Andrzej Turski i Urszula Chincz - Baaardzo udana jedynaczka

Ona – jego córka, nie miała okresu buntu, nie farbowała włosów, nie przekłuła nosa. On – jej ojciec, pisał za nią wypracowania, nie stał za drzwiami z dubeltówką, czyhając na jej chłopaków.

fot. Marcin Kempski/I Like Photo
Jeden z najbardziej popularnych publicystów radiowych i telewizyjnych – wielu widzów ogląda „Panoramę” w Dwójce tylko dla niego. Laureat Wiktorów i Superwiktora. Jego córka Urszula, trochę wbrew woli ojca, „wsiąka” w telewizję – niedawno dołączyła do zespołu „Pytania na śniadanie”. Co na to jej tata? Na razie Andrzej Turski i Urszula Chincz deklarują: „Pierwszy i ostatni raz występujemy razem”.

– Ula, słyszysz czasem komentarz: „Pewnie tatuś załatwił ci robotę w telewizji”?
Andrzej Turski:
I to mnie boli. W telewizji głupie plotki zawsze wpływają źle na wizerunek.
Urszula Chincz: A mnie kompletnie nie przeszkadza. Bo ja wiem, jak było, ojciec wie. I moja szefowa też.
Andrzej Turski: Marzy mi się, by Ula potraktowała „Pytanie na śniadanie” jako rodzaj przygody. I jak podchowa synka Rysia, wróciła do biznesu.

– Dlaczego, skoro się sprawdza na wizji? Oglądałam jej debiut w „PnŚ”. Zero tremy.
Urszula Chincz:
W poprzednim życiu zawodowym robiłam prezentacje na żywo dla kilkuset osób. Zaprocentowało. Poza tym wychowywałam się na radiowych korytarzach, przyjrzałam dziennikarskiej kuchni, gdy tata pracował w TAI. Zaklinałam: „Nie pójdę w ślady ojca, żeby nie mówili, że to córka Turskiego”. Pracowałam w innych branżach. Dziś mam 35 lat i trochę doświadczenia do zaoferowania widzom. Gdy ktoś mówi, że wszystko sobie zawdzięcza, a nic rodzicom – mówi bzdury. Nasiąka się w domu tym, co robią rodzice.

– Lekarką po mamie jakoś nie zostałaś.
Urszula Chincz:
Chodziłam do mamy do szpitala, ale uważała, że to za ciężka praca w ogóle, dla kobiet w szczególności. A wiesz, że w liceum tata mi pisał wypracowania? Dzwoniłam do pracy: „Tata,
rozprawka na jedną stronę”. Tata dyktował mi przez telefon do ostatniej kropki. Nauczycielka się nie zorientowała. Widać wypracowanka nie były mistrzowskie.
Andrzej Turski: Świadomie nie były.

– To niewychowawcze, panie Andrzeju.
Andrzej Turski:
E tam, e tam. Pomagałem, bo była zagoniona. A jeśli chodzi o lektury, wiedziałem, że Ula na pewno przeczyta. Gdy była mała, przerobiliśmy całego Gałczyńskiego, Tuwima, Brzechwę. Ja sam co rok, dwa lata czytam Trylogię. Najbardziej wkurzałem żonę, gdy puszczali w telewizji filmy Hoffmana, a ja dialogi deklamowałem wyprzedzająco. „Czy ty chcesz, bym z konia trupem padł?”, a po sekundzie z ekranu padało: „Czy ty chcesz, bym z konia trupem padł?”.

– Prowadzisz program „Ula Pedantula”. Radzisz, jak wprowadzić ład wokół siebie. Esencja praktyczności.
Urszula Chincz:
Jestem jak królowa chaosu, która próbuje nad nim mimo wszystko panować. Lubię, jak wszystko jest poukładane w szufladkach – od własnych słabości po skarpetki. Mój synek Rysio bywa źródłem inspiracji, bo ile jest w stanie nabroić czterolatek, każda mama wie.

– Uspokaja się, jak Cię ogląda?
Urszula Chincz:
A skąd! Wytrzymuje tylko pierwszą zapowiedź, a potem prosi: „Tato, przełącz na Reksia”.


– Teściowa też Cię ogląda?
Urszula Chincz:
Zawsze! Ogląda, cieszy ją to, komplementuje mnie.
Andrzej Turski: Bo uwielbia cię!

