Joanna Sarapata - Do stu razy sztuka

O życiowych zakrętach, sukcesach, porażkach i mężczyznach Joanna Sarapata opowiada Krystynie Pytlakowskiej

fot. Michelle Ferrara/Pancho Saula

Siedzimy w salonie, w kominku buzuje ogień. Pijemy mocną herbatę. W sąsiednim pokoju 12-letni Jovan gra w grę komputerową. Na stole przeciąga się kot, na kanapie – drugi. Pomiędzy nami szaleją dwa psy, potrącając poustawiane pod ścianami obrazy. W tym mieszkaniu na Żoliborzu jest malowniczy artystyczny nieład i ciepła domowa atmosfera.

– Kiedyś mi powiedziałaś: „Krysia, skoro nie rozpakowałaś płyt, to się stąd wyprowadzisz”. A Ty rozpakowałaś już wszystkie książki i kartony, to znaczy, że zostajesz tu na dłużej.
Joanna Sarapata:
Nie, to jeszcze nic nie znaczy. Ty uważasz, że powinnam zostać? Bo otworzyłam galerię, poznałam wspaniałych ludzi, mam z kim napić się wina? Ale ja nie potrafię powiedzieć, co będzie za rok, dwa, pięć. Pewnego dnia może znowu spakuję walizki i wyjadę na antypody.

– Bo Ty wiecznie czegoś szukasz. Swojego miejsca i ludzi, którzy będą Ci bliscy?  
Joanna Sarapata:
Nigdy nie szukałam przyjaźni za wszelką cenę. Lubię być sama, lubię czytać, malować. Kocham moje dzieci. Mam kilku przyjaciół. To mi wystarcza.

– Naprawdę? A wydajesz mi się czasem bardzo samotna, chociaż nic nie jest w stanie Cię złamać. Ani choroba, ani dwa rozwody, ani kradzież Twoich dzieł przez nieuczciwych marszandów. Dostajesz po głowie, otrząsasz się i idziesz dalej. Z czymś takim człowiek się rodzi?
Joanna Sarapata:
Myślę, że takiej odporności nabywa się w dzieciństwie. Rodzice zawsze mi mówili, że jestem mądra, ładna, inteligentna, dużo ze mną rozmawiali. Nigdy nie miałam poczucia, że z czymś sobie nie radzę. Ale to dlatego, że mogłam powiedzieć im wszystko. Nawet kiedy, mając 20 lat, wpadłam z moim pierwszym chłopakiem, mama wypiła kieliszek wódki i powiedziała tylko: „No to będę babcią”. Ale tę ciążę poroniłam. I chyba dobrze, bo moja pierwsza miłość, Piotr, nie był mi pisany.

– I wkrótce potem wyjechałaś do Francji?
Joanna Sarapata:
Tak, do Paryża. W Warszawie dwa razy nie dostałam się na ASP, na malarstwo, a tam przyjęto mnie od razu. Zresztą rodzice wiedzieli, że w Polsce nie ma dla mnie przyszłości. Był stan wojenny. Taka szarość i groza. Popierali więc moje plany.

– Nie bałaś się życia na obczyźnie? Na początku lat 80. niewiele osób emigrowało, nie mówiąc o wyjeździe na Zachód na studia.
Joanna Sarapata:
Ja byłam z Zachodem oswojona. Kiedy miałam 14 lat, zjeździłam z rodzicami połowę Ameryki, Włochy, Monako. Okazja była dość przerażająca – zachorowałam na nowotwór, miałam znamię na skórze, które trzeba było wyciąć. W Polsce nie chciano mnie zoperować. Mój ojciec wykładał wtedy w USA socjologię. Rodzice uzbierali pieniądze na amerykańską operację. Podczas trzech tygodni czekania na wynik badań podróżowaliśmy, żeby oderwać moje myśli od choroby. Już wtedy więc miałam zupełnie inny obraz świata niż moi rówieśnicy w Polsce. Gdy więc wyjeżdżałam na studia do Paryża, wiedziałam, jakie życie mnie tam czeka. No a na trzecim roku poznałam przystojnego pilota – Pascala. Wyszłam za niego, urodziłam syna Christopa. Zamieszkaliśmy w Saint-Tropez. To było cudownych 12 lat. Wtedy poznałam światowy high life. Bywałam na przyjęciach u hrabiów i baronowych. Byłam przez nich hołubiona jako „ta piękna Polka” i w dodatku malarka zza żelaznej kurtyny.



