POLECAMY

"Przewartościowałam całe swoje życie"

Dzięki swojej determinacji osiągnęła to, co chciała, okazało się jednak, że życie przygotowało dla niej trochę inny scenariusz. O wymarzonej pracy, sukcesie zawodowym i walce z chorobą opowiada 33-letnia Justyna.

Magdalena Burda / 8 miesięcy temu
"Przewartościowałam całe swoje życie" fot. Fotolia

Sukces w stolicy

Pochodzę z małej miejscowości na Mazurach. Tu nie było perspektyw, jedyna praca, na jaką mogłam liczyć, to ekspedientka w pobliskim sklepie albo urzędniczka na poczcie, a ja zawsze miałam większe ambicje  i już od najmłodszych lat obiecywałam sobie, że się stamtąd wyrwę, że coś osiągnę, że będę przyzwoicie zarabiać i pomogę finansowo moim rodzicom. W liceum bardzo przykładałam się do nauki, żeby jak najlepiej zdać maturę i dostać się na wymarzone studia – zarządzanie na SGH w Warszawie. I udało się. Pamiętam ten dzień, kiedy dowiedziałam się, że zostałam przyjęta. Choć były wtedy jeszcze wakacje, ja już chciałam pakować walizkę i biec na pociąg.
 
Do Warszawy przyjechałam jakoś pod koniec sierpnia, na szczęście dostałam miejsce w akademiku, bo na wynajęcie mieszkania ani nawet pokoju nie mogłam sobie pozwolić. Znalazłam sobie dorywczą pracę, żeby utrzymać się w stolicy, bo rodziców nie było stać na to, żeby wesprzeć mnie finansowo. Pracowałam więc jako kelnerka wieczorami i w weekendy, a w dzień – chodziłam na zajęcia. Obiecałam sobie jednak, że na studiach będę najlepsza – chciałam dostać stypendium, a potem pracę w dobrej firmie. Nie było łatwo, często zarywałam noce, mało spałam, ale osiągnęłam, co zamierzyłam – pod koniec studiów dostałam się na staż w dużej korporacji

Polski american dream

Dla mnie było to spełnieniem marzeń. Zaczynałam oczywiście od najniższego stanowiska, nie zarabiałam jeszcze tych oszałamiających pieniędzy, o których marzyłam, ale pracowałam w branży, rozwijałam się, uczyłam nowych rzeczy, no i przede wszystkim miałam już pierwszy ważny punkt do wpisania w CV. Po skończeniu studiów, zaproponowali mi, żebym została w firmie. Zgodziłam się bez wahania.
Powoli pięłam się po szczeblach korporacyjnej kariery, a każdy awans wiązał się nie tylko z lepszą pensją, lecz także w coraz większą liczbą obowiązków. Miałam coraz mniej czasu dla mojego chłopaka, do rodziców jeździłam już tylko na święta. Nadgodziny przestałam nawet liczyć – najpierw od czasu do czasu zdarzało się, że zabierałam pracę do domu, później stało się to właściwie normą. Ale nie przeszkadzało mi to. Najważniejsze, że zrealizowałam to, co sobie założyłam – byłam ledwo po trzydziestce, a miałam już świetne, prestiżowe stanowisko oraz pokaźną pensję, z której mogłam wygodnie żyć i pomagać rodzicom

