POLECAMY

Hans Christian Andersen

Dwusetne urodziny pisarza to okazja, by na nowo sięgnąć po jego baśnie i poszukać w nich klucza do zrozumienia osobowości duńskiego pisarza.

Grudniowego dnia 1867 roku wysoka dziwaczna postać zjawiła się na kopenhaskim dworcu. Starszy mężczyzna w niemodnym i za dużym paltocie wiedział, że zwraca uwagę swoim wyglądem. Nieproporcjonalnie długie nogi wieńczyły gigantyczne stopy, a chude ramiona dyndały po bokach. Z twarzy zapamiętywało się jedynie nos – „wielki jak armata”. Nerwowo wsiadł do pociągu w kierunku Odense, duńskiego miasta, w którym się urodził. W walizce wiózł linę – na wypadek, gdyby w hotelu wybuchł pożar. Tak prezentował się 60-letni Hans Christian Andersen, kiedy u szczytu sławy jechał do rodzinnego miasta odebrać honorowe obywatelstwo. Radosna to okoliczność, zwłaszcza że opuszczał to miejsce bez grosza przy duszy. Jednak uroczystość, na którą czekał – wreszcie uznany i sławny – zepsuł mu potworny ból zębów.
Bóle wszelakie towarzyszyły mu od zawsze, częściowo urojone, bo był hipochondrykiem. Skupiony na sobie i męczący dawał się we znaki otoczeniu. Charles Dickens, u którego zatrzymał się w Anglii, umieścił nawet w pokoju gościnnym napis: „Hans Christian Andersen spał w tym pokoju przez pięć tygodni, które rodzinie wydawały się WIEKIEM”. Tego, że był brzydki, nie dowiemy się z portretów, na których przedstawiano go jak natchnionego cherubina. Andersenowi się to bardzo podobało. Lubił koloryzować swoją postać: w kilku autobiografiach snuje ckliwą baśń swojego życia. A tymczasem ten narodowy baśniopisarz był przez całe życie również niespełnionym kochankiem, tęskniącym zarówno do kobiet, jak i mężczyzn. I to niespełnienie i cierpienia, wcale nie urojone, znajdziemy w jego baśniach. Podobnie jak i groteskę, i komizm, do których był przyzwyczajony – wystarczyło przecież, że spojrzał w lustro.

Brzydkie kaczątko
Na podwórku pęka ostatnie jajo i wychodzi z niego brzydactwo, szare i nieforemne. Wszyscy śmieją się z niego i dokuczają. Kaczątko ucieka z domu. Omal nie zamarza na śmierć, ale wciąż marzy o pięknych łabędziach. Kiedy traci już wszelką nadzieję – sam staje się najpiękniejszym z nich.
Słuchacze, dorośli i dzieci, uwielbiali, kiedy tę baśń czytał sam Andersen. Robił to tak, że wszyscy rozumieli, jak to jest być odrzuconym i niechcianym. A poza tym opowiadał przecież o sobie. To podwórko przypomina jego własne w Odense. Ojciec wcześnie zmarł. „Zabrała go lodowa pani”, usłyszał mały Christian. Matka pracowała ponad siły, prała przez cały rok w zimnym strumieniu. Żeby przeżyć, piła. A chłopiec uciekał w zabawę – wystawiał kukiełkowe przedstawienia, szył suknie. I śpiewał. Nawet wzbudzał tym pewną sensację. Kiedy matka posłała go do pracy w fabryce, śpiewem zjednał sobie robotników. Do czasu, gdy nie zapragnęli przekonać się, czy aby nie jest dziewczynką.

Christian był inny niż rówieśnicy. Kiedy inni 16-latkowie chadzali do burdeli, on szył sukienki dla lalek. Poza tym czuł, że stworzony jest do wyższych celów. Marzył o teatrze i wierzył, że będzie artystą. I za wszelką cenę chciał o tym przekonać ważnych ludzi w Kopenhadze. Co ciekawe – udawało mu się. „Gdy podniosłem wzrok znad papierów, zobaczyłem ze zdumieniem dziwacznie wyglądającego chłopca”, pisał jeden z jego późniejszych protektorów. Zanim zdążył otworzyć usta, Andersen dał spektakl: śpiewał, tańczył, recytował i wybiegł równie nagle, jak się pojawił. Komiczne zachowanie skutkowało. Jednak nie na długo: z baletu go wyrzucono, bo był za chudy, z chóru wyleciał, gdyż przechodził mutację. Gdziekolwiek się pojawił, kroczyła za nim śmieszność. Prawdziwe brzydkie kaczątko, przyznacie.

