POLECAMY

Nerwica, panika, strach... Żyję obok życia...

napisał/a: N-Gine , 2017-02-19 21:03
Witajcie.

Jestem młodym mężczyzną, mam 20 lat. Niedawno zacząłem studia, właśnie przygotowuję się do drugiego semestru. Mam jednak okropny problem, który nie odstępuje ode mnie na krok i praktycznie uniemożliwia mi jakiekolwiek prawidłowe funkcjonowanie w życiu społecznym, a czasami także prywatnym... Ale od początku - wszystko zaczęło się, gdy 14 miesięcy temu mój stresujący związek z byłą już dziewczyną dobiegł końca. Nie byłem szczególnie przybity, bo było to dla mnie jak usunięcie z moich barków gigantycznego ciężaru, jak otrzymanie nowej szansy. Niestety, ni z tego ni z owego, sprawy zaczęły przybierać bardzo, bardzo niepokojący obrót. W zasadzie bez powodu zaczęły dręczyć mnie myśli typu "jesteś beznadziejny", "spójrz na innych, oni to mają życie", "jesteś gorszy". Na początku nie powracały one zbyt często, zatem łatwo było je ignorować. Niestety, po niedługim czasie, a mianowicie na mojej studniówce, przeżyłem najgorsze chwile mojego życia - tuż po zajęciu miejsca przy stole zaczęły oblewać mnie poty i do głowy zaczęły mi wdzierać się myśli, że jestem po prostu zbyt głupi dla towarzystwa, że lepiej się nie odzywać, że wszyscy i tak uważają mnie za nic. Co gorsza, zawsze byłem uważany za bardzo inteligentego człowieka, duszę towarzystwa i kogoś kto zupełnie nie przejmuje się cudzą opinią. Co działo się dalej tamtego wieczoru? Cóż, trochę wypiłem, trochę zapomniałem i jakoś zleciało. Jednak wiedziałem, że to początek grubszej sprawy. Kolejne problemy zaczęły pojawiać się same - podobne myśli zaczęły mi towarzyszyć podczas każdej, nawet najmniejszej aktywności społecznej. Nawet rozmawiając ze znajomą mi osobą gdy miałem powiedzieć jakiekolwiek zdanie plątał mi się język, a czasami mówiłem w ogóle niezrozumiale. Nie potrafiłem zapanować nad stresem i w każdej sytuacji gdy musiałem wdać się z kimś w rozmowę, najchętniej uciekłbym stamtąd jak najszybciej. Kłopoty się powiększały - najpierw problemy z myślami, później z rozmową. Następnie doszło drętwienie nóg. Zawsze, gdy tylko gdzieś szedłem i miałem w głowie że ktoś może na mnie patrzeć, zaczynałem skupiać się tylko na moim chodzie, po czym przyspieszałem go i często miewałem zachwiania - niemal w każdym publicznym miejscu. Przez to w zasadzie zamknąłem się w domu. Problem ewoluował dalej - zacząłem myśleć nad każdym ruchem mojej kończyny. Zacząłem myśleć o moich rękach, o moich nogach, co - jak możecie sobie wyobrazić - w sytuacji gdy siedzę z kimś przy stole zaczęło być dla mnie niczym katorga. Bałem się wykonać najmniejszy ruch, powiedzieć najdrobniejsze słowo. No ale cóż, żyć trzeba było dalej. Potem przyszły studia, a jako że studiuję język, to rozmowa jest wpisana w codzienność tych zajęć. I chociaż udało mi się przejść ten semstr, to wiem i czuję wewnątrz siebie, że bez tych myśli byłbym w stanie przejść go o wiele łatwiej i bez zbędnych nerwów - naprawdę, każde wystąpienie było dla mnie męczarnią, po której chciało mi się płakać. W tej chwili weszło to do mojego rytmu życiowego - budzę się rano i zastanawiam się, jak chwycić telefon, jak wstać z łóżka, jak chwycić klamkę, jak ułożyć nogi gdy idę i tak dalej. Jako że czasami bywam w kościele, to ewentualne przejście pomiędzy ludźmi zaczęło być dla mnie rzeczą niemal nie wykonalną. Od razu myślę o moich nogach których niemal nie czuję, a gdy staram się popatrzeć w oczy innych ludzi, ogarnia mnie strach. To nie koniec. Najgorzej jest, gdy mam do wykonania jakieś zadanie - np. gdy na studiach prowadzący zada mi pytanie, ja nie zastanawiam się nad najlepszym możliwym ułożeniem odpowiedzi, a zastanwiam się nad tym, że mijają kolejne sekundy od zadania pytania, a ja ciągle nie udzieliłem odpowiedzi i za kilka następnych sekund ta cisza będzie wyglądała bardzo źle. Przy okazji nie muszę mówić, że często serce wali mi bardzo mocno i w ogóle tracę chęć do życia. Dla dziewczyn stałem się mniej atrakcyjny, bo dawniej bez przygotowania potrafiłem znaleźć idelany temat do rozmowy nawet z nieznajomą, a teraz nie potarfię w ciekawy sposób porozmawiać nawet ze starą zajomą. Czuję presję pokazania się z dobrej strony, której towarzyszy przekonanie, że i tak nie wyjdzie. Co gorsza, ciąglę myślę o tym jak stoję, jak idę i jak wyglądam. Męczy mnie to okropnie i prawdę mówiąc, takiego życia nie mogę nazwać życiem. A żyję, bo liczę na lepsze jutro. I tak pewnie zleci mi następnie kilka, - naście i -dziesiąt lat. Ale mimo wszystko... proszę o pomoc...
