szukaj

Roman Młodkowski

Edipresse Polska S.A.

Najbardziej znany dziennikarz ekonomiczny w 2006 roku zgarnął trzy nagrody: Kisiela, Dariusza Fikusa i Grand Press. Dotąd nie udzielał wywiadów, nie mówił o życiu prywatnym. Nic dziwnego, że na rozmowę z VIVĄ! przyszedł stremowany. A był przygotowany jak prymus. Autor programu „Firma” zdradził między innymi, że jego rodzinna firma splajtowała.

Coś mi się tu nie zgadza! Przekonuje nas Pan w programie „Firma”, żeby zakładać własne firmy, a sam Pan przed laty „splajtował”?


To była połowa lat 90. Pracowałem wtedy jako dziennikarz RMF-u, a mój ojciec prowadził w Krakowie sklep papierniczy. Tata pracował wtedy jeszcze na uniwersytecie. Zatrudniliśmy pracowników, ale musieliśmy się z nimi, niestety, rozstać, bo nas zawiedli. Ojciec to wszystko ciężko odchorował. Więc przerwałem pracę w radiu i przez pół roku robiłem wszystko sam. To były fajne czasy! Kiedyś coś kupiła Wisława Szymborska, raz zajrzał Czesław Miłosz, raz Jerzy Maksymiuk. Niestety, w końcu musieliśmy sklep zamknąć. Pojawili się w naszym sąsiedztwie konkurenci, czynsze podskoczyły o kilkadziesiąt procent, a jeszcze pojawiły się wielkie sieci handlowe i lokalne firmy przeniosły się z zakupami do tych wielkich supermarketów – nie było sensu dalej walczyć.

– Ten sklep rozbudził w Panu zainteresowanie ekonomią?

Nie wiem, czy akurat sklep. Od zawsze byłem zafascynowany giełdą, światowymi rynkami, znalezieniem odpowiedzi na pytanie, co się dzie-
je z pieniędzmi, które tam krążą. W RMF-ie, zanim zacząłem czytać serwisy, najchętniej zajmowałem się depeszami zagranicznymi. Początek lat 90., kiedy zacząłem pracować w radiu, to był czas wielkich sporów, jak ma ten kapitalizm w Polsce wyglądać. Takie rozmowy prowadziliśmy także u nas w domu... Przecież nie było żadnej pewności, że wolny rynek jest dobry. Pamiętam, jak siedziałem w radiu i pisałem newsy, przemycając informacje o cenach ropy na świecie... i byłem zdziwiony, że nikt nie przejmuje się tym tak bardzo, jak ja. Szczerze mówiąc, do dziś mnie to dziwi.

– Czyli ekonomia interesowała Pana od dawna…

Dopadła mnie na dobre w telewizji. Z RMF-u przeszedłem do Telewizji Wisła, stamtąd ściągnięto mnie do „Faktów”. W TVN-ie moje pasje ekonomiczne zauważył Grzegorz Miecugow i zaproponował mi, żebym się tym zajął na poważnie. No i udało się.

– Rodzice mówili Panu w dzieciństwie, że jest Pan najlepszy?

Nie.

– A tu mnie Pan zaskoczył. Wygląda Pan jak modelowy prymus.

To mity (śmiech). Miewałem poważne problemy w szkole. Od pracy zdecydowanie wolę przyjemności – co nie jest właściwą postawą życiową. Więc strasznie się staram, żeby się nikt w tym nie zorientował. Powiem pani po cichu, że dlatego tak dużo pracuję, by to ukryć.

– Jeśli rodzice nie mówili, że jest Pan najlepszy, to co mówili?

Że mam się starać. Pamiętam, jak kazali mi startować w jakichś zawodach narciarskich. Przejechałem dwie bramki i wycofałem się z tego slalomu, bo uważałem, że nie mam żadnych szans. Nie ten sprzęt na twardy, zlodzony stok. W domu wybuchła ciężka awantura. Bo trzeba było walczyć do końca. Byli wymagający, ale też niesłychanie mnie wspierali. Oboje pracowali na uczelniach. Mama, biochemik, była szefową dużej pracowni biochemicznej, ojciec – psycholog na Uniwersytecie Jagiellońskim.

