Ewa Minge: Czekam na córkę

Projektuje wnętrza i rzeczy do domu, a swoje kolekcje ubrań couture od lat prezentuje w Paryżu. Ale sukces zawodowy to nie wszystko. Ewa Minge chce teraz… trzeci raz zostać mamą!

fot. ONS
Umówić się jeszcze w tym roku z Ewą Minge (43) na kawę w Warszawie? Niemożliwe. Teraz projektantka spędza większość czasu w… samochodzie, kursując między swoim domem w Zielonej Górze a Pszczewem, gdzie prowadzi firmę modową. Powód? Ewa przygotowuje się właśnie do paryskiego Tygodnia Mody, podczas którego pokaże najnowsze kreacje haute couture. Do pokazu został zaledwie miesiąc, a ona musi jeszcze dopiąć wszystko na ostatni guzik i... przygotować swoim mężczyznom świąteczne smakołyki!

– Na świecie kolekcje Ewy Minge od lat budzą zachwyt. Za to w Polsce do niedawna nie były przyjmowane zbyt entuzjastycznie. Dlaczego?
Ewa Minge:
Oj, nie było aż tak źle (śmiech). Polacy zaczęli otwierać się na światowe trendy i chcą być modni! A ja szykuję się właśnie do piątego już pokazu haute couture. Moją najnowszą kolekcję pokażę 24 stycznia podczas Tygodnia Mody w Paryżu i, jeśli zdążę, również w Nowym Jorku podczas pokazów prýt-ļ-porter. Mam nadzieję, że i tym razem moje projekty zbiorą pozytywne recenzje w renomowanych pismach: francuskich „L’Officiel”, „Le Monde” i „Marie Claire”, włoskim „Vogue’u” czy amerykańskich „Wall Street Journal” i „Washington Post”.

– Po co Pani w takim razie umywalki z logo Minge?
Ewa Minge:
Linię Eva Minge Home buduję od pięciu lat. Wkrótce otwieram nowy salon w Warszawie z moją kolekcją mebli. Poza tym projektuję też ekskluzywne umywalki, wanny, płytki ceramiczne i podłogi drewniane. Moim nazwiskiem sygnowane są też różne dodatki: pościel, ręczniki, zasłony, narzuty, srebrne zastawy i świece...

– …a nawet butelka mleka! Nie boi się Pani, że środowisko modowe uzna to za obciach?
Ewa Minge:
Nie widzę w tym nic złego. Swoją działalność artystyczną traktuję jak klocki Lego – mogę z nich tworzyć wszystko, na co mam ochotę. Dbam jednak, by to, co sygnuję nazwiskiem, było wyjątkowe, eleganckie i miało piękny design.

– A na co patrzy dziś Pani z największą dumą?
Ewa Minge:
Wbrew pozorom wcale nie na firmę i sukces zawodowy. Jestem szczęśliwa, że udało mi się wychować moich dwóch synów Oskara i Gaspara na fajnych, wrażliwych chłopaków, którzy mają dobrze poukładane w głowie.

– Ciężko było Pani samej ich wychowywać?
Ewa Minge:
Nie zawsze było różowo, ale decyzję o odejściu od męża podjęłam świadomie. W pewnym momencie związku, gdy czułam się nieszczęśliwa, uciekałam w pracę i poświęcałam synom coraz mniej czasu. Byłam bardziej nerwowa, spięta, drażliwa... Otarłam się
o depresję i to był dla mnie znak, że muszę coś w życiu zmienić.

– Dlatego wyprowadziła się Pani do Zielonej Góry?
Ewa Minge:
Porzuciłam mój pięknie urządzony dom w Warszawie na rzecz wynajętego wówczas, najbrzydszego domu, w jakim kiedykolwiek mieszkałam, w Zielonej Górze. Z bólem odstawiłam karierę w stolicy i za granicą. Postawiłam na dzieci i to był świetny wybór.

