szukaj

Anna Maria Wesołowska

Edipresse Polska S.A.

Nie bała się sądzić najgroźniejszych bandytów w Polsce, skazała „Popelinę” i przestępców z tak zwanej łódzkiej ośmiornicy. Przestraszyła się dopiero wtedy, gdy zaczęła prowadzić swój program w TVN. I wcale nie gangsterów.

Mówią o Pani „Pola Raksa polskiego sądownictwa”. Lubi Pani to określenie?
Tak, jest bardzo miłe. Moja mama chrzestna porównywała mnie do Poli Raksy, gdy miałam lat 15. Powiem jednak pani szczerze, że nie mam kompletnie czasu, aby analizować, co o mnie mówią. Skupiam się na pracy, by niczego nie zaniedbać w rzeczywistym sądzie, ale również aby program telewizyjny był dobry merytorycznie.

– Ale nie ukrywa Pani, że grywała w filmach.
W czasie szkolnego castingu wybrano mnie do zagrania epizodu w filmie Anette Olsen „Agnieszka”, w trakcie zdjęć rolę rozbudowano. Pojawiały się nowe propozycje, ale szkoda mi było na nie czasu, nie wiązałam swoich planów z aktorstwem. Wybrałam prawo, zafascynowana pewną łódzką sędzią, chciałam być taka jak ona. To był poryw serca nastolatki, ale jestem wdzięczna losowi.

– Od lat pracuje Pani w sądzie w Łodzi. Mocna pozycja, głośne sprawy: skazała Pani „Popelinę”, gang łódzkiej ośmiornicy, jest Pani ekspertem od przestępczości zorganizowanej. Skąd pomysł, by wziąć udział w telewizyjnym show?
Cztery lata wcześniej zwróciłam się do telewizji publicznej z projektem programu z sali rozpraw, który mógłby być wykorzystany na lekcjach wychowawczych w szkołach. Zrealizowano świetny film dokumentalny z rozprawy, podczas której sądziłam 17-latka za handel narkotykami. Został skazany na karę pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem jej wykonania. Miał chodzić po łódzkich liceach i opowiadać o   miesiącach spędzonych w areszcie i szkodliwości narkotyków. Nakręcono jeden odcinek, potem wszystko ucichło. Gdy rok temu zwrócono się do mnie z propozycją poprowadzenia „sądowego show” dla TVN, ucieszyłam się, że powstanie tego typu program. Odmówiłam jednak udziału w nim z uwagi na brak czasu. Obiecałam natomiast producentowi, że znajdę kogoś na moje miejsce. Szukałam parę miesięcy, bezskutecznie, bo sędziowie bardzo niechętnie decydują się na pracę z mediami. Zorganizowano więc castingi, ale z kolei stacja nie mogła się na nikogo zdecydować. Powrócono więc do rozmów ze mną.

– Przyjmując propozycję udziału w tym programie, nie bała się Pani? Świetny sędzia w świecie show-biznesu. Brzmi groteskowo.
Być może, ale dowiedziałam się, że wierzy we mnie dyrektor programowy TVN Edward Miszczak. Uwierzyłam, że komuś, kto zrealizował program „Cela”, zależy na tym, aby dać ludziom coś więcej niż zabawę. Nie zawiodłam się. Zanim jednak podjęłam decyzję, miałam za sobą wiele nieprzespanych nocy. Rozumiałam, że program jest potrzebny, ale jednocześnie czułam, że skomplikuje moje życie. Wiedziałam, że godząc się na udział w nim, mogę stracić wiele z tego, co do tej pory osiągnęłam.

{mospagebreak}
– Ale jednak podjęła Pani ryzyko?
Tak, bo wierzyłam w misję tego programu, jego siłę edukacyjną. Po pierwszym odcinku przyszło załamanie. Był taki moment, że nawet nie miałam odwagi wejść do budynku sądu. Myślałam: co powiedzą koledzy? To był ogromny stres. Czułam, że mój udział w tym programie nie jest akceptowany przez część środowiska.

