POLECAMY

„Myślałam, że jestem w ciąży, okazało się, że mam raka”

O marzeniu o dużej rodzinie i macierzyństwie mimo wszystko opowiada 36-letnia Marta.

„Myślałam, że jestem w ciąży, okazało się, że mam raka”

Szczęśliwa rodzina

Sama wychowałam się w dużej rodzinie. Mam dwie siostry i dwóch braci, a w naszym domu zawsze było pełno ludzi, śmiechu i miłości. Dlatego nie wyobrażałam sobie, że w rodzinie, którą sama założę, mogłoby być inaczej. Mojego męża, Bartka, poznałam na studiach. Pasowaliśmy do siebie jak przysłowiowe dwie połówki pomarańczy – te same zainteresowania i podobne plany na życie – dla nas obojga rodzina była na pierwszym miejscu. Pobraliśmy się rok po studiach i wkrótce potem pojawiło się nasza pierwsza córka – Karolinka.
 
Poszłam na urlop macierzyński, a potem wychowawczy. Myślałam o powrocie do pracy, ale trudno nam było pogodzić pracę z odbieraniem małej ze żłobka czy przedszkola, a na pomoc dziadków nie mogliśmy liczyć, bo mieszkaliśmy dość daleko od naszych rodzin. Postanowiliśmy więc wspólnie, że zostanę w domu i będę zajmować się Karolinką. Gdy nasza córka miała trzy latka, zaszłam w drugą ciążę i urodziłam naszą kolejną córeczkę – Zuzię. Razem z mężem oszaleliśmy ze szczęścia, a dzieci były całym naszym światem. 

Urodzinowe marzenie

Pamiętam, jak w dniu moich 32. urodzin mój mąż życzył mi spełnienia marzeń. Powiedziałam mu wtedy, że jest jedno marzenie, które mamy wspólnie i które chciałabym właśnie teraz spełnić. Bartek od razu wiedział, że chodzi mi o trzecie dziecko. Mój mąż zawsze chciał mieć syna, ja w sumie też byłam ciekawa, jak to będzie wychowywać chłopca, więc pomyślałam: "Teraz albo nigdy. Jestem w końcu jeszcze na tyle młoda, że mogę urodzić kolejne dziecko, a i dziewczynkom będzie raźniej z bratem". Zaczęliśmy więc starać się o trzeciego brzdąca. Jakiś czas później zauważyłam dziwne objawy w swoim cyklu menstruacyjnym. Najpierw miałam bardzo obfity i bolesny okres, później tylko lekkie plamienia, a w którymś z kolei cyklu miesiączka spóźniała się. "Udało się" – pomyślałam.
Byłam pewna, że jestem w ciąży, podpowiadał mi to kobieca intuicja, więc zamiast kupować test ciążowy w aptece, od razu zapisałam się do ginekologa, by potwierdzić tę radosną wiadomość. Lekarz najpierw zrobił ze mną wywiad, potem długo mnie badał na fotelu ginekologicznym, aż w końcu zrobił USG i zamiast oznajmić, że za 9 miesięcy zostanę mamą, dał mi skierowanie do... onkologa. Pamiętam, że półżartem zapytałam, czy to teraz rutynowa procedura przy podejrzeniu ciąży. Doktor spojrzał na mnie poważnie bez cienia uśmiechu i odpowiedział: "Przy podejrzeniu ciąży nie, ale przy podejrzeniu raka szyjki macicy – tak". 
 

Onkologia zamiast porodówki

Nogi się pode mną ugięły. Jak to przy podejrzeniu raka? Przecież miałam być w ciąży i wieczorem pokazać mężowi zdjęcia USG naszego maleństwa. Po kolejnych badaniach okazało się, że bóle brzucha, dziwne krwawienia i zanik miesiączki były spowodowane rosnącym w mojej macicy guzem. Kompletnie się załamałam. Może to zabrzmi dziwnie, ale gorsza od choroby i perspektywy długiego leczenia była chyba świadomość, że być może już nigdy nie będę mogła mieć więcej dzieci. Czułam się winna i choć wydaje się to absurdalne – bałam się reakcji mojego męża na tę wiadomość. Bartek okazał się jednak wspaniałym partnerem. Powiedział, że przecież mamy już dwójkę prześlicznych, wspaniałych córek i że teraz najważniejsze jest moje zdrowie, bo zarówno on, jak i dziewczynki bardzo mnie potrzebują. To dało mi siłę do walki z chorobą, wiedziałam, że mam dla kogo żyć. 
Podczas konsultacji u onkologa, dowiedziałam się, że możemy spróbować leczenia oszczędzającego, czyli wycięcia samego guza oraz później terapii uzupełniającej w postaci naświetlań. Ponieważ mój guz rósł w dużym tempie, lekarz powiedział, że trzeba go wyciąć jak najszybciej, a możliwy termin operacji w państwowym szpitalu był odległy. Nie mieliśmy z mężem tak dużych oszczędności, dlatego postanowiliśmy wziąć kredyt. Nie myśleliśmy wtedy o konsekwencjach tej decyzji.

Życie po raku

Operacja się udała – guz został usunięty, a radiooterapia przynosiła oczekiwane rezultaty. Co było dla mnie najtrudniejsze? Chyba reakcja dzieci i to, jak wytłumaczyć im, co się ze mną dzieje, w taki sposób, żeby ich nie wystraszyć. Serce mi się krajało, kiedy młodsza córka, Zuzia, co chwilę dopytywała, kiedy wrócę do domu i dlaczego obcięłam takie ładne włosy. Włosy wypadły mi po naświetlaniach, a moja blada i zmęczona twarz bez nich wyglądała jeszcze gorzej. Mąż kupił mi perukę, ale ta najtańsza, wykonana ze sztucznych materiałów, działała, jak czapka – skóra głowy pociła się pod nią niemiłosiernie, a ponieważ było lato, nie byłam w stanie wyjść w niej na dwór. Nie przypuszczałam nawet, że peruka z prawdziwych włosów, to aż tak duży wydatek, a mieliśmy przecież jeszcze na głowie spłatę kredytu zaciągniętego na leczenie. Pozostały mi więc kolorowe chustki i kapelusze. 
 
Niedługo minie 3 lata od zakończenia leczenia. Jestem zdrowa, nie ma nawrotu choroby. Cieszę się każdym dniem, a przede wszystkim czasem, który mogę spędzać z moją rodziną. Podczas ostatniej konsultacji, lekarz powiedział, że jest szansa, bym miała jeszcze dziecko. Na razie nie jestem na to gotowa psychicznie, cały czas boję się, że guz może znowu się pojawić, a nie przeżyłabym chyba, gdyby stało się to w czasie ciąży i gdybym musiała wybierać między leczeniem a dzieckiem. Ale za jakiś czas, kto wie? Na razie cieszę się tym, co mam. Wiem też, że gdy moje córki będę prawie dorosłe, będę je pilnować, by chodziły na badania kontrolne i regularnie robiły cytologię. 
 
Z bohaterkami historii rozmawiała Anna Parcheta.
 

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)