POLECAMY

Zabiłam męża

Za zabicie męża, który 13 lat katował rodzinę, Dorota dostała osiem lat więzienia. Straciła wolność i dwóch synów.

Mogła uniknąć tragedii, gdyby policjanci czy pracownicy opieki społecznej powiedzieli jej, gdzie szukać pomocy. Gdyby sąd nie dał jej mężowi jeszcze jednej szansy i nie wypuścił go na wolność. Gdyby…
Cela, hol oddzielony od reszty więzienia dyżurką strażniczki, spacerniak i kuchnia – to od czterech lat cały świat Doroty Kowalczyk, 35-letniej ofiary przemocy domowej, która dopiero tutaj, w Zakładzie Karnym dla Kobiet w Lublińcu, wyszła z cienia – przestała się bać.

Wierzyłam, że go zmienię
O 13 latach swojego małżeństwa Dorota opowiada ze zwieszoną głową, urywanymi zdaniami, nie dbając o chronologię. Broniąc się, jak każda ofiara przemocy, przed dramatycznymi wspomnieniami.
Pierwsza kłótnia? Dorota dokładnie nie pamięta, czy posprzeczała się z Wojtkiem o jego zazdrość, czy o zbyt częste zaglądanie do kieliszka. – Chciałam zerwać zaręczyny, ale on przyszedł z kwiatami i tak długo prosił, aż mu przebaczyłam
– mówi Dorota. Był podchmielony. – To dla odwagi – myślała. Miała 18 lat i wierzyła, że go zmieni, odseparuje od kolegów, po ślubie namówi na przeprowadzkę do innej wsi.
Dorota starała się być dobrą żoną. Dbała, by mąż miał wyprasowane koszule i kanapki, kiedy szedł do pracy w kopalni. A po powrocie gorący obiad podany na czas z uśmiechem. I choć on nie zawsze wracał prosto do domu, ona cierpliwie czekała na niego.

Nie czułam ruchów dziecka
Pierwszy raz uderzył ją rok po ślubie. – Skatował, kiedy byłam w siódmym miesiącu ciąży – wyznaje Dorota. W pijackim szale wykrzyczał jej, że to nie jego dziecko. Bił ją, kopał po głowie, plecach, nogach. Dorota z trudem przeczołgała się z domu do furtki. Poprosiła ludzi o pomoc.

– Nie czuję ruchów dziecka! Boże spraw, żeby przeżyło – myślała, tracąc przytomność. Bóg ją wysłuchał. Jaś urodził się w terminie, śliczny, zdrowy, kochany. Cztery lata później urodził się Tomek.
Mąż bił dalej. Na trzeźwo przepraszał, starał się pomagać w domu, lecz po kilku dniach znów wpadał w ciąg. Znikał bez słowa. A kiedy wracał, czepiał się o wszystko. – Podałam mu obiad, a on zrzucił talerze i sztućce. Krzyczał, że mu nie smakuje, więc powiedziałam, że drugiego obiadu nie dostanie. Uderzył mnie, szarpał – mówi Dorota. Rzucał ją na meble, podłogę i siadał na plecach, kopał, walił jej głową o ściany i futryny, dusił. Groził, że zabije i wyrzucał z domu.

Mamusiu, musimy ciebie mieć
Próbowała podciąć sobie żyły. Mąż zobaczył ją i wyśmiał. – Rzeczywiście jestem głupia, że chcę z nim zostawić dzieci – pomyślała i odłożyła nóż. Chciała się rozwieść. W odpowiedzi usłyszała, że on na rozwód nigdy się nie zgodzi i z domu też się nie wyprowadzi. Była w potrzasku. Straciła wiarę, że ma jakąś szansę na lepsze życie. Skupiła się na synach. Pilnowała, by nie bił ich rózgą, kiedy pijany upierał się, że nie odrobiły lekcji. By nie chodziły po wódkę, kiedy tego żądał. Kombinowała, jak mieć pieniądze na życie. Mąż przepijał każdy zarobiony grosz, czasem rzucił jej na stół 30 zł i kazał za to żyć przez miesiąc. Dorota chodziła do opieki społecznej, najmowała się do sezonowych prac w szklarni i w polu. – Przez trzy lata żyliśmy bez prądu, bo nie miałam pieniędzy na opłacenie rachunków. Wreszcie nie wytrzymałam, wybłagałam w opiece społecznej 300 zł. Poszłam do elektrowni, zapłaciłam dług i uprosiłam urzędników, żeby za darmo podłączyli nam prąd – mówi Dorota. Sama dbała o opał na zimę, naprawę dachu, płotu, telewizora. Sama malowała mieszkanie, pożyczała od nauczycielek na wycieczki dla synów. – Chciałam, żeby Jasio i Tomek nie czuli się gorsi od kolegów. Zobaczyli trochę lepszego świata – opowiada Dorota. – Kiedyś w nocy płakałam cicho w kuchni, żeby już to wszystko się skończyło, żebym zamknęła oczy i już ich nie otworzyła. Nagle usłyszałam szloch chłopców. Przebudzili się, usłyszeli mnie i rozpłakali: „Mamusiu, nie mów takich bzdur, my musimy ciebie mieć”. Oni mnie trzymali przy życiu.
Dorota była mistrzynią kamuflażu. Zaczesywała długie, piękne włosy, aby nie było widać śladów uderzeń. Zakładała bluzki z długimi rękawami i udawała przed rodziną i znajomymi, że wszystko jest w porządku. W ostateczności wzywała policję. W 1998 roku Prokuratura Rejonowa w Częstochowie wystąpiła do sądu z aktem oskarżenia przeciwko mężowi Doroty za fizyczne i moralne znęcanie się nad nią. Sąd Rejonowy uznał go za winnego i... wypuścił do domu. – Bo dostał jeszcze jedną szansę, żeby się poprawić – mówi Dorota.

