Beata Tyszkiewicz - Dama mimo woli

Beata Tyszkiewicz fot. ONS
Chciała być weterynarzem, a została aktorką. Hrabianka z pochodzenia, z pasji - matka. Beata Tyszkiewicz w sierpniu kończy siedemdziesiąt lat, choć w duszy nadal gra jej dwudziestka.
/ 28.08.2008 12:21
Beata Tyszkiewicz fot. ONS
Kobiet o wiek się nie pyta. Ale Beata Tyszkiewicz nie boi się pokazać metryki urodzenia. Ma dystans do upływającego czasu. – Nigdy nie obchodziłam urodzin czy imienin. Więc nikt, poza moją Matką, o nich nie pamiętał – zdradziła „Party”.

W jednym z wywiadów wyznała też, że do sesji zdjęciowych spina skórę szyi klamerką, by wygładzić zmarszczki. Dama zdolna do takich wyznań? Tak, i właśnie za to kochają ją od lat widzowie. W rankingach: „O kim chcesz przeczytać, jaką gwiazdę lubisz?”, Beata Tyszkiewicz jest bezkonkurencyjna i wciąż wygrywa. Jej książka „Nie wszystko na sprzedaż” rozeszła się na pniu. Dziś trudno znaleźć ją w księgarniach, bo stała się prawdziwym białym krukiem. Dlaczego? Bo historia jej życia przypomina po trochu opowieść o Kopciuszku, losy Anny Kareniny lub żywot wyzwolonej feministki. Ona swoje życie dzieli na filmy. „Wiem, przy którym urodziłam dziecko, dokładnie pamiętam w czym grałam, gdy wyszłam pierwszy raz za mąż”, mówi.

Kadr – dzieciństwo

Beata Maria Helena hrabianka Tyszkiewiczówna-Kalenicka przyszła na świat w pałacu w Wilanowie. Kiedy Beata miała roczek, wybuchła II wojna światowa, mimo to dzieciństwo wspomina z rozrzewnieniem. „Do chrztu trzymał mnie Adam Branicki. Do Natolina jeździliśmy na herbatkę”, napisała w swojej książce. W 1942 roku urodził się jej młodszy brat Krzysztof. Potem przyszedł nakaz internowania i większość polskiej arystokracji, także i oni, trafiła do pałacu w Nieborowie. Stamtąd Barbara Tyszkiewiczowa zabrała dzieci do Krakowa, gdzie prowadziła małą knajpkę. Po wojnie ojciec Beaty Tyszkiewicz trafił do Wielkiej Brytanii i założył tam nową rodzinę. Aktorka spotkała się z nim tylko raz, po 35 latach. Ją i brata matka wychowywała sama. Po wojnie wyjechali na Dolny Śląsk do Karpacza. Tam Barbara Tyszkiewiczowa była dyrektorem hotelu, potem prowadziła Składnicę Muzealną Paulinum. Mała Beata dorastała w górach, do szkoły zimą jeździła... na nartach. W Paulinum poznała intelektualistów z całego kraju: Marię Dąbrowską, profesorów Tatarkiewicza, Michałowskiego. Kiedy skończyła 14 lat, mama zdecydowała, że najwyższy czas wrócić do stolicy.

Ja, klara
Zamieszkali pod Warszawą. „Mieszkaliśmy w Laskach, w małym, wynajętym pokoiku, bez łazienki, toalety, bieżącej wody”, powiedziała w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”. Jako nastolatka poszła do warszawskiego liceum, gdzie nie najlepiej radziła sobie z nauką i musiała zostać drugi raz w tej samej klasie. Pewnego dnia do szkoły przyszedł asystent reżysera Antoniego Bohdziewicza, który szukał kandydatki na Klarę w „Zemście” Aleksandra Fredry. Wysoka blondynka, z pochodzenia hrabianka, z twarzą pełną piegów i bardzo klasyczną urodą od razu wpadła w oko asystentowi, który zaprosił ją na spotkanie z reżyserem. Siedemnastoletnia Beata pojechała do Łodzi na zdjęcia próbne. Ale odprawiono ją z kwitkiem, bo speszyła się przed kamerą. Dopiero po pewnym czasie reżyser znów zadzwonił i Tyszkiewicz dostała swoją pierwszą rolę. Nie spodobało się to niestety szkolnym nauczycielom i na świadectwie młodej aktorki pojawiło się 11 dwój.


