Joanna Przetakiewicz: Zawsze byłam niezależna

Tylko w VIVIE! pierwszy wywiad z Joanną Przetakiewicz, bizneswoman, mamą trzech synów, partnerką Jana Kulczyka. O ciągłej podróży, przeznaczeniu i życiu u boku najbogatszego Polaka.

Joanna Przetakiewicz: Zawsze byłam niezależna fot. Marcin Tyszka
Poznałyśmy się trzy lata temu. Długo nalegałam na wywiad, by opisać, kim jest tajemnicza, piękna blondynka, coraz częściej pojawiająca się u boku najbogatszego polskiego przedsiębiorcy. Konsekwentnie odmawiała, aż w końcu za namową wspólnych znajomych zaprosiła mnie do swojego żoliborskiego mieszkania. Przyjęła mnie wtedy bez makijażu, w dżinsach i koszulce na ramiączkach. Bezpośrednia, uśmiechnięta i życzliwa. Z jednej strony twarda i zaradna kobieta biznesu, radca prawny, właścicielka bardzo dobrze prosperujących klinik stomatologicznych oraz restauracji, z drugiej – odpowiedzialna i ciepła matka trzech dorastających synów.

Przegadałyśmy kilka godzin, nawet zaprzyjaźniłyśmy się. Potem podtrzymywała tę naszą znajomość, choć wyjechała z Janem Kulczykiem do Londynu. SMS-y na święta, życzenia imieninowe, krótkie relacje z życia poza Polską, anegdoty. E-maile, w których rozprawiałyśmy o dzieciach i sytuacji politycznej. Zawsze świetnie zorientowana w bieżących wydarzeniach i zawsze konsekwentnie unikająca szczegółów na temat związku z Janem.

I wreszcie napisała: „Zgadzam się, zróbmy wywiad!”. Dla mnie był to sygnał, że dojrzała, że jej życie z Janem Kulczykiem nie jest już sensacją, że jej słowa nikogo nie zranią, że z niczego nikomu nie musi się już tłumaczyć. I najważniejsze, że oboje uporządkowali swoje sytuacje rodzinne. Więc...

– ...jaką kobietę wybrał Jan Kulczyk?
Joanna Przetakiewicz: Niezależną. I znającą swoją wartość. Jestem zahartowana, bo życie nie szczędziło mi problemów. Błędy uczyły mnie pokory i dystansu do siebie, ludzi oraz spraw, które kiedyś wydawały się najważniejsze. Janek ceni mnie za to, że mam odwagę się z nim nie zgadzać, że podważam jego historyczne oceny i sądy, że sieję intelektualny zamęt w jego głowie. No i że potrafię twardo bronić swojego zdania.

– Jesteście jak dwa ścierające się żywioły?
Joanna Przetakiewicz: To jest bardzo twórcze i naprawdę cementuje związek. Nieustanne zaskakiwanie się, dyskusje do białego rana, wojna na argumenty. Na tym polega miłość, prawda? Nie ma w niej miejsca na nudę, rutynę, unikanie się. To dla mnie ogromny komplement, kiedy Janek mawia, że jestem jego najlepszym kolegą. Zawsze podziwiałam w nim siłę intelektu i charakteru. A że sama nie należę do słabych, bywam rebeliantką burzącą ustalony porządek, to nie mogłabym pokochać mężczyzny, który jest niezdecydowany czy przewrażliwiony na własnym punkcie. Ostatnio, rozbawiony, rzekł, że zachowuję się jak typowy sparring partner. To też wielki komplement. Różnica zdań inspiruje do działania, zagrzewa do życia.

– Czy kilka lat temu wyobrażałaś sobie, że tak potoczy się Twoje życie?
Joanna Przetakiewicz: Proszę, nie żartuj. Kilka lat temu walczyłam o szczęście dla siebie i swoich synów. Walczyłam o niezależność emocjonalną i finansową.