Gdybym tylko mogła cofnąć czas
Tej daty – siódmego grudnia 2001 roku – Dorota nigdy nie zapomni. Mąż dowiedział się, że byli u nich robotnicy poprawić studnię. Wściekł się, bo na pewno go z nimi zdradziła. Dopadł Dorotę w kuchni, chwycił za gardło i zaczął dusić. – Nie mogłam złapać tchu. Nauczyłam się już, żeby stać blisko drzwi i kiedy trzeba szybko uciekać. Chciałam chwycić za klamkę, ale byłam za daleko, ręką wyczułam tylko nóż – Dorota odwraca twarz w kierunku krat. – Nie pamiętam, co się potem stało… Trzymałam nóż i myślałam, że on śpi. Przyjechało pogotowie, powiedzieli, że nie żyje. A ja na to, niemożliwe, ratujcie go!
Dostała osiem lat więzienia. Weszła do celi i wbiła się w ścianę, jak dawniej, w domu, kiedy wystraszona obserwowała męża. Dziewczyny poczęstowały ją papierosem. – Masz, zapal, tu nikt ci już krzywdy nie zrobi – powiedziały. Synami Doroty teraz zajmuje rodzina męża. – Widziałam chłopców tylko raz. Byli inni, pełni pretensji, boję się, że ich stracę
– płacze matka.
– Dorota przyszła do nas zahukana, zdominowana przez męża. Teraz działa. Stara się o wcześniejsze zwolnienie – mówi Jolanta Fidlak, kierownik ds. penitencjarnych Zakładu Karnego w Lublińcu.
Dopiero w więzieniu Dorota dowiedziała się o Centrum Praw Kobiet i Niebieskiej Linii dla ofiar przemocy. Otrzymała pomoc psychologiczną. Marzy o wolności, pracy, chce wynająć mieszkanie, które dzieliłaby z synami – dziś 12-letnim Tomkiem i 16-letnim Jasiem. – Gdybym mogła cofnąć czas… – płacze. – Nie dopuściłabym do tego. Nie dałam mężowi życia, nie powinnam go odbierać… Mogłam szukać pomocy u innych, ale byłam bezwolna. Gdybym tylko mogła cofnąć czas...

Gdzie znaleźć skuteczną pomoc?
Ogólnopolskie Pogotowie dla Ofiar Przemocy w Rodzinie Niebieska Linia działa od 1995 roku. Co roku kompleksowo pomaga kilkunastu tysiącom osób. Oferuje pomoc prawną (przy pisaniu pozwów, w kontaktach z policją, prokuraturą, sądem), psychologiczną, a także socjalną. Interweniuje w sytuacjach kryzysowych. Wszechstronnie przeszkoleni pracownicy dyżurują pod ogólnopolskim numerem telefonu 0 801 120 002 (połączenie płatne tylko za pierwszy impuls) od poniedziałku do soboty w godzinach 10–22,zaś w niedziele i święta od 10 do 16. Najczęściej dzwonią ofiary (kobiety, osoby starsze, dzieci) lub świadkowie. Sporadycznie sprawcy przemocy chcący zmienić swoje postępowanie.
NIKT NIE ZOSTAJE ZOSTAWIONY BEZ POMOCY.
O poradę możesz też zwrócić się drogą listowną (ul. Szczotkarska 48a, 01-382 Warszawa) lub e-mailową (pogotowie@niebieskalinia.pl).

Anna Grzelczak
(Imiona i nazwiska bohaterów reportażu zostały zmienione).

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (3)
/4 lata temu
To niesprawiedliwe nierozumiem dlaczego poszla Do wiezienia No dzialala w obronie wlasnej ale Tak u nas jest maz,czy facet moze lac tluc bic pic i nic sie nie stalo ale Jak zleje kobiete to napewno jej wina i nikt nic nie robi nie pierwszy przypadek
/5 lat temu
O JEDNEGO BYDLAKA MNIEJ
/11 lat temu
czy prawdziwi mężczyźni wyginęli z dinozaurami? kobiety przejmują obowiązki na siebie, ale często to za dużo na jednego człowieka. Dorota już poniosła karę.teraz powinna dostać szansę na ratowanie i utrzymanie rodziny.