depresanum_
napisał/a: depresanum_ , 2017-03-22 21:11
Nerwica nie jest wyrokiem, o czym pamiętać powinny osoby dotknięte zaburzeniami, jak i ich bliscy. Powrót do satysfakcjonującego życia zapewnia farmakoterapia, ale przede wszystkim psychoterapia (indywidualna bądź grupowa). Pozwoli ona "przepracować" obszary konfliktowe, o których piszesz.
napisał/a: she.lucky , 2017-04-30 22:01
Witam!
Trafilam tu przypadkiem, moja nerwica to dluga historia a ta najsilniejsza i zdiagnozowana przeze mnie na poczatku trwa juz poltorej roku...
objawy mam podobne do Ciebie. Natretne mysli, poczucie zycia obok, teraz sie potrafie wylaczyc na kilka minut (pozwalam sobie na to chyba po to zeby uciec od uczuc), kiedys ataki paniki, falujaca podloga pod nogami, ostatnio doszly problemy z oddychaniem. Jawiem ze to wszystko strasznie brzmi, ale pociesza mnie fakt ze z zewnatrz wygladamy zupelnie normalnie (nawet podczas ataku paniki). Ciezko mi ustac na mszy w kosciele, staram sie z tym walczyc.
Powodem tego okropienstwa jest moje dziecistwo ktore nie bylo latwe, a wszystkie skumulowane zle emocje chca sie teraz wylac ze mnie. Ja przez te wszystkie lata doroslosci w dziecistwie zbudowalam gruba skorupe ktora teraz blokuje te emocje, ze strachu przed utrata kontroli nad soba(jestem dzieckiem alkoholikow).
Mimo tego ze mieszkam za granica, mialam ogromne szczescie znalezc tu POlskiego psychoterapeute ktory jest naprawde dobry. To samo polecam Tobie, to nie jest nic strasznego a wrecz przeciwnie. Ja z kazdego spotkanie wychodze o kilogram lzejsza. Jesli chcesz porozmawiac o Tym nie ma problemu.
przepraszam za chaotyczne zdania i brak POlskich znakow
pozdrawiam :)
napisał/a: Koralik1981 , 2017-07-25 23:51
A w jakim kraju mieszkasz?
napisał/a: she.lucky , 2017-07-26 04:21
Mieszkam w Anglii.
