szukaj

Zbigniew i Tytus Hołdys - Chcemy być sobą

Liliana Śnieg-Czaplewska / Viva!

Dwa pokolenia, dwóch zakręconych facetów. Po raz pierwszy opowiadają, jak naprawdę wygląda rockandrollowe wychowanie: jak się żyje u boku sławnego ojca i jak znaleźć sposób na zadziornego syna.

Zbigniew – multiinstrumentalista życiowy. Najbardziej znany z roli rockmana, lidera legendarnego Perfectu. Do wszystkiego doszedł sam, nawet matury nie potrzebował. Umiejętność samorealizacji wyniesionej na wyżyny przekazał synowi. Tytus okazał się nieodrodnym synem ojca: rozwija swoje wszechstronne zainteresowania z rozmachem. Na dodatek ma siłę woli. Właśnie na sałacie, grillu i siłowni zrzucił 12 kilogramów. Jest jeszcze mama Bogumiła, zwana Gusią, o której Zbigniew mówi: „Piękna, kochana, wesoła, fajna”. A Tytus, że nie wyobraża sobie bez niej życia.

Zbigniew Hołdys:
Skonfliktowany szukałem swojego miejsca w życiu.

– Najpierw muszę wiedzieć, z kim mam do czynienia. Byłeś, jesteś autorem kilkunastu przebojów Perfectu, gitarzystą, wokalistą, flecistą, kompozytorem, tekściarzem, wydawcą „Ultra Szmaty”, menedżerem, szefem pisma „Non Stop”, prezenterem MTV. W którym z tych wcieleń czujesz się najlepiej?
Zbigniew Hołdys:
Każde miało sens w tamtej chwili, na tamtym etapie życia. Jestem też autorem sztuk teatralnych, scenariuszy filmowych, autorem plakatu do „Kilera” Machulskiego.
 
– Byłeś biznesmenem, miałeś sklep muzyczny, ale nie wyszło…
Zbigniew Hołdys:
Żaden biznes by nie wyszedł, gdy z dnia na dzień podnosi się czynsz trzy razy, co mnie się zdarzyło. Sklep z gitarami to niełatwy interes. Bank i tak się fajnie zachował, bo dał mi kilka miesięcy na likwidację. Dzięki temu napisaliśmy w Internecie: „Przegraliśmy batalię z ekonomią światową, robimy wyprzedaż”. Ludzie przyszli, dostawali na pamiątkę pocztówkę, fotografowali.    

– A teraz jesteś jeszcze publicystą komentującym rzeczywistość.
Zbigniew Hołdys:
Jestem w mediach często, jeszcze częściej odmawiam. Zapraszają mnie pewnie dlatego, że nigdzie nie przynależę. Jako wolny elektron mogę mówić, co chcę, ale chodzę tylko do programów na żywo. Tematy społeczne? Tak. Ale najbardziej zależy mi, żeby w polityce nie było kłamstwa, a politycy się nie migali. To samo było z muzyką. Śpiewałem tylko o tym, co mnie naprawdę poruszało.

– Podobno piszesz nowele do szuflady. To dobre miejsce na twórczość?
Zbigniew Hołdys:
Są różne szkoły... Niektóre opowiadania wrzuciłem do Internetu. Tytus też je czytał. Rzecz polega na tym, że trzeba podjąć decyzję, kim się jest. Jak pisarzem, to pewnie powinienem je dać wydawcy, ale ja piszę, bo chcę, bo to projekcja mojej głowy. Jest jednak coś, co straciłem. To bajki, które wymyślałem przez dwa lata, usypiając 5–6-letniego Tytusa. Musiałem kłaść się koło niego, bo wołał: „Ojciec, do łóżka marsz”.

– Opowiedz choć jedną.  
Zbigniew Hołdys:
Niebezpieczne, mroczne kartony żyjące w krainie bardzo złych cieni łapały ludzi i więziły w obrazach z ramami. Dobry był tylko pająk krzyżak, który potrafił ich uwalniać z ram i kartonów. O to szła walka. W powietrzu fruwały rekiny i ośmiornice, i wszystkie inne stwory... Do dziś żałuję, że ich nie spisywałem. Miały moc usypiania Tytusa już po kilku minutach. Jedna bajka na każdy dzień roku. Teraz nic nie odtworzę. Leży się koło dzieciaka, czuje jego zapach, słyszy: „No i co, i co”. Niepowtarzalny impuls.

Porozmawiajmy o gwiazdach - forum >>

1 2 3 4 5 5


oceń artykuł ocena głosów (9)