– Było Pani przykro?
Tak, bo miałam i mam dobre intencje. Większość osób była jednak życzliwa. Pamiętam każdy SMS podtrzymujący mnie wówczas na duchu. Dzisiaj wiem, że jeżeli jesteśmy przekonani o słuszności swoich przedsięwzięć, krytyka, a czasami „krytykanctwo” nie powinny boleć. Na szczęście to czas miniony. Dzisiaj cieszę się, że pracuję ze wspaniałą ekipą, że każdemu zależy, aby jak najwięcej rzeczy ważnych przekazać w przystępny sposób. Wszyscy cieszymy się z dobrego odbioru programu.

– Jaki był najtrudniejszy proces w Pani życiu?
Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Dla mnie szczególnie ważne są sprawy dotykające młodych ludzi. Nastolatek, który kradnie tylko po to, aby jego ojciec, rozwiedziony z matką, zwrócił na niego uwagę. Banalna sprawa, a jakże trudna do oceny. Przesłuchania maltretowanych dzieci. To zostaje w pamięci na zawsze.

– Miała Pani tremę przed nagraniem pierwszego programu?
Kamery zupełnie mi nie przeszkadzają. Oczywiście pojawia się element stresu, ale to dotyczy na przykład tego, czy w ciągu kilku minut przekażę dokładnie to, co dla sprawy jest najważniejsze. Albo czy powstrzymam emocje, gdy jakiś świadek zachowuje się bardzo niegrzecznie, bo tak wynika ze scenariusza. Na rzeczywistej sali sądowej takich zachowań nie toleruję.

– Powiedziała Pani w jednym z wywiadów: „Moja rodzina jest już bardzo zmęczona moją pracą”...
(Głębokie westchnienie). Tak, jesteśmy bardzo zmęczeni, bo od marca prowadzę zwariowane życie.

– Słyszałam, że codziennie wstaje Pani o 5.30. Sztucznie przedłuża Pani dobę, czy rzeczywiście nie potrzebuje Pani tak dużo snu?
Codziennie wstaję bardzo wcześnie. Dzisiaj chciałam przeczytać scenariusze do programu, to wstałam o piątej. Od kilku miesięcy wszystko robię w biegu. Niełatwo jest pogodzić pracę w sądzie z nagraniami. Na szczęście miałam niewykorzystany urlop. Teraz poświęciłam go na pracę w programie.

– Ale umówmy się, to wszystko na własne życzenie.
Dokładnie tak, dlatego nie narzekam. Bo zawsze mogłam powiedzieć „nie”.

– Organizm nie protestuje?
O dziwo nie. Okazuje się, że jak człowiek ma mniej czasu, to więcej potrafi zrobić. Jeszcze nie rozgryzłam, jak to się dzieje (śmiech).

– Mówi Pani: „na wszystko brakuje mi czasu”, a wygląda Pani jak z żurnala. To kiedy ma Pani czas na fryzjera, kosmetyczkę, manikiur? Z tego, co wiem, kosmetyczki jeszcze nie przyjmują o czwartej rano...
Na kosmetyczkę w zasadzie nie mam czasu. Przed nagraniami Asia – specjalistka od makijażu – w ciągu godziny potrafi zdziałać cuda.

– Pani nigdy nie marnuje czasu?
Od zawsze robię kilka rzeczy równolegle. Gdy przed laty uczyłam się do egzaminów, cała rodzina miała ciepłe swetry na zimę, bo ucząc się, dziergałam na drutach. Nie umiem oglądać telewizji i nic nie robić. Muszę w tym czasie ćwiczyć, czytać, pisać. Cokolwiek. Mam w sobie zakodowaną informację, że robienie tylko jednej rzeczy to marnowanie czasu.

– Na jakim polu Pani odpuszcza? Przecież nie można być jednocześnie perfekcyjną sędzią, mamą, żoną, panią domu?
Problem polega na tym, że staram się nie odpuszczać na żadnym polu, ale zdaję sobie sprawę, że to nie jest rozsądne. Są chwile, kiedy należy dokonać wyboru i z czegoś zrezygnować. Kiedyś byłam kilka lat na urlopie wychowawczym, bo nie umiałam pogodzić pracy z wychowaniem dwójki dzieci. Moja decyzja była ryzykowna, ale ją podjęłam. Wiedziałam, że dzieci mnie potrzebują. Szczególnie, że córki cierpiały na alergie, ciągle jeździłam na badania i zabiegi.

