Jak odchudzić męża

Znacie kobietę, która choć raz w życiu nie próbowała schudnąć? Bo ja nie. Paniom czasem do przesady zależy na wyglądzie. A panowie? Opierają się skutecznie takim fanaberiom!

Odchudzić męża

Madziu, podaj mi chipsy – poprosił mąż. Leżał na kanapie, pstrykając pilotem.
– Kochanie, weź sobie sam. Mam zajęte ręce – akurat niosłam do bieliźniarki naręcze wyprasowanych ręczników.
– Oj, proszę! Bądź kochaną żoneczką!
– Jasne, że będę. Dlatego je schowam – odłożyłam prasowanie na stole, złapałam miskę i zaniosłam do kuchni.
– O co chodzi? Co w ciebie wstąpiło?
– Bo duży brzuch, brak ruchu, siedzący tryb życia grożą zawałem i impotencją!
Dotknęłam go do żywego.
– Za dużo damskich gazet się naczytałaś – parsknął wściekły, zerwał się z kanapy i przyniósł chipsy. – A brzuszek? Każdy ma brzuszek. Ty może nie masz?
Miałam, ale normalny. A Marcin wyglądał, jakby był w szóstym miesiącu ciąży.
– Chodź, pójdziemy na spacer, poruszamy się trochę – poprosiłam.
– Madziulka, daruj sobie. Daj mi choć w niedzielę odpocząć – i schrupał chipsa.
Wyszłam sama. Na dworze było biało, dzieciaki za blokiem zjeżdżały z górki na sankach. Wymarzony dzień na ruch! Tylko jak miałam namówić mego słodkiego grubaska, by zaczął się ruszać? W pracy siedzi (jest kierowcą), w domu siedzi. Rusza się, idąc z domu do auta, i odwrotnie...
– Jak namówić Marcina, żeby schudł? – spytałam nazajutrz w pracy koleżankę.
– O, kochana, daremny twój trud – Kaśka ostudziła moje zapały. – Faceci nienawidzą się odchudzać. Ja z Włodkiem próbowałam rok. Z odchudzaniem jest jak z rzucaniem palenia: skutecznie działa tylko strach. Jak lekarz mu powie, że za pół roku umrze, to rzuci. A i to nie zawsze.
– A jeśli mu powiem, że to ja go rzucę, jak będzie taki gruby?
– Nie uwierzy i cię wyśmieje.
– Więc nie ma na to sposobu?
– Owszem, jest. Zdradzę ci go prawie za darmo. Prawie, bo będziesz mi zdawać relacje z postępów. To jest moja autorska metoda, a wy będziecie moimi królikami doświadczalnymi – zaśmiała się radośnie.