– Ty szczęściaro.
Urszula Chincz:
To prawda. Teściowa mi się udała, teść też mi się udał. Nawet mąż mi się udał!
Andrzej Turski: Sławek – fajny chłopak z branży informatycznej i nowych technologii. Do ukochanej żony ma stosunek wyrozumiały, łagodny.

– Wystawia Pan córce recenzje?
Urszula Chincz:
Tata co najwyżej „wyraża opinie”. Raz mnie zrugał za brzydką sukienkę, raz za brzydki makijaż.

– Ale przestrzegał Cię, że telewizja to trudne miejsce pracy?
Urszula Chincz:
Owszem, zwłaszcza że jest szczery i chyba to mu parę razy zaszkodziło. Jak mu się coś nie podoba, nie owija w bawełnę. Pewnie dalej by zaszedł, gdyby się częściej gryzł w język.

– Tak czy inaczej, pracujecie w tej samej firmie.
Andrzej Turski:
Ale na zupełnie innych etapach. Ja generalnie odczuwam zmęczenie życiem. Nie wybieram się na tamten świat, ale odczuwam je szczególnie teraz, gdy zostałem sam, bo już trzeci rok biegnie. Ale walczę, jestem w dobrej kondycji, chociaż ze 100 chorób wylazło ze mnie po śmierci Zosi. Horror. Dbam o siebie, wizyty u lekarza składam regularnie, bo mam problemy z cukrzycą typu 2.

– Czyli to lekkie zmęczenie życiem…
Andrzej Turski:
(Śmiech) Czuję bagaż doświadczeń życiowych, i prywatnych, i zawodowych. Słowem – metrykę.
Urszula Chincz: Jesteś najbardziej witalnym niemal 70-latkiem, jakiego znam!
Andrzej Turski: Mam świadomość schyłku kariery. Nie podejmuję nowych wyzwań, odrzucam propozycje, wyciszam się. Prowadzę 10 wydań „Panoramy” w miesiącu, nie chcę wznawiać programu „7 dni świat”. Jeżdżę na Mazury na ryby, jeszcze za życia Zosi kupiłem wielki samochód, nie martwię się zużyciem paliwa, chromolę, jadę, bo mam taką potrzebę.
Urszula Chincz: Najważniejsze, że tata jest czynny zawodowo. To fenomenalne.
Andrzej Turski: Mówię, że jestem jedyną nadzieją 70-latków w telewizji polskiej. Są kraje, w których ludzie w moim wieku pracują, póki chcą, choćby Larry King w USA. A oprócz tego mam dobrą oglądalność i najwyższe oceny, choć nie jestem długonogą blondynką z dużym biustem.

– Udała się Panu jedynaczka…
Andrzej Turski:
Baaardzo… Nie przypuszczałem, że aż tak!

– Córeczka tatusia czy mamusi?
Andrzej Turski:
Chyba tatusia, bo z mamą iskrzyło. Bez przerwy się sprzeczały. Ja brałem zazwyczaj stronę Uli.
Urszula Chincz: Nieprawda! Dostawałyśmy tylko zalecenie, że mamy się nie kłócić i uspokoić.
Andrzej Turski: Tak czy inaczej, ich kontakt był kumpelski. Buty sobie podkradały, szmaty. Za zgodą, bez zgody.
Urszula Chincz: Pożyczki ciuchów szły w obie strony.


– Jakim cudem Ula wyrosła na poukładaną młodą damę, a nie zepsute dziecko znanego tatusia?
Andrzej Turski: 
Bo potrafiła narzucać sobie dyscyplinę, wychowywała się sama. My ją wychowywaliśmy… teoretycznie. Raz, może dwa byłem na wywiadówkach, ale nigdy nie wiedziałem, czy jest w „trzeciej c” czy „drugiej b”. Na szczęście jak tylko któreś z dzieci mnie zobaczyło, słyszałem: „Ooo, dziadek Uli przyszedł”, i kierowało do właściwej klasy. A siwy byłem od 30. roku życia. Ula zawsze wiedziała, co wolno, a czego nie. Sumiennie wykonywała szkolne obowiązki, choć była średnią uczennicą. Te problemy z matematyką… I nie tylko nigdy nie robiła głupstw, ona, proszę sobie wyobrazić, nigdy się nawet nie ukłuła igłą!
Urszula Chincz: Babcia uczyła mnie szycia…
Andrzej Turski: Ula nigdy się nie zraniła, nie poparzyła, nic sobie nie złamała.

