POLECAMY

Anna Czartoryska - Księżniczka

Odkąd Anna Czartoryska zaczęła pojawiać się u boku Piotra Adamczyka, budzi ogromne zainteresowanie. Na starcie dostała niemało. Ale czy to na pewno atuty?

Anna Czartoryska - Księżniczka fot. Iza Grzybowska/Makata
– To prawda, że wyrzucono Cię z Balu Debiutantek?
Anna Czartoryska:
To ja zrezygnowałam w ostatniej chwili. Trochę przez to podpadłam, wszystko było już dopięte na ostatni guzik, miałam już nawet gotową sukienkę. To była bardzo trudna decyzja, bo udział w przygotowaniach do balu oraz sam debiut to coś wyjątkowego, ale nie żałuję. Uważam, że należy podtrzymywać tradycje, ale według mnie charakter imprezy narzuca bardzo staroświeckie kryteria selekcji, które w dzisiejszym świecie są nie do przyjęcia. Zabolało mnie to, że partnerzy debiutantów mogą przyjść na bal jako goście, ale nie mogą debiutować razem z nimi. Jestem rokrocznie zapraszana na ten wyjątkowy wieczór, ale już nie
w charakterze debiutanta.

– Mezalians. Co to dla Ciebie znaczy?
Anna Czartoryska:
W moim słowniku nie ma takiego słowa.

– Dla większości mediów jesteś „narzeczoną Piotra Adamczyka”.
Anna Czartoryska:
Kiedy udaje mi się wydostać z szufladki „księżniczka”, wpadam w drugą: „narzeczona Adamczyka”. Może w końcu kogoś zainteresuję ja sama? O swoim pochodzeniu mogę mówić. O miłości, choćbym chciała – nie. Będąc z kimś, kto przez lata wytyczył wokół siebie bezpieczną granicę, chronił prywatność, nie mogę tego burzyć. Dziś mało kto ma odwagę w tę jego przestrzeń wejść. Czuję, że jestem traktowana jak furtka. Nie chcę nią być. A zainteresowaniem wokół siebie, nas, jestem trochę przestraszona, zdziwiona. Raz, drugi spotkałam się z takim gradem pytań, atakiem (śmiech), jakby mnie chciano nimi rozszarpać.

– Słowo „rodzina” – jaki ma dla Ciebie wymiar?
Anna Czartoryska:
Najbliższa to kilkadziesiąt osób. Mój dziadek, Roman Czartoryski, miał jedenaścioro rodzeństwa. Ojciec – siedmioro. Kuzynów mam w każdym zakątku świata. Rodzina to wielka siła.

– A włości? Księżniczko, gdzie Twój pałac?
Anna Czartoryska:
Znam go tylko z rodzinnych opowieści. Mój tata urodził się w barokowym pałacu w Konarzewie pod Poznaniem, w 1939 roku, tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej. Był najmłodszy z ósemki rodzeństwa. Kiedy do kraju weszli Niemcy, zarekwirowali dom, otaczający go wypielęgnowany włoski ogród i piękny park. Wszystko to potem przeszło w ręce komunistycznych rządów. Nie odzyskaliśmy majątku do dziś. Byłam tam niedawno. To trudne emocje. Miejsce, którego ostatnim przedwojennym właścicielem był mój dziadek, jest tak zaniedbane, że serce się ściska. To przecież nasza historia. Chciałoby się, żeby przynajmniej ktoś ten kawałek ziemi kochał. Wolę jednak myśleć, że dla moich bliskich wojna była łaskawa, wszyscy przeżyli.

– Z majątku nie zostało nic, nawet przysłowiowa srebrna łyżeczka?
Anna Czartoryska:
Z dzieciństwa pamiętam opowieści taty o wojnie i latach, które przyszły po niej. Tułacze historie. Rodzina żyła w strasznej biedzie. Odkąd tata jest na emeryturze, zaczął pasjonować się kolekcjonerstwem. Podziwiam go, założył konto w Internecie, zalogował się na Allegro i sprowadza tony rodzinnych pamiątek, książek, wszystko w dwóch egzemplarzach. Dla mnie i dla brata.