– Pascal na otwarciu Twojej pierwszej wystawy w Polsce, 15 lat temu, mówił mi, że popełniałaś straszne gafy.
Joanna Sarapata:
No tak, bo nie znałam dobrze języka. To znaczy cały czas rozmawiałam po angielsku, a po francusku gorzej. Kiedyś powiedziałam mojemu teściowi, że pływa jak konar, co po francusku znaczy „skurwysyn”, a chciałam powiedzieć jak „kanar” – kaczka. Teść o mało się nie utopił, a byłoby szkoda, bo nie byłby na moim ślubie z jego synem. Teściowie mnie bardzo lubili.

– Ale jednak rozwiodłaś się. Dlaczego?
Joanna Sarapata:
Rozwiodłam się z powodu zazdrości. Pascal odsłuchał nagranie na sekretarce automatycznej od Janusza Józefowicza z piosenką „Love Me Tender”. Pomyślał, że coś nas łączy, a to była tylko zabawa. Powiedział: „Ty jedź do Polski, tam jest twoje miejsce”. To nie było złośliwe. My się do dziś bardzo przyjaźnimy. On naprawdę przeżywał, że ja tak tęsknię za krajem. Pomyślałam, że ma rację. I wróciłam w 1997 roku. Rodzice mieszkali wtedy w Komorowie, mieli piękny dom. Ale nie chodziło mi o te luksusy, pieniądze naprawdę nie są takie ważne. Dziś są, jutro ich nie ma. Ja byłam bogata doznaniami.  

– Podchodzisz do pieniędzy z takim filozoficznym spokojem?
Joanna Sarapata:
Tak, bo kilka razy wszystko w życiu straciłam – mężczyznę, dom, apartament. Miałam 42 lata, dwóch synów i nic poza tym. Marszandzi mnie oszukali, zagarnęli 100 moich obrazów wartych kilkaset tysięcy złotych. Wygrałam z nimi wprawdzie wszystkie procesy, ale do dziś nie odzyskałam ani złotówki. Zostałam bez środków do życia. Nie chciałabym przeżywać tego na nowo.

– To zdarzyło się, kiedy wyjechałaś do Hiszpanii po drugim ślubie i urodzeniu drugiego syna?
Joanna Sarapata:
Tak, w 2001 roku. Pamiętasz? Rozmawiałyśmy wtedy i ja mówiłam ci, że wyjadę, że mam dosyć polskich plotek, intryg, ale tak naprawdę bardzo osłabiła mnie śmierć rodziców. Umarli jedno po drugim. Tracisz rodziców, tracisz dzieciństwo. Już nie masz do kogo zadzwonić, choćby po to, żeby się pożalić. Pomyślałam więc: Nic mnie tu nie trzyma. Chcę żyć w jakimś pięknym miejscu, jeść homary, malować, kiedy mi przyjdzie na to ochota. Wybrałam Barcelonę. A tam zostałam okradziona.

– Wyciągnęłaś z tego jakąś naukę?
Joanna Sarapata:
Tak, wiem, że jestem bardzo silna. Myślę sobie, że jak człowiek nie ma pieniędzy i nie wie, kogo poprosić o pomoc, musi sobie jakoś dać radę, nawet w obcym kraju. Z dwójką dzieci, królikiem i rybką w akwarium musiałam opuścić w ciągu 20 minut apartament – a mieszkałam w najlepszej dzielnicy Barcelony – za który płacili moi agenci. Okazało się jednak, że zalegają z opłatami. Agent przestał płacić czynsz i nie poinformował mnie o tym.


– Twój mąż, znany aktor, nie pomógł Ci?
Joanna Sarapata:
Jarek (Jakimowicz – przyp. red.) prowadził wtedy w Warszawie naszą restaurację Tonik. Nawet nie wyobrażał sobie dramatu, jaki przeżywaliśmy. A tu weszło do mieszkania sześć osób. Wszystko skonfiskowali: meble, obrazy i książki. Tylko tyle, że w ramach przyzwoitości przeniesiono mnie do hotelu – dwa pokoje z kuchnią i łazienką. Czteroletni Jovanek strasznie płakał, że on chce wracać do swojego domu. A starszy Titi miał zdawać maturę i był załamany. Musiał iść do pracy. Mnie nikt nie chciał zatrudnić. Byłam na Hiszpanię za stara. Słyszałam, że za moją pensję mogliby przyjąć trzy młode osoby.

– Nie mogłaś malować i sprzedawać obrazów, jak wcześniej?
Joanna Sarapata:
Przecież nie miałam ani blejtramów, ani pędzli, wszystko mi zabrali. Dostawałam tylko 30 euro na życie od tych oszustów. Obiecywali, że za miesiąc otrzymam wszystkie należne mi pieniądze. A potem za następny miesiąc i następny. Po prostu głód zaglądał nam w oczy.

