Jasiek Mela: "Mogę wszystko"

Lat 21. Za nim – dwa bieguny zdobyte z Markiem Kamińskim i szczyt Kilimandżaro. Przed nim – już w lipcu – Elbrus, najwyższa góra Kaukazu. Kiedyś – może kosmos.

Jasiek Mela: "Mogę wszystko" fot. Szymon Szczęśniak
Porażenie prądem nie boli. Słyszysz tylko narastające buczenie. Przed oczami migające paski, jak na ekranie popsutego telewizora. To wszystko trwa chwilę. Potem cisza. A później, jeśli przeżyjesz, nic nie jest jak wcześniej.

***
Jasiek to już nie Jasiek. To Janek. A może Jan. Marek Kamiński, polarnik i podróżnik, twierdzi, że Jasiek Janem stał się, kiedy doszedł na biegun południowy. Wtedy, w ułamku sekundy, naprawdę dorósł. A było to pięć lat temu. Zdjęcia uśmiechniętego piętnastolatka z jeżem na głowie, który dokonał niemożliwego, obiegły świat. Od tamtego czasu zmienił się. Ma dłuższe włosy. Wygląda jak Harry Potter, czyli Daniel Radcliff. Dam głowę, że jego portret powieszą sobie nad łóżkiem wszystkie nastolatki. Zresztą internautki już dawno pisały: „Jasiu, jesteś śliczny. Chciałabym się z tobą spotkać. To nic, że nie masz rączki i nóżki”.

Jasiek całe życie mieszkał w domu na przedmieściach Malborka, jest nawet honorowym obywatelem miasta. Po tym, jak w 2004 roku razem z Markiem Kamińskim jako najmłodszy polarnik i pierwsza osoba niepełnosprawna zdobył w jednym roku dwa bieguny, jego świat wywrócił się do góry nogami. Media donoszą: „Janek Mela chce zostać reżyserem”, „Janek Mela na Dachu Afryki”, „Janek Mela odwiedził w szpitalu małego Witka”, „Janek Mela gościem sympozjum na temat cierpienia”. I tak od kilku lat.

Jasiek Mela żyje na walizkach.
Trochę ubrań, książek i starocie, po które jeździ co niedziela świtem na krakowski targ w pobliżu Rynku. Ostatnio kupił błękitne lenonki. Niebo w nich jest bardziej niebieskie, a świat weselszy. W Krakowie Jasiek mieszka od dwóch miesięcy. Wcześniej rok mieszkał w Łodzi, pół roku w Gdańsku.

W ubiegłym roku, 29 grudnia, w przeddzień swoich dwudziestych urodzin założył Fundację „Poza Horyzonty”. Pomysł dojrzewał w nim od dawna, ale ostatecznie dojrzał w październiku, 5896 metrów n.p.m., na szczycie Kilimandżaro. Z dziewięciorgiem niepełnosprawnych kolegów, na wyprawie zorganizowanej przez Fundację Anny Dymnej „Mimo Wszystko”, przez kilka dni wspinali się na najwyższy szczyt Afryki. Mówili potem, że góry przenosi nie siła ciała, lecz ducha. W przesłaniu fundacji, która ma pomagać niepełnosprawnym powrócić do normalnego życia, przełamywać strach i opór przed nową sytuacją, Jasiek napisał: „W życiu mamy przed sobą różne horyzonty: horyzonty wyobraźni, możliwości. Jesteśmy otoczeni barierami, choć większość z nich znajduje się tylko w naszej głowie. My chcemy pokazywać, że nie ma rzeczy niemożliwych. Samemu nie jest to łatwe, ale razem jesteśmy silniejsi. Ja dostałem od życia drugą szansę”.


 ***

Niedawno do Fundacji „Poza Horyzonty” przyszedł list. Napisany niewprawną dziecięcą rączką. „Nasz drogi Panie Janku. My – wychowankowie Przedszkola nr 10 w Krakowie, wykonaliśmy świąteczne ozdoby – pisanki, baranki itp., które sprzedaliśmy na kiermaszu. Pieniądze zebrane w ten sposób przekazujemy na konto Pana fundacji. Dzieci z IX gr. 6-latki”. Pod listem mnóstwo naklejonych serduszek z imionami dzieci i przelew na 248 złotych i 18 groszy.