Pozdrawiam
napisał/a: Lukasz861 , 2017-10-08 22:09
Witaj, widzę że nie jestem sam z podobnymi problemami. To w gruncie rzeczy jest już jakieś pocieszenie. Czy nadal zmagasz się z tymi natręctwami, czy może jest jakaś poprawa? Jeśli tak, to co okazało się być w twoim przypadku skuteczne? Wiem co czujesz i wiem, że nie łatwo jest w ten sposób funkcjonować. Jedynym pocieszeniem jest to, że jak ktoś już wcześniej napisał - na zewnątrz nie wygląda to tak źle jak jest to w naszych głowach. Drugą sprawą jest to, że człowiek żyje w przekonaniu, że aby być szczęśliwym potrzeba jest wrócić do normalności do tego co było przed - i wtedy masz wrażenie, że masz to na wyciągnięcie ręki - ale w rzeczywistości tak nie jest. Jest tak i w moim przypadku. Mam 31 lat i nigdy bym się nie spodziewał, że będę musiał toczyć wojnę z samym sobą. Od trzech lat zmagam się ze swoją psychiką, odczuwam, że dąży ona do samounicestwienia mojej osoby, robi wszystko na przekór Towarzyszy mi nieustanny lęk i ciągła kotłownia myśli. Prześcigam się w wymyślaniu coraz to nowych toksycznych myśli. To o czym pisałeś mam też w sobie i jeszcze wiece - do tego bardzo niska samoocena. Trzy lata temu byłem w środku innym człowiekiem, wszystko mi się układało, byłem szczęśliwy. Obecnie też mam wszystko co potrzeba do szcześlwego życia wszelkie dobra materialne na wysokim poziomie, szczęśliwa (na razie) rodzina, dobrze płatna praca itd. Nie mam w sumie powodów aby źle się ze mną działo, ale wiem też, że za chwilę mogę to wszystko utracić. Prowadzę też zespół muzyczny - jestem wokalistą. Podam Wam kilka przykładów najgorszych myśli, które mnie trapią. Kiedy np. śpiewam - blokuje się, mylę tekst, wytracam się z rytmu - nie dlatego, że siewać nie potrafię i nie czuje tego. Przeciwnie jestem bardzo dobrym wokalistą, ale moja psychika podpowiada mi aby tak nie było, abym robił właśnie takie rzeczy, działał przeciwko sobie ( to jest okropne - wszystko jest wtedy wymęczone) Kiedyś czułem się wspaniale, śpiewałem z dużą swobodą, luzem, wszyscy podziwiali, świetnie się bawili itd. - to było moje szczęście. Drugi przykład. Na co dzień zarabiam przy wykonywaniu precyzyjnych prac manualnych - wręcz zegarmistrzowskich - tu też problem - psychika podpowiada - rób tak aby ci nie wyszło, abyś nie wykonał powierzonego zadania, a jak ci już wyjdzie to rób to jak najdłużej i przy okazji, aby wszyscy mogli cię skrytykować. I to się właśnie dzieje, brak fachu z przed paru lat. Sprawy związane z problemem wysławiania i świadomego - nieudolnego kontrolowania ruchów własnego ciała też u mnie występują, ale to nie jest najgorsze, w zasadzie można z tym żyć. Jest jeszcze jedna rzecz - najgorsza z wymienionych, pewna myśl - uczucie - dziwna percepcja. To jest to, że zdaje sobie sprawę, że jesteś tu i teraz, ogarnia mnie wtedy dziwne (nieprzyjemne) uczucie, a jak już mam to myśl w głowie to zastanawiam się gdzie jest twoje "JA" (w którym miejscu się znajdujesz). Czy "JA" to twoje ciało, czy jeszcze inny byt. Czuje się wtedy fatalnie, tracę punkt zaczepienia z rzeczywistością, dlatego też mam wrażenie, że tracę też kontakt ze swoim ciałem, a przede wszystkim ze światem rzeczywistym, nie mogę czuć jego częścią i być nim pochłonięty. Normalny człowiek nie zastanawia się nad tym. Normalnie to jedziesz na autopilocie, a wszystko się dzieje automatycznie - wiem jak to jest bo w końcu czułem się tak przez 28 lat. Chciałbym powrócić do stanu przed, a nie analizowania tego czy np. to co powiedziałem wypływa rzeczywiście ode mnie. Bycie normalnym to jest w tej chwili wyznacznik mojego szczęścia. Oczywiście stany te powodują u mnie ciągłe lęki, nerwowość i dokuczliwy brak koncentracji. Próbowałem sobie pomóc - wizyty u różnych psychiatrów - leki antydepresyjne, na schizofrenie, benzodiazepiny