POLECAMY

Danuta i Krzysztof Ziemcowie - Czy ja jestem supermenem

Tragedia przychodzi nagle i bez uprzedzenia. Jak tamtej nocy pożar. Krzysztof nie pamięta, co myślał. Bez wahania wszedł w ogień.

Ratował żonę i dzieci. Otarł się o śmierć. Jego twarz dobrze znana z ekranu zniknęła na długie miesiące. "Wiara, nadzieja i miłość. To one ocaliły mnie i moją rodzinę”, mówi Krzysztof Ziemiec.

– Czasem parę minut, jedna chwila potrafi zmienić życie. Wiecie o tym najlepiej.
Danuta Ziemiec: Zanim wydarzył się wypadek, tej jesieni, po ośmiu latach miałam wrócić do pracy. Przez ten czas urodziłam troje dzieci. Najstarsza, Marianna, poszła właśnie do pierwszej klasy. Do średniej, Oli, w przedszkolu dołączył trzyletni Franio. Chciałam znów ruszać w świat. Kiedy w maju o swoich szansach porozmawiałam w agencji fotograficznej, z którą kiedyś byłam związana, usłyszałam: "Możesz zacząć nawet jutro”. Pamiętam, jak pochwaliłam się Krzyśkowi, że moje koleżanki piszą kolejne CV, denerwują się, a ja nie muszę. "Jak to? A kto się tym wszystkim zajmie?”, zgasił wtedy mój entuzjazm. Tak, tak, przecież to on jest tym, który ciężko pracuje (śmiech).
Krzysztof Ziemiec: Fakt. Często przyjeżdżałem do domu na godzinkę, na obiad, a potem wracałem do redakcji i siedziałem niemal do północy.

– A Pani kładła dzieci spać i do północy czekała na męża?
Danuta Ziemiec:
Czekałam, ale zdarzało się, że usypiałam. Musiałam wcześnie wstać, żeby następnego dnia wyszykować dzieci. Taki mężczyzna telewizyjny potrzebuje rano sam o siebie zadbać, ogolić się, a potem chce założyć uprasowaną koszulę. Uznałam, że dopóki Krzysiek musi tak ciężko pracować, moją rolą jest zorganizować wszystko idealnie. Zostałam w domu i stworzyłam prawdziwy dom. Piekłam chleb. Wspólnie robiliśmy konfitury. Nalewki – w tym roku jest żurawinowa. Ten kredens przyjechał z targu staroci, odrestaurowałam go sama. Zajęło mi to pół roku. Mama Krzysia jest lekarzem i była przerażona. Musiałam przysięgać, że jak skończę, nie będzie na nim ani jednej bakterii. Dzieci zawsze same robiły prezenty. Stroje na przedstawienia szyliśmy, nie wypożyczaliśmy.

