Zwykły człowiek w niezwykłej sytuacji

Odkąd sięgam pamięcią kochałem aktywne życie. W różnych okresach życia przybierała ta aktywność różną formę, od długodystansowych wycieczek rowerowych (również po górach), przez trójbój siłowy, wspinaczkę, aż po od zawsze towarzyszącą mi w życiu turystykę górską. Te ostatnie właśnie ukształtowały mnie jako człowieka. Przygodę z górami rozpocząłem już jako trzy letni brzdąc, zdobywając swoje pierwsze „wielkie” wówczas szczyty, jak Dębowiec, Szyndzielnia, Klimczok, Magurka, w Beskidzie Śląskim i Małym. Również góry wykuły moją determinację, upór i dyscyplinowanie w dążeniu do celu, cechy które w moim dzisiejszym życiu sprawiają że wciąż mimo tego wszystkiego co dzieje się w nim teraz, wciąż podążam dalej...

Odkąd sięgam pamięcią kochałem aktywne życie. W różnych okresach życia przybierała ta aktywność różną formę, od długodystansowych wycieczek rowerowych (również po górach),
przez trójbój siłowy, wspinaczkę, aż po od zawsze towarzyszącą mi w życiu turystykę górską. Te ostatnie właśnie ukształtowały mnie jako człowieka. Przygodę z górami rozpocząłem już jako trzy letni brzdąc, zdobywając swoje pierwsze „wielkie” wówczas szczyty, jak Dębowiec, Szyndzielnia, Klimczok, Magurka, w Beskidzie Śląskim i Małym. Również góry wykuły moją determinację, upór i zdyscyplinowanie w dążeniu do celu, cechy które w moim dzisiejszym życiu sprawiają że wciąż mimo tego wszystkiego co dzieje się w nim teraz, wciąż podążam dalej...

Wiosną, 25.05.2005. roku uległem wypadkowi, który całkowicie odmienił mój los, pociągając za sobą lawinę zdarzeń, które zniszczyły moje życie takie jakie wówczas znałem. W dniu tym uszkodziłem kręgosłup. Doszło do rozerwania kilku pierścieni włóknistych, w wyniku czego pojawiły się przepukliny uciskające na zakończenia nerwów obwodowych, oraz powodujące permanentny, nigdy nie przemijający ból. Uszkodzenia obejmowały kilka dysków, w tym na odcinku lędźwiowym, oraz na odcinaku piersiowym. Początkowo nie zdawałem sobie sprawy z tego jak wiele zmieni to w moim życiu. Z czasem ból się nasilał, pojawiły się zaburzenia czucia i koordynacji nóg. Pierwotnie objawy te były silniejsze po stronie prawej. Szybko jednak objęły obie nogi. Ból stawał się coraz trudniejszy do zniesienia. Towarzyszył mi on – i towarzyszy do dnia dzisiejszego, w nocy, w dzień, podczas snu i po obudzeniu. Przestałem w końcu zasypiać jak normalny człowiek, ból nie pozwalał mi na to, aby zasnąć muszę przyjmować tabletki nasenne, by móc przespać choć kilka godzin. Podobnie wyglądają poranki, nie budzę się dlatego że jestem wyspany, lecz dlatego że dłużej nie mogę znieść bólu.

Z upływem czasu nogi stawały się coraz słabsze, pomimo ciągłej uporczywej rehabilitacji, czucie
powierzchniowe zanikło, zacząłem się coraz częściej w niekontrolowany sposób przewracać i potykać, powłóczyć nogami. Jak wspomniałem powyżej początkowo objawy te dominowały po stronie prawej. Wiosną 2006 roku, podczas jednego z takich niekontrolowanych upadków, doznałem skrętnej kontuzji prawego kolana. Uszkodziłem wiązadło krzyżowe i łąkotkę. Wczesną jesienią trafiłem na stół operacyjny, gdzie wykonano, standardowy, jakby mogło się zdawać zabieg - artroskopię. I tu historia z takim drobiazgiem w odniesieniu do obrazu całości powinna się skończyć. Jednak się nie kończy...w wyniku błędu, podczas zabiegu uszkodzono nerw kolanowy, co było przyczyną powstania bolesnego guzka - nerwiaka. W trzy miesiące po pierwszym zabiegu wykonano drugi w którym usunięto guza. I to jednak nie kończy tej historii, gdyż staw nadal puchnął i dokładał się do całości bólu z jakim musiałem się zmagać. W tym czasie prawa noga była już bardzo słaba, szybko postępowały zaniki mięśni. Mięśni które dawniej były u mnie naprawdę silne i dobrze wytrenowane. W końcu, szczególnie że prawe kolano było już kontuzjowane i słabsze, zdecydowano się na przepisanie mi ortezy, która chroniła mnie przed niekontrolowanym upadkiem,
jak i przed ponownym skręceniem stawu. W tym czasie byłem już bardzo wyniszczony walką z bólem, do już powstałych przepuklin doszły dwie kolejne na odcinku piersiowym, co było bezpośrednim następstwem notorycznego przeciążania zdrowych odcinków kręgosłupa.

