo tenisistą, i to zawsze z górnej półki. To debeściak. Natomiast Maks rośnie na pilota. To jego wielka pasja. Cały czas fruwa wirtualnie na symulatorze. Niedawno wróciliśmy całą rodziną z Krakowa i on od razu usiadł do komputera, by samodzielnie poprowadzić samolot identyczną trasą.

– A Michał? Były z nim pewne problemy.
Tak, nie chcę do tego wracać. Dostał lekcję pokory, dużo go to nauczyło. Bardzo się zmienił. Myśli o życiu bardzo poważnie, studiuje już drugi kierunek – marketing i zarządzanie. Jest w Ameryce, wróci w przyszłym roku. Myślę, że się ożeni – ma dziewczynę Anię , która kończy prawo. Bardzo ją lubimy. Przecież pani wie, że zawsze chciałam mieć córeczkę. Teraz czekam, że synowe mi to pragnienie wynagrodzą. W każdym razie jestem dumna z moich dzieci, cieszę się nimi. Wychowanie ich na wartościowych ludzi jest dla mnie czymś najważniejszym.

– Co w hierarchii Pani wartości i zasad zajmuje pierwsze miejsca?

Moja pierwsza zasada to nie spóźniać się. Żyję z zegarkiem w ręku i kalendarzem w torebce. Zawsze tak żyłam, bo bardzo szanuję czas. I zdaję sobie sprawę, że nie można być wszędzie, na każdej premierze, na każdym wernisażu. Muszę robić selekcję. Na pierwszym miejscu jest zdrowie, więc badania nasze czy dzieci są ważniejsze od jakiegoś pokazu mody.

– Życie polega na wyborach?
Tak, i to już w małych codziennych sprawach. Ważna jest logistyka w układaniu zajęć. Przecież wiadomo, że mamy z mężem różne zobowiązania wobec przedsiębiorstw, których utrzymanie i dopilnowanie wymaga ogromnej pracy. Czy to hotelarstwo, elektronika, deweloperstwo, farmacja czy lotnictwo.

– Mąż sam lubi być pilotem. Pani zawsze bała się o niego, gdy latał.
Bałam się, ale latałam wraz z nim. Gdzieś cztery lata temu  obiecaliśmy sobie, że trochę przystopujemy, aby więcej korzystać z tego, co osiągnęliśmy, nie brać udziału w ciągłym wyścigu. Umówiliśmy się, ale nie wyszło. I wkroczyliśmy w następne przedsięwzięcia. Wyznam, że z przyjemnością rozbudowaliśmy więc bardzo hotel w Juracie, klinikę, biurowce. Mąż mówił: „Jeszcze tylko to, jeszcze tylko tamto”. I tak to trwa.

– Czy robicie to dla pieniędzy?

Myślę, że dla samego tworzenia. Mój mąż jest kreatorem, ma swoje wizje i bardzo lubi tworzyć podwaliny czegoś, rozwijać przedsięwzięcia na wielu frontach. Był pionierem w wielu sprawach biznesowych.

– Kiedy Pani za niego wychodziła, był didżejem. Przypuszczała Pani, że będzie tak wytrawnym biznesmenem?
Był już po studiach, ale zajmował się też muzyką – to jego pasja. Ja miałam 25 lat i potrafiłam odróżnić ziarno od plew. Zawsze byłam bardzo samodzielna. Nie chciałam korzystać z bazy, jaką dawał mi zamożny dom rodzinny. Wszystko chciałam zrobić sama. Rodzice nie ingerowali w moje decyzje, Było nas troje, więc nie skupili na mnie całej swojej uwagi. Moje dzieci już nie mają takiej wolności. Spoczywa na nich odpowiedzialność za kontynuację tego, co my zaczęliśmy.

– A może osiądą na laurach?

Podobno pierwsze pokolenie zawsze buduje. Drugie – czasami podtrzymuje i rozwija to, co zostało, ale bardzo często jedynie konsumuje. Trzecie znowu buduje, bo często jest tak, że ich rodzice wydadzą wszystko, co odziedziczyli. Nie wiem, jak będzie w naszej rodzinie. Czasy są przecież inne niż kiedyś.