– I nagle... pożar. Nikt nie zginął. Ale było blisko.
Krzysztof Ziemiec: Prawda jest taka, że gdybym tu, gdzie dziś siedzimy, został wtedy parę minut dłużej, to już by mnie nie było na świecie. Tamte chwile sprzed pół roku zmieniły całe nasze życie. To był ciepły, niedzielny, czerwcowy wieczór. Jak wiele innych. I nagle parafina, którą Dana podgrzewała w garnku, zapaliła się. Najpierw zaczęła palić się kuchnia, potem zajął się przedpokój i już nie było jak wyjść. Ogień odciął nam jedyną drogę ucieczki. Wyskoczyłem z łazienki w ręczniku. Zaczęliśmy obydwoje w panice krzyczeć: "Ratunku, pali się!”. Wybiegłem na balkon naszego drugiego piętra. Ale ulica była pusta.
Danuta Ziemiec: A jednak ktoś nas usłyszał, przeskoczył przez płot, bo teren jest ogrodzony. Skrzyknął sąsiadów.
Krzysztof Ziemiec: Wtedy o tym nie wiedziałem. Żona pobiegła do dzieci.
Danuta Ziemiec: W oczy i gardło gryzł czarny dym. Strzeliły korki, było zupełnie ciemno. Chciałam otworzyć okna, udało się z trudem, bo mamy założone blokady, to moja obsesja, że któreś z dzieci mogłoby wypaść.
Krzysztof Ziemiec: Szybko zdałem sobie sprawę, że krzyk nie ma najmniejszego sensu. Zanim przyjedzie pomoc, zaczadzimy się albo spalimy. Dzieci kasłały. Wiedziałem, że muszę otworzyć płonące drzwi wyjściowe. Miałem nawet taką wizję, że łapię za klamkę, a ona rozżarzona mi w ręku zostaje. Taki błysk myśli, ułamek sekundy. Nie pamiętam bólu ani strachu. Mózg miałem zaprogramowany na: przetrwać, przeżyć, ocalić. Wśród płomieni odszukałem zasuwę. Na korytarzu czekali już sąsiedzi z wodą. Podobno byliśmy w takim szoku, że otumanieni nie chcieliśmy wyjść. Podobno stałem tak, krwawiąc, z podniesionymi rękami, z których zwisała spalona skóra. Mam tylko jedno wspomnienie: leżę przed domem, a Danusia coś do mnie mówi, mówi i nie przestaje.
Danuta Ziemiec: Był mocno poparzony, krwawił. Czekając na karetkę, starałam się bez przerwy z nim rozmawiać, bałam się, że może stracić przytomność, że serce nie wytrzyma. Przyjechała pomoc. Krzyś dostał zastrzyk znieczulający. Dzieci wymiotowały, musiałam pojechać z nimi na badania i zostawić męża. Nie wiedziałam nawet, gdzie go zabierają. Ani w jakim jest stanie.

– Poparzone ponad czterdzieści procent ciała. To zagrażało życiu.
Danuta Ziemiec:
I to wszystko wydarzyło się z mojego powodu. Z ciepłej parafiny robię okłady na swoje przesuszone alergiczne dłonie. Kiedy po wypadku szłam do Krzyśka do szpitala, myślałam w kółko: Czy on będzie chciał ze mną rozmawiać? Czy nie będzie miał żalu? Nie miał. Nie ma. Ulżyło mi. Do dziś tyle razy to, co zaszło, przegadaliśmy, przetrawiliśmy.

– Przeszedł Pan piekło...
Krzysztof Ziemiec:
Kiedy minął szok, zacząłem panicznie bać się zmiany opatrunków. Nieopisanego bólu. Bo taki codzienny, stały, pulsujący można oswoić. Ale zdejmowanie opatrunków było jak największa tortura. Nawet małe dzieci dostają wtedy morfinę. Jest absolutnie niezbędna. A ja pomimo morfiny wyłem jak w katowni. Nie zdawałem sobie sprawy, jak łatwo się uzależnić. Przyszedł moment, kiedy trzeba było zmniejszać dawkę. Powiedziałem lekarzowi: "Nie ma sprawy”. A jednak to był całkiem spory problem. Pierwsza noc bez zbawiennego zastrzyku. Żona wyszła chwilę po dziesiątej. Nie mogłem spać. Leżałem na wznak, myśląc: Przecież w końcu usnę. Nie mogłem się ani o milimetr przekręcić. Zimny pot zmieniał się w gorący. Zaczęło mi się wydawać, że jestem spętany siecią i nie mogę się wydostać. A kiedy w skrajnym zmęczeniu wpadałem w krótki sen, śniłem koszmary. Rozrywały mnie maszyny zębate, przejeżdżał po mnie czołg, śniła mi się śmierć dzieci. To chyba było najgorsze. I tak wiele nocy.
Danuta Ziemiec: Krzyś miał długi czas wysoką gorączkę. Dostawał antybiotyki. Przetaczano mu krew, tak złe miał wyniki badań. Wracałam do domu i też nie spałam, myśląc: Co z nim? Gorzej? Lepiej? Czy on to wszystko wytrzyma? I serce mi pękało.