Pamiętny służbowy wyjazd

To była kolejna delegacja, jakich wiele. Gdy po maratonie spotkań wróciłam padnięta do hotelowego pokoju, pomyślałam, że jedyne, co może mnie zrelaksować, to gorąca kąpiel. Rzeczywiście – gdy wyszłam z wanny pełnej piany, czułam się o niebo lepiej. "Jeszcze tylko masaż olejkiem i będę jak nowo narodzona" – pomyślałam. Gdy nacierałam ciało kosmetykiem, w lewej piersi poczułam dziwne zgrubienie. Trochę się zaniepokoiłam, ale zaraz przypomniało mi się, że zbliża mi się okres, a wtedy piersi zawsze mam twardsze i bolesne. Skończyłam więc wcierać olejek, poszłam spać i zapomniałam o problemie. Przypomniała  sobie o nim kilka miesięcy później. Był październik, wyjątkowo paskudny, siedziałam wieczorem pod kocem i oglądałam telewizję. Akurat mówili o akcji dotyczącej profilaktyki raka piersi. Dotknęłam swojego biustu – zgrubienie nadal tam było, nawet jakby trochę większe. Poczułam, jak oblewa mnie zimny pot. Nazajutrz opowiedziałam o tym, mojej przyjaciółce, a ona zadała mi jedno pytanie: "A kiedy ty byłaś ostatnio u lekarza?". Uświadomiłam sobie, że właściwie to nie pamiętam. Brałam wprawdzie tabletki antykoncepcyjne, ale nigdy nie mogłam znaleźć czasu na wizytę, więc o przepisywanie kolejnych recept prosiłam koleżankę z pracy, której mama byłą ginekologiem. Przyjaciółka wpakowała mnie w samochód i zawiozła do znajomego lekarza.
różowa wstążka - symbol walki z rakiem piersi

Diagnoza i leczenie

Po badaniu USG okazało się, że  nie wydawało mi się, że coś tam rzeczywiście jest. Potem biopsja i diagnoza – rak. Cały mój świat w jednej chwili legł w gruzach. Wszystko to, na co tak długo i ciężko pracowałam, nagle przestało mieć znaczenie. Kompletnie straciłam kontrolę nad swoim życiem, już nic nie zależało ode mnie. Bałam się, że stracę pierś, jednak lekarz powiedział, że na razie zastosujemy leczenie oszczędzające i wytniemy samego guza. Nie było czasu do stracenia, bo nowotwór był już dość pokaźnych rozmiarów. Zdecydowałam się więc na leczenie w prywatnej klinice – na szczęście było mnie na to stać. Wkrótce potem przeszłam operację. Wzięłam się jakoś w garść i wierzyłam, że pozbędę się tego paskudztwa i zapomnę o wszystkim.
 
Niestety kilka miesięcy później ten koszmar powrócił. Podczas jednej z wizyt kontrolnych okazało się, że guz się odnowił. Gdy lekarz powiedział, że tym razem konieczna będzie amputacja piersi i radioterapia, zemdlałam. Byłam pewna, że teraz mój chłopak mnie zostawi – w końcu, który facet chciałby mieć dziewczynę, która nie jest w pełni kobietą. Michał okazał się jednak dla mnie wielkim wsparciem – powiedział, że przejdziemy przez to razem. Oświadczył mi się kilka dni przed drugą operacją i powiedział, że jak tylko z tego wyjdę, weźmiemy ślub. To miała być dla mnie motywacja do walki z chorobą.

Drugie życie

Jestem rok po mastektomii. Na razie wyniki moich badań są dobre, nie ma nawrotu choroby. Szykuję się do operacji rekonstrukcji piersi, a niedługo potem – do ślubu z Michałem. Chcemy też postarać się o dziecko. Co się zmieniło? Właściwie wszystko. Przewartościowałam całe swoje życie. Drugie życie, które dostałam w prezencie od losu. Nie wiem jeszcze, co będę teraz robić zawodowo, ale do korporacji już nigdy nie wrócę. Zresztą moje miejsce dawno zajęła młoda, ambitna i przede wszystkim zdrowa dziewczyna. Mimo że byłam takim świetnym pracownikiem, okazało się, że firma nie może pozwolić sobie na straty z mojego powodu i "nie będzie czekać na mnie w nieskończoność" – jak to powiedziała moja szefowa. Teraz dopiero widzę, że to wszystko nie było warte mojego zdrowia. Jedyną pozytywną rzeczą jest to, że dzięki tej pracy miałam spore oszczędności, które pozwoliły mi zapłacić za leczenie, perukę po radioterapii, rehabilitację, a teraz – za rekonstrukcję piersi, bo ta operacja nie jest refundowana przez państwo. Wiem jednak, że nie ma nic cenniejszego od zdrowia i bliskich osób, które są z tobą niezależnie od tego, czy masz pieniądze i zdrowie czy nie
Z bohaterkami historii rozmawiała Anna Parcheta.
 

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (2)
/7 miesięcy temu
PO RADIOTERAPii nie nosi się peruki - po chemioterapii to i owszem
/8 miesięcy temu
Smutna historia.... :(