– Po prostu Ula Pedantula.
Andrzej Turski:
Na wakacjach w Wielopolu – rodzinnym miasteczku jej mamy i babci – co najwyżej kolana sobie poobijała i paradowała z fioletowymi od gencjany. Miała wtedy ze cztery lata, ale szybko mi wyjaśniła: „Wywaliłam się i mamusia mi kolana gencjaniną posmarowała”.

– Ula, grzeczna dziewczynko, jak się przejawiał Twój okres burzy i naporu?
Urszula Chincz:
Nie było okresu buntu, bo nie było powodu. Rodzice nigdy mnie krótko nie trzymali. Nie farbowałam włosów, nie przekłułam nosa, a dwa tatuaże zrobiłam sobie już jako osoba dorosła.
Andrzej Turski: A jak chłopaki się zaczęły, to mnie nie interesowało?
Urszula Chincz: Kompletnie! Tata naprawdę nie stał z dubeltówką pod drzwiami.

– Może chociaż z ciekawością w oczach?
Andrzej Turski:
Uważałem, że to jej sprawa. Tylko raz udzieliłem jej nauki, która brzmiała: „Ta sfera życia – miłość, związek – jest cholernie, piekielnie ważna i żebyś niczego nie spaprała, bo to może rzutować na całe twoje życie, jak w moim przypadku”.
Urszula Chincz: Co by było, gdyby w drzwiach stanął jakiś nieodpowiedni kandydat? Zawsze wychowywali mnie tak, bym sama miała szansę dojść do wniosków, czekając, bym się potykała i podnosiła.
Andrzej Turski: Nie mów tak! A kto cię nauczył jeździć samochodem, a potem na rowerze? Szybko się nauczyła, choć raz skończyło się w krzakach.

– Rodzice nie trzęśli się o Ciebie?
Urszula Chincz:
Gdy zamieszkałam sama, a wyprowadziłam się w wieku 20 lat, panicznie się bali, by mi się nic nie stało. Gdy wyjeżdżałam samochodem, musiałam się meldować, jak dojechałam. Natychmiast! To jedyny ciężar bycia jedynaczką.

– Przyglądam się Wam i doszukuję się podobieństwa.
Andrzej Turski:
Kiedyś Ula przyszła do mnie do radia, a jeden z kumpli zwrócił się do niej: „Ula, jesteś bardzo szczęśliwą dziewczyną”. „Dlaczego?”. „Bo nie jesteś podobna do tatusia”.

– Fajnych ma Pan kolegów! Gratuluję.
Andrzej Turski:
To nie był żaden prawdziwy kolega, po prostu mój wróg.
Urszula Chincz: Ale co prawda, to prawda, że byłam podobna do mamy – smukłej blondynki z pociągłą twarzą. Gdy zamieszkałam w mieszkaniu, w którym dorastała mama, przyszła sąsiadka i zaczęła: „Pani Zosiu to, pani Zosiu tamto…”. Ja na to: „To nie Zosia, to Ula”. Usłyszałam, że podobieństwo z mamą jest uderzające.


– Wasza rodzina doświadczyła tragedii. Najpierw Twój tata, potem mama przeszli chorobę nowotworową. Tata wyszedł z niej obronną ręką, mamie się nie udało.
Andrzej Turski:
Profesor Jędrzejczak – mój diagnosta, na pytanie Zosi, skąd się bierze ziarnica, odpowiedział: „To błąd natury, pani doktor”. Drążyła: „Ale może to stres, bo mąż jest pracoholikiem”. Usłyszała: „Nie stwierdziliśmy związku między stresem a występowaniem ziarnicy”. „A papierochy, bo mąż dużo pali?”. „Pani doktor, generalnie medycyna jest przeciwko paleniu, ale nie stwierdziliśmy związku”. Gdy wyszliśmy od profesora, natychmiast zapaliłem.