– Dwóch dorastających chłopców i krucha kobietka pod jednym dachem? To mieszanka wybuchowa!
Ewa Minge:
Nie było źle, bo mądrze podchodziłam do dojrzewania synów. Pozwoliłam im się poobijać, sparzyć, poznać smak porażki, ale nad rozlanym mlekiem płakałam razem z nimi. Mój starszy syn Oskar długo utrzymywał, że „być prymusem to siara” i przekonać go, żeby się uczył, nie było łatwo. Długo preferował raperski styl - nosił spodnie z opuszczonym krokiem i złote łańcuchy na szyi, których nie cierpiałam (śmiech), a jego hobby było sprowadzanie do domu kolegów, którzy nie cieszyli się dobrą opinią w mieście.

Porozmawiajmy o gwiazdach - forum >>


– Nie bała się Pani, że Oskar też zejdzie na złą drogę?
Ewa Minge:
Jasne, że tak, ale jak się potem okazało, zupełnie niepotrzebnie. Oskar i jego koledzy kochali muzykę, pisali teksty i chcieli śpiewać, więc… urządziłam im w domu studio nagrań, które stało się pewnego rodzaju lecznicą terapeutyczną. A ja z pani Ewy stałam się „cool mamuśką” i zyskałam przyszywanych synów.

– A Gaspar?
Ewa Minge:
U niego dojrzewanie było szybkie. Skończyło się na wypaleniu trzech paczek papierosów i pochwaleniu się w szkole, że jest wielkim hodowcą marihuany (śmiech). Oczywiście wybuchł skandal, a Gaspar jako wielki przyrodnik miał w rzeczywistości jedną roślinkę, którą kupił legalnie w kwiaciarni.

– Gdy po rozwodzie u Pani boku pojawił się nowy mężczyzna, synowie nie czuli się zazdrośni?
Ewa Minge:
Przeciwnie! Oskar i Gaspar zawsze uważali, że powinnam kogoś mieć, a nawet próbowali mnie swatać! Kiedy pojawił się Dariusz, chłopaki od razu go zaakceptowali. Dziś tworzymy zgraną paczkę. Razem gramy w scrabble, jeździmy na wspólne wakacje i słuchamy tej samej muzyki. Często dołączają też do nas moi „adoptowani” synowie, czyli koledzy synów.

– Jak Dariusz zdobył Pani serce?
Ewa Minge:
Szukałam partnera dojrzałego, spełnionego zawodowo, z pasją. Takiego, który da mi siłę, poczucie wolności i bezpieczeństwa, będzie mnie wspierał w każdym momencie. I on taki właśnie jest!

– Długo jesteście razem?
Ewa Minge:
Jesteśmy parą od trzech lat i mam nadzieję, że tak już zostanie. Mój partner jest ze mnie dumny, a co najważniejsze widzi we mnie nie Ewę Minge projektantkę, ale ukochaną kobietę, która sprząta, gotuje, a na śniadanie robi mu ścięte we wrzątku jajka Benedykta.

– Sama? Bez pomocy gosposi?
Ewa Minge:
Ostatnio pracuję na pełnych obrotach i rzeczywiście brakuje mi czasu na gotowanie, ale nie wyobrażam sobie, że w nadchodzące święta ktoś mógłby gotować za mnie. Przed Wigilią sama zakwaszam buraki na barszcz, lepię uszka, przyrządzam śledzie oraz karpia zapiekanego z suszem, porem i cebulką.

– Ma Pani swoje świąteczne danie popisowe?
Ewa Minge:
Oczywiście, plastry łososia na drożdżowym cieście, pod pierzynką z aromatycznego szpinaku, zapiekane z serem mozzarella i sosem beszamelowym. W Wigilię będzie z nami dziewczyna Oskara. Jeśli Sylwia chce w przyszłości zostać moją synową (śmiech), musi poznać tajemny przepis na pyszne pierogi z makiem pieczone na głębokim tłuszczu, przekazywany w mojej rodzinie od pokoleń.

– Kto nauczył Panią gotować?
Ewa Minge:
Moja ukochana mama, której niestety zabraknie w te święta. Rok temu odeszła po ciężkiej walce z rakiem. Zmarła przez głupi nałóg nikotynowy… Bardzo przeżyłam jej śmierć. Gdy odchodziła, siedziałam przy niej przez sześć dni i sześć nocy, powtarzając, że wszystko będzie dobrze, choć wiedziałam, że to nieprawda.