– Ale pieniądze są ważne w każdych czasach?

Na pewno bardzo pomagają, bo dają wygodne życie. Ale są tacy, którzy jeżdżą do Indii i tam medytują. I ja również to szanuję.

– Jest Pani sentymentalna?
Tak, przywiązuję się do pamiątek, miejsc, starych filmów, melodii i samochodów. Ale prawdziwy sentyment mam do ludzi. Jest wielu starych przyjaciół, z którymi od lat utrzymuję kontakty, bez względu na ich status materialny. Wyróżnia ich to, że są niezwykli,  jak Gustaw Holoubek, Jan Englert, Marian Kociniak. To nasza grupa, z którą gramy od lat w karty. Podczas wakacji czynimy to codziennie.

– Brydż?
Nie. Poker.

– Na pieniądze?

Nie gra się na zapałki. Gramy towarzysko. Ale każdy chce wygrać.

– Ile najwięcej Pani wygrała?
Już nawet nie wiem. Gram mądrze. Mam taki luz, że nie muszę wygrywać więcej i więcej. Panuję nad tym. Znamy też wielu ciekawych ludzi, którym powiodło się materialnie. Mamy wiele wspólnych tematów.

– I rozmawiacie tylko o biznesie?

O biznesie i polityce. A z dziewczynami o ciuchach, dzieciach, wakacjach, pieskach.

– Wiem, że piesek jest dla Pani kimś wyjątkowym.
Kiedyś psów się bałam, bo jako dziecko zostałam ugryziona. Moja mama miała psa, ale ja już studiowałam w Warszawie i rzadko bywałam w domu. W ogóle nie wierzyłam, że potrafię się w psie zakochać i że stanie się on dla mnie tak bliską osobą. Nie wiedziałam, że czekałam na Kokusię całe życie. Tymczasem jest dla mnie czwartym dzieckiem. Kupił mi ją mąż, widząc mój zachwyt, gdy zobaczyłam podobnego pieska na zdjęciu. To schitzu, chińska cesarska rasa. Od razu przebiegły między nami dobre prądy. Pokochałam ją, a ona mnie. Szkoda tylko, że musi tak często za mną tęsknić.

– Nie można zabierać jej w podróż?
Nie bardzo. Jutro lecimy do Turcji na kilka dni, a potem do Szanghaju. Turcja to wyjazd integracyjny Polskiej Rady Biznesu. Raz w roku biznesmeni wraz z żonami spotykają się w jakimś pięknym miejscu. Byliśmy już na Capri, w Bordeaux, w Irlandii, Pradze, Budapeszcie. A w tym roku spotkamy się w Istambule, na który się bardzo cieszę. Ja uwielbiam zwiedzać, dużo z mężem jeździmy. W zeszłym tygodniu wróciliśmy z Chorwacji i Czarnogóry.

– Uczestniczy Pani we wszystkich inwestycjach męża?
Na budowlanych się mało znam. Zajmuję się wystrojem wnętrz, dekoracjami, dietą w hotelu. Moje oczko w głowie to „Bryza”. W tym roku powstała nowa plaża i klinika. Mamy już pomysły na przyszły rok.

– Ma Pani artystyczne inklinacje? Trochę szaleństwa w sobie?

Oj, mam. Podpatrujemy na świecie wszystko, co ładne i niebanalne. Chcielibyśmy przenieść to do „Bryzy”. Widzieliśmy ostatnio w Chorwacji piękne parasole w formie kielichów – chcielibyśmy mieć podobne. Dla siebie zaś  kupuję różne oryginalne drobiazgi, które tworzą mój klimat w domu. Na przykład zakładamy skarpetki na nogi od foteli, bo… idzie zima.

