Poruszający wywiad z Joanną Bator

Joanna Bator fot. Viva!
O życiu w Japonii, nieudanym związku i nagrodzie Nike
/ 18.12.2013 22:43
Joanna Bator fot. Viva!
Feministka z doktoratem. Atrakcyjna kobieta o duszy samotnicy. Wychowała się w Wałbrzychu. To miasto powraca we wszystkich jej książkach. Spędziła cztery lata w Japonii. Tam zaczęła pisać. Jej książka z 2004 roku – o fenomenie Japonii – „Japoński wachlarz” wywołała duże zainteresowanie w Polsce. Powieść „Piaskowa Góra” z 2009 roku przyniosła międzynarodowy sukces. Bator pisze mroczne, dramatyczne historie. Sama walczy z depresyjnymi nastrojami.

– Jak to jest dostać Nike? Wcześniej Różewicz, Miłosz, teraz Bator?
Z ulubionych jeszcze Myśliwski i Tokarczuk. Na szczęście dość mocno stoję na ziemi, sukces nie przewróci mi w głowie. Za to silnie odczuwam, że moje życie zostało wprawione w stan zamieszania. Bardzo cenię harmonię. A teraz mam chaos i zgiełk.

– A jakaś radość?
Oczywiście. Moment wręczenia nagrody to piękna chwila. Weszłam na scenę i odebrałam najważniejszą polską nagrodę literacką. Potem postawiłam ją sobie na nowym stole. Ale wytrwała tam dwa dni i powędrowała na półkę z trofeami.

– Ho, ho!
Bardziej niż Nike poruszona jestem nabyciem nowego stołu do pracy. Nim się teraz nieustannie chwalę, bo to jest pierwszy mebel w życiu, który pragnęłam mieć. Absolutnie przepiękny. Ma blat z surowego, popękanego dębu, nogi ze szlachetnej stali. Chodziłam za nim miesiącami. Usiadłam przy tym stole i okazało się, że teraz chcę mieć dom. I to mną dopiero wstrząsnęło! Od ponad 20 lat jestem w podróży, chęć posiadania domu to dla mnie nowa rzeczywistość. Dotknęłam innej siebie. 

– Zamarzyłaś o domu i od razu Michnik wręcza Ci 100 tysięcy nagrody?
Minus podatek. Za tę sumę mogłabym kupić sobie najwyżej kawalerkę na Piaskowej Górze. Jeśli chodzi o dom, to jak zwykle mierzę siły na zamiary. Zastanawiam się, czy kupić, czy wybudować. Wiem też dokładnie, jak powinien wyglądać. Duże otwarte przestrzenie. Okna od sufitu do podłogi. Wpuścić światło. Zrobić Japonię.

– Jak Japonia pojawiła się w Twoim życiu?
W sposób, w jaki pojawiają się najważniejsze rzeczy – przypadkowy. Po doktoracie wyjechałam na stypendium do Nowego Jorku, gdzie poczułam, że kariera naukowa nie jest moim powołaniem. Snułam się po mieście i kupowałam obsesyjnie książki na temat feminizmu, kobiecości, melancholii. Moja koleżanka z PAN-u przysłała mi formularz – propozycję stypendium w Japonii. To był błysk. Miałam jedną noc, aby znaleźć w Japonii profesora, który zgodzi się mnie przyjąć. Miałam wielkie szczęście, udało się. Później przekonałam się, że to było straszne faux pas. W Japonii spraw nie załatwia się tak bezpośrednio, bez formalnej rekomendacji. Cud, że trafiłam na tak otwartego Japończyka. Do rana napisałam projekt związany z feminizmem japońskim. Po kilku tygodniach przyszła informacja, że mam dwuletni kontrakt na japońskiej uczelni. 

– Szczęściara.
Japonia radykalnie zmieniła moje życie. Bez Japonii nie zostałabym pisarką. Trzeba było takiego oddalenia, ogromnego dystansu. Zostałam wrzucona w język, którego w ogóle nie rozumiałam. Żyłam w jakiejś bańce, w doskonałym buddyjskim odosobnieniu. Pozwoliłam życiu po prostu płynąć. Do tej pory za tym tęsknię. Kupowałam sobie bento – lunch w pudełku. W środku posiłek jak dzieło sztuki. Jadłam go na ławce na placu zabaw i patrzyłam na identycznie ubrane mamy, na dzieci jak z kreskówki. Na placu stał ogromy T. rex z pleksiglasu. Z głośników grała słodka muzyczka. Mówiłam sobie: „Jestem na obcej pięknej planecie. Dzięki ci, bogini!”.

