Elaine M. Monaghan i Lee A. Feinstein - Amerykanie w Warszawie

Są w Polsce prawie trzy lata. Ambasador Lee A. Feinstein wraz z małżonką Elaine M. Monaghan – dziennikarką i dziećmi – Jackiem i Carą (8 i 5 lat).

fot. Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek/LAF
Rezydencja ambasadora USA w Polsce to miejsce świetnie znane polskim elitom. Tu co roku wręcza się nagrody imienia Jana Nowaka-Jeziorańskiego, Czesława Miłosza oraz Jana Karskiego. Gospodarzy fascynuje kultura polska, jej twórcy i dzieła. Dom jest pełen rzeźb, obrazów, fotografii. Mieści się na Mokotowie, tonie w zieleni i jest…superekologiczny – z najmniej energochłonnymi urządzeniami, jakie wyprodukował świat! Dzięki gościnności Jego Ekscelencji możemy zobaczyć, jak mu się mieszka w Polsce.

– Panie Ambasadorze, w synagodze Nożyków słyszałam Pana doskonałe przemówienie. Pomyślałam: Tak krótko w Polsce i taka nienaganna polszczyzna? To musi być niezła nauczycielka.
Lee A. Feinstein:
Bardzo dziękuję, to by się nawet zgadzało. Kiedy tylko mogę, sam piszę przemówienia na tyle osobiste, na ile to możliwe, a potem pracuję z tłumaczką nad polskimi fragmentami. Nad tym przemówieniem też długo pracowaliśmy.

– Na co dzień woli Pan jednak angielski…
Lee A. Feinstein:
Prawda jest taka, że zanim tu przyjechałem, uczyłem się już trochę polskiego, a było mi łatwiej, bo znam rosyjski…

– Wiem. Lata 80., Instytut imienia Puszkina w Moskwie…
Lee A. Feinstein:
Moje kolejne studia i trzecia uczelnia. Kiedy tylko mogę, staram się mówić po polsku, bo lubię. Dwa razy w tygodniu mam lekcje języka polskiego. Jak na swój wiek, 52 lata, mam niezłą wymowę, dużo rozumiem, ale słownictwa nie przyswajam tak szybko, jak wtedy, gdy miałem 19 lat. Ale na ulicy w Warszawie czy Zakopanem, gdy znajdę się sam, czuję się pewnie i nieźle sobie radzę.

– To wróćmy do chwili, gdy miał Pan 19 lat i mieszkał z rodzicami na Long Island. Świetny adres, kojarzy się z pięknymi plażami i weekendowym wypoczynkiem nowojorczyków.
Lee A. Feinstein:
Wtedy to były raczej miasteczka, rybackie osady, a nie luksusowe kurorty wypoczynkowe.  Tak, plaże na Long Island są piękne! Mieliśmy to szczęście, że mieszkaliśmy zaledwie 20 minut drogi od Atlantyku i latem bardzo często jeździliśmy nad ocean. Dzieciństwo miałem skromne, a w naszej południowej części Nowego Jorku domy wokół wyglądały identycznie. Takie same domy, na takich samych działkach, o takim samym rozkładzie. Jak mnie koledzy pytali, w którym pokoju śpię, wystarczyło powiedzieć: „Na piętrze w małej” albo „w dużej sypialni z tyłu domu” (to się z biegiem lat zmieniało dzięki rodzeństwu) i od razu wszyscy oni wiedzieli, o co chodzi. Nasi rodzice w gruncie rzeczy też byli podobni: weterani II wojny światowej, dla których segment na przedmieściach był pierwszym domem w życiu.

– Ma Pan ponoć polskie korzenie.
Lee A. Feinstein:
Zgadza się. Rodzice mojego ojca urodzili się pod zaborami, jako poddani monarchii austro-węgierskiej. Dopiero w okresie międzywojennym Tarnopol zaczął należeć do Polski, dziś to część Ukrainy. Pamiętam moją pierwszą wyprawę w wieku 19 lat do Warszawy i na Ukrainę, bo o tej niezwykłej podróży wspominałem w przemówieniu, które pani słyszała.


– Dlaczego była niezwykła?
Lee A. Feinstein:
Otworzyła mi oczy na wiele spraw, choćby na to, jak wielu Amerykanów w ogóle nie ma świadomości polskich korzeni. Bo zmieniły się granice, a potem była zimna wojna. Nie zdają sobie z nich sprawy albo się nie interesują dziejami praprzodków. Gdy pierwszy raz przyjechałem do Warszawy, uderzyły mnie podobne smaki i zapachy potraw. Podobne do tych, które w naszym rodzinnym domu przygotowywała babcia. Przepadałem za połączeniem słodko-kwaśnego smaku gołąbków, jaki pamiętałem z dzieciństwa. Za czekoladkami z nadzieniem galaretkowym, niepowtarzalnym ptasim mleczkiem. I zrozumiałem, co znaczy polskie przysłowie: „Przez żołądek do serca”.

