POLECAMY

Kim są Prawdziwi Fani?

Prawdziwy Fan (wg Kevina Kelly'ego) to osoba, która jest w stanie zrobić dla swojego idola niemal wszystko, wydaje mnóstwo pieniędzy na jego płyty lub filmy i przejeżdża pół świata, by uczestniczyć jego koncercie. Czy twórcy pragną mieć Prawdziwych fanów? Czy Prawdziwi Fani są najlepszym źródłem dochodu dla gwiazd?

Kim są Prawdziwi Fani?

Czy miliony fanów są błogosławieństwem dla twórców?

„Nie potrzebujesz miliona fanów, by usprawiedliwić produkowanie czegoś nowego. Zwykły tysiąc wystarczy” – napisał w 2008 roku na osobistym blogu Kevin Kelly, redaktor i współtwórca magazynu „Wired”. Swój wpis rozpoczyna on od spostrzeżenia, iż długi ogon faktycznie jest błogosławieństwem, jest on nim dla wszystkich poza... twórcami! Ogon nie tylko nie zwiększa drastycznie ich wyników sprzedaży, ale wręcz powoduje ogromną konkurencję i ciągłą presję na obniżanie cen. Kelly zastanawia się, jakie wyjście ma w takiej sytuacji twórca, który chce coś zarobić, ale w pewnym sensie ugrzązł gdzieś w ogonie.

Zobacz też: Wpływ celebrytów na dzieci

Kim jest Prawdziwy Fan?

Rozwiązaniem tego problemu ma być to, co nazywa on „1000 Prawdziwych Fanów” – czymś zupełnie wystarczającym, by „artysta, muzyk, fotograf, rzemieślnik, animator, projektant, twórca wideo czy autor” był w stanie się utrzymać.

Prawdziwy Fan” jest jednak kimś więcej niż zwykłym fanem.

„Prawdziwy Fan – opisuje Kelly – definiowany jest jako ktoś, kto nabędzie cokolwiek i wszystko, co stworzysz. Przejadą 200 mil, aby zobaczyć, jak śpiewasz. Kupią wznowione wydanie super deluxe hi-res box setu z twoimi rzeczami, mimo że mają wersję low-res. Mają ustawiony Alert Google na twoje nazwisko. Mają zakładkę ze stroną eBaya, na której pojawiają się edycje z wyczerpanego nakładu. Przychodzą na twoje wernisaże. Kupują koszulkę i kubek, i kapelusz. Nie mogą się doczekać, aż wypuścisz swoją następną pracę. Są prawdziwymi fanami”.

I wystarczy tylko tysiąc takich fanów, wydających na swojego idola po 100 dolarów rocznie, aby ten mógł żyć lepiej niż przyzwoicie.

Skąd zatem wziąć takich „Prawdziwych Fanów”?

Można przekształcić ich z tych zwykłych (których zawsze będzie więcej aniżeli prawdziwych), a kluczem jest utrzymywanie z nimi bezpośredniej relacji. Zaskarbiając sobie tym sposobem nawet tylko jednego „Prawdziwego Fana” dziennie, tysiąc zgromadzimy już po trzech latach!

„Krąg Prawdziwych Fanów jest możliwy – mówi Kelly. – Dogadzanie Prawdziwemu Fanowi jest przyjemne i ożywcze. Nagradza artystę za pozostanie autentycznym, za skupienie na unikatowych aspektach jego pracy, cechach, które Prawdziwi Fani cenią”.

Korzyści płynące z Prawdziwych Fanów

To, co stanowi sedno całej strategii „1000 Prawdziwych Fanów”, to, według Kelly’ego, fakt, że umożliwia ona rzeczywiste przetrwanie twórcy na rynku oraz utrzymanie się ze swojej pracy bez konieczności ucieczki w hity i do krótkiego czoła. Stanowi alternatywę w postaci miejsca gdzieś po środku, między – wymienia autor – platynowymi przebojami, celebrytami, bestsellerowymi blockbusterami a tym anonimowym długim ogonem.

„Przystań w połowie drogi – jak ją określa – to o wiele zdrowsze miejsce docelowe, jakiego można pragnąć. Zarabiasz na życie, zamiast fortuny. Otacza cię nie mania i będące w modzie zauroczenie, ale Prawdziwi Fani. I jest o wiele bardziej prawdopodobne, że rzeczywiście tam dotrzesz”.

Kevin Kelly zastrzega, że prezentowana przez niego formuła znajduje oczywiście zastosowanie tylko wobec pojedynczego twórcy. Gdy tych jest kilku, potrzeba więcej niż tysiąc „Prawdziwych Fanów”, a liczba ta rośnie symetrycznie do wielkości zespołu – „nie eksploduje, ale wzrasta łagodnie i proporcjonalnie” – mówi. Druga jego uwaga jest taka, że nie musi być to zawsze dokładnie tysiąc osób. Malarzowi może wystarczyć 500, a autorowi filmów – pięć tysięcy. „[...] nie można ustalić tego inaczej, niż tylko próbując”.

Bloger w następnym wpisie wymienił dwóch autorów, którzy wypowiadali się o idei bliźniaczej do jego „1000 Prawdziwych Fanów”. Pierwszym jest Brian Whitney, założyciel Just Plain Folks, organizacji pomagającej osobom z branży muzycznej.

„Mam wrażenie – pisał w sylwestra roku 2004 – że dochodzimy do miejsca, w którym artysta, który koncentruje się na mniejszej liczbie fanów i który służy im na wysokim poziomie bezpośredniej interakcji i komunikacji, stanie się nowym modelem sukcesu [...]”.