Porozmawiajmy o gwiazdach - forum >>


– Życie w Londynie bardzo Was odmieniło?
Joanna Przetakiewicz: Nie sądzę. Oczywiście zmieniły się dekoracje, pojawiły się wokół nas nowe twarze, nowe problemy i wyzwania, ale my pozostaliśmy tacy sami. Janek, który w Polsce, w naszej lokalnej ekstraklasie, osiągnął praktycznie wszystko, zawsze chciał się sprawdzić w Champions League. To piłkarskie porównanie nie jest przypadkowe, bo tutaj, żeby się wybić, trzeba pracować dwa razy więcej, biegać i myśleć dwa razy szybciej i przewidywać dwa razy celniej niż inni. Podróże, spotkania towarzyskie i biznesowe w finansowym centrum świata, jakim bez wątpienia jest Londyn, wymagają zaangażowania na 110 procent. Mało jest więc czasu na odpoczynek, spacery.

– I naprawdę bawi Cię, że jednego dnia musisz lecieć do Kazachstanu, za dwa dni budzić się gdzieś w Afryce Południowej lub w Brunei?

Joanna Przetakiewicz: To rzeczywiście przerosło moje najśmielsze przewidywania. Zawsze wydawało mi się, że ja czy ludzie, których znam w Polsce, ciężko pracują, że są tak piekielnie zajęci. Janek jest tytanem pracy, najbardziej zajętym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek spotkałam. Dla kobiety to szczególne wyzwanie próbować dotrzymać mu kroku, być jego pełnowartościowym partnerem, który świadomie bierze na siebie część zadań i obowiązków. Moim świętym obowiązkiem jest też oferowanie mu wyciszenia i czułości, ale nierzadko także dodatkowej motywacji, impulsu do kolejnego podniesienia poprzeczki. Mamy w domu takie powiedzenie: „Sytuacja jest dynamiczna”, co oznacza, że w kąt należy rzucić wszystkie plany i zobowiązania, że należy spakować się w pięć minut, być przygotowanym na spotkanie z ludźmi z różnych sfer czy kultur. Niedawno odkryłam, że po raz pierwszy w życiu ucieszyło mnie odwołanie, i to w ostatniej chwili, podróży do Chin i Japonii. To był cudowny prezent od losu. Zostaliśmy na kilka dni w ukochanej Warszawie, odwiedziliśmy przyjaciół, oglądaliśmy telewizję, czytali, spali do południa. Granica między pracą a życiem dawno się już zatarła – niestety, na niekorzyść tego drugiego. Nie mam już serca umawiać się ze starymi przyjaciółkami na plotki i kawę, bo tyle już razy zmuszona byłam odwoływać nasze spotkania.

– Wszystkim wydaje się, że jedynymi zajęciami partnerki najbogatszego polskiego przedsiębiorcy jest wydawanie poleceń prywatnemu kucharzowi, wybieranie kolejnych strojów u Diora czy dbanie o urodę.
Joanna Przetakiewicz: Oj, chciałabym, chciała... (śmiech). Niestety, nigdy tak nie było, nie jest i chyba długo, długo nie będzie. Nie przy Janku! Zanosi się raczej na to, że jeszcze więcej czasu będę spędzać w towarzystwie nafciarzy, bankierów inwestycyjnych, facetów poszukujących miedzi i węgla w Afryce czy prezydentów najbardziej egzotycznych państw świata. Tak egzotycznych, że czasem nie wiadomo nawet, gdzie leżą! (śmiech). Ale nie narzekam, bo tak zupełnie na serio, to wielka frajda i ogromne wyróżnienie móc poznawać tak nietuzinkowych ludzi i nieustannie uczyć się nowych rzeczy. Mam wielkie szczęście być studentką uczącą się na prawdziwym, światowym „uniwersytecie biznesu”. To chyba miłe, mimo upływających lat, wciąż być studentką, prawda? 

– Wasze pierwsze spotkanie z Janem? Było niezwykłe?
Joanna Przetakiewicz: Spotkaliśmy się na wielkim przyjęciu naszej wspólnej znajomej. Janek podszedł do mnie, zaczęliśmy rozmawiać i tak rozmawiamy do dzisiaj. Bez przerwy.