– Nie czułaś się samotna?
Nie jestem nadmiernie towarzyska. Nie lubię ludzi w grupach. Znoszę ich pojedynczo, dwójkami. Ale nigdy przedtem nie byłam aż tak sama, bo z nadopiekuńczego domu rodzinnego wylądowałam we Wrocławiu właściwie prosto w ramionach troskliwego mężczyzny, który kocha mnie z zadziwiającym uporem. Dopiero w Japonii samotność była idealna, izolacja niemal całkowita, zwłaszcza przez pierwsze trzy miesiące.

– W sumie spędziłaś w Japonii cztery lata. To wyzwanie dla Twojego związku?
Nie było mnie w sumie w Polsce przez osiem lat. Mój towarzysz życia, z którym jesteśmy od 22 lat, zawsze mnie odwiedza, staramy się jak najdłużej być razem. Pracuje na uczelni, może względnie dysponować czasem, w Japonii był ze mną przez prawie połowę z tych czterech lat. To była wspólna przygoda. Najdłużej nie widzieliśmy się przez siedem miesięcy, kiedy mieszkałam w Nowym Jorku.

– Jesteście małżeństwem?
Tak, ale o Krzysiu mówię „towarzysz życia”, bo mąż kojarzy mi się z czymś klaustrofobicznym, dusznym, przymusowo monogamicznym. Krzyś jest absolutnie cudownym towarzyszem. Nasz związek jest niekonwencjonalny. To związek na dwa samochody, metaforycznie, bo poruszamy się na rowerach. Jedzie się w tym samym kierunku, spotyka po drodze, kocha, je, opowiada, co widziało, kogo spotkało. A potem każde wsiada do swojego auta i jedzie dalej. 

– Małżeństwo w przelocie?
Mieszkanie warszawskie jest wspólne, wspólny będzie dom. Wakacje spędzamy zawsze razem. Jest taka wyspa na Morzu Śródziemnym, na którą latamy. Najpierw były to dwa, trzy tygodnie. Potem miesiąc. A w tym roku już sześć tygodni. Kocham tamten pejzaż. Wioskę odciętą od świata i mały domek z wielkimi oknami.

– Poznaliście się we Wrocławiu?
Tak, studiowałam tam kulturoznawstwo. Krzyś był młodym wykładowcą.

– Podrywał Cię?
Chyba ja go podrywałam. Lubię podrywać. Zauważyłam go już na egzaminach wstępnych, pamiętam, miał za dużą białą koszulę.

– Pierwsza miłość? 
Zawsze byłam kochliwa. Nie w sensie kolejnych wielkich miłości, tylko drobniejszych fascynacji. Krótko, mocno, wielki ogień, wielkie słowa, a potem łapię się za głowę: „Co ja narobiłam?!”. Krzyś to mój jedyny poważny związek. Jedyny człowiek, z którym zbudowałam coś na kształt domu. Jestem mu ogromnie wdzięczna za to, że nigdy nie próbował mnie zatrzymać. Gdy kupiliśmy pierwsze mieszkanie we Wrocławiu, po roku powiedziałam: „Wyjeżdżam do Warszawy na studia doktoranckie”. Ciocię w Warszawie też postawiłam przed faktem dokonanym. Powiedziałam: „Teraz będę z tobą mieszkać, ciociu”. „Spoko”, powiedziała. „Siadaj i zjedz zupkę”.

– Krzyś też „spoko”?
Zawsze mnie wspierał. Nie spotkałam w życiu wielu mężczyzn, którzy dotrzymaliby mi kroku. Którzy umieliby towarzyszyć mi we wszystkim. On potrafi. Umiem zmienić koło, więc nie mogłabym żyć z kimś, kto patrzy na przyciski pralki, jakby miał rozszczepić atom, a nie uprać sobie majtki. Nie znoszę towarzystwa mężczyzn, którzy potrzebują pełnej obsługi.

– Odbierając Nike, powiedziałaś, że nie jest łatwo żyć z pisarką.
Jestem nieobliczalna. Poruszam się w cyklofrenicznym rytmie – góra, dół. Gdy nachodzi mnie melancholia, życie staje się naprawdę czarne. Nie śpię, łażę smętnie po nocy. Potem wpadam w szał, planuję zaraz, natychmiast wyjazd na Sri Lankę i robię wystawną kolację na 10 dań. Po czym przez dwa miesiące nie chce mi się usmażyć nawet ryżu z jajkiem. 

