„Mój własny kuzyn przez chciwość i pazerność prawie doprowadził mnie do ruiny. Nawet rodzinie nie można już ufać...”

kłótnia o spadek fot. Adobe Stock
Nie sądziłam, że Romek będzie chciał wykorzystać moją naiwność. Najpierw domagał się 2/3 całej kwoty, a potem próbował mnie oszukać w inny sposób...
/ 29.01.2021 10:15
kłótnia o spadek fot. Adobe Stock

Razem z moim ciotecznym bratem odziedziczyliśmy dom po naszej wspólnej babci. Budynek solidny, murowany, położony 120 kilometrów od naszego miasta. Kiedyś uwielbialiśmy z Romkiem spędzać tam wakacje. Ile naszych zabaw pamięta babciny ogród, nie zliczę!

Słucham? Od kiedy to zmarli też dziedziczą?!

To było czterdzieści lat temu, teraz sami mamy dorastające dzieci, dla których żadną atrakcją jest siedzenie na wsi. Dlatego jedynym rozsądnym rozwiązaniem wydawało się sprzedanie spadku i podzielenie pieniędzy. Niby prosta sprawa. Problem jednak w tym, że Romek nagle zażądał 2/3 wartości domu!

– Niby dlaczego? Należy mu się tylko połowa! – byłam w szoku. – Babcia wyraźnie napisała w testamencie, że zapisuje dom swoim wnukom! Po równo!

Byłam tak wściekła, że nie chciało mi się gadać z bratem. Ale musiałam…
– No właśnie! Wnukom! Więc niby czemu dom miałby być podzielony tylko na dwa? Zapomniałaś o Wojtku?
– Przecież on nie żyje! – wykrzyknęłam. – Zwariowałeś?

Wojtek był starszym bratem Romka. Niestety, zmarł wiele lat temu na białaczkę. To była ogromna rodzinna tragedia! Moja mama, rodzona siostra mamy chłopców, strasznie to przeżywała. Jako pielęgniarka starała się pomóc Wojtkowi, włączyć się w opiekę nad nim, jednak próby uratowania chłopca nie powiodły się.

Dlaczego jednak miałby teraz dostać spadek? Bo Romkowi się to opłaca?

Gdyby dom podzielono na trzy części, wtedy on „dziedziczy” po zmarłym bracie jedną trzecią i faktycznie ma dwie trzecie domu dla siebie.

– Nigdy w życiu nie zgodzę się na taką interpretację testamentu! Babcia napisała go już po śmierci Wojtka, więc miała świadomość, że zapisuje wszystko DWOJGU wnucząt! – wybuchłam.

– W takim razie sprawę rozstrzygnie sąd! – nadął się Romek.
Dom był wart około 600 tysięcy razem z ziemią. Miałam dostać 300 tysięcy, a Romek chciał, abym wzięła zaledwie 200. On zgarnąłby dwa razy tyle!

Romek założył sprawę w sądzie, a ja cierpliwie czekałam na rozprawę.

Jednak sądy w Polsce są nierychliwe, minął rok, mijał kolejny, żadne wezwanie zaś nie nadchodziło.
W tym czasie domek babci nie miał gospodarza i zaczął trochę podupadać. Jeździłam tam i dbałam o niego jak mogłam, ale szlag mnie trafiał, że Romek do niczego się nie poczuwał.

– Skoro chce większą część spadku, to powinien przynajmniej mieć tyle przyzwoitości, żeby zainteresować się domem! – piekliłam się, płacąc rachunki.

Zbierałam także faktury za rozmaite naprawy, chcąc dochodzić w sądzie zwrotu połowy poniesionych kosztów.

Owszem, próbowałam porozumieć się w tej sprawie z Romkiem, ale zbywał mnie, mówiąc, że „nie muszę” nic robić.
– Nie poznaję go! – denerwowałam się w rozmowie z mamą. – Kiedy on zrobił się taki wredny i pazerny na pieniądze?
– Kochanie, nie wiem, jak ci pomóc. Ciocia też nie ma wpływu na swojego syna, rozmawiałam z nią już… Romek robi, co chce, i nie ogląda się na innych! – usłyszałam od mamy.

Byłam ciekawa, czy za ten egoizm przyjdzie mu kiedyś zapłacić…

Propozycja Romka wydawała się sensowna

W sądzie nadal panowała cisza. Zadzwoniłam nawet do sekretariatu spytać, czy jest szansa na jakiś termin rozprawy, ale usłyszałam tylko, że spraw spadkowych są setki i trzeba cierpliwie czekać na swoją kolej.