– Ale Pani córki są już dorosłe: młodsza jest licealistką, starsza na III roku prawa.
Tak, ale do dziś lubią czuć moją obecność, gdy robią coś ważnego. Starsza córka jest teraz we Francji, na stypendium w ramach programu Sokrates. Studiowała też równolegle romanistykę. Przyznam, że po cichutku marzyłam, że zostanie na tym kierunku, że prawo będzie na drugim miejscu, bo „wrażliwcom” ciężko dzisiaj odnaleźć się w tym prawniczym wyścigu szczurów. Chciałam, żeby było jej w życiu łatwiej, ale nie ingeruję w wybory. Młodsza... obawiam się, że też pójdzie na prawo. Do dziś zdarza nam się wspólnie czytać wieczorami. Słucham na przykład wypracowania młodszej córki albo odpytuję z prawa cywilnego starszą nawet wtedy, gdy jestem bardzo zmęczona. A gdy przysypiam, od razu mnie karcą: „Mamo, tylko nie zamykaj oczu!”

– Mówi Pani o córkach z taką miłością...
Cieszę się, że dzieci wciąż mnie potrzebują. Z drugiej strony dręczą mnie wyrzuty sumienia, że czasu dla nich mam wciąż za mało. Dlatego staram się z pewnych rzeczy nie rezygnować. Niezmiennie o 17. siadamy do wspólnego obiadu. To jest absolutna świętość.

– Kto robi te obiady?
Gdy jestem w Łodzi, to oczywiście ja. Wchodzę do domu i jeszcze w płaszczu wstawiam ziemniaki (śmiech). Teraz sporo moich obowiązków przejął mąż. Zakupy robi znacznie szybciej niż ja i, co ważne, kupuje tylko rzeczy potrzebne.

– Mąż nie jest zazdrosny o Pani „warszawskie życie”? Atrakcyjna kobieta, nowe środowisko...
I tu muszę panią rozczarować. Sędzia jest poza wszelkim podejrzeniem. A tak poważnie, mamy do siebie z mężem zaufanie. Poza tym mężczyźni się mnie boją. Przed kilkunastu laty byłam z malutką córką na wczasach. Na wieczorku tanecznym pojawił się przystojny lekarz, który podobał się wszystkim koleżankom. Ale to mnie poprosił do tańca. Gdy dowiedział się, że jestem sędzią, przeprosił i zostawił mnie na środku parkietu. I tak jest do dzisiaj (śmiech). Mąż nie musi się więc niczego obawiać.

– Mąż jest prawnikiem?
Nie, inżynierem.

– Dobrze Pani z tym perfekcjonizmem?
Różnie. Rodzina się śmieje, że zawsze jak wchodzę do domu, muszę natychmiast umyć podłogę w kuchni, i to nie żadnym mopem, tylko na kolanach, bo porządniej. Akceptują jednak te drobne „szaleństwa”. Może dlatego, że z drugiej strony nie jestem drobiazgowa, nie przywiązuję wagi do rzeczy nieistotnych. Na wiele spraw potrafię przymknąć oko i dzięki temu żyje mi się lepiej, pogodniej.

– Ma Pani na koncie tyle trudnych procesów, a nigdy nie zgodziła się Pani na wzięcie ochrony. Dlaczego?
Nie czuję takiej potrzeby. Staram się wykonywać swoją pracę z najwyższą starannością. Zdarza się, że po wysokim wyroku dostaję list od skazanego, który tłumaczy mi motywy swojego postępowania, przeprasza, chociaż wcześniej utrzymywał, że jest niewinny. Jeśli dobrze uzasadniamy swoje decyzje i jesteśmy pewni ich słuszności, to nie powinniśmy się niczego obawiać.

Rozmawiała Monika Stukonis
Zdjęcia FIlip Miller
Stylizacja Wojciech Paweł Warzecha
Makijaż Izabela Wójcik
Fryzury Łukasz Pycior
Produkcja sesji Ewa Kwiatkowska



oceń artykuł ocena głosów (36)

W numerze

Viva! Kino

Kochanie, chyba cię zabiłem