– Nie szukałaś nigdzie ratunku, miałaś przecież tylu bogatych znajomych?
Joanna Sarapata:
Wiesz, bogaci znajomi są dobrzy, kiedy ty jesteś na szczycie, ale kiedy spadasz, nie ma przy tobie nikogo. Ale skontaktowałam się wtedy z przyjaciółmi José Carrerasa i namówiłam ich, żeby kupili ode mnie dwa obrazy za cenę, jaką oni zaproponują. Mogłam za nie przeżyć jakiś czas i przenieść się znowu do apartamentu, ale oczywiście skromniejszego. Dzieci nie wierzyły, że jeszcze tego samego wieczoru zawisły u nas firanki.   

– Zostałaś jednak w Hiszpanii i znowu weszłaś na szczyt. Wiem, bo czytałam recenzje z Twoich hiszpańskich wystaw.
Joanna Sarapata:
W 2004 roku wszystko się odmieniło. Właścicielka galerii w Barcelonie zaczęła sprzedawać moje obrazy na aukcjach. Znowu mogłam utrzymać się ze sztuki. Nie odzyskałam jednak biżuterii, którą musiałam sprzedać, by przeżyć – złotego choparda z diamentami i złotego cartiera. Do dziś nie mam takich cennych rzeczy i wcale nie muszę ich mieć. Najważniejsze, że powoli znowu zaczęłam stawać na nogi. A potem zadzwoniłam do kilku przyjaciół w Warszawie, którzy też podali mi pomocną dłoń. Pisali: „Wracaj, otworzysz galerię”. Wróciłam więc w 2008 roku znowu do Polski, już po raz drugi, chociaż tam było słońce, palmy i zielone papugi. I znów zaczynałam od początku. Znalazłam mieszkanie, zapisałam Jovana do szkoły, potem się rozwiodłam.

– Dokonywałaś chyba w życiu złych wyborów?
Joanna Sarapata:
Być może, ale zawsze mówię sobie, że mogło być gorzej. Tak naprawdę najbardziej mnie boli nielojalność. Jeżeli utracę do kogoś zaufanie, już nigdy do niego nie wracam. Ja potrafię wszystko oddać. Płacić obcym dzieciom za szkoły, ratować koty i psy, sprzedać taniej obraz, żeby zdobyć pieniądze, by uratować ciężko choremu życie.  

– Oczekujesz tego od innych?
Joanna Sarapata:
Nie, dzisiaj wiem, że mogę liczyć tylko na siebie. Od innych oczekuję tylko uczciwości w kontaktach ze mną. To dla mnie bardzo ważne.


– Zbliżasz się do pięćdziesiątki. Już wiesz, kim jesteś?
Joanna Sarapata:
Człowiekiem, który kocha życie, ale który z czasem przestał kochać ludzi. Większy szacunek mam dla zwierząt, które w swoich reakcjach są szczere i bezinteresowne. Camus kiedyś napisał, że nie ma ludzi złych i dobrych, są tylko piękni i brzydcy. Ja poznałam za dużo brzydkich ludzi, ale teraz poznaję i pięknych.  

– Myślisz o sobie czasem: jestem wielką artystką?
Joanna Sarapata:
Nie, czasami się budzę i nie wiem, czy jeszcze potrafię malować. Patrzę na obrazy, które już namalowałam, i zastanawiam się, czy to naprawdę ja jestem ich autorką. Talent to dar, który nie wiadomo na jak długo został nam dany. Jeśli ktoś myśli, że ma pieniądze do końca życia czy urodę, czy zdrowie, to się myli, bo wszystko kiedyś może się skończyć. Ja żyję chwilą. Mam szczęście, że sprzedaję obrazy, ale prawdziwa przyjemność jest tylko, kiedy je tworzę.  

– Malujesz tylko kobiece akty. Są tacy, którzy podejrzewają, że czerpiesz z tego erotyczną przyjemność.
Joanna Sarapata:
A wiesz, że mam to gdzieś. Był taki idiota, który mnie podejrzewał, że sypiam z jego żoną, bo malując takie akty, na pewno jestem lesbijką. Ale ja nie słucham chamstwa i prostactwa. Wcale mnie to nie dotyka.

