Ślub, do którego nie doszło

Przeglądając fora internetowe, nierzadko trafia się na ogłoszenia typu: „odstąpię salę weselną”, „wolny termin ślubu”, „wolna orkiestra – chcę odzyskać zaliczkę”. Dlaczego tak wiele par rozstaje się przed ślubem? Co sprawia, że osoby, które jednego dnia planują wspólną przyszłość, drugiego nie mogą na siebie patrzeć? Poznajcie historie Patrycji, Laury, Przemka i Wiolety.

Przeglądając fora internetowe, nierzadko trafia się na ogłoszenia typu: „odstąpię salę weselną”, „wolny termin ślubu”, „wolna orkiestra – chcę odzyskać zaliczkę”. Dlaczego tak wiele par rozstaje się przed ślubem? Co sprawia, że osoby, które jednego dnia planują wspólną przyszłość, drugiego nie mogą na siebie patrzeć? Poznajcie historie Patrycji, Laury, Przemka i Wiolety.

Ślub, do którego nie doszło

Fot. Depositphotos

Jedni przekładają ślub z przyczyn losowych, inni rezygnują z niego z powodów finansowych, jeszcze inni definitywnie kończą związki, dochodząc do wniosku, że dalsze życie we dwoje nie ma sensu. W każdym przypadku „rezygnacja ze ślubu” pociąga za sobą konsekwencje emocjonalne (rozczarowanie, poczucie krzywdy, żal i złość), rodzinne (kłótnie, pretensje, pouczanie) i finansowe (utrata zaliczek za salę weselną, orkiestrę, fotografa, catering, itp.). Jednak wszyscy jednym głosem wtórują: „Lepiej rozstać się przed ślubem, niż po nim”.

Porzucający a porzucony

Każdy przed ślubem ma pewne obawy. Im bliżej daty ślubu, tym częściej myśli się konsekwencjach własnego wyboru. Nasuwają się pytania: czy to właściwa osoba na całe życie, co będzie za kilka lat? Do tego dochodzi napięcie i stres przy organizacji ślubu i wesela oraz uczucie obowiązku, by wszystkich zadowolić.

Małżeństwo to ryzyko. Niektórzy nie nie czują, że warto zaryzykować. Najgorzej czuje się osoba porzucana. Ta, która inicjuje rozstanie, może psychicznie przygotować się do zmiany i w pewnym sensie zaakceptować zaistniałą sytuację.

Z badań wynika, że częściej ze ślubu rezygnują kobiety. Najczęściej robią to na kilka miesięcy przed ślubem. Rozstanie to racjonalny efekt przemyśleń nad wątpliwościami, które dotykały je już wcześniej. Panowie odchodzą najczęściej na miesiąc przed, a nawet na kilka dni przed ślubem. Działają bardziej impulsywnie.

Ślub, do którego nie doszło

Fot. Depositphotos

Najczęstsze przyczyny rozstań przed ślubem:

  • obawy prze konsekwencjami własnego wyboru

Wioleta
Z moim byłym narzeczonym poznaliśmy się w liceum. Różniliśmy się od siebie, ale właśnie te różnice przyciągały nas do siebie. To był „człowiek – imprezka”, wesoły, zawsze otoczony grupką znajomych, ja raczej byłam outsiderką, spokojną, dobrą uczennicą. To była pierwsza, wielka, namiętna miłość. Po skończeniu szkoły, wyjechaliśmy razem do Anglii. Tam razem zamieszkaliśmy, podjęliśmy pracę. Po jakimś czasie się zaręczyliśmy i zaplanowaliśmy ślub w Polsce. Po trzech latach związku, dopadł nas potworny kryzys. Kłóciliśmy się o obowiązki domowe, gospodarowanie pieniędzmi i jego imprezowanie. Punktem zapalnym był moment, kiedy przyłapałam go na braniu narkotyków. Wiedziałam, że z kolegami „popala trawkę”, ale nie miałam pojęcia, że sięgnął też po amfetaminę. Czułam, że mnie okłamuje. Powtarzał, że to był jeden, jedyny raz, szedł w zaparte, że nie jest uzależniony. Jednak jego zachowanie, wygląd i wieczny brak pieniędzy zdradzały niestety co innego. W grudniu wróciłam do rodziców do Polski, na pół roku przed ślubem. On został w Anglii. Czułam rozgoryczenie, żal. Kochałam go, ale wiedziałam, że z tego związku, małżeństwa nie będzie. On starał się walczyć o mnie, przesyłał kwiaty, pisał piękne listy. Miałam nawet moment zwątpienia, kiedy myślałam, że może warto wrócić i próbować to „reanimować” . Ale w rezultacie, nie podjęłam ryzyka. Wkrótce kogoś poznałam, zauroczyłam się. On też zaczął spotykać się z inną kobietą. Dziś wiem, że to była dobra decyzja.