– Pamiętasz, co wtedy powiedział?
Joanna Przetakiewicz: Jasne. To już anegdota, bo Janek wszystkim to ciągle powtarza. Kiedy nas sobie przedstawiono, rzekł tajemniczo: „Ja już ciebie wcześniej wiedziałem. We Florencji”. Jak to, myślę, byłam tam wiele lat temu i tylko raz, o czym on mówi? A on uparcie: „Widziałem cię na pewno, w Galerii Uffizi, drugie piętro, trzeci pokój po lewej. Jak to możliwe, że mogłaś pozować Botticellemu w XV wieku? Jesteś żywcem zdjęta z obrazu »Narodziny Wenus«”. O ludzie! Tylko nie to: Ja i Wenus! Pomyślałam, że to cytat wyjęty z jakiegoś filmu! Dzisiaj już wiem, że jest bardzo uważnym obserwatorem i niezłym prowokatorem. Nie dałam się złapać na ten haczyk, ale potem dostałam na urodziny portret modelki Botticellego. Zrozumiałam wtedy, że będziemy razem. I choć mijają kolejne nasze wspólne lata, dorośleją dzieci, to świadomość, że niezmiennie jest się dla swojego mężczyzny tą jedyną, cudowną dziewczyną ze snów, wzrusza mnie do łez. Łez szczęścia. 

– Poznając Jana, byłaś wolna i samodzielna, prawda?

Joanna Przetakiewicz: Z mężem rozstałam się dwa lata wcześniej. Zabrałam synów, wyprowadziłam się. To była piekielnie trudna decyzja, otwarcie nowego rozdziału życia, rozdziału, na który nie miałam wtedy żadnego pomysłu. Wiedziałam jednak, że muszę zmienić swoje życie. Nie mam jednak wątpliwości, że w odróżnieniu od tysięcy kobiet w podobnej sytuacji było mi łatwiej, bo byłam niezależna finansowo. Pieniądze dały mi wolność wyboru. Nie odchodziłam do innego mężczyzny i pewnie do dzisiaj żyłabym sama, gdybym nie spotkała kogoś tak niezwykłego.

– Jana Kulczyka.
Joanna Przetakiewicz: Tak, gdybym nie spotkała Janka, pewnie nadal byłabym samotną matką wychowującą synów. Nie bałam się tej perspektywy. Jestem silna, a do tego zawsze mogłam liczyć na duchowe wsparcie rodziców i przyjaciół. Powiedziałam wtedy sobie: Dam radę. Byłam radcą prawnym. Miałam swój biznes, bo w 1992 roku z bratową stworzyłyśmy kliniki stomatologiczne. Po 17 latach dalej jesteśmy wspólniczkami i świetnie nam się powodzi. Wniosek z tego taki, że kobiety w biznesie są bardziej lojalne, doskonale się rozumieją, sprawniej rozwiązują problemy, nie wojują ze sobą.

– Rozstanie rodziców jest dla dzieci końcem świata. Jak zareagowali Twoi synowie?

Joanna Przetakiewicz: Początkowo byli nieco zdezorientowani. Zawsze mieli we mnie silne oparcie. Jak było trzeba, to byłam dla nich mamą kumpelką, innym razem mamą korepetytorem, innym – matką przez duże M, czyli bardzo czułą i opiekuńczą. Nie brakowało też momentów, że musiałam być matką po męsku, twardo egzekwującą ustalone zasady. Nie miałam wyboru. Uczyłam się tych ról w biegu. Z czasem stawali się jednak mężczyznami odpowiedzialnymi za los jedynej w ich gronie kobiety. W końcu zaakceptowali nową sytuację, a potem zaakceptowali Janka.


– Coś mi tu nie pasuje. Jak można pogodzić Wasz tryb życia z wychowywaniem dzieci?
Joanna Przetakiewicz: Prowadzę życie w dwóch równoległych światach. Mam świadomość, że chłopcy stają przed coraz trudniejszymi wyzwaniami, decyzjami, dylematami. Jestem z nimi tyle, ile mogę, urządzam im życie tak, żeby wszyscy, łącznie z nami, czyli Janem i mną, mogli w nim komfortowo funkcjonować. W ciągu tygodnia dzieci chodzą do szkół z internatami, a więc weekendy są dla nas święte. Rozmawiamy do późnej nocy. Janek to rozumie, nie próbuje nawet wchodzić w rolę ojca zastępczego. Najtrudniejsze rozmowy to ja, ale najtrudniejsze sytuacje – to on. On jest w tym specjalistą, i to najwyższej próby. Niedawno Filip, czyli średni syn, jako redaktor szkolnej gazetki dostał zadanie zrobienia wywiadu z Lechem Wałęsą. W Anglii to człowiek ikona. Janek, wiele się nie namyślając, wykonał kilka telefonów, wsadził Filipa do samolotu i zorganizował krótkie spotkanie. Jak wspomniałam: specjalista od spraw niemożliwych.