i co? Nic, zupełnie nic nie pomogło. Tak naprawdę to nie odczułem żadnej poprawy na podawane leki, no może oprócz lorafenu - jakieś minimalne działanie uspokajające - odniosłem wtedy wrażenie, że jestem jakiś lekooporny, chociaż kuracje był długie - w ostateczności dałem sobie z tym świństwem spokój. Jedynie co może mi na chwile realnie pomóc to najstarszy środek uspokajający - czyli alkohol i oczywiście tylko w dużych ilościach, normalnie jak mało zażyje to czuje się jeszcze gorzej. Rzecz jasna - zdaje se z tego sprawę, że to żadna pomoc i jestem świadomy tego do czego prowadzi (jestem też dzieckiem DDA - rodzina obciążona problemem alkoholowym), ale to co na chwilę poczuje to jakaś pseudo-normalność, mogę spojrzeć na swój problem z innej perspektywy - jestem wtedy świadomy tych problemów, ale czuje się z nimi normalnie - tak jakbym je zaakceptował. Oczywiście nie chcę tego, nie rozumiem też tego jak normalny człowiek może zażywać w ogóle tak ciężki narkotyk jakim jest alkohol, w jakim celu? Myślę, że podłożem moich problemów jest nie tylko DDA, ale też uwarunkowania charakteru - nadmierna wrażliwość, empatyczność. Do tego doszła przez ostatnie 10 lat bardzo intensywna praca - odpowiedzialna i stresująca, często w obecności toksycznych ludzi z którymi miałem i mam styczność. Potem rodzina, wymagająca żona, obowiązki wobec dzieci - częsty ich płacz wieczorem i rano - to nie pomagało. Wieczne oczekiwania wobec mojej osoby, jako od cudotwórcy - wielu ludzi obdarzyło mnie zaufaniem co do mojej profesjonalności, perfekcyjności w tym co robię. Wydaje mi się, że to musiał mieć swoje granice i oto teraz właśnie się tak czuje - jak aktor, który musi grać role normalnego, żeby nie zostać zdemaskowanym. Wojna w głowie trwa, ale ja nie zamierzam się poddawać, bo wiem, że mam potencjał aby móc jeszcze "góry przenosić".... tymczasem na razie szukam pomocy.
napisał/a: Lukasz861 , 2017-10-08 22:12
Witaj, widzę że nie jestem sam z podobnymi problemami. To w gruncie rzeczy jest już jakieś pocieszenie. Czy nadal zmagasz się z tymi natręctwami, czy może jest jakaś poprawa? Jeśli tak, to co okazało się być w twoim przypadku skuteczne? Wiem co czujesz i wiem, że nie łatwo jest w ten sposób funkcjonować. Jedynym pocieszeniem jest to, że jak ktoś już wcześniej napisał - na zewnątrz nie wygląda to tak źle jak jest to w naszych głowach. Drugą sprawą jest to, że człowiek żyje w przekonaniu, że aby być szczęśliwym potrzeba jest wrócić do normalności do tego co było przed - i wtedy masz wrażenie, że masz to na wyciągnięcie ręki - ale w rzeczywistości tak nie jest. Jest tak i w moim przypadku. Mam 31 lat i nigdy bym się nie spodziewał, że będę musiał toczyć wojnę z samym sobą. Od trzech lat zmagam się ze swoją psychiką, odczuwam, że dąży ona do samounicestwienia mojej osoby, robi wszystko na przekór Towarzyszy mi nieustanny lęk i ciągła kotłownia myśli. Prześcigam się w wymyślaniu coraz to nowych toksycznych myśli. To o czym pisałeś mam też w sobie i jeszcze więcej - do tego bardzo niska samoocena. Trzy lata temu byłem w środku innym człowiekiem, wszystko mi się układało, byłem szczęśliwy. Obecnie też mam wszystko co potrzeba do szczęśliwego życia wszelkie dobra materialne na wysokim poziomie, szczęśliwa (na razie) rodzina, dobrze płatna praca itd. Nie mam w sumie powodów aby źle się ze mną działo, ale wiem też, że za chwilę mogę to wszystko utracić. Prowadzę też zespół muzyczny - jestem wokalistą. Podam Wam kilka przykładów najgorszych myśli, które mnie trapią. Kiedy np. śpiewam - blokuje się, mule tekst, wytracam się z rytmu - nie dlatego, że śpiewać nie potrafię i nie czuje tego. Przeciwnie jestem bardzo dobrym wokalistą, ale moja psychika podpowiada mi aby tak nie było, abym robił właśnie takie rzeczy, działał