Biuro fundacji nie jest duże. Urokliwy pokoik na poddaszu w Lanckoronie, w budynku przyjaciół ceramików Ewy i Jacka Budzowskich. Jeden komputer, mnóstwo papierów, ostatnio miejscowi artyści dopiero wstawili drzwi. To początki działalności, ale już są efekty.

Jasiek zaraża uśmiechem. Tak uważa Agnieszka Pleti, działająca z Jaśkiem w fundacji. Agnieszka też zaraża uśmiechem. Mówi, że ludzie patrzą na Jaśka i zastanawiają się, jak to może być, że chłopak bez ręki i nogi jest taki szczęśliwy. Chcą się z nim spotkać, zobaczyć go, może trochę przejąć tej jego niewiarygodnej energii. Dobrze to rozumiem. W którąś deszczową sobotę, kiedy nic nie było tak, jak być powinno, zobaczyłam go w „Dzień dobry TVN” i nie mogłam oderwać wzroku od telewizora. Jasiek mówił o wyprawie na Elbrus, nowym wyzwaniu dla fundacji. Mówił też, że nie można zamykać się w sobie, bez względu na to, jak świat ci dokopał. Trzeba otworzyć głowę i serducho, mówił. Bo Jasiek nie mówi „serce”, tylko „serducho”.

W lutym tego roku pojechał do Wrocławia spotkać się z ośmioletnim Witkiem, dla którego na protezę zbierały dzieciaki z przedszkola w Krakowie. Witek wpadł pod tramwaj. Jedną nogę miał zmiażdżoną, drugą mu amputowano, tak jak Jaśkowi, pod kolanem. Nie chciał żyć. Pytał: „Po co?”. Jasiek podniósł nogawkę od spodni, pokazał mu protezę. „Patrz, jak mam spodnie, nikt tego nie widzi”. Dziś Witek (z wielodzietnej rodziny, mama i dziewięcioro dzieci, ojciec się powiesił) uczy się chodzić na swojej nowej nodze kupionej dzięki fundacji.

Niedawno Jasiek dostał list od dziewczyny, której przyjaciel po wypadku nie widzi sensu życia. Pojechał. Potem dzwonił chirurg z Gdańska, który prowadził Jaśka podczas rehabilitacji. Prosił, by podniósł na duchu nastolatkę – skoczyła z trzeciego piętra, a teraz siedzi sparaliżowana na wózku. Pojechał. Myślał tylko: Co ja jej powiem? Czy mam prawo?

Takie rozmowy z ludźmi to jego codzienność. Nigdy nie odmawia. Jasiek Mela: „Do mnie też przyszedł Marek Kamiński i zmienił mi świat”.


 ***

24 lipca 2002 roku. Czy gdyby nie wypadek, zapamiętałby ten dzień? Pewnie nie. A lipiec tego roku był deszczowy. Na placu Kusocińskiego w Malborku plac zabaw, na nim huśtawki, kosz i stół do tenisa. Obok budynek transformatora. Jasiek z kolegami gra w ping-ponga. Deszcz przychodzi nagle, jakby ktoś rozpruł worek z wodą. Chłopaki rozchodzą się do domów. Jasiek mieszka obok, ale zostaje z kolegą, który ma dalej. Muszą się gdzieś skryć przed deszczem. Budynek transformatora jest otwarty. Ktoś wcześniej tam był, w środku stoją puste butelki po piwie. Janek: „Nie pamiętam, ile tam staliśmy. W pewnej chwili poczułem, że przepływa przeze mnie prąd. Ocknąłem się po jakimś czasie. Leżałem na betonowej podłodze. Nie miałem czucia w lewej nodze od kolana w dół, prawą rękę jakby mi ktoś przykleił do piersi. Nie wiem, jak to zrobiłem, ale wstałem i kulejąc, doszedłem do domu. Tata wziął mnie na ręce i zawiózł na pogotowie. Byłem w szoku. Nic mnie nie bolało”.W szpitalu lekarz długimi nożycami rozcina but i spodnie Janka. Jasiek myśli: A tak lubiłem te buty.