Porozmawiajmy o gwiazdach - forum >>


– Twój ojciec wiele lat był ogrodnikiem. Nie używał tytułu. Bez względu na czasy słyszałaś od bliskich: „Trzymaj głowę wysoko, jesteś księżniczką”?
Anna Czartoryska:
Wręcz przeciwnie, miałam surowy zakaz zadzierania nosa (śmiech). Kiedy byłam małą dziewczynką, uwielbiałam przebierać się w sukienkę od Pierwszej Komunii. Wkładałam plastikowy diadem i biegałam tak po domu, wykrzykując: „Tato, tato, chcę być księżniczką!”. Pamiętam, kiedyś przystanął, popatrzył uważnie i powiedział: „Aniu, ty nią jesteś”. To było straszne rozczarowanie! Przecież księżniczka nie dzieli pokoju z młodszym bratem! Myślałam, że księżniczki są tylko w bajkach. Niedawno usłyszałam na imprezie: „Ledwie się przedstawia, a już się chwali”. To żart, ale rzeczywiście przedstawiam się zawsze głośno i wyraźnie. Po prostu złości mnie, kiedy ktoś, podając mi rękę, bełkocze coś pod nosem. To strasznie krępujące nie znać imienia swojego rozmówcy. 

– Mówi się: szlachectwo zobowiązuje. Wiesz, co to kindersztuba?
Anna Czartoryska:
Zasady, konwenanse, przecież każdy z nas się ich uczy. Dorastałam z dala od kraju. Miałam sześć lat, kiedy tata został dyplomatą. Całą rodziną wyjechaliśmy wtedy na kolejne sześć do Holandii, a potem jeszcze
dwa – do Norwegii. Nauczyłam się naturalnej akceptacji ludzkich odmienności, tolerancji. Do Polski przyjechałam jako nastolatka i zachwyciłam się nią. Ale zachowywałam się dużo swobodniej niż koledzy. Siedziałam w szkolnej ławce bokiem. Mówiłam głośno to, co myślę, i nie mogłam się przyzwyczaić, że do nauczycieli mówi się: „Panie profesorze”.

– W domu też panował taki luz?
Anna Czartoryska:
Nigdy rodziców nie zawiodłam. Jeśli dawałam słowo, to nie dawałam plamy. Mogłam więc pójść na imprezę i zostać tam dłużej niż koledzy. Rodzice rozwiedli się, kiedy miałam naście lat, oboje traktowali mnie bardzo poważnie. Zakazu: „Nie, bo nie” od nich nie usłyszałam. Zawsze rozmawialiśmy. „Tato, może wyjadę pod namiot?”, pytałam, a on roztaczał przede mną tak czarne wizje, że natychmiast odechciewało mi się podróży (śmiech). „Mamo, zrobię sobie tatuaż”, rzucałam. A po wysłuchaniu o wszystkich możliwych konsekwencjach sama podejmowałam decyzję.

– Od pomysłu zostania aktorką nie chcieli Cię odwieść?
Anna Czartoryska:
Wcześniej kończyłam równocześnie liceum i szkołę muzyczną, wydział piosenki. Moje najwcześniejsze wspomnienia z dzieciństwa to mama, wysoka, piękna, szczupła blondynka z krótkimi włosami, która ćwiczy głos. Z wykształcenia śpiewaczka operowa. Ja, zapatrzona w Alanis Morissette, jej „Ironic”, grałam na gitarze. Jako nastolatka zostałam wokalistką w zespole rockowym. Ale kiedy w szkole przygotowywałam dyplom, poczułam, że w moich interpretacjach czegoś brakuje. Śpiewałam piosenki z „Kabaretu Starszych Panów”, Mariana Hemara. Zmysłowe portrety kobiet i mężczyzn. Obraz ich miłosnych relacji w komediowej formie. Miałam dobrą technikę wokalną, gorzej było z wyrażaniem emocji. Wtedy przyszła myśl: zdawać do akademii teatralnej, na wydział aktorski. Mama uważała, że to słuszna decyzja. A tata był chyba niepewny, czy ma być dumny, czy raczej przerażony? Ale oboje widzieli moją pasję.