– Po pięciu tygodniach w szpitalu wrócił Pan do domu. Jakie były te pierwsze dni?
Krzysztof Ziemiec:
Naiwnie miałem w głowie poukładane, że za trzy tygodnie zacznę to, za miesiąc tamto. Ale szybko uświadomiłem sobie, jak długa droga przede mną. Zdrowie nie chciało przychodzić. Byłem niedołężny. Poznałem smak życia starca.
Danuta Ziemiec: W szpitalu była pani do zmiany opatrunków, porannego mycia, sprzątania, gotowania. Powiedziałam: "Pamiętaj, że w domu będę tylko ja jedna”. Krzyś przez półtora miesiąca nie robił sam nic, prócz mycia zębów. Trzeba było uruchomić pokłady kreatywności, żeby wymyślić, jak on ma wejść i wyjść z wanny. Przecież jestem dużo słabsza. Dwa metry dzielące krzesło od kanapy były drogą na koniec świata. Nogi mdlały. Potem chodząc po domu, Krzyś opierał się na dziecięcym wózku. Pił przez słomkę. Chleb, mięso kroiłam mu na drobniutkie kawałki.
Krzysztof Ziemiec: Z początku nie czułem smaków. Odkrywałem wszystko od nowa. Ale ciepło domowe, normalne łóżko działały cuda. Będzie dobrze, choć dziś w windzie nie mogę ustać minuty, w metrze przecież nikt mi miejsca nie ustąpi, samochodu jeszcze nie prowadzę.

– Trzeba mieć żelazną psychikę, żeby to wytrzymać. Myślę o Was obydwojgu.
Krzysztof Ziemiec:
Po tygodniu przyszło pierwsze załamanie. Dana rzuciła do mnie rano bez zastanowienia: "No, to wstawaj”, a ja zrozumiałem, że jeszcze długo nie będzie normalnie. Czterdziestoletni mężczyzna, który nigdy nie chorował. Byłem niecierpliwy, chciałem wszystko już. Pamiętam swoją wściekłość, kiedy nie mogłem drgnąć, żeby zasunąć zasłonę, a żona już zdążyła zasnąć, bo była zmęczona.
Danuta Ziemiec: Co było najtrudniejsze? Wypuszczono Krzysia ze szpitala, ale wciąż trzeba było zmieniać mu opatrunki. Przez kilka tygodni, kiedy zbliżała się ta chwila, było mi za każdym razem niedobrze, bo czułam na sobie ciężar odpowiedzialności. Dotknę go i zaraz znów będzie lała się krew. Boże, żeby tylko w te rany nic się nie wdało, myślałam gorączkowo. Poranna kąpiel trwała niemal dwie godziny. W domu wszędzie porozkładane były białe prześcieradła, bo Krzysiek musiał chodzić z odkrytymi ranami, inaczej nie chciały się goić. Dla katolika to jest krzyż. Jak na to patrzę? Weź go, bo taki właśnie jest ci dany na twoje twarde plecy.