– Błąd natury błędem, ale Uli pewnie palić Pan nie pozwalał.
Urszula Chincz:
Zapaliłam raz, gdy dzieciaki zaczynają eksperymentować. Akurat tata się odzwyczajał od palenia. Przytył, walczył heroicznie. Widziałam, ile go to kosztuje; nawet mi nie przeszło przez myśl, żeby zaczynać!
Andrzej Turski: Mnie się wtedy rzucić palenia nie udało. Dopiero gdy przyjechałem do ciebie do Sopotu, córeczko! Ula mieszkała w pięknym apartamencie na rogu Monte Cassino, z widokiem na molo, a z drugiej na wzgórza, i pracowała w Gdyni jako dyrektor do spraw marketingu w telewizji kablowej Vectra. Bo moja skromna córka nawet nie wspomniała, że zna trzy języki. No i Ula, gdy się u niej zjawiłem, oznajmiła: „W moim domu, tatusiu, się nie pali”.

– Zawsze pozostaje klatka schodowa.
Andrzej Turski:
I wyrzuciła mnie na tę klatkę. Gdy następnego dnia poszliśmy na spacer do lasu, nie zapaliłem. Wieczorem wracaliśmy samolotem, więc znowu nie zapaliłem. W domu pomyślałem, może mi się uda pójść spać bez papierosa. Udało się. I udaje do dziś. Muszę uważać, mam skłonność do popadania w uzależnienie.
Urszula Chincz: A ja, wiem, wstyd przyznać, codziennie czytam portale towarzysko-plotkarskie. Mam też inne uzależnienie. Mam jakieś 70 torebek. Ale od marca jestem na odwyku i nie kupiłam ani jednej.
Andrzej Turski: A ja mam trzy rowery i byłem na przejażdżce w tym roku tylko raz.

– Ula, jesteś uzależniona od portali towarzyskich. Co czułaś, gdy zobaczyłaś na zdjęciu z jakiegoś bankietu tatę jedzącego z jednego talerza z ładną panią Małgosią?
Urszula Chincz:
To jego sprawa, jest dorosłym facetem. Tak jak on mi się kiedyś nie wtrącał, tak ja mu się teraz nie wtrącam. Małgosia jest mi życzliwa, widujemy się od czasu do czasu w sympatycznej atmosferze. Tata nie może być sam, to nie typ, który potrafi funkcjonować solo. Potrzebuje opieki i ciepła drugiej osoby.
Andrzej Turski: O Małgosi mówię: to jest dobre zdarzenie w moim życiu.

– Ale nie do obsługi?
Andrzej Turski:
O nie, jestem w miarę samodzielny, potrafię sobie koszule uprać i wyprasować.
Urszula Chincz: Nikt nie robi lepszej jajecznicy z cebulą niż mój tata. Chociaż to raczej… cebula z jajecznicą.
Andrzej Turski: Na poważniejsze dania uwielbiam chodzić do restauracji. W pobliżu mojego domu jest znakomita kuchnia domowa w parafii Andrzeja Boboli. A w czwartki, gdy Ula ma wolne, razem odbieramy Rysia z przedszkola, idziemy na spacer, na lody, celebrujemy wspólny czas.
Urszula Chincz: Tata się jedynie miga od opieki nad wnukiem, gdy ma z nim zostać sam. Boi się, że coś mu się stanie. Gdy raz Rysio został u dziadka, czując, co się święci, poprosił, by włączyć mu bajeczkę. Wiedział, że dziadek będzie za nim chodził, nie pozwoli zaszaleć. Nie jest to dziadek Tusk!
Andrzej Turski: Bo Rysio to żywe srebro, z piekła rodem. Miły, dobrze wychowany, tylko bez przerwy się czymś zajmuje, cały czas w ruchu. Chociaż jak mu „Lokomotywę” czytałem, to siedział spokojnie i nawet się oblizał przy „tłustych kiełbasach”. Ależ będę się nim zajmował, będę, niech tylko trochę podrośnie.
Urszula Chincz: Hura! Mamy to na taśmie.

Rozmawiała Liliana Śnieg-Czaplewska
Zdjęcia Marcin Kempski/I Like Photo
Stylizacja Jola Czaja
Makijaż Aneta Paciorek
Fryzury Michał Bielecki/Warsaw Creatives
Produkcja sesji Piotr Wojtasik

Za pomoc w realizacji sesji i gościnność dziękujemy restauracji R20, ul. Rozbrat 20, Warszawa, www.rozbrat20.pl.
SKOMENTUJ (0)
Jak Miss Polski 2014 przygotowuje się do wyjazdu na konkurs w Tokio?
KOMENTARZE (0)