Ból przyszedł potem. I został na wiele miesięcy.

***

Anna Dymna, aktorka, z pasji prezes Fundacji „Mimo Wszystko”, Jaśka poznała cztery lata temu. Zaprosiła go do programu „Spotkajmy się”. Opowiedział tam swoją historię. Anna Dymna: „Ludzie, którzy zetknęli się z takim cierpieniem jak Jasiek, albo się załamują i idą na straty, albo robią rzeczy niewiarygodne. Czesław Miłosz, który lubił oglądać mój program, powiedział mi kiedyś, że cierpienie jest prowokacją. Uruchamia siłę, o jaką człowiek siebie nie podejrzewa. Jasiek potrafił ją w sobie odnaleźć, dlatego robi rzeczy, o których inni tylko marzą”.

Jasiek Mela: „Dużo bólu w życiu przeszedłem i wiem, że każdy ból da się wytrzymać”. Potem patrzy mi w oczy. „Może nie każdy...”.
Miał siedem lat, kiedy spłonął jego rodzinny dom. Rodzice, Urszula i Bogdan Mela, ledwo wiązali koniec z końcem. Nie było na ogrzewanie. Zimą 1997 roku dogrzewali się więc farelką. Którejś nocy farelka się zapaliła. Ogień najpierw zajął szafę. Potem spłonęło wszystko. Zostało kilka nadpalonych książek. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Ula mówiła wtedy, że skoro los tak ich doświadczył, że muszą zaczynać od nowa, nic gorszego się już nie przytrafi. Osiem miesięcy później na oczach całej rodziny utopił się siedmioletni Piotruś. Jasiek: „Były wakacje. Pojechaliśmy nad jezioro. Piotruś pływał w pontoniku. W pewnej chwili ześlizgnął się do wody. Pierwsza myśl: polecieć i go ratować. Ale nie umiałem pływać. Pobiegłem po pomoc. Tata i kilku mężczyzn skoczyło do wody. Mama, siostry i ja rzuciliśmy się na kolana modlić. Boże, krzyczeliśmy, uratuj Piotrusia! Wyłowili go. Zawieźli na pogotowie. Lekarz nie pozwolił nam wejść do sali. Potem wyszedł i powiedział, że Piotruś nie żyje”.

Zastanawiał się potem wielokrotnie, dlaczego nas to spotyka. Dlaczego?! Dlaczego?! W jednym roku pożar, śmierć Piotrusia. Myślał: Co ten Bóg chce nam pokazać? Że nas nienawidzi? Te same pytania zadawał, leżąc w szpitalu po wypadku. Ale czy można pogniewać się na Boga?


***

„Chcesz zobaczyć moją protezę?”. Siedzimy w kawiarni na krakowskim rynku. Jest niedziela. Pada.Nie mam czasu na odpowiedź. Janek podciąga nogawkę dżinsów. „To są elementy tytanowe, to włókno węglowe”, tłumaczy.

Potem, kiedy na skałkach robimy zdjęcia, jest w krótkich spodenkach. Widzę dopiętą nogę. I nie ma zgrzytu. Jest całość. Długo pracował nad tym, by znów być całością.

I odwlekał moment, gdy po wypadku spojrzał na siebie po raz pierwszy. Jasiek: „To byłem cały ja. Cały, niecały. Co czułem? Pustkę”.
Niepełnosprawność trzeba oswoić. W szpitalu myślał: Jak mam wyjść z domu bez nogi? Jak mam w ogóle dalej żyć? Wyobrażał sobie konkretne sytuacje, kiedy tej nogi czy ręki brakuje. Ale trudniej było z głową. Nauczyć się krojenia chleba jedną ręką jest łatwo. To zdolność manualna, opanowuje się ją z czasem. Po wypadku poznaje w restauracji dziewczynę, która urodziła się bez rąk. I co mam teraz zrobić, myśli, gdy kelner przynosi jedzenie. Nakarmić ją? A ona zdejmuje buty, bierze widelec w palce jednej stopy, nóż w palce drugiej i je, jak gdyby nigdy nic.