– Jak odnalazły się w tym wszystkim dzieci? To przecież maluchy.
Danuta Ziemiec:
Było i czepianie się nóg, i płacz: "Mamo, gdzie znów wychodzisz?”. Po dwóch tygodniach zapytały: "Dlaczego chodzisz do taty, a nas nie zabierasz?”. Poszłam z tym pytaniem do szpitala. "Czy można wejść z dziećmi?”, zaczęłam nieśmiało. "Trzeba! Niech zobaczą, dlaczego mama nie może z nimi być. Przecież z chorobą taty będą musiały mierzyć się jeszcze miesiące”. Wzięłam je. Zrozumiały.
Krzysztof Ziemiec: Dzieci psychicznie wszystko bardzo przeżyły. Średnia, Ola, z tamtej tragicznej nocy zapamiętała chyba najwięcej. Mówi, że widziała ogień, tatę, jak leżał na ziemi, ślady krwi. Pamiętam, raz oglądałem wiadomości, podano informację o tym, że w Madrycie zapalił się na pasie startowym samolot. Wyłączyłem zaraz telewizor. "No, panny, czas spać”, chciałem dać córkom buziaka. Spojrzałem na Olę, miała taką posiniałą kamienną twarz i zaraz zwymiotowała. Nie umiała opanować nerwów. Dłuższy czas w domu omijała mnie szerokim łukiem. Nie potrafiłem tego z początku zrozumieć. Jak to? Dzieci, na które tak czekałem, unikają mnie? Boją się mnie? Nie naciskałem. I po jakichś trzech tygodniach córeczka powiedziała do Danusi: "Mamo, ja już się nawet przyzwyczaiłam do tych poparzonych ludzi”. Nie przeszło jej przez gardło "do taty”.
Danuta Ziemiec: Wtedy zaczęła sama przychodzić i rozmawiać z Krzyśkiem. Zmieniła się w czułą opiekunkę. To Ola go budzi. Rozsuwa artystycznie zasłonki i śmieje się, że robi teatr. Pyta, co mu się śniło, czy jeszcze boli.
Krzysztof Ziemiec: Franio z kolei kładzie się rano koło mnie i setny raz powtarza: "Tato, a dlaczego ty musiałeś wejść w ten ogień? Mama stanęła obok i jest zdrowa, dlaczego ty jesteś chory?”. Oglądamy razem albumy ze zdjęciami, a on pyta: "Czy ty jeszcze będziesz taki?”. "To znaczy jaki?”, dopytuję. "Czy będę miał taką fryzurę, dłuższe włosy?” "Nie, tato, taki jak tu... taki, taki ładny?”, rozbraja mnie. Dziecięce pytania są jak lawina. "Będziesz mógł z nami jeździć na rowerze, tato? A na nartach? Kiedy pojedziemy nad morze?” i sto innych. Jest w moim życiu światło, że jeszcze to wszystko będzie mi dane. W przychodni rehabilitacyjnej prowadzę ze sobą walkę. Każdego dnia staram się od nowa pokonać słabość. Raz jeszcze powtórzyć jakieś ćwiczenie, choć ciało omdlewa. Muszę, blizny tak strasznie ściągają skórę, że gdybym tego zaniechał, nie wyprostowałbym się już nigdy. Wychodzę z domu. Słyszę, że potrzebny jest mi spacer bez celu. A ja na razie się zmuszam. W Święto Zmarłych poszliśmy na cmentarz. Udało mi się dotrzeć do grobu taty. Na szczęście po drodze jest dużo ławek. Byliśmy też w zoo, przysiadałem co pięćdziesiąt metrów. Trudne, ale nie poddam się. Ostatnio jakaś pani żegnała się ze mną: "Do zobaczenia na szklanym ekranie”. "Zobaczymy”, odpowiedziałem. "Na pewno będzie taki czas, czekam na to”, odpowiedziała. Marzę o tym.

– Coś się w Panu zmieniło?
Krzysztof Ziemiec:
Żyłem w nieustającym młynie. I powtarzałem: "Dam radę, jeszcze rok, może dwa?”. W redakcji doświadczałem silnej konkurencji między ludźmi. Trudno mieć w takiej pracy przyjaciela, nawet dobrego kumpla, gdy szczerość ograniczona jest do minimum. Po wypadku nabrałem znów wiary w ludzi. Dostałem niezwykłe dowody wsparcia. W szpitalu nie miałem komórki, nie byłbym w stanie z niej korzystać. Ale potem, w domu, czytałem SMS-y, chciało mi się płakać i płakałem. "Fatima 22.30. Jestem w sanktuarium z rodziną, cały swój pobyt poświęcam modlitwie o zdrowie dla ciebie”. Pisali ci, których nie widziałem od lat. Czasem nawet tacy, których nie znałem.
Danuta Ziemiec: Kiedy Krzysztof znalazł się w szpitalu, przez nasz dom przewinął się korowód ludzi, z TVN-u, z Pulsu. Jeden kolega, sam z nogą w gipsie, siedział tu bez przerwy z komputerem, pracował, ale też nad wszystkim czuwał.
Krzysztof Ziemiec: Miał nogę w gipsie? Boże, nie wiedziałem.
Danuta Ziemiec: Wpadałam w przerwach pomiędzy opieką nad dziećmi, które zabrała moja mama, a gotowaniem specjalnych wysokobiałkowych posiłków dla Krzyśka, wizytami w szpitalu. A w naszym domu mężczyźni zawijali w gazety te wszystkie bibeloty, żeby można było spakować je do kartonów i wynieść na czas remontu. Sąsiedzi oddali nam pół swojego mieszkania. Złożyliśmy tam cały nasz dobytek.
Krzysztof Ziemiec: Wróciłem do domu bez informacji, że niezbędna jest mi rehabilitacja. Ćwiczę dzięki uporowi koleżanki z "Panoramy”. Pomimo moich protestów wpadła ze znajomą rehabilitantką. A ta spojrzała na mnie, na przykurczone ręce, i usłyszałem: "Natychmiast do pracy!”. Ktoś dobry dał mi kontakt do kliniki leczenia poparzeń w Siemianowicach. Były polski ambasador w Iraku, generał Pietrzyk, też poparzony, bo rok temu w zamachu wjechał na minę wozem pancernym, przekazał mi specjalny plaster na blizny. Dostaliśmy od ludzi bardzo wiele serca. Taki wypadek zmienia zupełnie optykę. Cieszy mnie dziś każda minuta z rodziną. Byłem wrażliwy, teraz jestem piekielnie. Razem z dziećmi oglądaliśmy niedawno w telewizji "Anię z Zielonego Wzgórza” – popłakałem się. Bywa, że chorobliwie się martwię. Żona wychodzi z dziećmi na spacer. A ja myślę, kiedy oni wreszcie wrócą. Gdy za oknem słychać pisk opon, przebiega mi przez głowę: Jezu, żeby im się tylko nic złego nie stało. Bo bez wątpienia są w moim życiu najważniejsi.