– Jesteście małżeństwem 30 lat. To dużo?
Wie pani, mamy wrażenie, jakby to była chwilka. W tym roku na 30. rocznicę ślubu oglądaliśmy nasze wspólne zdjęcia. Rzeczywiście szybko to przeleciało.

– Nie znudziliście się sobą?

Lubimy być ze sobą. Trzeba iść razem i patrzeć w tym samym kierunku. Między dwojgiem ludzi najważniejsze jest, żeby umieli ze sobą rozmawiać, żeby interesowali się sobą wzajemnie. Najważniejszym meblem w domu jest kanapa telewizyjna. Rozmiary 3,60 metra na 3,60 – pełen odjazd. Możemy na niej całą rodziną oglądać telewizję, jeść, rozmawiać. Jeśli chodzi o telewizję, to jesteśmy z mężem maratończykami.

– Rozmowy na kanapie są poważne?
Rozmawiamy o wszystkim. Ostatnio przeprowadziłam męską rozmowę z Maksem: „Czy ty naprawdę chcesz być pilotem?” „Tak”, mówi. „Najpierw studia, potem szkoła lotnicza”. Ma za sobą sześciotygodniowy kurs teoretyczny lotniczy w Culver Academy w USA. Już się chyba z tym pogodziłam. We mnie siedzi rozsądny Koziorożec. Szanuję jego wybór, będę się tylko modliła, by był dobrym pilotem.

– Z czasem godzimy się z wieloma sprawami, które kiedyś były dla nas nie do zaakceptowania?
Może to zmęczenie materiału, a może mądrość życiowa? Nauczyłam się ustępować. Kiedyś buntowałam się, gdy mąż latał, chociaż jest doskonałym pilotem. Dziś jestem jego nawigatorem. Gdy mąż ogląda jakiś program, nie przełączam telewizora, tylko oglądam z nim. A jak chcę obejrzeć jakiś film, to idę do drugiego pokoju.

– A w czym mąż Pani ustępuje?
Wspiera moją pracę charytatywną. Za tydzień poleci ze mną do Szanghaju na Światowe Igrzyska Olimpiad Specjalnych. Od 12 lat jestem prezesem tej największej organizacji sportowej w Polsce. Igrzyska w Szanghaju są świętem dla dwóch milionów jej członków, ludzi upośledzonych umysłowo.

– Uważa Pani, że trzeba spłacić jakiś dług losowi?
Praca charytatywna bardzo wciąga, daje wiele satysfakcji. I tak jednak wydaje mi się, że więcej dostałam, niż dałam. W Szanghaju bierzemy udział w XII Światowych Igrzyskach Letnich i chcemy przy okazji podpatrzyć, jak oni organizują taką olimpiadę. Polsce przyznano zorganizowanie Europejskich Specjalnych Igrzysk Olimpijskich w 2010 roku. Mąż stoi na czele komitetu organizacyjnego i ciąży na nim duża odpowiedzialność. Koszt imprezy wyniesie około pięciu milionów euro. Dla Polski być gospodarzem takiej imprezy to wielki zaszczyt, to też wielka promocja naszego kraju.

– Nie ma Pani poczucia, że odbiera swój czas synom?
Nie odbieram im. Nieustannie ich doglądam. To się nazywa ręczne sterowanie. Zaczyna się już od pobudki i wyczucia różnych stopni ich nerwowości, w zależności od tego, jakie mają zadania na dany dzień – czy jest egzamin, czy go nie ma i tak dalej. Muszę sobie poradzić z ich emocjami. Często sama im ulegam.

– I co wtedy?

Wtedy oni interweniują u taty, który łagodzi sytuację. Z Mikołajem odbieramy na tych samych falach, oboje jesteśmy spontaniczni.

– Dzięki studiom na psychologii lepiej Pani rozumie jego problemy?
Staram się być dobrym psychologiem. Te studia dały mi fantastyczną umiejętność analizy, tolerancję i dystans do wielu spraw. Życie składa się z małych i dużych analiz.

– Małe analizy to takie, czy kupić kostium Diora, czy Chanel?