Jasiek Mela: „Dla mnie szok. Dla niej praktyka. Jeszcze długo po wypadku w głowie tłukły się myśli: Chciałbym się wybrać na koniec świata. Ale jak? Jestem niepełnosprawny, i tak się nie uda. Panie Boże, daj mi pracę, która będzie dawała mi radość. Ale jestem niepełnosprawny i nie dostanę pracy. Fajnie by było znaleźć sobie dziewczynę, która by mnie pokochała. Ale która mnie pokocha, gdy nie mam ręki i nogi?”.

Potem Jaśkowi spełniają się wszystkie te rzeczy. Ale wtedy jeszcze o tym nie wie.

***

Medycyna mówi, że żyć nie powinien. 15 tysięcy voltów. Tyle przepłynęło przez ciało Jaśka. 220 voltów jest w gniazdku. I może zabić. Więc czy to cud?

Sala szpitalna jest szara. Przez dwa i pół miesiąca Janek leży na sali pooperacyjnej. Czasem obok inny pacjent. Kilku z nich wywieziono potem pod białym prześcieradłem. Jasiek: „Po lekarzu widać, kto przeżyje, kto umrze. Kiedy na mnie patrzył, miał w oczach, że umrę. Pomyślałem, że skoro tak, to wszystko w rękach Boga. Ale chciałem żyć. Nie dla siebie. Dla mamy”.


I taki obrazek w głowie się pojawia. Kilka lat po śmierci Piotrusia Janek ściga się z kolegami na rowerze. Jadą pod prąd, pędzą między samochodami. Nauczycielka widzi to, w dzienniczek wpisuje uwagę. Mama czyta, patrzy na Jaśka, nie opieprza, nie krzyczy, mówi cicho: „Jasiek, straciłam Piotrusia, nie przeżyję utraty drugiego syna”.

Więc Jasiek Mela w szpitalu robi wszystko, by przeżyć. Nawet jak mu po kawałku odcinają rękę i nogę. Nawet gdy morfina podawana co sześć godzin działa tylko przez cztery, a kolejne dwie są nie do zniesienia, kiedy krzyczy i tak boli, że przywiązują go pasami do łóżka – walczy. Nawet gdy któregoś dnia silna zazwyczaj mama pęka, patrząc na coraz krótsze kończyny syna, i wybiega z sali, zanosząc się płaczem – on walczy.

Już po amputacji w szpitalu wielokrotnie śni mu się, że ma obie nogi. Że robi coś lewą ręką, a potem nagle, zza pleców, wyciąga prawą. Myśli: A więc to sen! A potem się budzi. I jest ciężko.

***

Z dziennika Jaśka. 20 kwietnia 2004 roku, wtorek. „Nie jest dobrze. (...) W nocy dryf oddalił nas od bieguna o trzy kilometry. (...) Warunki są straszne. Nie od nas zależy, czy teren i pogoda będą sprzyjać. Mimo że męczymy się, idąc do przodu, dryf i tak nas cofa. Wczoraj cieszyliśmy się z przebytej drogi, a dziś walczymy o każdy kilometr”.

Jasiek mówi, że tacy ludzie jak Marek Kamiński nie zjawiają się w życiu przypadkowo. Gdy ten dowiedział się, że w Malborku jest taki Jasiek, który stracił rękę, nogę i chęć do życia, do swojej listy rzeczy do zrobienia dopisuje: „Po pierwsze: pomóc mu załatwić protezę. Po drugie: zabrać go na biegun”. Marek Kamiński: „Nie do końca wierzyłem, że dojdziemy. Ale chciałem, żeby Jasiek zaczął ćwiczyć. Chciałem, by miał w życiu cel. A biegun to cel trudny. Ludzie myślą, że to atrakcyjne miejsce. A to Ocean Arktyczny pokryty lodem, cały czas w ruchu. Dryfuje w tę i z powrotem. Lód pęka. Bywa bardzo niebezpiecznie”.


