Joanna Kurowska: Czasem trzeba łez

O sobie myślała: jestem nudziarą! Czy ktoś taki może czegoś dokonać? Na planie – uśmiech, w życiu – niepewność. Pytanie: kim jestem? W końcu terapia, do której dziś odważnie się przyznaje.

fot. Mateusz Stankiewicz / AF PHOTO
– Schudłaś 17 kilogramów, ładnie wyglądasz. Jesteś szczęśliwa?
Joanna Kurowska:
Bywam, i to wyjątkowo często jak na polskie standardy.

– Większość ludzi w naszym kraju na takie pytanie odpowiada przecząco.
Joanna Kurowska:
Bo większość ludzi myśli, że szczęście przyjdzie samo. A na szczęście trzeba zapracować.

– Jak?
Joanna Kurowska:
Widzisz, mogłam sobie siedzieć w swoim skromnym kaszubskim domku nad morzem, odliczać godziny w nudnej pracy i marzyć o wielkim świecie. A ja tymczasem to szczęście wyszarpałam życiu pazurami. Pamiętam, jak pojechałam autostopem na egzaminy do Łodzi, w szpilkach, w spódnicy z pieluchy i z ogromnym plecakiem na plecach. Wyglądałam dosyć dziwnie, bo nikt mi chyba nie powiedział, że szpilki nie pasują do plecaka. Ale nie przejmowałam się wtedy tym zbytnio, miałam cel, pasję i 40 złotych w kieszeni. Nie obejrzałam się za siebie ani razu. Zdałam z drugą lokatą do łódzkiej Filmówki i od tej pory idę do przodu, nie przystaję w miejscu, staram się rozwijać. Myślę, że w tej chęci rozwoju tkwi moja malutka tajemnica mojego malutkiego szczęścia.

– Co ostatnio zrobiłaś takiego rozwojowego?
Joanna Kurowska:
Poszłam na przykład na terapię.

– Myślałam, że jesteś twardą Kaszubką. Po co Ci ta terapia?
Joanna Kurowska:
Krysia, ja przez całe życie starałam się usilnie zadowalać innych. Tak bardzo pragnęłam miłości i akceptacji, że chciałam spełniać oczekiwania innych ludzi, żeby ją uzyskać. Miałam wrażenie, że jestem nieprzystosowana do życia. Właściwie to nawet nie bardzo wiem, na czym polegał mój problem. Nie byłam głupia, ale kompletnie nie umiałam odnaleźć się w towarzystwie. Kiedyś siedziałam z przyjaciółmi mojej przyjaciółki, która była studentką psychologii. Wydawałam się sobie beznadziejnie nudna i przewidywalna. Nie wierzyłam, że mogłabym czegoś dokonać, ani na polu osobistym, a cóż dopiero na zawodowym. Kiedy tak na mnie patrzysz, czuję, że nie wierzysz, że ja i tamta Joaśka to jedna i ta sama osoba.

– Jak mogłaś być beznadziejna, skoro jesteś taka barwna?
Joanna Kurowska:
Tamtego wieczoru zdarzyło się coś, dzięki czemu zmieniłam trochę o sobie zdanie, zaczęłam się sobie bardziej przyglądać. W tamtych czasach ciągnęło mnie do starszych i mądrzejszych, zresztą wszyscy wydawali mi się mądrzejsi ode mnie. Pamiętam, że czekałam na moją starszą o dwa lata przyjaciółkę, bo miałyśmy iść do kina, kiedy już skończy ze swoimi kolegami z roku omawianie tematu do kolokwium. Był zachwycający: wrażliwość, skazy traumatyczne i ich odniesienia w literaturze. Byłam nim zafascynowana. Pamiętam siebie jak dziś, miałam długie blond włosy, buzię Dody Elektrody, minispódniczkę i wściekle różowe paznokcie u rąk. Żeby zabić nudę czekania, malowałam tym niebanalnie różowym lakierem paznokcie u nóg, a pomiędzy palcami tkwiła mi dumnie wata. Wyglądałam pewnie jak landrynka, zresztą wołali na mnie „Piękna Lola”. Kiedy oni ględzili już trzecią godzinę, odważyłam się odezwać, bo czułam, jak ucieka mi to kino. „Słuchajcie – powiedziałam – to, co chcecie napisać, znajdziecie w »Galernikach wrażliwości« Marii Janion”. „Lola, coś ty powiedziała?”. Artur, najbystrzejszy z całej grupy, myślał, że wstąpił we mnie dybuk. Przysunął się i bezczelnie zapytał: „Lola, to ty w ogóle czytasz jakieś książki?”. „Tak”, odpowiedziałam. A on na to: „Myślałem, że ty czytasz tylko harlequiny o miłości”. I wtedy pękła tak misternie przeze mnie tkana rola słodkiej Loli, trzasnęłam lakierem o podłogę: „Słuchaj, ty głupku wiejski, oczywiście, że czytam książki o miłości, ostatnio przeczytałam »Powiedzmy, Gantenbein...« Maksa Frischa”.



