Bryan Adams wystąpił w Rybniku

Czapki z głów. Przed polską publicznością wystąpił artysta prawdziwy, artysta światowy, artysta w najpełniejszym sensie tego słowa. Niech pochylą głowy pseudo gwiazdki, gwiazdorzy, sztucznie kreujący swój wizerunek oparty na efektach specjalnych czy wielokrotnych zmianach strojów. Tutaj było kilku mężczyzn w jeasnach i czarnych t-shirtach. Panie i Panowie. W Rybniku koncert na światowym poziomie dał z zespołem Bryan Adams.
/ 15.06.2011 07:07

Czapki z głów. Przed polską publicznością wystąpił artysta prawdziwy, artysta światowy, artysta w najpełniejszym sensie tego słowa. Niech pochylą głowy pseudo gwiazdki, gwiazdorzy, sztucznie kreujący swój wizerunek oparty na efektach specjalnych czy wielokrotnych zmianach strojów. Tutaj było kilku mężczyzn w jeasnach i czarnych t-shirtach. Panie i Panowie. W Rybniku koncert na światowym poziomie dał z zespołem Bryan Adams.

Szacuje się, że w ciągu swojej kariery Adams sprzedał 65 milionów płyt i wylansował kilkadziesiąt światowych hitów. Jest jedną z gwiazd, której piosenki od dziesięcioleci śpiewa cały świat. A Adams lubi dziękować światu za to uznanie, bo też artysta jest niemalże bezustannie w trasie. A fani przychodzą słuchać jego piosenek, które towarzyszą im niekiedy przez całe życie.
Tych fanów w Rybniku było podobno kilkanaście tysięcy. Gołym okiem widać było, że stadion byłby w stanie pomieścić znacznie więcej. Cóż, być może zaważyła nietypowa lokalizacja, być może dość słaba promocja i fatalny dzień. Kto organizuje koncert w poniedziałek? Ale ci którzy zdecydowali się przyjechać, bardzo szybko wiedzieli, że zrobili dobrze. Bo Bryan i jego orkiestra porwali tłum. Od pierwszych taktów.

Zaczęli od „House Arrest”, mocnej, energicznej piosenki. Już w jej takty, większość osób siedzących na trybunach zbiegła na płytę. Ludzie tańczyli dookoła, śpiewali, klaskali już pod koniec pierwszego numeru. Zaraz po jego zakończeniu, bez jednej, najmniejszej przerwy posypały się kolejne hity mistrza. „Somebody”, "Here I am”, „Can’t stop this things we started”. Publiczność szalała, śpiewając ze swoim idolem. Adams nie przestawał zadziwiać kondycją, bo też serwował nam kolejne numery bez wytchnienia. Było „Summer of ‘69”, „18 ‘till I die” czy też nieśmiertelny, jeden z największych hitów muzyka „(Everything I Do) I Do It For You". Grał, grał i grał. Przerwał dopiero po 15 piosenkach, kiedy na scenę zaprosił Paulinę z Warszawy, z którą – przyznać trzeba, że dość dobrze – odśpiewał wspólnie „When you’re gone”. Paulina pewnie nie może jeszcze wyjść z szoku. Dziękujemy, że umiesz śpiewać i nie przyniosłaś nam wstydu.

Nie zabrakło przyjaciół Bryana, od dziesięcioleci grających z nim na koncertach. Był wspaniały mistrz gitary Keith Scott. Był Mickey Currey na perkusji. Widać było doskonale, że perfekcja tego koncertu jest rezultatem ich talentu, ale też wieloletniej współpracy i doskonałej znajomości. To idealne brzmienie nie mogłoby być bardziej idealne. Już na sam koniec, kiedy pożegnaliśmy zespół, Bryan zagrał bisy sam – wyposażony jedynie w gitarę klasyczną i harmonijkę. Tak usłyszeliśmy „Run to you” czy chociażby „Straight from the heart” Adams pokazał, że oprawa jest ważna, ale prawdziwy muzyk potrafi porwać tłum minimalnymi środkami. Przy tych piosenkach można było bardzo łatwo zapomnieć, że droga na koncert trwała niejednokrotnie kilka dobrych godzin i że lada moment przyjdzie nam pokonać ją po raz kolejny. Nie miało znaczenia, że do pracy przyjdziemy absolutnie niewyspani, a cały następny dzień upłynie od kawy do kawy. Przez te dwie godziny liczyła się muzyka. Wspaniała muzyka rockowa i popowa. Było niepowtarzalnie, magicznie, wspaniale. Adams z łatwością udowodnił, że niewielu jest mu równych. Wielkie podziękowania za to, że w końcu po 11 latach zdecydował się przyjechać do nas po raz kolejny. Obiecał, że następnym razem przyjedzie szybciej. Trzymamy za słowo Panie Adams. Wierni fani czekają. Tłumnie.

Fot. bryanadams.com

Redakcja poleca

REKLAMA