Jasiek Mela: „Nie od razu powiedziałem: tak. Po wypadku jeździłem na wózku, wożono mnie, bo jedną ręką wózka nie poprowadzisz. Byłem nieszczęśliwym człowieczkiem, ze spuszczoną głową”. Więc czy ktoś taki dojdzie na biegun? Pytał siebie tysiąc razy. Ludzie dwie ręce mają i dwie nogi, a nie dochodzą. Strach. A potem zuchwała myśl: A może jak dojdę tam, to już będzie mi łatwiej wspinać się w życiu?
Trening przygotowujący do wyprawy. Czas – półtora roku. Ćwiczenia – codziennie. Biegi po lesie, ciągnięcie za sobą opon, rower, pływanie. Energia wraca z każdym dniem. Kilka miesięcy wcześniej, gdy przymierza pierwszą protezę, skacze z radości. Lekarz krzyczy: „Powoli! Dziennie tylko godzinę! O kulach!”. Jasiek w nosie ma to gadanie. Kule w kąt. Chodzi, biega wręcz, aż kikut boli jak cholera, poobcierany do krwi. Ale jest szczęśliwy.

Potem jest szczęśliwy wiele razy. Kiedy samolot w Kopenhadze odrywa się, wioząc ekipę na Spitsbergen. Kiedy lądując, widzi góry i wszechobecny śnieg. Kiedy już na biegunie północnym wykończony wielodniowym marszem wie, że w tym roku jeszcze przed nim biegun południowy. Kiedy Jan Paweł II, w grudniu, tuż przed jego szesnastymi urodzinami, pisze list do najmłodszego polarnika w historii, przypominając mu słowa z jednego z najpiękniejszych kazań: „Każdy ma swoje Westerplatte. Coś takiego, czego musi bronić i za nic nie oddać. Nigdy”. Kiedy lewą ręką bierze łyżkę i kiedy zatrudnia go na budowie człowiek w Norwegii, gdzie Jasiek jedzie ze swoją ówczesną ukochaną, Kasią.

Co to jest szczęście? Długo myślimy. A potem Jasiek wymienia jeszcze: słońce za szpitalnym oknem, łzy na obozie dla paraolimpijczyków, gdzie zawiózł go tata po wypadku, pierwsze pokonane schody, bal Klubu Odkrywców w Nowym Jorku, gdzie poznał nieżyjącego już dziś Steve’a Fosseta, spotykanie ciekawych ludzi, miłość...

***

Stanowczy i konsekwentny. Ale czasem szybko się zniechęca. Ewa, którą poznajemy na skałkach, cierpliwie pyta Jaśka, kiedy pójdą biegać. Jasiek we wrześniu chce wystartować w maratonie w Nowym Jorku. Dystans – 42 kilometry. Nie znosi biegania. Ale granice słabości trzeba pokonywać, prawda? Z jasnymi zasadami, ale ciągle poszukujący. Studia zaczynał już dwa razy. Najpierw reżyserię w Łodzi, potem psychologię w Sopocie. Teraz chce zacząć naukę na UJ. Myśli krążą wokół tej psychologii, ale czy to jego droga? Pewny siebie na biznesowych spotkaniach, ale przyznaje, że z poczuciem własnej wartości u niego różnie. Wulkan energii dla innych, czasem tak zdołowany, że aż boli. W lustrze widzi swój krzywy nos, ale na pytanie, co by w sobie zmienił, odpowiada:
„Chciałbym być lepszy”.

Agnieszka Pleti: „Jasiek jest jak guru dla ludzi. Wszyscy od niego oczekują, że będzie tryskał humorem, a on ma swoje dobre i złe dni. Czasem zamyka się w sobie, ucieka, czasem brakuje mu miłości”.