Porozmawiajmy o gwiazdach - forum >>


– Zamurowało go?
Joanna Kurowska:
Przysunął krzesło, zignorował resztę i gadał ze mną do rana. Potem się zakochał. Do kina już tego dnia nie poszliśmy.

– No to znalazłaś miłość, a teraz i tak chodzisz na terapię. Nie boisz się tak otwarcie o niej mówić? U nas to ciągle odwaga.
Joanna Kurowska:
Oj, tak, w naszym pszenno-buraczanym zaścianku przyznanie się do inności zakrawa na heroizm. Ta nasza przeciętność i szarość tak bardzo wryły się w pejzaż, że kiedy tylko coś z niego wystaje, trzeba to od razu amputować. Ale może jakaś osoba, na przykład z Brzezin Dolnych, przeczyta ten wywiad i on jej pomoże? Pomyśli, że warto pójść do ośrodka – na pewno jakieś są w pobliżu, bo można być wrażliwym, nie będąc przy tym wariatem.

– Jak komuś pomożesz, masz poczucie sukcesu? Bo przecież go odniosłaś?
Joanna Kurowska:
Odniosłam, ale dlatego że posiadłam rzadką umiejętność pięknego przeżywania życia.

– To znaczy?
Joanna Kurowska:
Wczoraj wróciłam z Cypru, gdzie kręciłam film reklamowy, mogłam wrócić od razu po zakończeniu zdjęć, ale przedłużyłam tam sobie pobyt, żeby ładnie umilić sobie to życie. Oprócz sztuki zarabiania pieniędzy ważna jest również umiejętność ich wydawania. Znam osobiście milionerów z podkrążonymi oczami, którzy już nie wiedzą nawet, ile mają na koncie, ale uparcie gonią za więcej, więcej, więcej. Wpadają w obręcz, jak biedny chomik na wybiegu, i kręcą się bez drogi wyjścia. A ja umiem przystanąć i docenić to, co mam.

– Może dlatego, że nie jesteś milionerką?
Joanna Kurowska:
Może tego, co mam, nie jest dużo, ale mnie wystarczy.

– Ale co włączę telewizor, widzę Cię w reklamie. Dużo zarobiłaś?
Joanna Kurowska:
I tak ci nie powiem, rozumiesz – klauzula poufności. Ale wzbogaciłam się na tyle, że nie muszę przyjmować propozycji z Zawichostu i Miedoni i jechać tam z kagankiem oświaty. Mam tymczasowe poczucie bezpieczeństwa, o ile aktor może w ogóle takie posiadać. Fajnie jest nie liczyć się z pieniędzmi. Odkrywam teraz wielką przyjemność w wydawaniu ich na siebie. Wiesz, jaka to frajda kupować sobie rajstopy u Wolforda, a nie w supermarkecie? Mężowi kupiłam tylko karcher do mycia samochodu i na tym skończyła się moja hojność. Ale tak ogólnie jestem gospodarna, jak to Kaszubka. W domu wszystko musi być. I jelonek w ogrodzie. Taka figurka.