Jeśli chodzi o zakupy, mam niezawodne oko, robię je dość szybko, nie zastanawiam się długo. Robię je zawsze sama i wiem, czego chcę. Dziś jadę po czerwoną herbatę.

– Przy herbacie najlepiej się podobno rozmawia?
Herbatą trzeba popić dobre pierogi.

– Bardzo lubi Pani żyć?
Kocham życie, piękne miejsca i podróże. Z pokorą staję przed starymi budowlami. Chcę poznać ich historie. A na co dzień cieszy nas przeróbka domu w Zakopanem. Kładziemy tam nowy gont, nowy kamień, robimy nowe tarasy.

– Pani ciągle się śpieszy?
Tak, bo kiedyś przyjdzie zmęczenie i może nie będzie już mi się nic chciało. Bardzo często myślę o przemijaniu. Mamy szczęście mieć do czynienia z ludźmi starszymi od nas, ale młodymi duchem.

– Czego Pani uczy synów?
Wiary w siebie i szacunku do innych. Staramy się nie stawiać dzieciom wysoko poprzeczek. Ale muszą mieć świadomość zobowiązań wobec nas i wobec życia, które na nich czeka.

– Pani z mężem trafiliście we właściwe miejsce i we właściwy czas?

Tak. Ponadto mąż miał zawsze talent do składania wszystkiego jak klocków lego. Do tego determinację i pracowitość. Na urlopie był rzadko dłużej niż tydzień.

– Pewien mój znajomy lekarz twierdzi, że tylko z odpowiednim partnerem można wiele osiągnąć.
To też i moja życiowa dewiza. Dobry partner jest największym szczęściem w życiu. Są też wartości, które wynosi się z domu, jak uczciwość, lojalność i szacunek dla innych. Może dlatego u nas nie ma rotacji pracowników. Kierowcy pracują u nas po 14, 15 lat, jeden nawet 24 lata. Pan Kazio zawiadujący budynkami – 20 lat. Panie do pomocy po 10 lat. Wracając do dzieci, uczymy je, że pieniądz trzeba szanować. Ja zawsze sprawdzam rachunki. Uczę dzieci, że nic nie przychodzi łatwo. Chłopcy dostają po 100 złotych tygodniówki i musi im to wystarczyć. Jeśli zaoszczędzą, cieszę się. Maksio jest oszczędny.

– Mąż też?
Mąż umie zarabiać pieniądze i dzielić się nimi z innymi.

– A Pani jest oszczędna? Wie Pani, ile ma pieniędzy w portfelu?

Zawsze wiem.

– Gdy ma się tak dużo, trudno chyba o jakieś marzenia?
Nie cierpię na kryzys marzeń. Zawsze je mieliśmy i mamy. Teraz marzę o jakiejś wielkiej podróży. Żebyśmy pojechali wszyscy razem, z dziećmi, żebyśmy na nowo odkryli miejsca, w których byliśmy kiedyś we dwoje.

– Synowie lubią z Wami jeździć?
Zarażamy ich swoją pasją. Tyle jest jeszcze do obejrzenia. A życie takie krótkie. Chociaż... ciągle czujemy się młodo, nie żyjemy tak, jakby każdy dzień miał być ostatni. Poprzedniego planujemy zawsze już następny. Nie pozwalam sobie na marnowanie czasu. Ciągle gdzieś mnie gna, coś mam do zrobienia. A dziś taki piękny słoneczny dzień, że chce się przekraczać góry.

Rozmawiała Krystyna Pytlakowska
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/3 lata temu
"Kokusia"- cesarska rasa... - i to jest to, co w życiu tej pani jest niezwykle ważne!. Chociaż daje też szanse, w dobroci swego ukształtowanego przez szkołę serca, " niezamożnym, jak choćby Gustaw Holoubek, Jan Englert czy Marian Kociniak". Jakie to szlachetne i wspaniałomyślne! A nie lepiej mniej mówić? Ciężki żywot chwalipięty.