Wiosną 2008 roku trafiłem do Szpitala Klinicznego w Ochojcu. Wykonano tam kolejną artroskopię prawego kolana. Już podczas zabiegu operacyjnego wyszło na jaw że wstępne rozpoznanie z jakim przyjechałem do kliniki, całkowicie rozminęło się z rzeczywistością. Okazało się bowiem że wyniku źle przeprowadzonego pierwszego zabiegu, zbyt krótko przycięty kikut łąkotki wbił się pod kątem pod brzeg chrząstki stawowej i sukcesywnie ją podważając ułamał ją, doprowadzając do ogólnego spustoszenia w stawie. Lekarze musieli usunąć większość chrząstki. W wyniku tego poruszam się niejako "na gołych kościach", porównując obrazowo - „Jak samochód bez smaru” (słowa lekarza po zabiegu). Po każdym dłuższym spacerze kolano puchnie, czasem nie mieszcząc się w ortezie. Istnieje oczywiście możliwość zmiany tego stanu rzeczy, poprzez regenerację, lub w ostateczności wymianę stawu kolanowego na sztuczny. Dlatego trafiłem pod
skrzydła kolejnej specjalistycznej kliniki ortopedycznej na Śląsku. Wszyscy wiedzą zapewne jak wyglądają terminy na NZF w takich klinikach, termin samej konsultacji wyznaczono na grudzień 2010 roku (rejestrowałem się początkiem 2009 roku). Gdy w końcu doczekałem konsultacji, po której wiele sobie obiecywałem mój stan ogólny był już na tyle zły że wykluczył możliwość operacji regeneracyjnej kolana, co było wynikiem nowych obciążeń które pojawiły się w między czasie...

Równocześnie w między czasie dwukrotnie wysłano mnie do sanatorium, przeszedłem  ilkadziesiąt sesji rehabilitacyjnych, każda po dwa - trzy tygodnie. Niedowłady nadal się pogłębiały, mięśnie zanikały, a nogi nadal stawały się coraz słabsze. W końcu gdy i lewa noga stała się bardzo słaba i gdy coraz częściej zacząłem upadać właśnie na nią zdecydowano że już czas na drugą ortezę. I tak od jesieni 2008, w trzy lata po wypadku, zacząłem poruszać się w dwóch ortezach oraz z kulą. Na tym jednak nie kończy się moja historia, od kilku lat pojawiały się u mnie dziwne, niespecyficzne, nie zdiagnozowane objawy, które sam po prostu starałem się ignorować, tym bardziej że nikt z lekarzy nie przejawiał nimi zainteresowania. Dziś wiem że były to już pierwsze sygnały tego co ostatecznie wybuchło w kwietniu 2009 roku. Wcześniej jednak nastąpiła inna silna demonstracja tego co wkrótce miało zostać nazwane. Jesienią 2008 roku, zaczęły mnie nękać silne bóle głowy, oraz nagłe bezprzyczynowe spadki poziomu glukozy we krwi. Zdarzało się często że znajdowałem się na granicy utraty, lub wręcz dochodziło do utraty przytomności. Okazało się że cukier spadał mi momentami poniżej 35 mml / mol. Po przeprowadzeniu podstawowych badań, z wstępnym rozpoznaniem - cukrzycy hipoglikemicznej, trafiłem po raz kolejny do szpitala. Po dokładniejszych badaniach wykluczono jednak tą hipotezę, a mnie wypisano i zapomniano o sprawię.