– Słowa mają dziś dla Was inny wymiar? "Kocham cię” znaczy więcej?
Danuta Ziemiec:
Jestem wylewna, zawsze mówiłam "kocham” i dawałam sygnał, że sama tego potrzebuję. Krzyś dawniej bronił się przed podobnymi deklaracjami. "To przecież oczywiste”, słyszałam.
Krzysztof Ziemiec: A teraz sam domagałem się takich słów. Kochasz? Kocham. I wciąż chcę rozmawiać o tym, co nas łączy.

– Blisko święta. Jakie będą Wasze?
Krzysztof Ziemiec:
Pamiętam smutną Wigilię w zeszłym roku. Pracowałem w telewizji Puls. Wyszedłem rano, a wróciłem parę minut przed północą. Dzieci spały. Miałem łzy w oczach, bo pierwszy raz w naszym domu przy świątecznym stole zabrakło taty. Zawsze tak ustawiano grafik, że wcześniej czy później docierałem na kolację. W minione święta nie przełamałem się z bliskimi opłatkiem. Miałem tego dnia dwa wydania wiadomości. To drugie chcieliśmy odtworzyć. Tłumaczyliśmy szefowi, że w Wigilię ono nie jest potrzebne. Amerykanin nie zrozumiał, nie zgodził się. Nie palę. Ale wtedy wyszedłem i zaciągnąłem się dymem. W tym roku będzie inaczej. Chociaż nie mogę pójść do sklepu. I jak mam w tym roku znaleźć Świętego Mikołaja?
Danuta Ziemiec: Prawdę mówiąc, Krzyś nie miał nigdy zbyt wiele czasu na prezenty. Często sama coś kupowałam i mówiłam: "Zobacz, kochanie, Mikołaj to przyniósł”. Zdarzało się, że szedł do sklepu i dostawał tam zakupowego szału. Wracał z workami dziecięcych ciuszków. Z ostatniego wyjazdu do Stanów cały dumny przywiózł dla dzieci buty z kółkami. Ale chyba nigdy nie zdarzyło się to w święta (śmiech). Prezenty to moja specjalność.
Krzysztof Ziemiec: To chyba powinno się zmienić (śmiech). Ta Wigilia będzie wyjątkowa i bardzo radosna, bo wszystko w naszym życiu idzie w dobrą stronę. Dzieci dostają też od losu prezent. Widzą rodziców, którzy się wspierają, kochają i nie opuszczą w potrzebie. A tego nic nam nie odbierze.

MONIKA KOTOWSKA / VIVA
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (12)
/7 lat temu
Jestem pełna podziwu dla całej rodziny.Nie wyobrażam sobie takiego przeżycia.
/8 lat temu
życzę zdrowia i wytwałości Panu i Pana rodzinie. Pozrawiam.
/8 lat temu
walnięta baba-okłada ręce parafiną,knebluje okna w czerwcu bo dzieci wypadną,jakaś paranoiczka nawiedzona...
POKAŻ KOMENTARZE (9)