przeciwko sobie ( to jest okropne - wszystko jest wtedy wymęczone) Kiedyś czułem się wspaniale, śpiewałem z dużą swobodą, luzem, wszyscy podziwiali, świetnie się bawili itd. - to było moje szczęście. Drugi przykład. Na co dzień zarabiam przy wykonywaniu precyzyjnych prac manualnych - wręcz zegarmistrzowskich - tu też problem - psychika podpowiada - rób tak aby ci nie wyszło, abyś nie wykonał powierzonego zadania, a jak ci już wyjdzie to rób to jak najdłużej i przy okazji, aby wszyscy mogli cię skrytykować. I to się właśnie dzieje, brak fachu z przed paru lat. Sprawy związane z problemem wysławiania i świadomego - nieudolnego kontrolowania ruchów własnego ciała też u mnie występują, ale to nie jest najgorsze, w zasadzie można z tym żyć. Jest jeszcze jedna rzecz - najgorsza z wymienionych, pewna myśl - uczucie - dziwna percepcja. To jest to, że zdaje sobie sprawę, że jesteś tu i teraz, ogarnia mnie wtedy dziwne (nieprzyjemne) uczucie, a jak już mam to myśl w głowie to zastanawiam się gdzie jest twoje "JA" (w którym miejscu się znajdujesz). Czy "JA" to twoje ciało, czy jeszcze inny byt. Czuje się wtedy fatalnie, tracę punkt zaczepienia z rzeczywistością, dlatego też mam wrażenie, że tracę też kontakt ze swoim ciałem, a przede wszystkim ze światem rzeczywistym, nie mogę czuć jego częścią i być nim pochłonięty. Normalny człowiek nie zastanawia się nad tym. Normalnie to jedziesz na autopilocie, a wszystko się dzieje automatycznie - wiem jak to jest bo w końcu czułem się tak przez 28 lat. Chciałbym powrócić do stanu przed, a nie analizowania tego czy np. to co powiedziałem wypływa rzeczywiście ode mnie. Bycie normalnym to jest w tej chwili wyznacznik mojego szczęścia. Oczywiście stany te powodują u mnie ciągłe lęki, nerwowość i dokuczliwy brak koncentracji. Próbowałem sobie pomóc - wizyty u różnych psychiatrów - leki antydepresyjne, na schizofrenie, benzodiazepiny i co? Nic, zupełnie nic nie pomogło. Tak naprawdę to nie odczułem żadnej poprawy na podawane leki, no może oprócz lorafenu - jakieś minimalne działanie uspokajające - odniosłem wtedy wrażenie, że jestem jakiś lekooporny, chociaż kuracje był długie - w ostateczności dałem sobie z tym świństwem spokój. Jedynie co może mi na chwile realnie pomóc to najstarszy środek uspokajający - czyli alkohol i oczywiście tylko w dużych ilościach, normalnie jak mało zażyje to czuje się jeszcze gorzej. Rzecz jasna - zdaje se z tego sprawę, że to żadna pomoc i jestem świadomy tego do czego prowadzi (jestem też dzieckiem DDA - rodzina obciążona problemem alkoholowym), ale to co na chwilę poczuje to jakaś pseudo-normalność, mogę spojrzeć na swój problem z innej perspektywy - jestem wtedy świadomy tych problemów, ale czuje się z nimi normalnie - tak jakbym je zaakceptował. Oczywiście nie chcę tego, nie rozumiem też tego jak normalny człowiek może zażywać w ogóle tak ciężki narkotyk jakim jest alkohol, w jakim celu? Myślę, że podłożem moich problemów jest nie tylko DDA, ale też uwarunkowania charakteru - nadmierna wrażliwość, empatyczność. Do tego doszła przez ostatnie 10 lat bardzo intensywna praca - odpowiedzialna i stresująca, często w obecności toksycznych ludzi z którymi miałem i mam styczność. Potem rodzina, wymagająca żona, obowiązki wobec dzieci - częsty ich płacz wieczorem i rano - to nie pomagało. Wieczne oczekiwania wobec mojej osoby, jako od cudotwórcy - wielu ludzi obdarzyło mnie zaufaniem co do mojej profesjonalności, perfekcyjności w tym co robię. Wydaje mi się, że to musiał mieć swoje granice i oto teraz właśnie się tak czuje - jak aktor, który musi grać role normalnego, żeby nie zostać zdemaskowanym. Wojna w głowie trwa, ale ja nie zamierzam się poddawać, bo wiem, że mam potencjał aby móc jeszcze "góry przenosić".... tymczasem na razie szukam pomocy.