– Młodość bywa zbuntowana, niepokorna, gniewna. Jaka była Pańska?
Lee A. Feinstein:
Tak naprawdę nigdy raczej nie byłem typem buntownika, ale za to zawsze całkiem dobrym uczniem, niezłym studentem. W gruncie rzeczy robiłem to, czego oczekiwali ode mnie rodzice. O, znamieniem buntu były samotne podróże do Nowego Jorku. Miałem chyba z 13 lat, gdy pierwszy raz wsiadłem w podmiejski pociąg, potem w metro i jechałem przed siebie. Uwielbiałem te wyprawy. W latach 70. Nowy Jork był miastem bardzo ciekawym, maksymalnie interesującym, niekoniecznie bezpiecznym.

– Rodzice wiedzieli o tych eskapadach? Nie umierali ze strachu?
Lee A. Feinstein:
Wiedzieli, ale że byłem najmłodszym z czwórki rodzeństwa – rodzeństwo przetarło szlaki – przy mnie byli już całkiem zrelaksowani. Poza tym kiedyś rodzice w ogóle byli bardziej wyluzowani, pozwalali dzieciom na wiele więcej niż dzisiaj.

– Wielka polityka wiąże się z wielkimi ograniczeniami, a dyplomata to ktoś, kto musi trzymać emocje i język na wodzy, co nie bywa zachęcające dla młodego człowieka. Kiedy pierwszy raz pomyślał Pan o karierze dyplomaty? Kto był inspiracją?
Lee A. Feinstein:
Moja młodość przypadła na szczególny czas. Podziwiałem Johna Lindsaya, burmistrza NY, oraz kilku lokalnych polityków, kongresmanów z naszego okręgu, którzy mieli na mnie wpływ, bo wtedy władza naprawdę zmieniała życie ludzi na lepsze. To był czas silnego ruchu walki o prawa obywatelskie, o prawa kobiet. Dużo się działo. Ciągnęła mnie sfera publiczna, ale impuls nie przyszedł z kręgów rodzinnych. Ojciec był okulistą, mama – dusza artystyczna – dekoratorką wnętrz. Rodzeństwo wybrało odmienne drogi, ale cała trójka zamieszana była w słynny ruch Flower Power – dzieci kwiaty – i była zaangażowana w to, co działo się w latach 60.: Woodstock i tak dalej. Pewnie dlatego polityka miała moc przyciągania. Decyzję, by się zająć polityką międzynarodową, podjąłem później, już na studiach. W dużej mierze pod wpływem tego, co zobaczyłem w Polsce i w całej Europie w czasach zimnej wojny. Mam na myśli możliwość wykorzystania polityki do wsparcia ludzi dążących do poszerzenia swobód obywatelskich. I aby stworzyć szansę lepszego życia dla siebie i najbliższych.


– Jedna z uczelni, którą Pan ukończył, to Georgetown University, na której wykładał słynny kurier Jan Karski.
Lee A. Feinstein:
Niestety, nie miałem przywileju poznania go osobiście, bo studiowałem prawo wykładane poza głównym campusem, ale znałem wiele osób, które były pod jego wielkim wrażeniem.

– Gdy w 1999 roku zrobiłam wywiad z Janem Karskim, na pytanie, czy mówił studentom o swojej bohaterskiej przeszłości, odpowiedział, że nie, bo po co.
Lee A. Feinstein:
Dociekliwi studenci się dowiadywali różnymi kanałami. Z tego, co wiem, Karski czasami opowiadał moim rodakom o okupacyjnej rzeczywistości. Miało to wielki wpływ na całe pokolenie Amerykanów, które potem doszło do władzy i odcisnęło swoje piętno na życiu Ameryki. Późniejszy prezydent Bill Clinton był jego studentem, poznała go też Madeleine Albright, która wykładała w tym samym czasie na Georgetown.

– A Pan był jednym z jej głównych doradców podczas prezydentury Clintona.
Lee A. Feinstein:
Tak. A później byłem doradcą do spraw polityki zagranicznej ówczesnej senator Hillary Clinton w trakcie jej kampanii prezydenckiej. Kiedy odpadła z wyścigu o nominację, zacząłem pracować dla ówczesnego senatora Baracka Obamy. Dlatego byłem bardzo wdzięczny, gdy oboje wyznaczyli mnie na stanowisko ambasadora w Polsce.