– A Ty jesteś specjalistką od jakich spraw?

Joanna Przetakiewicz: Od psychologii i intuicji. Znam się na ludziach, uważnie ich obserwuję, życie nauczyło mnie wychwytywać pozerów, nieszczerość, przyjaźń podszytą interesownością. Janek często pyta mnie o zdanie, pyta, komu można ufać, a komu nie. Rzadko się mylę.

– Ale jak zaczarowałaś takiego mężczyznę? Emocjami?
Joanna Przetakiewicz: Mam swoje sposoby! (śmiech).Ale tak naprawdę to Janek nie potrafi sam żyć. Dlatego nieustannie jesteśmy razem. Jest niezwykle dobrym, wrażliwym człowiekiem, który naprawdę kocha ludzi, ich towarzystwo, uśmiech, pogodę ducha. Szokujące jest dla mnie to, że mimo realizowanych równocześnie tak wielu szalenie skomplikowanych projektów, codziennej presji, zmęczenia, nagle potrafi docenić czyjeś zaangażowanie, pomysłowość, lojalność. I to czasami w naprawdę niebanalny sposób. Fajny szef.

– Podobno kiedyś taki nie był. Może Ty go zmieniłaś?

Joanna Przetakiewicz: Nie wiem, pewnie trochę tak. Oboje bardzo na siebie wpływamy.

– W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” Jan Kulczyk powiedział kiedyś: „Wstaję około 6 rano, biorę prysznic, wypijam szklankę mleka, potem wsiadam do samolotu i gdzieś lecę. Londyn, Rzym, Paryż.”. Czy to wciąż aktualne?
Joanna Przetakiewicz: Tak jest nadal, choć teraz zawsze jestem obok. Jednak nauczyłam go dłużej spać, lepiej wypoczywać. Zmienił się emocjonalnie, nie jest już tak nieufny. Nie wstydzi się okazywać uczuć.

– A on czego Ciebie nauczył?
Joanna Przetakiewicz: Pakowania się w pięć minut i niedziwienia się niczemu. Uczę się od niego, jak być równie odważna, jak wyznaczać sobie najambitniejsze cele i szukać dróg do ich realizacji, niezwykłego opanowania. Uczę się także jego instrukcji obsługi. I już wiem, kiedy należy mu przerwać, natychmiast namówić do odpoczynku, zwolnić. I on wie, że ja wiem.

– Dlaczego nie jesteście małżeństwem? 

Joanna Przetakiewicz: Nie powiem nic oryginalnego, bo temat jest stary jak życie. Żadna umowa nie jest gwarancją szczęścia. Wiem coś na ten temat, bo byłam mężatką od 20. roku życia. I to przez kilkanaście lat. Trochę się zresztą dziwię takim pytaniom, bo to jednoznacznie pokazuje, że mimo rewolucji mentalnej kobiet, emancypacji, wciąż posługujemy się wzorcami, którymi karmiły się nasze babki. W dalszym ciągu mężczyzna mentalnie w momencie ślubu staje się właścicielem kobiety.


– Jesteś szczęśliwa?
Joanna Przetakiewicz: Tak. Jestem z  mężczyzną, który jest dla mnie oparciem, ostoją, gwarancją bezpieczeństwa. Mam partnera, któremu ufam i oferuję mu to samo. Mam wreszcie szalonego chłopaka z głową w chmurach i sercem na dłoni. Mało?

– Bardzo dużo. Twoi znajomi mówią, że zawsze znakomicie się prezentujesz. Kto pomaga dobrać garderobę, biżuterię czy dodatki?

Joanna Przetakiewicz: Wszystkim zajmuję się sama i uwierz, ale naprawdę nie zabiera mi to wiele czasu. Oczywiście, jak każda kobieta, mam ulubione kolory, zapachy, projektantów. Często noszę polskich projektantów. Baczyńska, Zień, Woliński. Są mistrzami szybkiego, świetnego szycia. Znamy się na tyle długo, że nie muszę chodzić na przymiarki.