– Myślałam raczej, że sukcesem jest Twoje dobre małżeństwo i jego owoc – Zosia?
Joanna Kurowska:
Oddzielałabym te dwie sprawy albo inaczej je nazwała. Sukces to coś, co sobie wypracowałam. Sama. A moje małżeństwo i Zosia to coś, co mi się pięknie przydarzyło. Prawdę mówiąc, wcale się nie namęczyłam, by to mieć. Kobieta spotyka mężczyznę, zakochują się, a potem rodzi się mały cud. Ale masz rację, mogę to rozpatrywać w kategorii sukcesu. Jesteśmy ze sobą ładnych parę lat, a nasi przyjaciele, którzy przychodzą do nas na krótką herbatkę, zostają do rana, grzejąc się w cieple naszej energii. To na pewno jest sukces. Nie będę mówiła ci o moim małżeństwie, bo to nie jest żaden towar marketingowy. Cokolwiek powiem, czuję się tak, jakbym sprzedawała ludziom część siebie. A ja nie jestem na sprzedaż. Powiem ci tylko, że mój mąż jest z gatunku tych mężczyzn, co to już takich nie ma. To Bogumił Niechcic, prawy, moralny i dobry. Koniec, kropka. Zosia natomiast to temat, na który mogłabym, jak każda zakochana matka, napisać książkę. Tylko kto by chciał ją czytać oprócz mojej rodziny i bliskich?

– Ja bym chciała. To niełatwe wychować dziecko na człowieka. Jak Ty to robisz?
Joanna Kurowska:
Jak każda matka, jestem królową niekonsekwencji. Ale wyczytałam w jakimś mądrym piśmie, że w rozpieszczaniu dziecka nie ma nic złego. Nie rozpieszczam jej dlatego, żeby zagłuszyć moje poczucie winy, że z nią mało przebywam, tylko dla samego rozpieszczania. Bo to lubię. I ona też

– Ciągle kpisz, żartujesz. Poczucie humoru pomaga w życiu?
Joanna Kurowska:
Płacz jest bliźniaczą siostrą śmiechu. Poczucie humoru nieraz ratowało mnie, pomagało pokonać stres. Właściwie nie wiedziałam, czy moje poczucie humoru jest częścią mnie, czy tylko rozładowywałam nim napięcia nie do zniesienia. Bo nikt nie pochylał się nad dzieckiem, które na banalne pytanie: „Dlaczego Tatry są piękne?”, odpowiadało: „Tatry są piękne, jak sama nazwa wskazuje”. Gdybym chodziła do warszawskiej szkoły, pewnie dostałabym medal za błyskotliwość. Ale w moim miasteczku dostałam naganę.

– Nie rozumieli Cię?
Joanna Kurowska:
Jak mogli rozumieć? Płynęłam pod prąd, ukrywając swoje myśli – oberwałabym po głowie, gdyby je znali.

– Bywa Ci źle, bo nie zagrałaś jeszcze roli na miarę swojego talentu?
Joanna Kurowska:
Tak, ale widzisz, do mnie nie dzwoni pan Wajda, z którym muszę szybko kończyć rozmowę, bo na drugiej linii mam jeszcze pana Zanussiego i obaj walczą o moje względy aktorskie. Oni po prostu do mnie nie telefonują. To nie jest sprawa mojego wyboru, ja po prostu kroję z materiału, który mi dają.

– Ale żal mi, że widzę Cię tylko w serialach komediowych. A ja chciałabym Cię zobaczyć w dużej, złożonej roli filmowej. Czuję, że masz niewykorzystany potencjał. Szkoda.
Joanna Kurowska:
Nie ty pierwsza mówisz mi, że coś powinnam, że ktoś powinien coś dla mnie, ale zobacz, jakie teraz powstają produkcje. Na przestrzeni pięciu lat widziałam może dwa, może trzy wybitne polskie filmy. Nikt nie kręci już „Panien z Wilka”, „Ziemi obiecanej” czy „Nocy i dni”. Wszystko spsiało, nie ma więc już znowu o co kruszyć kopii. A poza tym jakie to wybitne role pisze się teraz dla kobiet? Wymień choćby dwie.