napisał/a: Lukasz861 , 2017-10-08 23:02
Witaj, widzę że nie jestem sam z podobnymi problemami. To w gruncie rzeczy jest już jakieś pocieszenie. Czy nadal zmagasz się z tymi natręctwami, czy może jest jakaś poprawa? Jeśli tak, to co okazało się być w twoim przypadku skuteczne? Wiem co czujesz i wiem, że nie łatwo jest w ten sposób funkcjonować. Jedynym pocieszeniem jest to, że jak ktoś już wcześniej napisał - na zewnątrz nie wygląda to tak źle jak jest to w naszych głowach. Drugą sprawą jest to, że człowiek żyje w przekonaniu, że aby być szczęśliwym potrzeba jest wrócić do normalności do tego co było przed - i wtedy masz wrażenie, że masz to na wyciągnięcie ręki - ale w rzeczywistości tak nie jest. Jest tak i w moim przypadku. Mam 31 lat i nigdy bym się nie spodziewał, że będę musiał toczyć wojnę z samym sobą. Od trzech lat zmagam się ze swoją psychiką, odczuwam, że dąży ona do samounicestwienia mojej osoby, robi wszystko na przekór Towarzyszy mi nieustanny lęk i ciągła kotłownia myśli. Prześcigam się w wymyślaniu coraz to nowych toksycznych myśli. To o czym pisałeś mam też w sobie i jeszcze więcej - do tego bardzo niska samoocena. Trzy lata temu byłem w środku innym człowiekiem, wszystko mi się układało, byłem szczęśliwy. Obecnie też mam wszystko co potrzeba do szczęśliwego życia wszelkie dobra materialne na wysokim poziomie, szczęśliwa (na razie) rodzina, dobrze płatna praca itd. Nie mam w sumie powodów aby źle się ze mną działo, ale wiem też, że za chwilę mogę to wszystko utracić. Prowadzę też zespół muzyczny - jestem wokalistą. Podam Wam kilka przykładów najgorszych myśli, które mnie trapią. Kiedy np. śpiewam - blokuje się, mylę tekst, wytracam się z rytmu - nie dlatego, że śpiewać nie potrafię i nie czuje tego. Przeciwnie jestem bardzo dobrym wokalistą, ale moja psychika podpowiada mi aby tak nie było, abym robił właśnie takie rzeczy, działał przeciwko sobie ( to jest okropne - wszystko jest wtedy wymęczone) Kiedyś czułem się wspaniale, śpiewałem z dużą swobodą, luzem, wszyscy podziwiali, świetnie się bawili itd. - to było moje szczęście. Drugi przykład. Na co dzień zarabiam przy wykonywaniu precyzyjnych prac manualnych - wręcz zegarmistrzowskich - tu też problem - psychika podpowiada - rób tak aby ci nie wyszło, abyś nie wykonał powierzonego zadania, a jak ci już wyjdzie to rób to jak najdłużej i przy okazji, aby wszyscy mogli cię skrytykować. I to się właśnie dzieje, brak fachu z przed paru lat. Sprawy związane z problemem wysławiania i świadomego - nieudolnego kontrolowania ruchów własnego ciała też u mnie występują, ale to nie jest najgorsze, w zasadzie można z tym żyć. Jest jeszcze jedna rzecz - najgorsza z wymienionych, pewna myśl - uczucie - dziwna percepcja. To jest to, że zdaje sobie sprawę, że jesteś tu i teraz, ogarnia mnie wtedy dziwne (nieprzyjemne) uczucie, a jak już mam to myśl w głowie to zastanawiam się gdzie jest twoje "JA" (w którym miejscu się znajdujesz). Czy "JA" to twoje ciało, czy jeszcze inny byt. Czuje się wtedy fatalnie, tracę punkt zaczepienia z rzeczywistością, dlatego też mam wrażenie, że tracę też kontakt ze swoim ciałem, a przede wszystkim ze światem rzeczywistym, nie mogę czuć jego częścią i być nim pochłonięty. Normalny człowiek nie zastanawia się nad tym. Normalnie to jedziesz na autopilocie, a wszystko się dzieje automatycznie - wiem jak to jest bo w końcu czułem się tak przez 28 lat. Chciałbym powrócić do stanu przed, a nie analizowania tego czy np. to co powiedziałem wypływa rzeczywiście ode mnie. Bycie normalnym to jest w tej chwili wyznacznik mojego szczęścia. Oczywiście stany te powodują u mnie ciągłe lęki, nerwowość i dokuczliwy brak koncentracji. Próbowałem sobie pomóc - wizyty u różnych psychiatrów - leki antydepresyjne, na schizofrenie, benzodiazepiny