Wieczorem mąż wkroczył do kuchni i odruchowo otworzył ulubioną półkę.
– Co jest, gdzie chipsy?
Szybko ukryłam się w łazience. Słyszałam, jak Marcin grzebie na półce, wyciąga jakąś torebkę i idzie na kanapę do salonu. Gdy tam weszłam, wyjadał z torebki suszone jabłka, ale minę miał ponurą.
– Kochanie, kup jakieś chipsy i batoniki, bo wszystko się skończyło – poprosił.
– Dobrze. Zjesz coś?
– Jest zupa z soczewicy, ryba pieczona i brokuły.
– A nie masz jakiegoś kotleta? – mąż kocha wszystko, co tłuste i smażone.
– Wiesz, ostatnio nie mam czasu na zakupy. Ale obiad jest pyszny, spróbuj!
Ryba mu smakowała, a o zupie z soczewicy wyraził się: ujdzie. Nie było źle.
Wieczorem, gdy leżeliśmy już w łóżku, a Marcin właśnie chciał mnie przytulić, powiedziałam rozmarzonym tonem:
– A wiesz, mamy w pracy nowego. Piotra. Trochę od nas starszy, ale jak on się trzyma! Szczupły, wysportowany. Fajny!
I udałam, że jestem bardzo śpiąca.
Rano okazało się, że w lodówce nie ma boczku ani jajek, za to jest serek odtłuszczony, chuda szynka drobiowa, pomidory i sałata. Marcin zjadł to z ponurą miną.
I milczał. Za to ja nawijałam… O Kasi, o pracy, a zwłaszcza o Piotrze.
– Widzę, że ten Piotr to ci się podoba – w końcu wycedził przez zęby Marcin.
– Może trochę… Muszę pędzić, pa!
W pracy popędziłam opowiedzieć o wszystkim Kasi. Ucieszona zatarła ręce.
– Świetnie! Ale to dopiero początek. Musisz być twarda jak stal. Ale milutka.
[CMS_PAGE_BRAK]
Wieczorem czekałam na męża z zapiekanką z warzyw i kurczaka oraz kieliszkiem białego wina. Na początku marudził, że jarzyn to on nie lubi, ale potem wrąbał wszystko. Zdziwił się na widok wina:
– Wolę piwo.
– Piwa nie ma.
– Jak to nie ma? Przecież wczoraj były trzy puszki! Wypiłaś wszystko?
– Nie, zużyłam je na płukankę do włosów.
– Oj, kochanie, to było takie dobre piwo! Kup mi jutro kilka puszek. Będę późno w domu.
– Dobrze. A teraz… pójdziemy do łóżeczka i zajmę się moim chłopcem – powiedziałam tym rozkosznym tonem.
W łóżku starałam się, byśmy wykonali jak najwięcej wygibasów. Muszę przyznać, że Marcin nieźle się spisał!
Rano znów wspomniałam o Piotrze.
– Wiesz, on namawia mnie na siłownię. Sam chodzi do takiej, co to jest obok naszego biura. Może to dobry pomysł, żebym po pracy trochę się poruszała?
Mąż gryzł właśnie dietetyczny chlebek.
– Będziesz gdzieś chodzić z obcym facetem? I jeszcze mi o tym opowiadasz? – był wyraźnie wściekły.
– Najchętniej wybrałabym się z tobą.  Wiesz, że lubię ruch. Tylko ty nie chcesz.
– Dobrze, pójdziemy w sobotę. Tu koło nas jest jakaś siłownia.
– Naprawdę? Super! A potem pójdziemy do sauny. Wiesz, że mają tu saunę?
W sobotę Marcin faktycznie ze mną poszedł. Ćwiczyliśmy godzinę, a instruktor pochwalił go, że jest taki silny. Po powrocie do domu, nim mąż ruszył do lodówki po piwo, zarzuciłam mu ręce na szyję.
– To dziwne, że masz ostatnio taką ochotę na seks – lekko się zaniepokoił. – Ale ja najpierw napiłbym się piwka.
– Wiesz, że nie cierpię tego zapachu – jęknęłam. – Wybieraj: albo ja, albo piwo!
Wybrał mnie i znów namiętnie się kochaliśmy. A potem szepnęłam mu do ucha:
– Chyba masz dużo lepszą kondycję dzięki tej siłowni. Byłeś fantastyczny.
– Rzeczywiście czuję się świetnie – mąż chwycił przynętę. – Może znów pójdziemy na siłownię. Mówiłaś, że to dobrze robi na potencję. Coś w tym jest!
Przed urodzinami Marcina spytałam, jaki chce prezent.
– Oj, nic nie chcę. Pójdziemy na pizzę i piwo, posiedzimy, pogadamy.
– Ale tak jest co roku! No to ja tym razem zrobię ci niespodziankę.
Urodziny przypadały na sobotę. Na początek zafundowałam mu buziaka z życzeniami i zabawę w łóżku, potem śniadanie „specjalnie dla niego”: sałatka owocowa, musli z jogurtem i sok ze świeżych pomarańczy.

Następnie poszliśmy do sklepu sportowego po prezent. Wróciliśmy z rowerem stacjonarnym i badmintonem. Mąż obiecał co dzień jeździć na rowerze i ze mną grać w badmintona w weekendy. Wieczorem zabrałam go na kolację do baru sushi. Najpierw nie chciał niczego tknąć,
a potem jadł i palce oblizywał!
– Wydaje mi się, że trochę schudłeś – rzuciłam przy zielonej herbacie.
– Też to zauważyłem – rozpromienił się. – Widzisz, wcale nie trzeba się strasznie nacierpieć, żeby schudnąć. Mężczyźnie wystarczy tylko nieco wiary w siebie.
– Czy to znaczy, że postanowiłeś schudnąć dla mnie?!
– No pewnie. Skoro podobają ci się wysportowani koledzy z pracy, uznałem, że nie będę gorszy. I widzisz, są rezultaty!
Przyznałam Kasi, że jej metoda jest genialna! Miałam tylko jedną wątpliwość:
„A co będzie, gdy Marcin zechce poznać tego mitycznego Piotra?”.
– Powiesz, że już tu nie pracuje, bo postanowił zostać instruktorem na siłowni.
I zaczęłyśmy się śmiać.

Magda
Oceń artykuł 20 głosów
Wyślij znajomym Wyślij znajomym
Drukuj Drukuj
Wypowiedz się!
Nick:
Opinia:
Opinie
ja2013.12.19 18:21
Tak, znam taką kobietę. Ja jestem z natury szczupła i nigdy nie przyszło mi nawet do głowy, żeby się odchudzać. Przestańcie potarzać te stereotypy. Później nawet szczupłe i zgrabne dziewczyny mają kompleksy
natka19562011.02.15 00:30
podoba mi się sposób w jaki namówiłaś męża nas odchudzanie. Az miło!
Raport specjalny
Oblicz Dni płodne

Podaj pierwszy dzień ostatniej miesiączki

Okres Rok
Miesiąc Dzień
Oblicz