Mała syrenka
Dwudziestoletni Andersen był ciągle naiwny i dziewczęcy. Gwałtownie odpowiadał na najlżejsze przejawy sympatii i niechęci. Przeżywał, cierpiał i umierał. Tak było z przyjacielem pisarza Edvardem Collinem, którego sportretował w „Małej syrence”. Potem zafascynował się jego siostrą. Lubił odgrywać nieszczęśliwie zakochanego w kobiecie, aby pocieszał go mężczyzna. Otwarcie flirtował z kobietami, a do mężczyzn pisał mroczne, erotyczne listy. Przez lata szukał wyrazu dla ukrytych fascynacji i znalazł taki azyl w pisaniu baśni.
„Małą syrenkę” kończył w dniu ślubu Edvarda Collina. „Wzruszała mnie, kiedy ją pisałem. (…) Być może się pan uśmiecha? Ja cierpię z moimi postaciami”, pisał w liście. Mała syrenka ze swojej morskiej toni obserwowała ludzi. Kiedyś dostrzegła księcia i zapragnęła stać się kobietą. Morska czarownica odbiera jej więc syreni głos, a za to zamienia ogon w ludzkie nogi. Zyska nieśmiertelną duszę, jeśli pokocha ją człowiek. Wiemy, co było dalej. Książę, owszem, miał wiele ciepłych uczuć do tego milczącego stworzenia, ale nie traktował jej jak prawdziwej kobiety, za żonę wziął sobie księżniczkę.
W postaci syrenki Andersen opisał siebie samego – postać o nieokreślonej płci, która musi milczeć, nie może wyrazić swojej miłości. Mała syrenka, podobnie jak cynowy żołnierzyk – odmieniec, beznogi, kocha i tęskni beznadziejnie. Zamiast spełnienia zostaje popiół, cynowe serduszko albo morska piana.
Dopiero grubo po pięćdziesiątce dane było Andersenowi przeżyć szczęśliwy romans. Z 25-letnim tancerzem Haroldem Schaffem. Z tego czasu pochodzą jego najbardziej radosne fotografie: Andersen rozparty na kanapie, czytający dzieciom. Chwila szczęścia nie trwała długo. Z tęsknoty za młodym kochankiem zrodziła się baśń o śniegowym bałwanku, który na mrozie powinien czuć się szczęśliwy, ale zamiast tego wzdycha za piecem.
Jego późne, mniej znane baśnie: „Driada”, „Lodowa pani”, „Psyche” są przepełnione erotyczną energią i żalem niespełnienia. „Daj mi ludzkie szczęście tylko na jedną noc. (…) A potem ukarz mnie za ten zuchwały apetyt na życie!”, woła driada. Andersen wymierza nimfie karę za miłość. Kochanek wyciąga do niej dłonie, ale obejmuje tylko powietrze. Jej już nie ma. Żądza życia, niezrealizowana w miłości, rzuciła Andersena w wir podróży.

Dzikie łabędzie
Żeby wsiąść na statek albo do pociągu, jakimś nadludzkim wysiłkiem przełamywał dziesiątki swoich lęków i fobii. Żegnał się, jakby nigdy już miał nie powrócić. Na stoliku nocnym w hotelu zawsze zostawiał kartkę: „Ja tylko wyglądam jak umarły”, żeby nie pochowano go żywcem.

Bał się psów, nie jadł wieprzowiny, zawsze podejrzewał towarzyszy podróży, że chcą go obrabować. Opisał to złośliwie Dickens: „Któregoś dnia wrócił, wyraźnie cierpiąc z powodu odcisków, jakich się nabawił w ciągu ostatnich dwu godzin. Przekonany, że dorożkarz zamierza go ograbić i zamordować, włożył sobie do butów zegarek i pieniądze – razem z kolejowym rozkładem jazdy, notesem, nożyczkami, scyzorykiem, jakąś książką, kilkoma listami polecającymi i resztą najrozmaitszych rzeczy”. W czasie swoich licznych podroży skrycie liczył, że może zostanie rozpoznany. Bo też jego sława zataczała coraz szersze kręgi. „Moje nazwisko zaczyna błyszczeć – i tylko po to żyję”. Zanim jeszcze Dania oddala mu hołd, już wielbiły go Niemcy i Francja. Przyjaźnił się z następcą tronu w Weimarze Karlem Aleksandrem. Król Prus mianował go kawalerem orderu Czerwonego Orła, a król Szwecji odznaczył orderem Północnej Gwiazdy. W Niemczech jego drogę – od nędzy aż na parnas – opowiadano jak baśń i on sam był tak samo popularny jak jego książki. Bywał w Paryżu, gdzie zwiedzał burdele (bardziej jako obserwator) i w Rzymie. Dotarł daleko, aż na Bałkany, nawet do niespokojnego wtedy Konstantynopola, gdzie zanotował swój klasyczny refren: „Dręczy mnie tu jakaś azjatycka zmysłowość. Jakże płonę z tęsknoty!”.

Choinka

Kiedy przeczytał przyjaciołom baśń „Choinka”, natychmiast rozpoznali w niej gorzki portret samego Andersena. Napisał ją w wieku 40 lat, w połowie życia. Choinka nieustannie się martwi i rozpamiętuje przeszłość. „Czemu nie cieszyłam się tym, co miałam? Minęło! Minęło!”. Taki sam żal przenika jego zapiski z całego życia. Wiedział nawet, dlaczego nie może być szczęśliwy: „Tylko ja sam przeszkadzam sobie w cieszeniu się życiem”. Dręczony niepokojami, fobiami, przez całe życie zabiegał o uznanie i aprobatę. „Pozostał dzieckiem – pisze biografka – które poszukiwało po całej Europie miłości i bezwzględnej aprobaty, jakiej nie udziela się dorosłym”.
Pozostał wyjątkowo wyrośniętym dzieckiem, które wiedziało, że wszystko na tym świecie raczej nie najlepiej się kończy. Zawsze można jednak myśleć i marzyć o innym. Przewidywał też, że jego sława – ostatnia pociecha – przeminie, że zdmuchną ją następne pokolenia. Ale tutaj mylił się całkowicie, 200 lat po jego narodzinach nadal myślimy jego baśniami. I tak będzie za kolejne 200 lat. I za kolejne…

Justyna Sobolewska/ Przekrój
Korzystałam z książki Jackie Wullschlager „Andersen. Życie baśniopisarza”, WAB, Warszawa 2005


SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)