– Niezła huśtawka. 
Ale pocieszam się, że jest parę powodów, dla których życie ze mną może być przyjemne. Potrafię cieszyć się drobiazgami. Dobrą kawą. Zrobiłam ostatnio masło orzechowe z nerkowców i konfiturę z pomarańczy i imbiru – zapach, że można oszaleć. Mamy też frajdę ze wspólnych podróży. Nie tylko tych na drugi koniec świata. Ale na przykład do Sulejówka. Jedziemy pociągiem, mamy kanapki i termos. Na miejscu odwiedzamy cukiernię „Jagódka”, która wygląda jak przeniesiona z innej epoki, a ciastko kosztuje tam złoty pięćdziesiąt. 

– A co mąż na Twoje marzenie o domu?
Krzyś cieszy się, że mam nowy plan. Czasem próbuje ściągnąć mnie na ziemię. „A czy ty zdajesz sobie sprawę, że będziesz musiała odśnieżać chodnik?”, pyta. Na co ja mówię, że jakoś to będzie. On myśli racjonalnie o ogrzewaniu, a ja szukam firmy, która sprowadza do Polski japońskie maty tatami.

– Dom kojarzy się z gniazdem, a w gnieździe…
Składa się jaja?

– Rozumiem, że ta sfera Ciebie nie dotyczy?
Długo myślałam – do 35. roku życia – że jestem kobietą, która w pewnym momencie będzie chciała mieć dziecko. Przyjdzie taki moment, że powiem: „Chcę i już! Teraz!”. Znam z opowieści, że potrafi to być tak obezwładniające pragnienie, że nieważne, czy jest właściwy mężczyzna, dom, pieniądze. Czekałam, aż to przyjdzie. Rozpoznałabym, bo wiem, co znaczy pragnąć czegoś.

– Przyszło, ale nie było Cię w domu?
Najbliżej chęci posiadania dziecka byłam w Nowym Jorku, gdy nie wiedziałam, co zrobić ze swoim życiem. Ale pragnienie nie przyszło. Nie chcę dzieci, jednak wszystkie babskie atawizmy mam na miejscu. Nadal mnie ekscytuje, jak dziewuszkę, kiedy mężczyzna na etapie pierwszej fascynacji mówi: „Ach, mieć z tobą dziecko!”. Opowiedziałam to przyjaciółce: „Bożena, przecież za rok, dwa, gdy ktoś tak powie, to stanie się żenujące”. A ona na to: „Nie chcę cię martwić, Joasiu, ale oni wkrótce przestaną to mówić”. 

– Czekasz na to?
A skąd. To będzie wejście w wiek średni. Na szczęście urodziłam tyle dzieci w swoich książkach.

– „Ciemno, prawie noc” kończy się tak, że bohaterka bierze dziewczynkę z domu dziecka.
Nigdy o tym nie myślałam. Chociaż nie, nie jestem do końca szczera. Czasem myślę, że może czas odwdzięczyć się losowi za tyle dobrych rzeczy. Może właśnie zaopiekować się kimś? Mówili mi panowie z jury Nike, że chcieliby poznać dalsze losy Alicji i tej dziewczynki. Ale, niestety, na dziś chyba tylko tyle potrafiłam zrobić dla tego dziecka. Uratować je, dalej niech sobie gówniarz sam radzi. 

– Związki rodzinne są straszne w Twoich powieściach. 
Bardziej rozumiem Elfriede Jelinek niż Małgorzatę Kalicińską. Rodzina nie jest moim naturalnym środowiskiem. Nie odnajduję się w przymusowych relacjach krwi. Moje życie od początku kształtowały przyjaźnie i miłości. Bardzo kocham swoją siostrę, Magdalenę, młodszą o dziewięć lat. Jest niesamowitą dziewczyną. Przewrotnie spełniła wałbrzyski sen o szczęściu. Mieszka w Niemczech, wyszła za Niemca, ale jest nauczycielką niemieckiego w niemieckiej szkole. Półtora roku temu urodziła córeczkę Amalię. Blondyneczkę z wielkimi, niebieskimi oczami. Myślę, że jak już będę miała dom i Amalia urośnie, będzie mogła do mnie przyjeżdżać. Opowiem jej o Japonii. Taka rodzinna się robię, widzisz.