Whitney jest przekonany, że właśnie taki artysta, mający pięć tysięcy fanów na całym świecie, którzy wydają na niego jakieś 20–30 dolarów każdego roku, poprzez to skupienie na relatywnie małej grupce osób, które w pełni go rozumieją i doceniają, jest w stanie rozwijać się o wiele szybciej i głębiej, niż gdyby próbował zjednywać sobie masy.

Drugim autorem jest Scott Andrew. Jak komentuje Kelly, pisał on dla odmiany ostatniego dnia rozliczeń podatkowych, cztery miesiące po Whitneyu.

„Atrakcyjność pięciu tysięcy Fanów polega na tym, że te liczby, choć wciąż wielkie, są absolutnie osiągalne. Naprawdę nie potrzebujesz milionów fanów na całym globie, aby robić karierę jako artysta, tylko kilku tysięcy, których faktycznie obchodzisz. I poświęcenia, żeby ich znaleźć”.

Zobacz też: Czy cewebryci mają antyfanów?

Wady tej koncepcji

Oczywiście koncepcja „1000 Prawdziwych Fanów” zawiera pewne niedoskonałości i Kevin Kelly ma ich świadomość. Przede wszystkim trudno jest mu wskazać przykłady konkretnych osób, którym całkowicie udało się wprowadzić taką strategię w życie. Ale znalazł trochę korzystających z niej do pewnego stopnia, traktujących „Prawdziwych Fanów” jako tylko jeden z filarów swego funkcjonowania. Niestety, zwracają oni uwagę, że szukanie tego typu wielbicieli oraz zachowywanie ich przy sobie to zajęcie niezwykle trudne i czasochłonne.

„I wielu artystom brak umiejętności i skłonności, by to robić – mówi Kelly. – Fakt, że zaledwie kilku twórców w pełni utrzymuje się bezpośrednio z Prawdziwych Fanów, może być spowodowany tym, iż jest to praca, jaką niewielu chciałoby wykonywać przez bardzo długi czas”.

Ale przede wszystkim to praca od początku wymagająca specyficznego podejścia – innego niż to, które znalazłoby zastosowanie, gdyby zamierzeniem było nie zdobycie jedynie tysiąca fanów, ale sławy globalnej. I, jak zauważa Kelly, niebywale trudno o takie podejście:

„Prawdziwy Fandom na pewno nie jest [...] celem, jaki bardzo wielu twórców stawia przed sobą w swoim życiu. Kto marzy, żeby mieć tylko tysiąc Prawdziwych Fanów, zamiast nagrania płyty, która będzie platynowa albo wyskrobania bestsellera? Nikt. Jeszcze nie”.

Bo sądzi on, że taka mentalność może kiedyś ustąpić:

„Myślę, że gdy pojawią się wzory do naśladowania, kiedy zmienią się modele biznesowe, a technologia kontynuować będzie obniżanie kosztów transakcyjnych, więcej artystów skorzysta z tej drogi [„1000 Prawdziwych Fanów”]. Czas pokaże”.

To nie takie proste

Gruntownej krytyki idei Kevina Kelly’ego dokonał na swoim blogu – prowadzonym od kilkunastu lat Whatever – amerykański pisarz, głównie science fiction, John Scalzi. Wypowiedź swą rozpoczyna wyjaśnieniem, że choć o jego popularności można by powiedzieć, iż kształtuje się właśnie na poziomie „1000 Prawdziwych Fanów”, to nie uczynił ich swoim głównym źródłem utrzymania, twierdzi, że jest to sprawa trudniejsza, niż sądzą entuzjaści. Bo po pierwsze, by przekształcić tysiąc fanów zwykłych w prawdziwych, jak to sugeruje Kelly, i w dodatku robić to w tempie jednego na dzień, należy najpierw zgromadzić pokaźną rzeszę tych pierwszych – nawet kilkadziesiąt tysięcy – co w przypadku Scalziego zajęło mniej więcej dekadę. Po drugie, potencjalnych osób gotowych płacić pojedynczemu twórcy te 100 dolarów rocznie jest o wiele mniej, niż mogłoby się wydawać. „Zapytaj sam siebie: na kogo spośród wszystkich artystów, których lubisz/podziwiasz, wydałeś w ostatnim roku więcej niż 100 dolarów?” – celnie trafia Scalzi. Oczywiście tacy ludzie istnieją, i tu pojawia się kolejny problem: tak cenni i rzadcy fani, z których niewielu będzie utrzymywać w danej chwili więcej niż tylko jednego twórcę, stają się obiektem ich silnej rywalizacji. A gdy ukształtuje się już jakaś relacja, nic nie gwarantuje, że będzie ona trwała wiecznie – „To, że udało ci się przekonać kogoś, by wyłożył na ciebie 100 dolarów w jednym roku, nie oznacza, że uczyni to w następnym”. I w końcu fakt, iż „Prawdziwy Fan” zapłacił na nas taką właśnie kwotę, nie oznacza wcale, że trafi ona w całości do naszej kieszeni.

John Scalzi podkreśla, iż wcale nie twierdzi, że idei „1000 Prawdziwych Fanów” nie da się wprowadzić w życie.

Fragment pochodzi z książki „CeWEBryci – sława w sieci” Michała Janczewskiego (wydawnictwo Impuls, 2011). Publikacja za zgodą wydawcy.

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)