– Nie mogę nie zapytać, gdzie Pan spotkał Elaine – przyszłą żonę?
Lee A. Feinstein:
W Waszyngtonie. Elaine była korespondentką agencji Reuters przy Departamencie Stanu w czasie, gdy szefową dyplomacji była Madeleine Albright, a ja, jako jej asystent, zajmowałem się planowaniem i strategią.
(W tym momencie do salonu wchodzi pani ambasadorowa – „druga po Bogu na pokładzie” – która właśnie skończyła oprowadzanie ekipy zdjęciowej VIVY! po rezydencji. Wkroczenie do akcji we właściwym momencie jest widać umiejętnością urodzonych dyplomatów.).

– To teraz poproszę o wersję Pani Ambasadorowej…
Elaine M. Monaghan:
Mamy tę samą wspólną wersję, tylko że… (śmiech) nieco się różni. Tak naprawdę pierwszy raz spotkaliśmy się nie w Waszyngtonie, a na pokładzie samolotu, w służbowej podróży, skąd miałam przywieźć reportaż dla Reutersa. Z tym że Lee siedział z przodu, gdzie były wygodniejsze siedzenia i VIP-y, a ja z tyłu, na samym końcu samolotu, w pobliżu toalety. Wie pani, w jakich warunkach podróżują dziennikarze. W ogóle nie śpią, jedzą hamburgery, a świta siedzi gdzie indziej. Ale zwróciłam uwagę na pewnego młodego, szalenie przystojnego polityka, który wyróżniał się na tle innych młodych, przystojnych polityków w delegacji.


– Jak widać, trudności zostały pokonane. I to tak skutecznie, że zrezygnowała Pani z pracy zawodowej i zajęła się domem. Trudno było?
Elaine M. Monaghan:
Tak naprawdę tę decyzję podjęłam, zanim przyjechaliśmy do Warszawy. Gdy na świecie pojawiły się dzieci, stwierdziłam, że nie będę latać po całym świecie z walizką, aby opiekę nad nimi powierzać innym. A że pochodzę ze Szkocji, tam jest cała moja rodzina, a mieszkamy w Europie, podróżujemy z dziećmi, odwiedzając moich bliskich co najmniej raz w roku.
Lee A. Feinstein: No cóż, Departament Stanu unowocześnił się, ale nie jeśli chodzi o rolę żony ambasadora. Elaine pracowała jako dziennikarka przez wiele lat naszego małżeństwa, ale dla dzieci zdecydowała inaczej.

– W jakim duchu, na kogo wychowuje się dzieci o tak bogatych korzeniach?
Lee A. Feinstein:
Na obywateli świata. Jesteśmy rodziną transatlantycką, dzieci mają podwójne obywatelstwo. Brytyjskie i amerykańskie To kolejny powód, dla którego cieszymy się, że jesteśmy w Europie.

– No i nie ma kłopotów z wizami.
Lee A. Feinstein:
To wspaniała szansa, bo będą mogły w przyszłości pracować, gdziekolwiek będą chciały. Od zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych po wschodnie granice Unii Europejskiej, gdziekolwiek będzie sięgała. Młodsza, Cara, ma dopiero pięć lat, czyli większość swego życia spędziła w Polsce.
Elaine M. Monaghan: Czy jakakolwiek decyzja rodziców może mieć wpływ na to, co, gdzie i jak dzieci będą chciały robić? Próbujemy wychowywać je tak, aby były niezależnie myślącymi ludźmi, którzy sami dokonują swoich wyborów życiowych. Ale to prawda, jesteśmy międzynarodową rodziną. Każde z nas ma miejsce, z którym jest szczególnie związane. Przez całe życie podróżowałam i kiedy mówię, że tęsknię za Szkocją, to nie znaczy, że nie podoba mi się tu, gdzie jestem. Przeciwnie, bardzo mi się podoba.

– Ponoć dyplomatą się jest 24 godziny na dobę. Bywa, że Pan Ambasador nie jest… ambasadorem?
Lee A. Feinstein:
Będąc ambasadorem, do pewnego stopnia nigdy się nie jest osobą prywatną. Trzeba się z tym pogodzić i zaakceptować. Ale Warszawa jest miastem dużym, pod pewnymi względami szczególnym, w którym wiele się dzieje, a okoliczności pozwalają, by robić swoje.