– Odkładałem „Ciemno...”, nie mogłem czytać. Gwałty na dzieciach to za dużo dla mnie.
Mam w sobie mroczną siostrę bliźniaczkę. To ona przynosi mi te rzeczy z ciemności. Kiedy się budzi, wiem, że rzuci mi krwawy ochłap i powie: „Rób z tym, siostro, co chcesz”. Nigdy nie planuję, co będę pisać. Gdy moja mroczna siostra się pojawia, wiem, że opowieść jest gotowa, siadam wtedy do komputera. Przyszedł taki moment w życiu, że uświadomiłam sobie, jak strasznie dużo zła jest wokół. I pojawiło się podejrzenie paskudne, czy ono przypadkiem nie zwycięża. Kolejne nagłówki, kolejne zgwałcone dziecko, kolejna zgwałcona kobieta. To mi przynosi mroczna bliźniaczka i nie mogę inaczej, chociaż takie pisanie boli. Okropna jest ta mroczna siostra, nawet „przepraszam” nie powie.

– Mam dylemat: czy pisząc kolejną straszną historię, czynisz dobro?
Chcę zrozumieć zło. To pierwszy niezbędny krok, żeby zmienić świat. Nie umiem dać innej odpowiedzi – piszę, żeby zrozumieć.

– To samo mówi bohaterka Twojej ostatniej książki.
Alicja jest moim oczywistym alter ego.

– Nazywa się Tabor – to anagram Twojego nazwiska: Bator.
Znasz anegdotę? Napisałam „Piaskową Górę” i zaniosłam do wydawnictwa pod pseudonimem Joanna Maria Tabor. Wiedziałam, że zaczyna się nowa historia w moim życiu. Chciałam przywitać ją w masce. Uwielbiam przebieranki, maskarady. Niebywale podniecała mnie myśl, że oto stwarzam nową postać. Układałam sobie w głowie jej całą historię. Wymyślałam fryzury. Niestety, szefowa wydawnictwa powiedziała:
„Nie”. Tabor to jedno z pierwszych słów mojego dziecięcego słownika. Mama mówiła mi o taborach cygańskich, które wydawały mi się czymś cudownym. Babcia groziła: „Przyjdą Cyganie i cię ukradną!”. Jak ja czekałam, żeby ruszyć z taborem w świat!

– Człowiek się rodzi z taką potrzebą podróżowania? 
Wielu raczej pragnie bezpieczeństwa. Pierwsza tęsknota, którą ja pamiętam, to potrzeba podróży, ruchu, zmiany. Przez pierwsze sześć lat życia wychowywałam się w domu babci. Rodzice zabierali mnie na niedzielę, przychodzili prawie codziennie. Ale byłam bardzo samotnym dzieckiem. Pamiętam wysokie pokoje w starej poniemieckiej kamienicy w Wałbrzychu. Chowałam się w szafie. Nie wolno było mi wychodzić na podwórko, bawić się z innymi dziećmi. Rodzice byli młodzi, bali się o mnie, chronili, jak umieli. Sami nie znali bezpiecznych domów. Do dziś tęsknię za tamtymi dziećmi z podwórka. Brudne, wolne dzieciaki! Wymyśliłam sobie wtedy siostrę Helgę, z nią się bawiłam. W dodatku rodzice zawsze mieli przekonanie, że jestem wyjątkowa. Wiesz, jak ciężko żyć z przekonaniem, że jesteś wyjątkowy? Mówili: „Zawsze sobie poradzisz, jesteś wspaniała, wyjątkowa!”.

– To chyba dobrze?
W żadną stronę nie wolno przegiąć. Nauka przychodziła mi z łatwością, ale nie czułam się wyjątkowa. Żyłam pod presją tego przekonania o wyjątkowości i pewności, że sobie poradzę. Musiałam ukryć całą miękkość, słabość, do dziś tak mam. Nie umiem nawet porządnie się popłakać, kiedy coś stracę. Do 35. roku życia nie wiedziałam, do czego się nadaję, co potrafię. Dopiero gdy zaczęłam pisać, odnalazłam swoje miejsce w życiu. 

– Długi okres larwalny. 
Strasznie długi. Może u mnie wszystko przychodzi później? Po czterdziestce w ogóle nie siwieję. Mam wszystkie zęby.