– „Matka Królów”, ostatnio „ Rewers”, wcześniej Barbara z „Nocy i dni”. Podjęłabyś takie wyzwanie?
Joanna Kurowska:
Nieskromnie powiem, że tak, zmierzyłabym się z podobną rolą. Ja w życiu jestem trochę Barbara Niechcic. Nie byłaby to więc kreacja, tylko odzwierciedlenie mojej osobowości. Bo ja jestem jak Barbara Niechcic – ciągle niezadowolona, nawet jak czuję się szczęśliwa. Jestem perfekcjonistką, a życie często perfekcyjne nie jest. I jak ona jestem zachłanna na wszystko. Nie umiem rezygnować. Chociaż nie czekam już na kogoś, kto zerwie dla mnie nenufary, bo wiem, że mam je w swoim wazonie. A role? Mogę krzyknąć sobie jak Barbara: „Bogumił, jak myśmy schamieli!”. Nie tragizowałabym więc z tymi wielkimi rolami, które mnie ominęły. Mam nadzieję, że jeszcze przyjdą.

– A jeśli nie przyjdą?
Joanna Kurowska:
W mojej głowie dzieje się tyle ciekawych rzeczy, że dla mnie nie jest najważniejszą sprawą zagrać rolę, o której będą mówiły pokolenia. Ja chcę dobrze wychować córkę. Napić się wina z przyjaciółmi. Ulżyć mężowi w depresji zimowej i wyjechać z nim na Kanary. Chociaż on ostatnio marzy o przejściu na mormonizm.

– Serio? Dlaczego?
Joanna Kurowska:
Bo ostatnio zamieszkała u mnie na czas rekonwalescencji po grypie moja przyjaciółka Agata Młynarska, z powodu wymiany okien w jej domu. Jest nam ze sobą tak dobrze, nie do przecenienia są nasze rozmowy o życiu do drugiej w nocy. W dodatku kiedy mnie nie ma, Agata zamienia się w guwernantkę. Ma niewyczerpaną cierpliwość w stosunku do mojej córki, którą uczy angielskiego. Mamy ogromne porozumienie, ponieważ obie kochamy porządek.  Sprzątamy więc i układamy w szafkach, pękając przy tym ze śmiechu. Mój mąż jest zachwycony tymi klimatami i poważnie rozważa jednak zostanie mormonem.

– Uważaj, zdarzało się, że mężowie wybierali przyjaciółki żon.
Joanna Kurowska:
On mnie uwielbia. Mówi, że takiej kobiety jak ja nie spotkał. I że takich kobiet w ogóle nie ma.

– Myślę, że pasowałoby Ci życie w XIX wieku – landa, kwiaty i haftowanie obrusów. I adoracja mężczyzn, kolacyjki, wieczory przy pianinie.
Joanna Kurowska:
Nie tęsknię za tamtymi czasami, ale za wartościami, które minęły. Odeszły wielkie nazwiska, zostały cekiny i pióra.

– Które z tych wartości są dla Ciebie najważniejsze?
Joanna Kurowska:
Rzetelność, lojalność w miłości i przyjaźni. Ja akurat tu nie narzekam – dobrze trafiłam. Bycie porządnym człowiekiem to dla mnie praca na pełny etat. Nie zawsze kończy się sukcesem. Nie jestem znowu taka święta. Uwielbiam plotkować, ale zawsze mam potem poczucie winy wobec obgadanego. Za to nigdy nie podłożyłam nikomu świni, nie zabrałam roli, nie odmówiłam pomocy.


– Mało o Tobie wiemy. Odnoszę wrażenie, że Ty po prostu nie masz dobrego agenta i rzetelnego PR.
Joanna Kurowska:
Może i tak być, ale czy mówiąc PR, masz na myśli tabloidy i częstotliwość pojawiania się w Pudelku? Mnie to nie interesuje. Powiem więcej, jeśli zostanę gwiazdą Pudelka, to będzie mój koniec. Przecież żeby się tam dostać, trzeba kogoś rzucić, upić się albo porządnie zaćpać. A ja jestem mało marketingowa. Przyznaję, lubię się dobrze zabawić, dobrze napić, ale nie robię tego w sposób spektakularny, nie ląduję na chodniku. Ja jestem, pani Krysiu, nudna dla odbiorcy Pudelka.