– Dlaczego?
Ewa Minge:
Bo mama od razu by się poddała. O tym, że umiera, dowiedziała się z tabloidu, który brutalnie napisał: „Matka Minge umiera”. Nigdy nie zapomnę wyrazu jej twarzy w tamtym momencie...


– Podobno to dzięki mamie zaczęła się Pani przygoda z modą.
Ewa Minge:
Moja mama była klasyczną pięknością – miała mahoniowe włosy, piękny uśmiech i swój styl. Nie bała się łączyć kolorów, wyprzedzała trendy. Zawsze nosiła piękne szpilki (wydawała na nie fortunę) i ubrania, które sama zaprojektowała. To w jej zeszytach znalazłam zdjęcia zagranicznych modelek i… chciałam być taka jak one, chuda i piękna.

– Czy to wtedy zachorowała Pani na bulimię?
Ewa Minge:
To był początek, miałam wtedy 20 lat. Przez rok prowokowałam wymioty, bo chciałam poczuć się szczuplejsza, piękniejsza i nosić króciutkie szorty. Kiedy rodzice odkryli, co się ze mną dzieje, a nie było wtedy Internetu, takiego dostępu do zdjęć i informacji…

– …urządzili karczemną awanturę?
Ewa Minge:
Przeciwnie. Najpierw sami poszli do lekarza dowiedzieć się, co robić. Po powrocie wzięli mnie na rozmowę i… trafili do mojej wyobraźni. Bardzo obrazowo przedstawili mi, jakie spustoszenie ta choroba czyni, jak w niewidoczny sposób wyniszcza organizm.

– Dziś jest Pani zdrowa?
Ewa Minge:
Tak, co wcale nie znaczy, że to nie wraca. Bulimia jest jak nałóg, lubi kusić. Ale już dawno nauczyłam się lubić siebie.

– Złośliwi twierdzą, że pomógł w tym Pani szereg operacji plastycznych.
Ewa Minge:
To bzdury! W moich żyłach płynie mieszanka wschodniej i tatarskiej krwi, stąd moje „nienaturalne” rysy i szeroko rozstawione, lekko skośne oczy. Nie dostarczam prasie powodów do plotek, bo nie wywołuję skandali, więc dziennikarze musieli  sobie coś na mój temat wymyślić.

– Niedawno zatrudniła Pani Karolinę Malinowską jako dyrektor artystyczną marki Minge. Jakie zadania Pani przed nią stawia?
Ewa Minge:
Karolina jest osobą niezwykle kreatywną i łatwo nawiązuje kontakty. Na pokazie „Solidarity” w Nowym Jorku, współpracując ze stylistką „Vogue’a”, udowodniła, że jest właściwą osobą na to stanowisko. Dlatego powierzyłam jej opiekę nad kontaktami międzynarodowymi. Karolina pomaga mi też dbać o wizerunek moich zagranicznych klientek. A gdy urodzi dziecko, na pewno znów wystąpi w moich pokazach.

– Słyszałam, że Pani też chce jeszcze zostać mamą!
Ewa Minge: Marzę o córeczce! Moja kochana przyjaciółka, wróżka Aida, bardzo często mi powtarza: „Uważaj, o czym marzysz, bo możesz to dostać”. Mam 43 lata i nie wiem, czy uda mi się jeszcze urodzić trzecie dziecko. Jeśli nie, nic straconego – wtedy najprawdopodobniej zdecyduję się na adopcję. Na jednym ze zdjęć prezentujących kolekcję Minge Young jest dziewczynka z wielkimi błękitnymi oczami, łudząco podobnymi do moich. Gdy ją zobaczyłam, pomyślałam: tak będzie wyglądać mała Minge, moja mała Ewa!

Magdalena Jabłońska-Borowik / Party
Tagi: Ewa Minge
SKOMENTUJ (0)
Jak Miss Polski 2014 przygotowuje się do wyjazdu na konkurs w Tokio?
KOMENTARZE (0)