– Dior, Armani, Gucci?
Joanna Przetakiewicz: Bez wątpienia Karl Lagerfeld, ale chyba głównie dlatego, że miałam ogromną przyjemność poznać go osobiście. Hipnotyzująca osobowość. Jestem z siebie szczególnie dumna, że udało mi się namówić go do współpracy, ale nic więcej na ten temat nie powiem.

– Podejrzewam, że często spotykasz ludzi tak niezwykłego formatu – głowy państwa, wielkich przedsiębiorców. Czy nie masz tremy, rozmawiając z nimi?

Joanna Przetakiewicz: Nie. Bez względu na okoliczności należy zachowywać się naturalnie. Nasze babcie mawiały: jak nie wiesz, jak się zachować, to zachowuj się przyzwoicie. Wystarczy.

– Poznałaś królową angielską!
Joanna Przetakiewicz: Dostąpiliśmy niezwykłego wyróżnienia i zostaliśmy zaproszeni do  namiotu królowej w trakcie słynnych zawodów w Ascott. Królowa usiadła przy sąsiednim stole, wypiła herbatkę, a następnie majestatycznie wyszła.

– Telewizja BBC uznała Twój kapelusz za najładniejszy!
BJoanna Przetakiewicz: o był bardzo prosty! (śmiech). Słowo honoru! W moim ukochanym szarym kolorze, duży i nowoczesny, ale skromny. I to było jego siłą. Oczywiście zostawię go sobie na pamiątkę.

– Stajesz się osobą rozpoznawaną w Londynie, legendarne są też Wasze przyjęcia, wakacyjne koktajle na jachcie.
Joanna Przetakiewicz: Legendarne? Chyba tak legendarne jak słynne maratony, wyścigi kolarskie czy wspinaczki wysokogórskie! Dla mnie to ciężka praca. Każda kobieta pełniąca od czasu do czasu w domu obowiązki gospodyni już pewnie rozumie, czym to pachnie. Na mojej głowie jest, żeby wszyscy mieli co jeść, co pić i gdzie spać. Jakby tego było mało, bardzo często zapraszamy ludzi reprezentujących różne kultury, tradycje, religie i przyzwyczajenia. Trzeba więc zadbać o to, by czuli się w swoim towarzystwie bezpiecznie, komfortowo, by wspominali ten pobyt u nas jak najlepiej. Nasi znajomi twierdzą wręcz, po trzech dniach spędzonych u nas, że kolejne trzy trzeba spędzić w sanatorium, żeby wrócić do równowagi. Ania, jedna z moich przyjaciółek, powiedziała ostatnio na do widzenia: „Było cudownie, ale tak się cieszę, że już wyjeżdżamy”. W domu wskoczę pod kocyk i na miękkiej kanapie, w ciszy, zjem chleb ze smalcem. Nieważny ten kocyk i kanapa, ale za ten chleb ze smalcem to bym czasem wiele oddała! (śmiech).

Rozmawiała Krystyna Pytlakowska
Zdjęcia Marcin Tyszka
Stylizacja Jola Czaja
Makijaż Gonia Wielocha
Produkcja sesji Ania Wierzbicka
Nie tylko Freddie Mercury. 1 grudnia wspominamy gwiazdy, które zabrało AIDS
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (26)
/6 lat temu
To jest naprawdę godne podziwu - tyle w życiu osiągnąć i jeszcze być normalną babką! Gratuluję tej Pani wspaniałej reklamy POLEK na świecie.
/6 lat temu
To jest naprawdę godne podziwu - tyle w życiu osiągnąć i jeszcze być normalną babką! Gratuluję tej Pani wspaniałej reklamy POLEK na świecie.
/6 lat temu
ma lat 20 i otwiera kliniki stomatologiczne? za co? nie gabinet, nie klinikę, a kliniki w centrum miasta!! Jak? Wszyscy Polscy milionerzy dorobili się na upadku Polski i na okradaniu majątku państwa! pod hasłem prywatyzacja, było rozkradanie w imię prawa! Wiele dobrze prosperujących zakładów doprowadzili specjalnie do upadku, żeby mogli legalnie sprywatyzować i zagarnąć fabryki warte miliardy za grosze, dosłownie za grosze!!
POKAŻ KOMENTARZE (23)