Wczesną wiosną 2009 roku, pojawiły się kolejne niejednorodne, acz przykre objawy. Pojawiły się szumy uszne, zawroty głowy, zaburzenia koordynacji w prawej dłoni, oraz bardzo silne bóle głowy, czasem połączone z gorączką. Końcem kwietnia, 2009 roku nagle utraciłem słuch, prawostronnie całkowicie, a lewostronnie częściowo. Nasiliły się równocześnie zawroty głowy, kłopoty z koncentracją i koordynacją ruchową. W takim stanie trafiłem na izbę przyjęć szpitala. Tam biorąc pod uwagę objawy, lekarze obawiali się udaru krwi do mózgu. Szybko przeprowadzone badania, w tym tomografia, wykluczyły te podejrzenie. Sprawa zaczęła robić się mocno enigmatyczna. W związku z czym przyjęto mnie na oddział neurologii w celu przeprowadzenia dalszych badań. Po dwóch tygodniach, większość z objawów cofnęła się, a lekarze, jako że nic poza tym co oczywiste (uszkodzenie kręgosłupa, astma) nie znaleźli, szykowali się do wypisania mnie do domu. W moim umyśle istniały już jednak pewne podejrzenia, którymi podzieliłem się w końcu z jednym z lekarzy. Rankiem w dniu wypisu, pobrano mi krew w celu przeprowadzenia badań w kierunku boreliozy. Na wyniki trzeba było poczekać ponad trzy tygodnie. Myślano o zatrzymaniu mnie w szpitalu, jednak udzielono mi w końcu „dyspensy” na czas oczekiwania na wynik, ze względu na ważne sprawy
osobiste. W tym czasie bowiem, w sercu burzy zdrowotnej, w zaledwie miesiąc po warunkowym wyjściu ze szpitala miałem wziąć ślub kościelny. Ceremonia miała się odbyć w miejscu szczególnie mi bliskim co znaczenie podnosiło jej wymowę duchową – w Zakopanem, u samych stóp Tatr, w rejonie Kuźnic.

Poznaj 8 najważniejszych faktów o kleszczach!
 

Tuż po szczęśliwym powrocie z Zakopanego otrzymałem telefon ze szpitala. Wyniki testów na boreliozę byłby pozytywne. Był to kolejny cios, przykry prezent od losu, ofiarowany w miesiącu miodowym... I tak trafiłem na miesiąc miodowy z powrotem na oddział szpitalny. Wszystko stało się jasne, wszystkie wcześniejsze niezdiagnozowane, niespecyficzne objawy zaczęły do siebie paskować, wszystko ułożyło się w spójną całość.

W szpitalu przeprowadzono jesienią 2009 roku standardowe leczenie, według oficjalnej doktryny NFZ, czyli osławionej 28 dniowej antybiotykoterapii. W tym miejscu, podobnie jak w przypadku kolana, powinien nastąpić happy end, przynajmniej według oficjalnych standardów leczniczych w zakresie boreliozy. Jednak stało się dokładnie na odwrót. Po przeprowadzeniu leczenia, po okresie czterech miesięcy przeprowadzono u mnie kontrolne badanie poziomów przeciwciał Boreliozy, wykonując standardowe testy Elissa i Western Blot. Wyniki znów były niestety pozytywne, a miano jednej z grup przeciwciał jeszcze wyższe. I to tyle było ze skuteczności tego leczenia...

Należy też tutaj dodać że wkrótce po wyjściu ze szpitala objawy ponownie zaczęły się nasilać, stopniowo rozszerzając się wachlarz kolejnych. Pojawiła się silna nadwrażliwość na jakiekolwiek dźwięki, oraz dynamiczne bodźce wzrokowe, zaburzenia równowagi. Ich obecność natychmiast nasilała zawroty głowy, szumy i piski uszne, oraz permanentne bóle głowy. Borelioza wpłynęła też na nasilenie niedowładów w kończynach dolnych, oraz duże nasilenie nerwobólów nogach i plecach. Po kolejnych kilku miesiącach wykonano ponownie testy, ponownie pozytywne, powtórzono je również jesienią 2010 roku, gdzie wyniki znów były pozytywne, a miano jednej z grup przeciwciał po raz kolejny bardzo wzrosło.