Anna Dymna: „Wszystko przeżywa. Po Kilimandżaro miał smutną twarz. A Jasiek zawsze się uśmiecha. Uśmiech jest jego tarczą i bronią. Pytałam wtedy: »Jasiu, co ci jest?«. Gryzł się z myślami o fundacji. Od kilku lat chciał ją założyć, ale był za młody. Wtedy podjął decyzję. Ludzie nie zdają sobie sprawy, jaka to odpowiedzialność. On ciągle walczy o innych, a musi przecież też zawalczyć o siebie. Skończyć studia, ułożyć sobie życie. A czasu jest mało, bo ciągle jest ktoś potrzebujący. On od tej swojej misji nie będzie mógł się uwolnić. I to jest niebezpieczeństwo. Nie jest Jaśkiem Melą, chłopcem, mężczyzną, ale Jaśkiem Melą – dobrem publicznym. To nie jest łatwe. Im więcej człowiek robi dla ludzi, tym więcej od niego wymagają. Ale póki to będzie jego pasja, wierzę w niego jak w siebie”.

 ***

Elbrus ma 5642 metry n.p.m. Jest najwyższą górą Kaukazu. I Rosji. W całości jest pokryty lodowcami i wiecznym śniegiem.
25 lipca Jasiek z siedmioosobową ekipą rusza go zdobyć. Oprócz niego idzie jeszcze niewidomy Łukasz, także Piotr, który po raku stracił płuco.

Lubi wyzwania. Kiedy usłyszał o tym maratonie w Nowym Jorku, pomyślał: biegnę. Czeka na nową protezę. Śliczną. Trochę jak płoza, metal wygięty w łuk. Na podobnej biega Oscar Pistorius, sportowiec bez nóg, którego nie zakwalifikowano do olimpiady w Pekinie. Kiedy sześć lat temu Polskę obiegła wieść, że Jasiek Mela bez ręki i nogi idzie na biegun, w środowisku niepełnosprawnych podniosła się wrzawa. Niektórzy pisali, że niepełnosprawny powinien siedzieć w domu, a nie latać po świecie i bieguny zdobywać. Marek Kamiński: „Myślę, że Jasiek poszedł na bieguny tylko częściowo dla siebie. Miał poczucie misji. Jego mama opowiadała mi, że kiedy obudził się po amputacji, był promienny. Powiedział: »Mamo, nie płacz, Bóg mnie ocalił, żebym zrobił w życiu coś dobrego«”.

Potem wielokrotnie prosił Boga o pomoc. On jeden wie, o co prosił i co dostał. Kamiński: „Był taki przełomowy moment w naszej wyprawie na biegun południowy. Już byliśmy pewni, że nie dojdziemy. Dryf nas oddalał od celu, kończyło się jedzenie. Media były prawie pewne, że nie zdobędziemy bieguna. Siedzieliśmy wieczorem w namiocie. Smutno było. Jasiek w pewnej chwili wspomniał swoją pielgrzymkę do Lourdes. Wtedy powiedziałem: »Wiesz, musimy się mocno pomodlić, żeby nam się udało«. I tak zrobiliśmy. Następnego dnia teren się wyrównał, dryf się cofnął. To
był cud”.


***

Cudem jest życie. Jasiek tak mówi. Gdy rozmawiamy o przyszłości, krążymy wokół podróży. Lubi swój zwariowany świat. Ruch, szaleństwo. Jest tyle miejsc, które trzeba zobaczyć. Ale potem pojawia się myśl, że gdyby dziś miał żonę, dzieci i dom, czułby się najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi.

Czasem zadaje sobie pytanie: czego nie będę mógł zrobić, nauczyć się? I wymienia: „Nie będę grał na gitarze. W sumie trudno z jedną ręką. Nie będę strzelał z łuku. Ale czy jest to umiejętność niezbędna do życia? Poza tym mogę wszystko”.

Nie nosi protezy ręki. Długi rękaw, ale to trochę kamuflaż przed ludźmi. Żeby się nie gapili. Jasiek: „Chciałabyś, bym ci podał na przywitanie taką zimną, plastikową rękę? Może kiedyś, jak wymyślą takie, jakie miał Robocop, to kto wie... Pozostaje czekać na postęp”.

Mówi się, że trzynastka to pechowa liczba. Gdy poraził go prąd, miał trzynaście lat. Jasiek: „Zawsze lubiłem trzynastkę”. „Może tobie przyniosła szczęście?”, pytam. Jasiek: „Miałem kiedyś dziwny sen. Byłem w niebie. Chmury wisiały nisko nad wielką gwiaździstą księgą. Miałem wrażenie, że za nią siedział Bóg, ale go nie widziałem. Za to słyszałem. Mówił, że jestem zapominalski, ale żebym zapamiętał liczbę 13. Zapamiętałem, choć nie wiem, co to znaczy”.