– Łatwo namawiać kobiety, żeby Ci pozowały?
Joanna Sarapata:
Czasem nawet same mnie proszą, a ja też nie mam żadnych oporów, żeby podejść i zaproponować: „Ja panią namaluję”. Ostatnio nawet podeszłam do Małgosi Beli, którą poznałam kiedyś w samolocie, i powiedziałam: „Uwielbiam panią, chcę żeby mi pani pozowała, bo wymyśliłam taki projekt – akty kilku bardzo znanych kobiet”. Większość z nich wyraziła zgodę. Ona jadła kanapkę, niemal się zakrztusiła, popatrzyła na mnie i mówi: „Jezu, a ja mam pani obrazy, właśnie kupiłam następny”. Kobiety doceniają moją sztukę.

– Masz od roku najpiękniejszą galerię przy Pięknej, w centrum Warszawy. Na wernisaże do niej przychodzi i kilkaset bardzo znanych osób. Stałaś się niesłychanie modna. To cieszy?
Joanna Sarapata:
Tak, cudna galeria otworzona z cudną osobą – Jolą Bogiel. Wielką radość mi daje to, że spotkałam kilka osób, które chciały we mnie zainwestować nie tylko pieniądze, ale i przyjaźń. Ja nie mam głowy do interesów, chociaż wiem, jak się płaci rachunki i sama chodzę do banku. Ale mam wiele pomysłów i zmysł organizacyjny. Dlatego kilka osób chciało ze mną otworzyć tę galerię, ale niestety, znów jedna z nich okazała się nieuczciwa.

– Dobrze, że tylko jedna. W rezultacie więc bilans masz dodatni.
Joanna Sarapata:
Tak, bo poznałam wielu ciekawych ludzi. Najważniejsze, że są normalni. Ja nie jestem snobką. Zresztą obracałam się już w tylu środowiskach. Bywałam w tylu domach, zjeździłam pół świata, że mogło się w głowie przewrócić. Ale nie przewróciło. Seneka mówił, że życie musi być jak teatr – krótki, ale dobry. Nie chcę żyć długo i nudno. Może dlatego tak zmieniam miejsca.


– Ty też się zmieniasz?
Joanna Sarapata:
Pamiętasz moje obrazy sprzed kilkunastu lat – kreska, trochę farby? Wtedy do każdej sesji piłam butelkę wina. Kiedy jednak dowiedziałam się, że nie wolno pić dużo wina, bo traci się kontakt ze swoją duszą, przestałam. Te wszystkie obrazy, które namalowałam, już prowadząc galerię, powstały bez wina.  Mówisz, że znowu mi się udało? Zuzia Łapicka na wernisażu w mojej galerii powiedziała: „Joanna, jesteś niezatapialna”. A Andrzej Pągowski dodał: „Ona jest jak feniks, odradza się z popiołów”.

– Można żyć z takiej galerii?
Joanna Sarapata:
Ja żyję z niej. I powiem więcej – jeżdżę po świecie, zapraszam genialnych ludzi. Bywam wśród elit, a teraz przygotowujemy z Jolą ogromną wystawę w Moskwie. Ale tak naprawdę to najbardziej cenię sobie ten mój tutaj prywatny świat w apartamencie na Żoliborzu. I Jovan też go lubi. Spójrz na tego psiaka, który tu biega między nami, przeczytałam o nim w Internecie – był wyrzucony przez kogoś, wpadł w lesie we wnyki i odgryzł sobie łapkę, żeby się uwolnić. Tak bardzo chciał żyć. Teraz biega na trzech, ale tak szybko, że wcale nie widać jego kalectwa. I wszystko go cieszy. Tak jak mnie. Napalimy sobie w kominku. Patrzę na ogień, a moje myśli płyną we mnie jak strumień. Przelatują, a ja idę dalej.

– Gdzie i po co?
Joanna Sarapata:
Bo chcę już czegoś nowego.

– Mężczyzny? Miłości?
Joanna Sarapata:
A po co mi mężczyzna? Znowu się przed kimś tłumaczyć, że chcę wyjechać albo że kupiłam sobie nowe buty. Nie, nie, mężczyzna w ogóle mi nie jest potrzebny. Chociaż moi synowie mówią do mnie: „Mama, głupoty gadasz, już by ci się facet przydał”. Rozważę to więc jednak, bo miłości nigdy za wiele. Ale musi być prawdziwa, a nie jakaś udawana i na chwilkę.
 
Rozmawiała Krystyna Pytlakowska
Zdjęcia Michelle Ferrara/Pancho Saula
Stylizacja Agnieszka Ścibior
Makijaż Salima/Lebigue One
Fryzury Salima/Lebigue One
Asystentka stylistki Zofia Ślotała
Produkcja Sara Marcysiak
Nie tylko Freddie Mercury. 1 grudnia wspominamy gwiazdy, które zabrało AIDS
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)