POLECAMY

Radwańska zdradziła prawdę o ojcu-trenerze: "Nigdy nie było w naszych relacjach czułości"

Czołowa polska tenisistka marzy o założeniu PRAWDZIWEJ rodziny...

Radwańska zdradziła prawdę o ojcu-trenerze: "Nigdy nie było w naszych relacjach czułości"

 Mówiłaś niedawno, że perspektywa małżeństwa jest bardzo odległa, a przeczytałam, że za rok staniesz na ślubnym kobiercu.

Agnieszka Radwańska: Tylko że ja nic o tym nie wiem. Wczoraj się dowiedziałam. Ktoś mi wysłał gratulacje. Zdziwiłam się, bo pomyślałam, że finał mistrzostw świata był już jakiś czas temu. A potem zaczęłam dostawać ich coraz więcej. Nic nie wiem o ślubie!

Jesteście z Dawidem chociaż zaręczeni?

Agnieszka Radwańska: Fajnie by było, ale nie (śmiech). Szkoda, że większość rzeczy, które się wypisuje na mój temat, jest wyssana z palca.

Większość zawodniczek wychodzi za mąż po zakończeniu kariery. Będziesz czekać ze ślubem do emerytury?

Agnieszka Radwańska: Nigdy o tym nie myślałam. Ale przecież jak już jestem z kimś, to nieważne, czy ślub jest po dwóch, czy po siedmiu latach. W karierze mi to przecież nie przeszkodzi. Gdybym chciała mieć teraz dzieci...

A chciałabyś mieć?

Agnieszka Radwańska: Oczywiście, że tak! Przecież w tenisa nie będę grała całe życie. Kariera trwa plus minus do 30. roku życia. W marcu kończę 27, więc czas leci (śmiech). Zastanawialiśmy się z Dawidem, czy nasze dzieci będą grały w tenisa. Doszliśmy do wniosku, że nie będą miały innej opcji. Chyba że ewidentnie nie będą się do tego nadawały. Ale opowiem ci o tym za parę lat.

To opowiedz, co czułaś, jak zostałaś mistrzem świata.

Agnieszka Radwańska: Ciężko mi to opisać słowami. Zdobyłam coś, na co pracowałam i czekałam całe życie.

Ten sezon nie był dla Ciebie zbyt udany. Szczególnie jego pierwsza połowa.

Agnieszka Radwańska: Nie da się ukryć. Nawet ten turniej w Singapurze nie zapowiadał się zbyt dobrze. Właściwie już się pakowałam do Polski. Dawałam z siebie wszystko, choć nie spodziewałam się, że wygram. Na każdy turniej jadę, żeby wygrać. A tenis kobiet jest nieobliczalny. W nim wszystko się może zdarzyć. W Singapurze dwa pierwsze mecze przegrałam. To nie była dobra wróżba. Wiadomo, że każdy walczy do końca i dopóki nie poda się ręki rywalce, jeszcze można wygrać mecz. I wygrałam. W trakcie całego turnieju miałam też trochę szczęścia, ale w półfinale i w finale mogłam liczyć już tylko na swoje umiejętności.

Sukces zawdzięczasz współpracy ze słynną Martiną Navratilovą?

Agnieszka Radwańska: Nie wiem. Pracowałyśmy razem tylko cztery miesiące. Wydaje mi się, że bardziej zawdzięczam to swojej ciężkiej pracy i mojemu teamowi – trenerowi Tomkowi, moim dwóm trenerom odnowy biologicznej i ogólnorozwojowej i oczywiście Dawidowi.

Jeszcze niedawno byłaś nierozłączna ze swoją siostrą Ulą, którą wciąż traktujesz jak członka teamu. A przecież coraz mniej czasu spędzacie razem.