– To gdzie się Pan ostatnio wypuścił incognito?
Lee A. Feinstein:
Na otwarcie mistrzostw Euro 2012, gdzie wtopiłem się w rozentuzjazmowany tłum.

– W amerykańskiej baseballówce z dużym daszkiem?
Lee A. Feinstein:
Nie, ubrałem się jak wszyscy wokół – w spodnie koloru khaki i czerwony podkoszulek z napisem „Polska Euro 2012”. Parę osób mnie rozpoznało i pozdrowiło. Dla pozostałych byłem jednym z wielu anonimowych gości. Mamy już tutaj z Elaine normalne, fajne przyjaźnie. Przyjaźnimy się z wieloma rodzicami ze szkoły i przedszkola naszych dzieci. To nam się naprawdę udało. Nie łączą nas z tymi znajomymi interesy, oficjalne role, nie stykamy się w pracy, choć oczywiście spotkania z ludźmi ze względu na zajmowane stanowisko są częścią moich codziennych obowiązków.


– Wśród gości tu niegdyś i dzisiaj bywałych są laureaci nagród przyznawanych od kilku lat przez ambasadę USA: Edelman, Skarga, Koźmiński, Hartwig, Głowacki, Holland. Za wzmocnienie porozumienia między narodami, za zaangażowanie na rzecz służby publicznej, za wolność.
Elaine M. Monaghan:
Przez te prawie trzy lata spotkaliśmy takie znakomitości ze świata kultury i sztuki, że wiele razy musiałam się uszczypnąć, by się upewnić, że to się dzieje naprawdę, twarzą w twarz. Pendereccy, Dwurnik, Norman Davies. Widziała już pani naszą rzeźbę Magdaleny Abakanowicz, którą dzieci nazwały „Człowiekiem bez głowy”?
Lee A. Feinstein: Interesujemy się polską kulturą na równi z jej twórcami – to łączniki między narodami. Wielu polskich twórców uwielbia Stany Zjednoczone, mając przy tym niezwykłą zdolność zrozumienia Ameryki. Jej siły, słabości i ograniczeń. Do takich należy Głowacki, Tomaszewski i Niezabitowska, Holland. Tłumaczą kulturę polską Amerykanom i kulturę amerykańską Polakom. Uczestniczyliśmy w Wielkanocnym Festiwalu Beethovenowskim Elżbiety Pendereckiej, patronując operze Itala Montemezziego „Miłość trzech królów” z amerykańskimi śpiewakami oraz Doris Yarick-Cross – światowej sławy sopranistką i nauczycielką śpiewu z Yale School of Music. Bywamy na premierach, wernisażach, pokazach – na premierze Holland „W ciemności”, na spektaklu „Kopenhaga” Michaela Frayna. Różnorodność życia kulturalnego w Polsce naprawdę nas ujęła.

– Panie Ambasadorze, wiem, że na podsumowanie jest trochę za wcześnie, ale jak się Panu żyje w Polsce?
Lee A. Feinstein:
Świetnie, uwielbiamy nasze tutejsze życie, kochamy Warszawę, doceniamy energię dużego miasta, kawiarnie, sceny, teatry. Ale też sporo podróżujemy po całej Polsce. Odwiedziłem wszystkie województwa, mnóstwo zakątków. Często mnie pytano, co mnie najbardziej zaskoczyło. Gdy odpowiadałem: „różnorodność”, to z kolei dziwiło rozmówców. A tu każde miasto jest inne, każdy region niepowtarzalny, odmienne wpływy kulturowe, odmienna historia. Może przez zabory? W Łodzi spędziłem parę dni, zwiedzając stare fabryki, pałac Poznańskiego, wcześniej obejrzałem „Ziemię obiecaną” Andrzeja Wajdy. We Wrocławiu – otwartym, kosmopolitycznym – byłem kilka razy. Lublin – unikalny, pachnący Wschodem, a w Gardzienicach obejrzeliśmy przedstawienie zapadające w pamięć. Zakopane – z dziką niezależnością górali, niepodobne do innych regionów. Myślę, że nam i naszym dzieciom pobyt w Polsce zapadnie w pamięć jako cudowne doświadczenie, wspominać je będziemy z ogromną sympatią.

Rozmawiała Liliana Śnieg-Czaplewska
Zdjęcia Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek/LAF
Stylizacja Jola Czaja
Makijaż Paweł Bik
Fryzury Emil Zed/Van Dorsen Talents
Produkcja sesji Piotr Wojtasik
Paulina Sykut-Jeżyna skomentowała "wesele" Agnieszki Hyży
SKOMENTUJ (0)
KOMENTARZE (0)