– Przechodził Pan młodzieńczy bunt?

Tak, ale nie rozumiany w klasyczny sposób. Nie poszedłem na medycynę, choć było to marzenie rodziców, chciałem robić coś innego. Zdałem na teatrologię, później przeniosłem się na prawo, pracowałem w radiu, istniał sklep ojca. Na koniec były jeszcze nauki polityczne – studia, które skończyłem. To była moja forma buntu.

– Ciekawa biografia. Jak dorzucimy do tego faceta, który cytuje najbardziej absurdalne wierszyki z „Księgi nonsensu”, to będzie cały Roman Młodkowski?

A skąd pani o tym wie? Moi znajomi nienawidzą, gdy mówię te wierszyki. Ja uważam, że są kapitalnie śmieszne.

– A jednak poproszę o zacytowanie swojego ulubionego fragmentu...

Hm... „Lord Finchley chciał naprawić elektryczny kontakt. Sam. Prąd go zabił. Słusznie zginął on tak, bowiem człowiek zamożny, jak chce przeznaczenie, winien rzemieślnikowi dawać zatrudnienie”. ...komentuje sytuację, w której próbujemy coś zrobić, nie posiłkując się wiedzą specjalistów. Moi znajomi załamią się, jak to przeczytają.

– Mówi Pan o sobie „umiarkowany ryzykant”. Ale przecież zaryzykował Pan, gdy 10 lat temu przeniósł się Pan z Krakowa do Warszawy i zaczął pracę w TVN-owskich „Faktach”?

Ryzykowałem i przez pierwsze dwa lata w ogóle nie mogłem się w Warszawie odnaleźć. Wydawało mi się, że jestem tu na jakichś wakacjach, bo na każdy weekend wracałem do Krakowa. Jeździłem na zdjęcia, siedziałem obok operatora i zastanawiałem się, co ja tu robię.

– Czuł się Pan samotny w Warszawie?

Na początku tak. Strasznie. W dodatku przez rok mieszkałem w jakimś obskurnym mieszkaniu, które nieopatrznie wynająłem. Całe mieszkanie było mniejsze od mojego kawalerskiego pokoju na Grodzkiej w Krakowie, zamieszkałem w nim po jakimś zdeklarowanym palaczu. Następne lokum było w Pyrach, blisko Lasu Kabackiego. Rano, idąc do samochodu, czułem zapach lasu. Ale były też minusy: dom był kameralnym apartamentowcem, ale mieszkałem na parterze, a to był budynek niepodpiwniczony. Śpiąc na materacu poczułem, że wilgoć i chłód nieźle wykręcają kości.

– Już Pan mówi o Warszawie „moje miasto”?

Gdzieś zawsze trochę było, bo mój dziadek pochodzi z Warszawy, mamy nawet swój grobowiec na Powązkach z pierwszą datą 1850. W jednym i w drugim mieście jestem u siebie. To bardzo komfortowa sytuacja.

– Odkrył Pana Edward Miszczak. Razem pracowaliście w RMF-ie, potem zaproponował Panu pracę w Telewizji Wisła.

Miszczak jest niesamowitym facetem. Świetnie konstruuje program i ma niesłychany dar budowania wokół siebie oddanego i superprofesjonalnego zespołu! I przede wszystkim jest moim pierwszym nauczycielem, a do pierwszego nauczyciela zostaje sentyment na całe życie, tak jak do pierwszej miłości. Jak coś mi nie poszło, gdy czytałem w RMF-ie wiadomości, a Edward był poza radiem i nie miał prawa tego słyszeć – bo powinien był jechać gdzieś przez teren, na którym nie mieliśmy nadajników – dzwonił zaraz po i pytał: „No i co jest?” Ja składałem samokrytykę, a później zastanawiałem się, czy blefował, czy rzeczywiście wiedział, że coś było nie tak. Wiedział wszystko. Z jednej strony było w tym trochę terroryzmu, z drugiej – autentyczna troska.

– Pana koledzy mówią: „Roman to pracoholik w najczystszej postaci”.