Czekałam więc, spędzając na wsi kolejne weekendy, zimą odśnieżając teren, latem pieląc chwasty, aby ogród nie popadł w kompletne zdziczenie. Mąż mi pomagał, chociaż miałam świadomość, że robi to niechętnie i z musu, a dzieci to w ogóle się dziwiły, że tak tam haruję.

Dom nawet nie jest twój! – słyszałam. – Po co tracisz czas i pracujesz tylko na to, żeby wujek Romek dostał za niego większą kasę, kiedy dojdzie do sprzedaży, bo dom będzie zadbany?

– Ja też wtedy dostanę większą kasę, więc mi się opłaci moja praca. A poza tym wy tego nie rozumiecie, ale ja mam do tego domu sentymentalne podejście – tłumaczyłam, chociaż widziałam, że bliscy nadal mają mnie za idiotkę, bo się tak poświęcam i tracę czas.

Tymczasem pewnego dnia zadzwonił do mnie Roman.
– Słuchaj, Edyta. Nie będę owijał w bawełnę, potrzebuję gotówki! Jeśli w ciągu, powiedzmy, dwóch miesięcy mnie spłacisz, to zgadzam się na równowartość połowy domu i damy sobie spokój z sądami! – wypalił.

W pierwszym momencie chciałam mu się roześmiać w nos, bo skąd niby miałam wziąć nagle 300 tysięcy złotych?

Ale propozycja była kusząca. Wiadomo, że sprawa sądowa, jak już do niej dojdzie, może się ciągnąć latami. Poza tym prawnicy także kosztują. Z pewnością musiałabym wynająć jakiegoś, bo przecież nie mam pojęcia ani o prawie, ani o tym, jak poruszać się w sądzie…

A potem, gdy zapadnie wyrok, wystawienie domu na sprzedaż także będzie trwało. Kto w tym czasie będzie go utrzymywał, płacił rachunki? Przecież nie można dopuścić, aby odcięto prąd, gaz, wodę… Zresztą zimą trzeba chałupę ogrzewać, bo inaczej zamarzną rury i popękają. I dopiero wtedy będzie kłopot! Nawet jeśli Romek zacznie płacić swoją część zobowiązań, i tak będą to dla mnie spore pieniądze. Do tego trzeba dodać cenę benzyny! Już teraz same dojazdy do domu babci, co najmniej dwa razy w miesiącu, kosztowały mnie ponad sto złotych. To było poważne obciążenie dla mojego budżetu.

W sumie więc oferta Romka – chociaż oczywiście superbezczelna – wydawała się dla mnie rozsądnym rozwiązaniem.
– Sprawdzę, co da się zrobić, i oddzwonię do ciebie jeszcze w tym tygodniu – zapowiedziałam kuzynowi.
Usiedliśmy do rachunków. Przyłączyli się teściowie i moja mama. W sumie stwierdziliśmy, że uzbieramy 120 tysięcy złotych, a na resztę trzeba wziąć kredyt.

– Jak sprzedamy chałupę, to wszystko wam oddamy! – zapewniliśmy z mężem rodziców; po czym zadzwoniłam do Romka, powiedzieć, że się zgadzam na jego warunki.

Kilka dni później podpisaliśmy umowę notarialną i wtedy dom babci w całości stał się moją własnością.

– Mam nadzieję, że nie czujesz do mnie żalu i będziemy się nadal widywali podczas świąt i innych rodzinnych uroczystości – rzucił Romek, podając mi rękę.

Uścisnęłam ją, bo nie chciałam robić komedii przy notariuszu, ale w swoim spojrzeniu zawarłam cały ładunek pogardy, jaki tylko w sobie nosiłam. A Romek miał jeszcze w sobie tyle przyzwoitości, że się zaczerwienił.

Czy Romek wiedział o tych planach wcześniej?

Wychodząc z kancelarii notarialnej, w pierwszym momencie poczułam ulgę. Potem jednak przyszła świadomość kredytu i tego, że muszę go spłacać bez względu na wszystko. Postanowiłam więc jak najszybciej na bok odłożyć sentymenty i wystawić dom po babci na sprzedaż.