Charakterystyczna stała się również cykliczność objawów, początkowo w 2009 roku, objawy nasilały się co miesiąc, na maksymalnie tydzień do dziesięciu dni. Aktualnie proporcje te są dokładnie odwrotne, pogłębienie objawów, wciskające mnie w łóżko i zatrzymując w domu trwają po cztery - pięć tygodni, a lepszy okres jedynie trzy do siedmiu dni. Czasem też następuje nagłe załamanie, pogorszenie, które w kilka godzin potrafi mnie całkowicie rozbić, doprowadzając na granicę przytomności. Wszystko to wpływa nie tylko na mnie, lecz również w bardzo destrukcyjny sposób na moich najbliższych. Wzmożona nadwrażliwość na bodźce słuchowe i wzrokowe, skutkuje powstaniem paradoksalnych wręcz sytuacji, gdzie dni zlewają się w całe tygodnie gdy nawet krótka rozmowa staje się wyzwaniem, a ja większość czasu zmuszony jestem spędzać w stoperach usznych. Podczas nasileń objawów, zaburzenia równowagi są czasem tak silne że nie potrafię przejść kilku metrów prosto, co skutecznie ogranicza moje możliwości poruszania
poza domem.

W połowie lata 2011 roku do tak szerokiego spektrum i trudnego do udźwignięcia bagażu problemów zdrowotnych, doszedł kolejny problem. Powrócił problem z koordynacją ruchową w dłoniach, pojawiły się zaburzenia czucia, zastąpione za to głębokim rwącym bólem od ramion po czubki palców. Zaprowadziło mnie to w końcu pomimo stawiania biernego oporu tym objawom na ostry dyżur szpitalny, skąd wyszedłem już ze skierowaniem po raz kolejny do szpitala. W najbliższym czasie czeka mnie więc kolejny pobyt na oddziale.

Wszystko to co wydarzyło się w minionych latach sprawiło że dotarłem do punktu w którym większość placówek medycznych unika jak ognia leczenia mnie, za co doprawdy trudno je winić, nie zapominajmy bowiem że według „oficjalnych” standardów leczenie które przeszedłem w kwestii boreliozy powinno zakończyć sprawę, a ponieważ nie zakończyło to jak ma to miejsce w wielu podobnych do mojego przypadkach, lekarze mnożą moje choroby, wymyślając coraz to nowe schorzenia, wszystko byle pominąć problem nie wyleczonej boreliozy. Mój stan ogólny natomiast jest na tyle zły że zamknęło mi to drogę do zakończenia i pozostawienia za sobą tak drobnych można by rzecz spraw jak dokończenie leczenia kolana, oraz operacja zdiagnozowanych w międzyczasie dwóch przepuklin pachwinowych. Wpadłem w błędne koło systemu, z którego wierzę jest tylko jedno wyjście – niestandardowe leczenie boreliozy, które jednak jest
niezwykle kosztowne. Tak więc wyrósł przede mną mur którego nie potrafiłem już sam pokonać...

Wciąż jednak pomimo tych wszystkich przeszkód, a może również na przekór im, nie poddaję się, wciąż próbuje przezwyciężyć choroby, być może już nie wyzdrowieć do końca, jednak choć powstrzymać je przed dalszym pustoszeniem mojego organizmu, oraz cofnąć niektóre z objawów, na tyle na ile okaże się to możliwe. Do niedawna walkę tą prowadziłem samotnie, od niedawna, gdy koszty leczenia znacznie przewyższyły moje możliwości, prowadzę ją ze wsparciem ludzi dobrej woli, oraz fundacji która otoczyła mnie swoją opieką prawną. Ludzi ofiarujących mi prócz wsparcia materialnego, wielkie wsparcie duchowe i moralne. Dzięki tym nowym źródła sił, wciąż pozostaje pełen wiary i determinacji do walki, a dzięki środkom zebranym podczas zbiórki wierzę że wkrótce rozpocznę właściwe leczenie, które mam nadzieję odmieni mój los.

Fot. archiwum prywatne

 

Największym problemem jest postępująca borelioza. Ostatniej nadziei upatruję w alternatywnej długoterminowej antybiotykoterapii. Terapia jest jednak bardzo kosztowna, ponieważ nie jest refundowana. Równocześnie musi być nadal prowadzona rehabilitacja. W tym miejscu wyrósł przede mną mur, którego nie jestem już w stanie pokonać własnymi siłami... Potrzebna kwota to 25 000 zł.

Sebastianowi możecie pomóc za pośrednictwem portalu:



SKOMENTUJ
KOMENTARZE (2)
/5 lat temu
Sebastianie dziękuję Ci za opisanie swojej historii. Życzymy zdrowia oraz jak największej liczby ludzi, którzy będą dla ciebie wsparciem fizycznym i psychicznym. Niech Bóg ci dopomaga w każdej chwili twego życia.
/5 lat temu
Bardzo serdecznie dziękuję za tak ciepłe, pełne otuchy i zrozumienia słowa :) To zawsze pomaga iść dalej na przód nie bacząc na trudny...