Nie, nie, nie! Absolutnie się z tym nie zgadzam. Dużo pracuję, spędzam większość dnia w pracy, bo lubię, bo w TVN24 wciąż jest mnóstwo nowych rzeczy do zrobienia, ale nie uważam się za pracoholika. I muszę tyle pracować, bo biorę sobie mnóstwo obowiązków na głowę. Jak ktoś mi mówi, że powinienem zwolnić tempo, więcej czasu poświęcić na sprawy prywatne, to odzywa się we mnie buntownik i myślę: „A właśnie, że nie! Jeszcze nie teraz”. Ale potrafię intensywnie odpoczywać. I nie myślę wtedy o pracy.

– Urlopy bierze Pan regularnie?

Jeśli to możliwe, to tak. Ostatnio nie wyszedł mi urlop, ale nie z mojej winy. Na dwa dni przed wylotem do Stanów jedno z naszych redakcyjnych dzieci złamało nogę. I mama musiała stanąć na wysokości... rodzicielskiego zadania. Dlatego zostałem. Widocznie nie można mieć wszystkiego: dostać nagrodę Kisiela i pojechać na urlop.

– Przegapił Pan coś w życiu, pracując tak intensywnie?

Hmmm. Każdy człowiek ma swoją drogę i nie jest powiedziane, że wszyscy musimy iść podobną. Jeśli robienie programów ekonomicznych jest misją – a jest, moim zdaniem – to może ceną jest poświęcenie się tej misji, choćby na jakiś czas.

– Ceną jest niezałożenie rodziny, rozpad wieloletniego związku?

To jest koszt do zapłacenia. Na pewno ciężko być związanym z facetem, którego nie ma. Bo jest w pracy. To są strasznie trudne sprawy, sprawy damsko-męskie. Kobiety chciałyby mieć wszystko: mężczyznę, który robiłby karierę i siedział jednocześnie w domu. A to nie jest po prostu możliwe.

– Ale Pana koledzy mają domy, rodziny, dzieci?

Może nie umiem odmawiać sobie w sprawach zawodowych. Gdy przychodzi kolejna propozycja zrobienia nowego programu… A może po prostu kolejne wyzwania są tak kuszące, że znów chcę pokazać, z iloma rzeczami naraz sobie poradzę. Może to rodzaj uzależnienia od zawodowej adrenaliny.

– Myśli Pan już o stabilizacji, ojcostwie?

W zeszłym roku coś mnie uderzyło, podczas wyjazdu na narty. Zobaczyłem na stoku ojca, który uczył swojego kilkuletniego synka jazdy na nartach. Poczułem rodzaj żalu, że tego nie doświadczam. Do dziś został mi w pamięci kadr, taka pocztówka z tamtego wyjazdu. Stok trzy tysiące metrów nad poziomem morza, obaj w identycznych kombinezonach, w takich samych kaskach. Chciałbym mieć syna. Trudno przewidzieć, jaką drogę ma się przed sobą. Ale mam wrażenie, że mój cały czas prowadzi mnie na Wiertniczą (siedziba TVN24 – przyp. red.).

– Im jest Pan starszy, wymagania wobec kobiet rosną?

Ja się chyba w tym wszystkim dość mocno pogubiłem. Wolność jest taką wartością, której się trudno pozbywam i którą człowiek z czasem uczy się coraz bardziej cenić...

– A gdybyśmy tak zeszli na ziemię? Roman Młodkowski za parę lat to…

Rodzina, żona, dom, pies i co najmniej trójka dzieci. Ale nie będę sprzątał i zmywał. Ani prasował. Będę miał za dużo pracy.
 

Rozmawiała
MONIKA STUKONIS
Zdjęcia Konrad Ćwik
Stylizacja Jola Czaja
Asystentka stylistki Ania Zielińska
Charakteryzacja
Ania Męczyńska/Metaluna
Produkcja sesji Ewa Kwiatkowska
Za pomoc w realizacji sesji dziękujemy Ernst & Young Polska

Szczególne podziękowania
dla G. I. Sky Team www.spadochrony.eu



oceń artykuł ocena głosy (4)

W numerze - podmiana okładki

Viva! Kino

Film "Szef"

Film "Szef" na DVD z najnowszą Vivą!