szukaj

Spowiedź Toli Szlagowskiej

Sylwia Borowska / Viva
Tola Szlagowska
fot. AKPA

Tola Szlagowska na pokazie Toni&Guy


– I co na to wtedy Twoi rodzice?
Tola Szlagowska:
Mówili, że nie zdaję sobie sprawy z tego, ile będzie mnie to kosztować. Że będę musiała udowodnić, że jestem naprawdę dobra. Że będę dwa tygodnie przygotowywać się do tego, aby wyjść na scenę na dwie godziny. Że nie będę na nic miała czasu. Mama tłumaczyła mi, że w tym biznesie nie wystarczy śpiewać, trzeba jeszcze dobrze wyglądać i umieć poruszać się na scenie. Ostrzegali mnie, że spotkam się z falą krytyki.

– Ale nie zabronili?
Tola Szlagowska:
Nigdy mi niczego nie zabraniali, prędzej tłumaczyli. Nie dotykaj kuchenki, bo możesz oparzyć się i będzie bolało… Uważam, że fajnie mnie wychowali. Od małego rozmawiali ze mną jak z dorosłym. Nie było tematów tabu. Przełomowym momentem była podróż do Stanów. Miałam wtedy dziesięć lat. Kiedy dojechaliśmy na Florydę, zobaczyliśmy ogłoszenie o obozie dla tancerek i cheerleaderek. Ponieważ miałam odjazd na tym punkcie, mama zapisała mnie i codziennie tam ze mną jeździła. Bo nie chciałam mieszkać na campusie. Od małego bałam się sama gdzieś zostawać. Myślałam, że rodzice po mnie nie wrócą. Więc któregoś dnia nauczycielka z tego obozu podeszła do mojej mamy z pytaniem, czy ona trenuje mnie na lidera, bo mam potencjał i powinnam iść do jakieś agencji artystycznej. Mama zdziwiła się, jak to możliwe wytrenować kogoś na lidera? Taka jestem od urodzenia. Ale po tej rozmowie otworzyła się jej jakaś klapka. Zaczęła mnie uważniej słuchać. Na koniec obozu zorganizowano koncert, który tata nagrywał na wideo. W pewnej chwili podszedł do niego jakiś facet: „To twoja córka? Jest niesamowita!”. To dało rodzicom do myślenia. W Polsce nikt nic specjalnego we mnie nie widział.

– Dlatego myślisz teraz o wyjeździe do Stanów?
Tola Szlagowska:
Jeśli nie spróbuję, nie daruję sobie. Podoba mi się, że tam wszystko jest na wyciągnięcie ręki, że każdy dostaje szansę i że jest duża konkurencja, co podgrzewa mnie dodatkowo. Bo jak coś robić, to na sto procent. Ostatnią płytę miksowałam w Los Angeles i wróciłam stamtąd niesamowicie naładowana. W sierpniu zaczynam naukę w muzycznej High School. Będę tam trzy lata, a potem zdam maturę. Pojadę z tatą, bo nie chcę mieszkać w internacie. Przy okazji mam zamiar nagrywać coś i chodzić na koncerty. Rodzice teraz bardzo mnie wspierają. Kiedy odbyła się rodzinna narada, kto ma tam ze mną pojechać, mama wzruszyła mnie. Chciała zrezygnować z pracy. „Zaryzykuję. Jestem ci potrzebna, jak gdybym miała ci oddać swoją nerkę”, mówiła. Przecież może okazać się, że po roku na przykład wrócimy z niczym.

– Masz starszego brata. Jakie są relacje między Wami?
Tola Szlagowska:
Jest między nami różnica ośmiu lat, dlatego im jesteśmy starsi, tym lepiej się rozumiemy. Janek gra na perkusji. Miał już kilka punkowych zespołów. Studiował prawo, był prezenterem w telewizji muzycznej. Szczerze mówiąc, gubię się w jego pomysłach na życie. Nigdy nie mówił o mnie: „Moja kochana siostrzyczka”. Jak przedstawiał mnie kolejnej dziewczynie, byłam złośliwa: „Długo z tobą nie wytrzyma, najwyżej dwa tygodnie”. Robił sobie jaja z mojego śpiewania, ale w końcu to on przyszedł do mnie i dziś gra w Blogu 27. Dopiero teraz czuję, że jest fajnie mieć starszego brata. On jest moim największym przyjacielem.

1 2 3 4 4


oceń artykuł ocena głosów (38)

W numerze

Viva! Kino

Kochanie, chyba cię zabiłem