Zaczęłam dzwonić po rozmaitych agencjach nieruchomości, bo chociaż trzeba im zapłacić prowizję, to bałabym się szukać klienta na własną rękę. Wiadomo, ilu teraz jest naciągaczy. W końcu spodobał mi się jeden pośrednik, bo gadał z sensem, umówiłam się więc z nim w domu babci na rozmowę.

Facet przyjechał, pochodził, popatrzył, ocenił i stwierdził:
– No, za ten dom z ogrodem dostanie pani jakieś… 400 tysięcy złotych.
– Ile?! – nie wierzyłam własnym uszom! Przecież dałam Romkowi połowę, czyli 300 tysięcy, bowiem bank na tyle wycenił naszą schedę. Jakim cudem dwa miesiące później pośrednik obniża jego wartość o jedną trzecią?
A to pani nie wie? Tędy pójdzie obwodnica! – mężczyzna zatoczył ręką przed sobą, obejmując cały ogród.
– Gdzie: tutaj? – zdumiałam się.
– Tuż przy pani domu.

Nie uwierzyłam mu! Byłam pewna, że bredzi! Przecież obwodnica miała iść dwa kilometry dalej, a teraz nagle zbudują mi przy domu autostradę?

– Przecież to nie moja wina – obruszył się facet, bo musiałam mieć chyba mord w oczach, który zauważył. – Pani sobie to sprawdzi w Studium Zagospodarowania Przestrzennego Miasta, tam musi być wszystko wyszczególnione!

– Jasne, że sprawdzę! – odparłam.
Już następnego dnia pognałam do Urzędu Miasta, modląc się w duchu, aby to, co opowiadał pośrednik nieruchomości okazało się kłamstwem.
Niestety, to on miał rację…
Podjęto taką uchwałę kilka tygodni temu – usłyszałam od urzędniczki.
Mało trupem nie padłam, gdy okazało się, że autostrada zostanie poprowadzona 19 metrów od granicy działki!
– Matko, to przecież tak, jakbyście puścili sznur aut przez mój dom! – wykrzyknęłam. – Nie macie prawa budować tak blisko. Ja jej nie chcę!
– Każdy tak mówi, ale jeździć to by się chciało szybko i po dobrej drodze. Tylko najlepiej wybudowanej u sąsiada! – usłyszałam na to.
Po czym jednak urzędniczka spuściła z tonu i zaczęła mi wyjaśniać, że zbudują przecież ekrany dźwiękoszczelne.

– A ten smród? Też zatrzymają? I co to za widok będę miała z okna?! Zamiast pięknych drzew jakieś ściany z pleksi! – normalnie się załamałam.

Przeczytałam pismo, ale niewiele zrozumiałam

Co gorsza, oczywiste stało się dla mnie nie tylko to, że wartość domu po babci znacznie spadła, ale również, że będę musiała ze świecą szukać jakiegoś szaleńca, który zdecyduje się kupić nieruchomość w takim miejscu. Bo ja bym jej nie chciała nawet za darmo!

„Romek wymiksował się z całej tej sytuacji w ostatniej chwili” – myślałam z zazdrością, sądząc, że on ma szczęście, a ja zwyczajnego pecha.

Ale mąż oświadczył, że takie przypadki się nie zdarzają.
– Musiał wiedzieć! Ktoś mu dał cynk!
I faktycznie, kiedy tak zaczęłam się nad tym wszystkim zastanawiać, to stwierdziłam, że jest to jak najbardziej możliwe… Romek miał bowiem bliskiego znajomego, który jest geodetą. Sprawdziłam – jego pracownia robiła zlecenia dla Urzędu Miasta. Bingo!
I tak zostałam pięknie załatwiona przez własnego kuzyna! Dałam mu 300 tysięcy niby za połowę domu, ale sama miałam teraz dostać za cały zaledwie 400.

Wychodziło więc na to, że po spłaceniu długów zastanie mi „na czysto” zalewie 100 tysięcy. I to jak dobrze pójdzie! To jedna trzecia tego, na co liczyłam…

W tym momencie zrozumiałam perfidny plan Romka. On nie tylko w ten sposób wziął swoje 2/3 żądanego spadku, ale de facto – według obecnej realnej wartości domu – całe 3/4! „Ale mnie przerobił! – aż mi zabrakło tchu, gdy sobie zdałam z tego sprawę.