Marek Kamiński: „Pyta pani, jak go określić jednym zdaniem? Fajny facet. Chciałbym gdzieś jeszcze z nim pójść...”.
Co by było, gdyby nie poraził go prąd? Kto wie? Jasiek nie lubi gdybać. Mówi: „Byłbym kim innym”. Może. Jedno wie na stówę. Gdyby nie wypadek, nie odkryłby pewnie, że warto żyć. Że życie jest tak cholernie, tak niewiarygodnie, tak niewypowiedzianie piękne.

Tekst Katarzyna Przybyszewska

Zdjęcia Szymon Szcześniak
Stylizacja Karolina Kiczko
Produkcja sesji Elżbieta Czaja

Dziękujemy Agnieszce Pleti z Fundacji „Poza Horyzonty” za pomoc w realizacji materiału. I Bogdanowi Bednarzowi, bez którego nie powstałyby zdjęcia w skałkach.

Więcej o fundacji i misji Jaśka na: www.pozahoryzonty.org.
Konto fundacji: 79 8804 0000 0000 0023 9551 0001
Dominika Gwit zdradziła, jaką akrobację wykona w "Tańcu z gwiazdami"! Będzie bardziej spektakularna niż ostatnia?
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (13)
/7 lat temu
że Ty wszystko możesz - co Ty Bogiem jesteś? Jak Ty możesz wszystko to każdy tez może wszystko. Niestety wszystko zależy od kasy - nie byłoby forsy to daleko byś nie zaszedł a juz na pewno nie na biegun, więc może lepszy by był tytuł "forsa może dużo" bo wszystko to tez przesada.
/7 lat temu
weź sie czlowieku ogarnij... jak tylko przeczytalam twoj komentarz to mi sie wymotowac zachcialo... takie wywiady nie sa dla materialistow dla ktorych tylko kasa jest wazna... a tak dla malo kumatych o podobnych pogladac jak czytelnik powyzej w tym materiale chodzi o determinacje, wiare we wlasne sily ... Mam nadzieje ze bedzie jeszcze duzo wiecej takich wywiadow!
/7 lat temu
Tak to już jest, że jak ukarzą człowieka ze zbyt dobrej strony to ludzie szukają tylko do czego można by się przyczepić. Fakt, że Jasiek dostał od życia pewną szansę, co nie przydarza się każdemu, ale czy to powód do zazdrości, czy też dziwaczne stwierdzenia, że on teraz się uważa za Boga i może wszystko. Moim zdaniem to raczej coś pozytywnego,że chłopakowi, który tak dużo złego przeszedł (nie dość, że stracił brata, to jeszcze niedługo potem taki straszny wypadek. Dla was nie było by szokiem jakby koniecznością dla waszego przeżycia byłaby amputacja ręki i nogi? ). A do tego jeszcze chłopak nie jest jakimś egoistą, co tylko korzysta ze swojej szansy, aby leczyć swoje nastroje po takich traumach, tylko jeszcze stara się pomagac innym! I jakoś nie zauważyłam żeby jakoś specjalnie próbował się dla swoim celów promowac żeby zdobyc mega sławę. We mnie ten chłopak (wygląda na b. sympatycznego :) ) wzbudził same pozytywne odczucia i mega respekt. A więc pozdrawiam tych naprawdę życzliwych, a tych mniej życzliwych nie :D . Buahaha
/7 lat temu
ludziska!!!Oczywiście,że pieniądze są ważne i dzięki niej Jasiek ma nogę ale niech każdy się zastanowi jakby się czuł nawet mając protezę a nie swoją własną nogę...Ja jak widzę ludzi na oddziale po amputacji to mam zawsze dreszcze jak ja bym sobie poradziła...Zawsze jak mam praktyki w szpitalu i podchodzę do pacjenta to zawsze mam chwile zadumy jak ja bym sobie poradziła z jego chorobą...
POKAŻ KOMENTARZE (10)