– Niewiele Cię w mediach, a Twoich kolegów jest tam aż do przesytu. Zazdrościsz im?
Joanna Kurowska:
Ja generalnie staram się nie zazdrościć. Po prostu robię swoje. Popatrz, ci moi koledzy po fachu, ci najwybitniejsi, głośno darli się na całą Polskę, że nigdy nie zagrają w reklamie. A teraz przyszły takie czasy, że grają i tak ładnie się w nich uśmiechają, że aż miło popatrzeć. Byli też tacy, co w mediach krzyczeli, że seriale są fuj! A teraz widzę ich w trzecim czy piątym serialu. Nie, ja kolegom nie zazdroszczę niczego. 

– Terapia pomaga?
Joanna Kurowska:
Nie widać? Dawniej godziłam się na wiele. Przepuściłabym wywiad, który mi się nie podoba, machając na to ręką, żeby tylko zadowolić dziennikarza i jego szefów. Teraz chcę mówić tylko moim głosem i to, co mam ważnego do powiedzenia.

– A nie o zupie pomidorowej?
Joanna Kurowska:
Nie bardzo widzę, co jest takiego fascynującego w mojej zupie pomidorowej, jakiej nie ugotowałaby pani z Mławy. Nie rozumiem, dlaczego mój talent kulinarny spędza sen z powiek dziennikarzom, którzy nader często mnie o to pytają.

– A nie o perełkę – piosenkę nagraną z Wojciechem Mannem – czy wspaniały „Cień Rasputina”?
Joanna Kurowska:
Nikt nie pyta o moją pracę czy o moją duszę, tylko o to, w jakich garnkach gotuję. A mnie brakuje odwagi, by obwieścić światu: słuchajcie, jaka jestem świetna, i zwołać konferencję prasową na temat premiery jednej piosenki. Innym jakoś to lepiej idzie.

– Zwołaj konferencję na temat, jak żyć. Bo przecież to chyba już wiesz?
Joanna Kurowska:
Myślę, że tego nie wie nawet cadyk z Góry Kalwarii. Gdyby ktoś mi powiedział, że wie, jak żyć, powiedziałabym: „głupi”. A nic mnie tak nie drażni jak głupota. Nie wiem, jak żyć, ale na pewno wiem, kim nie jestem. A to już dużo.

– Kim?
Joanna Kurowska:
Konformistką. Taka nadmierna ostrożność dławi prawdziwe życie. Ja tam idę na całość. Nawet gdybym miała to okupić łzami.

– Nadwrażliwość? Koledzy nie bez zawiści twierdzą, że jesteś ambitna, uparta, idziesz do przodu jak czołg, a pewnie nie wiedzą, że płaczesz przy muzyce i poezji.
Joanna Kurowska:
Oj, tak. Mam całe pokłady wrażliwości. Są dla mnie jak kula u nogi, jak garb. Co ja zresztą mówię? Pokłady? Oceany...

– Wiem.
Joanna Kurowska:
I choćby dla jednej takiej osoby warto było udzielić tego wywiadu. Dziękuję.

Rozmawiała Krystyna Pytlakowska

Zdjęcia Mateusz Stankiewicz /AF PHOTO
Stylizacja Magda Makarewicz i Ewa Rubasińska
Makijaż WILSON/D’VISION ART
Fryzury Kacper Rączkowski/D’VISION ART
Produkcja Anna Wierzbicka
SKOMENTUJ (12)
Jak Miss Polski 2014 przygotowuje się do wyjazdu na konkurs w Tokio?
KOMENTARZE (12)
/6 lat temu
A wiecie ze jej maz to byly maz Kasi Dowbor dziennikarz sportowy Grzegorz Swiatkiewicz..
/6 lat temu
i żal niespełnienia. Nie miotaj się kobieto, ciesz się życiem.
Benigna.bloogpl/6 lat temu
Joaśka ma rację, kultura, nie tylko polska,ale i światowa, sięgnęła bruku. Wszędzie jest amerykańska tandeta.
POKAŻ KOMENTARZE (12)