Po premierze filmu podjęła decyzję, by pójść do szkoły Sióstr Niepokalanek z internatem w Szymanowie. I mimo że ciągle płatała psikusy, siostry i tak podniosły jej ocenę z zachowania, bo grała w szkolnym teatrze Matkę Boską Jazłowiecką i nie wypadało, by święta miała tylko dostateczny. Egzaminy nie były jednak jej najmocniejszą stroną i maturę... oblała. Potem zdała ją eksternistycznie w Komendzie Głównej Milicji Obywatelskiej. Wtedy marzyła, by pójść na weterynarię do Krakowa. Jednak reżyser Antoni Bohdziewicz wybił jej to z głowy. To właśnie za jego namową Beata zdawała do Akademii Teatralnej w Warszawie.

Roztańczone lata 60.
Zamieszkała w akademiku na Krakowskim Przedmieściu, ale jej przygoda z nauką w Akademii Teatralnej trwała krótko. Na jednym z przedstawień spotkała znajomego mamy – krytyka filmowego Jana Kotta. Zaproponował, by usiadła koło niego, bo ma wolne miejsce. Kiedy okazało się, że jednak ktoś je zajął, Beata usiadła krytykowi na kolanach. Zobaczył to ówczesny rektor Akademii i wyrzucił ją ze studiów, tłumacząc, że tak się aktorką nie zostaje. Ale to nie był koniec jej kariery – wręcz przeciwnie.

W telewizyjnym magazynie „Nie tylko dla pań” prezentowała maseczkę z ogórka. Zobaczył ją Wojciech Jerzy Has i zaproponował rolę w filmie „Wspólny pokój”. Potem przyszły kolejne propozycje. „Moja młodość to roztańczone lata 60.”, wspomina. Bawiła się w Hybrydach, szalała w Szpilkach, na długie rozmowy o życiu i sztuce znikała w Czytelniku. Z popularnością przyszły i romanse. Aktorka Laura Łącz w rozmowie z „Party” opowiada, że Beata Tyszkiewicz była wtedy zjawiskowa, zachwycająca. – Bardzo podobała się mężczyznom. Zresztą dziś jest tak samo. Ona ma w sobie piękno, które nigdy nie przeminie –mówi Łącz. Tyszkiewicz wspomina, jak bardzo zakochała się w żonatym mężczyźnie. Miała wtedy 22 lata. „Spotykaliśmy się na festiwalach, graliśmy w kolejnych filmach. Nigdy, chyba że tłumaczyła to sytuacja zawodowa, nie pokazałam się z nim publicznie”, napisała we wspomnieniach.

Flirtowała z operatorami filmowymi. Miała wśród nich jednego szalonego adoratora. Kupił jej jeża, zaprenumerował jej gazetę chińską, ogolił brodę i wysłał w kopercie. Ale ona odrzuciła jego miłość.  Bo jak wiele razy powtarzała: „Są kobiety, które mają romanse i nie wychodzą za mąż, a są takie, które jak mają, to wychodzą. Ja często wychodziłam za mąż”.

Kiedy Beata Tyszkiewicz związała się z Andrzejem Wajdą, oboje byli już popularni. Znajomi obojga twierdzą, że to była prawdziwa miłość i wielka namiętność. Ona była jego trzecią żoną, on jej pierwszym mężem. Starszy od niej o 12 lat Wajda fascynował ją jako mężczyzna i artysta. Ale ich związek to ciągłe rozjazdy. Pisali do siebie listy przepełnione miłością. Z czasem kupili dworek w Głuchach, ten sam, w którym urodził się Cyprian Kamil Norwid. Tam uciekali od zgiełku miasta, planów filmowych. W 1967 roku urodziła się ich córka Karolina. Ale nawet dziecko nie utrzymało związku. Beata Tyszkiewicz zdecydowała, że odchodzi. „Wiele razy bardzo mi brakowało Andrzeja. Popełniamy czasem jeden błąd, który całe nasze życie odmienia”, przyznała po latach.


Pierwsza dama filmu
Prywatnie rozdarta, zawodowo spełniona. Beata Tyszkiewicz w latach 70. nie schodziła z ekranów. Do dziś zagrała w ponad 100 filmach. Była Marią Walewską w „Marysi i Napoleonie”, Izabelą Łęcką w „Lalce”. Grała w kilku filmach rocznie, nie tylko w Polsce. Jak zdobywała miłość reżyserów i widzów? „Najważniejsza jest fotogeniczność. Podobno to dusza ludzka daje ten efekt”, powtarzała wiele razy. Była symbolem seksu, ale nie tego pokazanego wprost, raczej subtelnego, kobiecego uroku. Jej piękny, obfity biust eksponowano w wielu filmach. „Pamiętam zabawne sceny galopu konnego z »Popiołów«, kiedy biust mi ciągle wyskakiwał z sukienki. Montażyści bardzo się musieli nad tą sceną napracować”, wspomniała w jednym z wywiadów. W teatrze wystąpiła tylko raz w 1964 roku. Sama wysłała sobie kwiaty po spektaklu. W ten sposób zaskarbiła sobie przyjaźń garderobianych, które początkowo traktowały ją jedynie jak gwiazdeczkę filmową. Potem tłumaczyła, że praca w teatrze kłóci się z byciem w domu z dziećmi.