Agnieszka Radwańska: Ona zawsze będzie moją najlepszą przyjaciółką! Nasze sezony teraz się różnią. Mój kończy się dwa i pół tygodnia później. A to bardzo dużo. Przez ten czas Ula odpoczywa, a jak ja kończę swój, ona zaczyna trenować do nowego. Poza tym każda z nas ma teraz swoje życie. Zawsze będziemy ze sobą blisko, ale każda układa sobie życie i treningi niezależnie.

A może Wasze drogi zaczęły się rozchodzić, jak w Twoim życiu pojawił się Dawid?

Agnieszka Radwańska: Nie. Przecież jeździłyśmy razem na wakacje, jak już byłam z Dawidem. To tylko i wyłącznie kwestia tego, że gramy inne turnieje i plany startowe się różnią. Przecież my widzimy się, kiedy tylko się da, a na telefonie wisimy codziennie. Gdy ona odpoczywała w Afryce, ja jeszcze kończyłam sezon. A potem musiałam jechać do Zakopanego i dwa razy dziennie chodziłam na zabiegi do kriokomory, a Ula już zaczynała trenować.

Siostra nie zazdrości Ci sukcesów?

Agnieszka Radwańska: Nie zazdrości. Jestem tego pewna! Wiem też, że chciałaby być tam, gdzie ja, ale nie z powodu zazdrości, tylko własnej ambicji.

Skoro jesteśmy przy tematach rodzinnych... po Twoim głośnym rozstaniu z tatą trenerem kilka lat temu Wasze kontakty osłabły. Jak układają się teraz?

Agnieszka Radwańska: Układ zawodniczka–trener nie istnieje już dawno. Teraz mamy układ ojciec–córka. A raczej jak dorosły–dorosły. W sumie nigdy nie było inaczej. Nigdy nie było w naszych relacjach czułości. Nie przytulaliśmy się. Byłyśmy z Ulą raczej traktowane z góry. I wszystko było tak, jak ojciec chciał. A potem obie doszłyśmy do wniosku, że tego już za dużo. I nasze drogi się rozeszły.

Dlatego częściej Cię krytykuje, niż chwali?

Agnieszka Radwańska: Myślę, że tak. On zawsze za dużo mówi. I chyba lubi to, ku mojemu niezadowoleniu. Udziela wywiadów, wypowiada się jako ekspert o mojej karierze. A nasza współpraca już dawno się zakończyła.

Więcej:

Dziennikarze, gdy nie mogą się dodzwonić do Ciebie, dzwonią do niego.

Agnieszka Radwańska: Wiem, że dzwonią, do kogo się da. A ojciec odbiera wszystkie telefony i zawsze ma wiele do powiedzenia. Wolałabym, żeby było inaczej.

Był zły na Ciebie, gdy wypadłaś z pierwszej dziesiątki. A Ty?

Agnieszka Radwańska: Zadowolona nie byłam. Wiadomo, że każdy chce być najlepszy. To nie jest tak, że jestem tam raz na zawsze. Bo co? Byłam tyle lat i nie mogę wypaść? Jeśli ktoś myśli, że wypadnięcie z dziesiątki to koniec świata, jest idiotą. Jeśli ktoś się zna choć trochę na tenisie, wie, że zawsze można wrócić, tym bardziej że było się tam tak długo.

Wściekasz się, gdy przegrywasz?

Agnieszka Radwańska: Oczywiście, choć zależy, z kim i jak grałam. Nie można wszystkich meczów wrzucać do jednej beczki.

Zdarza Ci się ze złości walnąć rakietą o kort?

Agnieszka Radwańska: Pewnie! To są zupełnie normalne odruchy tenisowe (śmiech).

A przekląć?

Agnieszka Radwańska: A jak? Przecież "motyla noga" nie mówi się na korcie (śmiech). To są takie emocje, nerwy, złość, adrenalina, że każdy klnie. Najgorzej mają ci, którzy przeklinają po angielsku, bo więcej osób ich zrozumie.
Rozmawiała Katarzyna Zwolińska

Cały wywiad przeczytacie w Vivie!

Więcej:

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)