  • niedojrzałość i obawa przed utratą wolności

Patrycja
Mój narzeczony zostawił mnie na miesiąc przed ślubem. Byłam zdruzgotana, bo nic nie zapowiadało jego odejścia. Kochałam go i sądziłam, że kocha mnie tak samo (o ile nie mocniej, bo był bardzo wylewny w okazywaniu uczuć). To on nalegał na ślub i wspólne zamieszkanie. Oświadczył mi się po pół roku znajomości. Można powiedzieć, że mieliśmy wszystko: pracę, mieszkanie, wielkie wsparcie rodziców, którzy cieszyli się naszym szczęściem i byli wielkim wsparciem. Wszystko było opłacone i dopięte na ostatni guzik. Goście zaproszeni, suknia odebrana, formalności załatwione, podróż poślubna zarezerwowana, nawet alkohol kupiony. Problemy zaczęły się, kiedy zaczęliśmy remont mieszkania. Chcieliśmy wprowadzić się od razu po ślubie, dlatego tempo przygotowań było ogromne. Praca na różne zmiany, organizacja wesela, a po potem jeszcze remontowanie mieszkania i sprzątanie do późna. Zmęczenie i brak czasu dla siebie spowodowały, że zaczęliśmy się trochę kłócić. Nie spodziewałam się jednak, że go to przerośnie i będzie miało wpływ na jego decyzję o rozstaniu. Po jednej z kłótni powiedział mi, że ma dość, nasz związek nie ma sensu, bo nie potrafimy się dogadać w drobnych sprawach, a co dopiero będzie przy poważniejszych problemach. Tego samego wieczoru, ostentacyjnie pojechał do moich rodziców i powiedział im, że „żadnego ślubu nie będzie”. Byłam taka wściekła, że kazałam mu się wynosić (choć w duchu myślałam, że jak emocje opadną, wróci do mnie skruszony). Nie wrócił. Przyjechali za to jego rodzice, by odzyskać włożone w wesele pieniądze. Chciałam się pogodzić, rozmawiać, proponowałam przełożenie terminu ślubu na później, by dać sobie jeszcze czas, nie robić nic pochopnie, w emocjach. Przecież wciąż się kochaliśmy (przynajmniej ja tak myślałam). Ale on nie walczył, chciał definitywnie zerwać. Nie odbierał ode mnie telefonów. Nie zrobił też nic, aby odwołać wesele. Sama musiałam zadzwonić do gości i powiedzieć, że ślubu nie będzie, zrezygnować z sali, orkiestry, fotografa, powiadomić księdza. Kiedy pytali, co się stało, nie wiedziałam, co im powiedzieć. No bo co, że facet, który jeszcze tydzień wcześniej nosił mnie na rękach, spał ze mną w jednym łóżku i marzył o dziecku, które będzie miało moje moje oczy – teraz stchórzył, odkochał się, uciekł? To było najbardziej upokarzające doświadczenie w moim życiu, czułam się porzucona bez słowa wyjaśnienia. Dziś nie żałuję. Jakoś się pozbierałam, choć z nikim na stałe już się nie związałam. Bardzo bym chciała się zakochać, ale trudno o wartościowego faceta „nie z odzysku”. Z tego co wiem, to mój ex narzeczony ma nową dziewczynę. Chwali się z nią zdjęciami na facebooku, tak jak kiedyś mną. Jeszcze mu nie wybaczyłam i nie zapomniałam doznanej krzywdy. Mam nadzieję, że to jednak tylko kwestia czasu.