– Co powiedział ojciec, kiedy usłyszał, jak ze sceny śpiewasz pieśni młodzieżówek z czasów PRL, z portretem Stalina w tle?
Anna Czartoryska:
Był bardzo poruszony. Dla mnie to też było duże przeżycie. W spektaklu „To idzie młodość” w Teatrze Współczesnym stoję na scenie w mundurze ZMP z radosnym: „Nie rządzi już obszarnik pan” na ustach. Mój tata dorastał w latach 50. To wszystko, o czym śpiewałam, naprawdę go dotyczyło. Powiedział: „Złapała mnie za serce myśl, że byliśmy straconym pokoleniem”. Udało nam się ze sceny oddać tę nudę, beznadzieję, absolutny brak perspektyw młodzieży z lat 50., choć dla nas to egzotyka. Po spektaklu długo rozmawialiśmy. Po wojnie ludzi nam podobnych chciano złamać, zniszczyć. Często emigrowali z Polski. „Zobacz, tato, nie udało im się”, mówiłam. „Twoje dzieci mają wykształcenie i znów równe szanse. Zaczynam od zera. I dobrze”. Nauczona, że nie wszystko jest dane.

– Wiesz, co to bunt? Kiedy wyprowadziłaś się z domu?
Anna Czartoryska:
Zamieszkaliśmy we dwoje. Ja, wtedy 20-latka, z młodszym bratem, Michałem. Początki były okropne, wszystko leciało mi z rąk. Pranie się kurczyło. Przefarbowałam niechcący na straszny kolor najładniejszą pościel. Co chwilę dzwoniłam do mamy, zasypując ją gradem pytań albo wołając: „Pomocy!”. Okazało się, że wciąż bardzo jej potrzebujemy. Dziś już lepiej daję sobie radę.

– Przeżyliście czas, kiedy w Waszym domu nie zamykały się drzwi?
Anna Czartoryska:
Jestem strasznie nietowarzyska (śmiech). Długo oswajam się z ludźmi. Mam niewielu znajomych i paru sprawdzonych przyjaciół. Uwielbiam wielogodzinne kawy z nimi właśnie, ale dom jest moją twierdzą. Michał wciąż kogoś zapraszał, nocowały u niego tabuny, a ja chowałam się w swoim pokoju. Brat studiuje socjologię, niedawno wyjechał na stypendium do Maastricht. Brakuje mi go.

– Mieszkasz sama?
Anna Czartoryska:
Ostatnio dzielę pokój z Kingą Ilgner w Giżycku (śmiech).

– Pobierając się, zmienisz nazwisko?
Anna Czartoryska:
Nie wiem. W mojej rodzinie kobiety zazwyczaj przyjmowały nazwisko męża. Ale wszystko się zmienia. Nie uważam, że to coś staroświeckiego. Raczej, że to romantyczne.

– Życie ma być romantyczne? Gdyby Twój ukochany, zamiast kłaść się spać, rzucił: „Jedźmy, świtem wypijemy szampana na plaży”?
Anna Czartoryska:
Oj, wolę zaplanowane podróże. Ale może dałabym się namówić… Czy w moim życiu były szaleństwa? Nie pamiętam (śmiech). Może już na nie czas?

Rozmawiała Monika Kotowska
Zdjęcia Iza Grzybowska/Makata
Stylizacja Marta Siniło
Makijaż Agnieszka Jańczyk
Fryzury Piotr Wasiński
Produkcja sesji Ania Wierzbicka

Podziękowania dla Poczty Kwiatowej za pomoc przy realizacji zdjęć www.pocztakwiatowa.pl
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (16)
/8 lat temu
Mało naniszczli nasz kraj zdrajcy Czartoryscy
/8 lat temu
Mało naniszczli nasz kraj zdrajcy Czartoryscy
/8 lat temu
Urodziwa nie ma co ukrywać!!!!!!! Ja też nie jestem towarzyska więc w stu % ją rozumiem:)))
POKAŻ KOMENTARZE (13)