– Wałbrzych jest ważnym bohaterem Twoich powieści. Jak go pamiętasz?
Dzieciństwo zlało mi się z tym, co o nim napisałam. Sama już nie wiem, czy mieszkanie babci było takie, jak pamiętam, czy pamiętam to, co wymyśliłam. Wyraźniej widzę czasy liceum. Większość czasu spędzałam na wagarach. Czytałam książki w dziwnych miejscach: na cmentarzu lub dachu mojego domu. Od szóstego roku mieszkałam na Piaskowej Górze. Blokowisko. Mieszkaliśmy w koszmarnym dziewięciobramowym i dziesięciopiętrowym budynku. U góry biegł taras i długi korytarz, z którego na ten taras się wychodziło. Tam było wszystko – narkomania, prostytucja. Z tarasu można było wyjść na dach. Siedziałyśmy tam z dziewczynami pod niebem. Gadały. Pamiętam ciuchy, pierwsze świadome kształtowanie siebie, szukanie stylu. Farbowanie na czarno. Szaliki z bandaży, kiecki z pieluszek. Po drugiej stronie ojcowskich krawatów była metka ze złotą nitką. Wypruwałyśmy tę nitkę i ozdabiałyśmy nasze radosne wytwory. Pamiętam pierwsze lektury: Witkacy, Gombrowicz, Cortazar, Márquez. Zostawiły niezatarty ślad. Wtedy pierwszy raz poczułam, że literatura może zmienić świat. Pamiętam pierwsze wina, pierwsze wódki.

– Wracasz do Wałbrzycha?
Bardzo rzadko. Wystarcza mi ten z moich książek.

– Nie odwiedzasz rodziców?
Wolę się z nimi spotkać poza Wałbrzychem. W zeszłym roku urządziłam przedświąteczne spotkanie w Polanicy. Miło to wspominam. Przyjechała Magdalena z malutką córeczką. Tylko pejzaż mnie dobił. Niecki otoczone górami, dramatycznie przewalające się chmury, klaustrofobia. Wróciłam do Warszawy i nagle poczułam, że lubię to miasto, płaskie jak stół, że jest już moje.

– Przyznałaś kiedyś, że masz w rodzinie tradycję ginięcia z własnej ręki.
To temat tabu. Śmierć, z którą trudno się uporać bliskim. Parę lat temu mój kolega się zabił. Udawano, że umarł zwyczajnie. Chciałabym, żeby był rytuał dla samobójców. Żeby ci, co zostają, umieli uszanować taki wybór. Myśl o samobójstwie zawsze wydawała mi się kojąca. Dobrze, że jest to ostateczne wyjście.

– Masz takie pragnienia?
Wiesz, czego się najbardziej boję? Unieruchomienia. Jest coś takiego, jak syndrom zamknięcia w ciele. To się zdarza nagle, bez zapowiedzi. Nie dostajesz przedtem ani gorączki, ani wysypki. Wysiada ci wszystko oprócz mózgu. Niekiedy nawet powieki masz sparaliżowane. To jest dla mnie najstraszniejsza myśl. Nie ból, nie cierpienie. Unieruchomienie. Wtedy tylko cyjanek albo lot z wysoka. Ale ktoś musiałby pomóc.

– Masz wyobraźnię. Spać nie będę mógł.
Sama nie mogłam. Znalazłam tekst na ten temat w angielskiej gazecie. Moją sekretną obsesją są brytyjskie tabloidy. 

– A więc tym zajmują się wieczorami pisarki, zwyciężczynie Nike?
Na szczęście nie tylko. Ale mam kolegę pisarza, z którym możemy rozprawiać godzinami o Violetcie Villas albo Michaelu Jacksonie i stanie jego zwłok.

– Podobno przebierasz się do pisania?
Ma być pięknie. We wszystkim. Treść i forma muszą pasować. Jak dekadencki romans bez przyszłości, to przedwiośnie w sopockim hotelu Grand. Jak pisać, to w yukacie. To lekkie bawełniane kimono w klasyczny biało-granatowy wzór. Zimą wkładam haori – wdzianko na kimono do połowy uda. Szyte z jedwabiu albo wełny. Piękne. Siadam do stołu, na którym jest tylko laptop i dzbanek japońskiej herbaty z plantacji koło Kagoshimy. Wtedy jestem kimś innym – medium, przez które płyną opowieści.

Rozmawiał: Roman Praszyński
zdjecia: Mateusz Stankiewicz/Af Photo
Stylizacja: Jola Czaja
Asystent stylisty: Marek Przesmycki
Makijaz: Wilson/Warsaw Creatiwes
Fryzury: Piotr Wasiński/Van Dorsen Talents
Scenografia: Marek Piotrowski
Produkcja sesji: Piotr Wojtasik

Redakcja poleca

REKLAMA