– Co za drań! A ja naiwna idiotka…

I jeszcze miał czelność powiedzieć, że będziemy się spotykali na rodzinnych uroczystościach. Chyba tylko po to, abym mu mogła napluć w twarz!

Popadłam w depresję. Snułam się po domu z kąta w kąt i czułam, że zawiodłam swoją rodzinę, okradłam własne dzieci. Nawet jeśli moi bliscy nie robili mi wyrzutów, tylko odnosili się do mnie ze współczuciem, to i tak wyobrażałam sobie, co o mnie muszą myśleć.

Z tego wszystkiego nawet nie wystawiłam w końcu tego cholernego domu na sprzedaż! Nie miałam na to siły. Nie miałam nawet siły pójść na pocztę, aby odebrać jakiś list. Awizo pętało mi się po torebce już od kilku dni, w końcu zdałam sobie sprawę z tego, że zaraz upłynie jego termin. Dopiero wtedy jakoś się zmobilizowałam.

To było pismo z Urzędu Miasta. Niewiele zrozumiałam, prócz tego, że chcą abym im oddała za darmo jakieś grunta.

„Jeszcze i to! – pomyślałam. – Dobrze, że nie kazali mi dopłacić”.

Szurnęłam pismo do szuflady, skąd po kilku dniach wydobył je mąż. Przyszedł do mnie blady jak ściana.
– Kochanie , czytałaś to? – zapytał.
– Owszem.
– Na pewno czytałaś DOKŁADNIE? – zaakcentował ostatnie słowo.
– Jasne, że tak! – chciałam , aby przestał mnie męczyć.
– I ty się nie cieszysz? Nic mi nie mówisz? – zdumiał się.
– A z czego mam cię cieszyć? – poniosły mnie nerwy. – Z tego, że chcą mnie znowu okraść?!

– Jakie „okraść”? – mąż zrobił wielkie oczy. – Skarbie ty nie wiesz, co mówisz! Wprawdzie miasto chce od ciebie kilkadziesiąt metrów ziemi, ale… to dlatego, że będą w tym miejscu robić zjazd! Zjazd z autostrady!

– No i co? – zapytałam, myśląc: „Znowu ta cholerna autostrada!”.
– A to, że przy zjeździe wartość ziemi natychmiast pójdzie w górę! I to ze dwa razy! Każdy będzie przecież tam chciał postawić stację benzynową albo zajazd czy motel dla spragnionych odpoczynku kierowców! – entuzjazmował się. Słuchałam tego i nie wierzyłam własnym uszom! To wszystko brzmiało jak… bajka! A jednak było prawdą!

Owszem, oddałam kilkadziesiąt metrów kwadratowych miastu, za darmo. Ale w zamian zyskałam to, że moja działka rzeczywiście zyskała na wartości. Wkrótce poszła za milion dwieście tysięcy złotych! I to z pocałowaniem ręki! Teraz więc wyglądało na to, że to ja dostałam 3/4 majątku po babci! A nie mój cwany kuzyn!

Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka…

Wiedziałam, że sprzedaż działki jakiemuś dużemu inwestorowi wiązała się z tym, że dom babci będzie wyburzony, a na jego miejscu stanie kompleks motel plus restauracja. Trudno, nie stać mnie na sentymenty za takie pieniądze.

Poza tym mam zrobionych mnóstwo zdjęć i noszę pamięć po domku babci w swoim sercu. Zresztą przez tę autostradę mieszkanie tam i tak nie byłoby takie co dawniej. Zachód słońca zasłaniałyby mi akustyczne ekrany, a porzeczki i truskawki w ogrodzie pokryłyby się ołowianym kurzem.

Jedyną osobą, która miała do mnie jakieś pretensje po sprzedaży domu, był oczywiście Romek.
– Widzę, że odłożyłaś na bok sentymenty i obłowiłaś się moim kosztem! – stwierdził z przekąsem podczas jednego z rodzinnych spotkań. A ja roześmiałam mu się w nos!

Czytaj więcej prawdziwych historii:
Nasz syn występuje jako drag queen. Ukrywam to przed mężem
Musieliśmy zostać rodzicami dla naszej wnuczki
Tomek mnie oszukał - nie wiedziałam że jest striptizerem
Moja córka wzięła ślub z Nigeryjczykiem dla pieniędzy
Grzegorz udawał miłość, bo chciał mnie zmusić do prostytucji

Redakcja poleca

REKLAMA