i co? Nic, zupełnie nic nie pomogło. Tak naprawdę to nie odczułem żadnej poprawy na podawane leki, no może oprócz lorafenu - jakieś minimalne działanie uspokajające - odniosłem wtedy wrażenie, że jestem jakiś lekooporny, chociaż kuracje był długie - w ostateczności dałem sobie z tym świństwem spokój. Jedynie co może mi na chwile realnie pomóc to najstarszy środek uspokajający - czyli alkohol i oczywiście tylko w dużych ilościach, normalnie jak mało zażyje to czuje się jeszcze gorzej. Rzecz jasna - zdaje se z tego sprawę, że to żadna pomoc i jestem świadomy tego do czego prowadzi (jestem też dzieckiem DDA - rodzina obciążona problemem alkoholowym), ale to co na chwilę poczuje to jakaś pseudo-normalność, mogę spojrzeć na swój problem z innej perspektywy - jestem wtedy świadomy tych problemów, ale czuje się z nimi normalnie - tak jakbym je zaakceptował. Oczywiście nie chcę tego, nie rozumiem też tego jak normalny człowiek może zażywać w ogóle tak ciężki narkotyk jakim jest alkohol, w jakim celu? Myślę, że podłożem moich problemów jest nie tylko DDA, ale też uwarunkowania charakteru - nadmierna wrażliwość, empatyczność. Do tego doszła przez ostatnie 10 lat bardzo intensywna praca - odpowiedzialna i stresująca, często w obecności toksycznych ludzi z którymi miałem i mam styczność. Potem rodzina, wymagająca żona, obowiązki wobec dzieci - częsty ich płacz wieczorem i rano - to nie pomagało. Wieczne oczekiwania wobec mojej osoby, jako od cudotwórcy - wielu ludzi obdarzyło mnie zaufaniem co do mojej profesjonalności, perfekcyjności w tym co robię. Wydaje mi się, że to musiał mieć swoje granice i oto teraz właśnie się tak czuje - jak aktor, który musi grać role normalnego, żeby nie zostać zdemaskowanym. Wojna w głowie trwa, ale ja nie zamierzam się poddawać, bo wiem, że mam potencjał aby móc jeszcze "góry przenosić".... tymczasem na razie szukam pomocy.
napisał/a: Lukasz861 , 2017-10-09 18:59
Witaj, widzę że nie jestem sam z podobnymi problemami. To w gruncie rzeczy jest już jakieś pocieszenie. Czy nadal zmagasz się z tymi natręctwami, czy może jest jakaś poprawa? Jeśli tak, to co okazało się być w twoim przypadku skuteczne? Wiem co czujesz i wiem, że nie łatwo jest w ten sposób funkcjonować. Jedynym pocieszeniem jest to, że jak ktoś już wcześniej napisał - na zewnątrz nie wygląda to tak źle jak jest to w naszych głowach. Drugą sprawą jest to, że człowiek żyje w przekonaniu, że aby być szczęśliwym potrzeba jest wrócić do normalności do tego co było przed - i wtedy masz wrażenie, że masz to na wyciągnięcie ręki - ale w rzeczywistości tak nie jest. Jest tak i w moim przypadku. Mam 31 lat i nigdy bym się nie spodziewał, że będę musiał toczyć wojnę z samym sobą. Od trzech lat zmagam się ze swoją psychiką, odczuwam, że dąży ona do samounicestwienia mojej osoby, robi wszystko na przekór Towarzyszy mi nieustanny lęk i ciągła kotłownia myśli. Prześcigam się w wymyślaniu coraz to nowych toksycznych myśli. To o czym pisałeś mam też w sobie i jeszcze więcej - do tego bardzo niska samoocena. Trzy lata temu byłem w środku innym człowiekiem, wszystko mi się układało, byłem szczęśliwy. Obecnie też mam wszystko co potrzeba do szczęśliwego życia wszelkie dobra materialne na wysokim poziomie, szczęśliwa (na razie) rodzina, dobrze płatna praca itd. Nie mam w sumie powodów aby źle się ze mną działo, ale wiem też, że za chwilę mogę to wszystko utracić. Prowadzę też zespół muzyczny - jestem wokalistą. Podam Wam kilka przykładów najgorszych myśli, które mnie trapią. Kiedy np. śpiewam - blokuje się, mylę tekst, wytracam się z rytmu - nie dlatego, że śpiewać nie potrafię i nie czuje tego. Przeciwnie jestem bardzo dobrym wokalistą, ale moja psychika podpowiada mi aby tak nie było, abym robił właśnie takie rzeczy, działał