  • różnice światopoglądowe

Przemek
Z Kasią spotykaliśmy się 10 lat. Była ode mnie sporo młodsza, więc czekałem z oświadczynami, do momentu, kiedy skończy studia, podejmie pracę i będzie pewna swojej decyzji. Oświadczyny przyjęła z radością. Kiedy zaczęliśmy przygotowania do ślubu, po czasie przyznała mi się, że nie chce ślubu kościelnego. Przerażała ją przysięga przed Bogiem, nie wierzyła w coś „na zawsze, do grobowej deski”. Ja jestem osobą wierzącą, pochodzę z praktykującej rodziny. Oboje przez 10 lat akceptowaliśmy swoje odmienne spojrzenia na kwestię wiary i nikt nikogo nie naciskał do zmiany myślenia. Kiedy wcześniej rozmawialiśmy o ślubie, Kasia zapewniała że chciałaby mieć ślub kościelny. Może nie ze względu na wartości etyczne i moralne, a na samą ceremonię: białą suknię, uroczystą przysięgę, marsz Mendelsona. Po 10 latach stwierdziła, że „nie chce być cyniczna” i nie będzie przed nikim udawać. We wszystko wtrąciła się moja rodzina, która stwierdziła, że ślub cywilny to tylko papier, kontrakt i że nie pogodzą się z tym, że będziemy żyć w związku niesakramentalnym, nie będę przyjmować Komunii, będę żyć w grzechu itp. Już od jakiegoś czasu nie podobało im się też jej zachowanie. Od wielu lat była na moim utrzymaniu, opłacałem jej studia, rachunki, kupowałem ubrania, wyjazdy zagraniczne, itp. Ja nie miałem z tym problemu, ale moi rodzice uważali, że nie zależy jej na mnie, tylko na moich pieniądzach. Gdyby było inaczej, to z szacunku do mnie, wzięłaby ślub kościelny. Zaczęliśmy się kłócić, Kasia wyjechała do innego miasta i tam się zatrudniła. Wkrótce podjęła decyzję o rozstaniu. Nie chciałem się z tym pogodzić, była częścią mnie, bardzo ją kochałem. Potem dowiedziałem się, że poznała innego chłopaka i dopiero wtedy przestałem walczyć o to uczucie i powoli układać sobie życie bez niej. Dopiero na dwa miesiące przed datą ślubu, ostatecznie odwołałem termin u księdza i zrezygnowałem z sali, fotografa i kamerzysty.

  • presja rodziny i problemy finansowe

Laura
To była pierwsza poważna, aczkolwiek licealna miłość. Przeżyliśmy wspólnie różne piękne, ale i te bardzo trudne chwile. Myślałam, że skoro już tyle nas spotkało i sobie z tym wspólnie poradziliśmy, to już nic nas nie złamie. Po 6 latach on się oświadczył, zaczęły się przygotowania do naszego wymarzonego, małego ślubu. Niestety, z mojej strony nie ma rodziców, kogoś kto by nas wsparł mentalnie i finansowo, więc miało być skromnie. Mieliśmy plany i własne wyobrażenia, które mocno nie zgadzały się z wyobrażeniami rodziców mojego przyszłego męża. Dodatkowo z czasem żądali pokrycia połowy kosztów, mimo iż od wielu lat byłam zdana tylko na siebie i nie stać mnie było na wesele za 28 tys. złotych. Mało tego, chcieli bym wzięła kredyt, jeśli mnie na to nie stać! Kłótnie, nieścisłości, zapraszanie gości tylko dla zasady „by się pokazać” itp. Zupełne nieporozumienie. Mój narzeczony, jedynak, oczko w głowie, bał się przeciwstawić rodzicom, którzy strasznie nim manipulowani. Chciał zadowolić wszystkich, co się oczywiście nie udało. Po 5 miesiącach strasznej nerwówki i wylanych łez, odwołałam ślub. Byłam wykończona psychicznie i fizycznie. Nigdy więcej niedojrzałych mężczyzn, którzy nie umieją walczyć o swoje! Człowiek uczy się na błędach, tylko szkoda, że na swoich.

Małżeństwo to decyzja na całe życie. Trzeba podejmować ją z rozwagą, by nie skrzywdzić ani drugiej osoby ani siebie. Jeśli targają nami wątpliwości, warto poczekać ze ślubem, niż żałować swojej decyzji albo się rozwodzić.

Redakcja poleca

REKLAMA