POLECAMY

"To miały być wakacje naszego życia"

O tym, jak wakacje, które miały być przygodą życia, zamieniły się w koszmar walki z rakiem opowiada 46-letnia Beata.

Magdalena Burda / 6 miesięcy temu
"To miały być wakacje naszego życia" fot. Fotolia
To miały być wakacje naszego życia. Dzieci odchowane i samodzielne, ja i mąż jeszcze w miarę młodzi – byliśmy przecież dopiero po czterdziestce, no i wreszcie udało się odłożyć trochę pieniędzy na wyjazd. Do tej pory były pilniejsze wydatki. Przy trójce dzieci zawsze trzeba było coś kupić do szkoły, a to nowe ubrania, a to wycieczka szkolna, a to korepetycje, żeby dzieciaki dobrze zdały maturę i dostały się na porządne studia. Z mojej pensji księgowej i renty męża zazwyczaj niewiele zostawało. Ale obiecywaliśmy sobie, że kiedyś sobie odbijemy i wyjedziemy w podróż tylko ja i on jak za czasów, gdy byliśmy narzeczeństwem. I udało się. Mąż kupił wycieczkę do Egiptu. Czekały na nas prawie dwa tygodnie słońca, pięknych plaż, wycieczek po pustyni i tak długo wyczekiwanego odpoczynku.
 
Wakacje udały się nawet lepiej niż planowaliśmy. Na własne oczy zobaczyłam piramidy i jechałam przez pustynię na wielbłądzie. Pewnie większość osób była już w Egipcie kilka razy i coś takiego nie robi na nich wrażenia, ale dla mnie i męża było to naprawdę niesamowite przeżycie, zwłaszcza że do tej pory urlop spędzaliśmy na działce lub na Mazurach u znajomych. Między wycieczkami schodziłam na małą plażę przy hotelowym basenie, żeby zadbać o swoją opaleniznę. "Nie mogę przecież wrócić z Egiptu kompletnie biała. –  myślałam – "Koleżanki w pracy i sąsiadki nigdy nie uwierzyłyby, że byłam na egzotycznych wakacjach". A ponieważ zawsze opalałam się dość słabo i długo musiałam czekać na efekty działania promieni słonecznych, teraz postanowiłam przynajmniej co drugi dzień zrezygnować z kremu z filtrem, a zamiast tego używać różnych przyspieszaczy opalania. Efekt był znakomity – kiedy w drodze powrotnej wsiadaliśmy do samolotu ledwo wyróżniałam się z tłumu Egipcjanek.

Pamiątka z wakacji

Z urlopu, poza piękną opalenizną przywiozłam mnóstwo zdjęć i pamiątek, w tym jedną taką, o której miałam dowiedzieć się dopiero za jakiś czas. Po przyjeździe wróciłam do pracy pełna energii i zapału. Na prawo i lewo opowiadałam o moich wakacjach, pokazywałam zdjęcia, chwaliłam się opalenizną. Podczas jednej z kąpieli zwróciłam uwagę na pieprzyk, który zawsze miałam na ramieniu. Wyglądał jakoś inaczej – był ciemniejszy i jakby większy. Uznałam jednak, że na pewno mi się wydaje. Któregoś wieczora zauważyłam, że ze znamienia sączy się jakiś płyn z krwią. Uznałam jednak, że musiałam się zadrapać albo zbyt mocno wykonywałam peeling. Zakleiłam pieprzyk plastrem i zapomniałam o nim. Około miesiąca później w pracy wypadł mi termin badań okresowych. Lekarz medycyny pracy zrobił ze mną rutynowy wywiad, zmierzył ciśnienie i osłuchał. Zapytał też, co się stało, że mam plaster na ramieniu. Opowiedziałam o znamieniu i pokazałam je lekarzowi. Natychmiast wypisał mi skierowanie do dermatologa.
diagnostyka czerniaka

Diagnoza i leczenie

Dermatolog niemalże od razu skierował mnie na badania, ale właściwie już po obejrzeniu mojego pieprzyka za pomocą dermatoskopu nie miał wątpliwości, że to czerniak. Gdy to usłyszałam, natychmiast stanęły mi przed oczami moje "wakacje życia" i opalanie się nad brzegiem basenu. Tak, tych wakacji na pewno nigdy nie zapomnę. Świat mi się zawalił. "Dlaczego mnie to spotkało? – pytałam wiele razy samą siebie – "Chciałam przecież tylko wyjechać na wakacje i odpocząć w fajnym miejscu. Dlaczego muszę płacić za to taką cenę?". Gdyby nie wsparcie męża i dzieci, chyba nie dałabym sobie rady. Po kolejnych badaniach okazało się, że węzły chłonne leżące najbliżej znamienia są powiększone. Mój onkolog powiedział, że nie można ryzykować i trzeba je wyciąć razem z czerniakiem. Czekała mnie więc operacja, a potem rehabilitacja po wycięciu węzłów chłonnych. O ile sama operacja odbyła się na NFZ, o tyle z rehabilitacją nie było już tak prosto, bo ta refundowana okazała się niewystarczająca. Aby odzyskać pełną sprawność ręki, konieczne były kolejne ćwiczenia, a to kosztowało. Nie mieliśmy aż takich oszczędności. Mąż postanowił, że weźmiemy szybką pożyczkę, żeby sfinansować zabiegi, jednak nasz syn, gdy się o tym dowiedział, kategorycznie zakazał nam tego robić. Powiedział, że odsetki będą takie, że nie wypłacimy się do końca życia. Obdzwonił całą rodzinę i udało się zebrać potrzebną sumę. Gdy pomyślę sobie, że mogliśmy jeszcze wpędzić się przez to w długi... 

Szczęśliwe zakończenie

Niedawno minęło trzy lata od dnia diagnozy. Nie było nawrotu choroby ani przerzutów, a ryzyko, że się pojawią, z każdym miesiącem maleje. Jestem pod stałą kontrolą lekarza, regularnie badam wszystkie znamiona, które mam na ciele, a o opalaniu się całkowicie zapomniałam. Pilnuję też mojego męża i dzieci, by przynajmniej raz w roku pokazali się dermatologowi. Pieniądze pożyczone od rodziny jeszcze oddaję, ale to co innego niż w para banku – odsetki nie rosną, a jeśli mamy gorszy miesiąc, wystarczy, że zadzwonimy i powiemy, że następna rata będzie trochę później. Nie wiem, jak poradziłabym sobie bez wsparcia najbliższych – ani finansowo, ani psychicznie. Co się zmieniło po chorobie? To pewnie zabrzmi banalnie, ale teraz dopiero wiem, że zdrowie jest najważniejsze i staram się korzystać z każdego dnia, który mogę przeżyć.
 
Z bohaterkami historii rozmawiała Anna Parcheta. 
 

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)