Jej uroda, kobiece kształty, arystokratyczne pochodzenie i dystyngowane zachowanie kazało reżyserom obsadzać ją w rolach kostiumowych, prawdziwych diw, wielkich heroin. Dzięki tym rolom przylgnęło do niej określenie: dama. – Beata Tyszkiewicz nigdy nie okazywała, że jest lepiej urodzona. Zawsze wyróżniała ją skromność. Właśnie to w niej cenię, tę normalność – mówi „Party” Laura Łącz.

Do trzech razy...
Beata Tyszkiewicz nie goniła za miłością. Mężczyźni sami się pojawiali, a ona decydowała, którego chce. O małżeństwie z Witoldem Orzechowskim napisała we wspomnieniach: „To było małżeństwo przypadkowe, nieprawdziwe. Któregoś dnia po prostu nie chciałam go już więcej widzieć...”.

 Jej trzeci związek z Jackiem Padlewskim też zakończył się szybko. „Tata poznał mamę w Sopocie. Ona była jego pierwszą miłością, on – jej. Mieli po 15 lat. Potem ich drogi się rozeszły. Spotkali się 25 lat później. I pomyśleli –  czemu nie spróbować? Ja jestem owocem tej próby”, opowiadała Wiktoria Padlewska, młodsza córka Beaty Tyszkiewicz w wywiadzie dla „Pani”. Pobrali się w tajemnicy, bez rozgłosu. On mieszkał w Marsylii, ona w Warszawie. Aktorka wyjechała dla męża do Francji, wytrzymała tylko trzy lata. Potem spakowała się i odeszła. Trzeci raz jej związek skończył się tak samo.

Nigdy nie wzięła ślubu kościelnego. „Przypuszczam, że gdybym go wzięła, do rozwodu nigdy by nie doszło”, mówiła. I zaraz pytała sama siebie: „Czym jest miłość w moim życiu? Przeszkodą, rozbiciem, rozproszeniem, rozkoszną niewygodą...”. Na salonach widywano ją jeszcze z Karlem Tesslerem – aktorem, młodszym o 30 lat. Teraz, od wielu lat Beata Tyszkiewicz jest singielką.

Wzór z Sevres
Za swój życiowy sukces uznaje córki – Karolinę i Wiktorię. To one były dla niej najważniejsze. „Dom był, a film mi się przydarzył”, napisała. Od lat mieszka w warszawskiej, zabytkowej kamienicy w centrum miasta. Przestronne, czteropokojowe mieszkanie pełne jest antyków, pamiątek, książek. „Gdy urodziłam córki, czas przyspieszył. Te lata minęły jak chwila. Szyłam im, robiłam na drutach, smażyłam konfitury. Jestem typem kury domowej i to kocham najbardziej”, powiedziała.

Jej pasją jest fotografia. Najchętniej robi zdjęcia córkom. Dla dorosłej już dziś Wiktorii mama jest najlepszym przyjacielem. Kiedyś córki nawet stwierdziły: „Mamo, dlatego tak trudno nam znaleźć mężów, że nikt nie wytrzymuje z tobą konkurencji”. Jest silna, bardzo silna. Tak było, kiedy ciężko zachorowała. „Ważyłam 51 kilogramów, nie mogłam wstać z łóżka, słaniałam się”. Potem okazało się, że ma uczulenie na gluten, i wróciła do zdrowia. „Karteczka pod moim imieniem wypełniona jest łaską pańską. Nie bez powodu mam na imię Beata, czyli szczęśliwa, błogosławiona”, powiedziała w wywiadzie dla „Vivy!”. A „Party” wyznała – Nigdy nikomu niczego nie zazdrościłam i niczego nie żałuję. Realizuję plany w miarę możliwości.

To inni mówią o niej z estymą. Zbigniew Wodecki, który od trzech lat razem z Beatą Tyszkiewicz zasiada w jury programu „Taniec z gwiazdami”, mówi „Party” o niej – Jej figura odlana z wosku powinna stać w Sevres pod Paryżem, jako wzór. Chciałbym, żeby Beata Tyszkiewicz została prezydentem naszego kraju. Wtedy świat leżałby u jej stóp.

Marta Tabiś / Party

Redakcja poleca

REKLAMA