przeciwko sobie ( to jest okropne - wszystko jest wtedy wymęczone) Kiedyś czułem się wspaniale, śpiewałem z dużą swobodą, luzem, wszyscy podziwiali, świetnie się bawili itd. - to było moje szczęście. Drugi przykład. Na co dzień zarabiam przy wykonywaniu precyzyjnych prac manualnych - wręcz zegarmistrzowskich - tu też problem - psychika podpowiada - rób tak aby ci nie wyszło, abyś nie wykonał powierzonego zadania, a jak ci już wyjdzie to rób to jak najdłużej i przy okazji, aby wszyscy mogli cię skrytykować. I to się właśnie dzieje, brak fachu z przed paru lat. Sprawy związane z problemem wysławiania i świadomego - nieudolnego kontrolowania ruchów własnego ciała też u mnie występują, ale to nie jest najgorsze, w zasadzie można z tym żyć. Jest jeszcze jedna rzecz - najgorsza z wymienionych, pewna myśl - uczucie - dziwna percepcja. To jest to, że zdaje sobie sprawę, że jesteś tu i teraz, ogarnia mnie wtedy dziwne (nieprzyjemne) uczucie, a jak już mam to myśl w głowie to zastanawiam się gdzie jest twoje "JA" (w którym miejscu się znajdujesz). Czy "JA" to twoje ciało, czy jeszcze inny byt. Czuje się wtedy fatalnie, tracę punkt zaczepienia z rzeczywistością, dlatego też mam wrażenie, że tracę też kontakt ze swoim ciałem, a przede wszystkim ze światem rzeczywistym, nie mogę czuć jego częścią i być nim pochłonięty. Normalny człowiek nie zastanawia się nad tym. Normalnie to jedziesz na autopilocie, a wszystko się dzieje automatycznie - wiem jak to jest bo w końcu czułem się tak przez 28 lat. Chciałbym powrócić do stanu przed, a nie analizowania tego czy np. to co powiedziałem wypływa rzeczywiście ode mnie. Bycie normalnym to jest w tej chwili wyznacznik mojego szczęścia. Oczywiście stany te powodują u mnie ciągłe lęki, nerwowość i dokuczliwy brak koncentracji. Próbowałem sobie pomóc - wizyty u różnych psychiatrów - leki antydepresyjne, na schizofrenie, benzodiazepiny i co? Nic, zupełnie nic nie pomogło. Tak naprawdę to nie odczułem żadnej poprawy na podawane leki, no może oprócz lorafenu - jakieś minimalne działanie uspokajające - odniosłem wtedy wrażenie, że jestem jakiś lekooporny, chociaż kuracje był długie - w ostateczności dałem sobie z tym świństwem spokój. Jedynie co może mi na chwile realnie pomóc to najstarszy środek uspokajający - czyli alkohol i oczywiście tylko w dużych ilościach, normalnie jak mało zażyje to czuje się jeszcze gorzej. Rzecz jasna - zdaje se z tego sprawę, że to żadna pomoc i jestem świadomy tego do czego prowadzi (jestem też dzieckiem DDA - rodzina obciążona problemem alkoholowym), ale to co na chwilę poczuje to jakaś pseudo-normalność, mogę spojrzeć na swój problem z innej perspektywy - jestem wtedy świadomy tych problemów, ale czuje się z nimi normalnie - tak jakbym je zaakceptował. Oczywiście nie chcę tego, nie rozumiem też tego jak normalny człowiek może zażywać w ogóle tak ciężki narkotyk jakim jest alkohol, w jakim celu? Myślę, że podłożem moich problemów jest nie tylko DDA, ale też uwarunkowania charakteru - nadmierna wrażliwość, empatyczność. Do tego doszła przez ostatnie 10 lat bardzo intensywna praca - odpowiedzialna i stresująca, często w obecności toksycznych ludzi z którymi miałem i mam styczność. Potem rodzina, wymagająca żona, obowiązki wobec dzieci - częsty ich płacz wieczorem i rano - to nie pomagało. Wieczne oczekiwania wobec mojej osoby, jako od cudotwórcy - wielu ludzi obdarzyło mnie zaufaniem co do mojej profesjonalności, perfekcyjności w tym co robię. Wydaje mi się, że to musiał mieć swoje granice i oto teraz właśnie się tak czuje - jak aktor, który musi grać role normalnego, żeby nie zostać zdemaskowanym. Wojna w głowie trwa, ale ja nie zamierzam się poddawać, bo wiem, że mam potencjał aby móc jeszcze "góry przenosić".... tymczasem na razie szukam pomocy.