Tysiąc noworodków dziennie

Porodówki nie nadążają, szkoły rodzenia pękają w szwach. Powodem wcale nie jest becikowe.

Tysiąc noworodków dziennie
W popularnym warszawskim szpitalu położniczym przy ulicy Żelaznej w ciągu doby na świat przychodzi nawet 20 dzieci. Dotąd normą było 10, ale w ostatnim roku wzrosła ona do 12. W niedużym Lesznie w jedną noc rodzi się rekordowo 10 noworodków.

Zaczęło się już w 2006 roku. Wtedy to po raz pierwszy od czterech lat Główny Urząd Statystyczny odnotował dodatni przyrost naturalny: urodziły się 374 tysiące Polaków. To o 10 tysięcy więcej niż w roku 2005.
– Z roku na rok bijemy kolejne rekordy, w 2006 urodziło się u nas 4315 dzieci i wszystko wskazuje na to, że w tym roku będzie ich jeszcze więcej – pokazuje statystyki dyrektor Szpitala Świętej Zofii przy ulicy Żelaznej, dr Wojciech Puzyna. – A nie jesteśmy przecież wcale dużym szpitalem – zaznacza.
– Dziś grono moich znajomych dyskutuje o cenach porodu, zaletach pampersów i z przejęciem opowiada o pierwszym uśmiechu małej Kasi, Jasia czy Marysi – opowiada Anka Kaplińska, mama półrocznego Stefana i trzyletniej Zosi. – Trudno uwierzyć, że ci sami ludzie jeszcze trzy lata temu karcili mnie, gdy wspomniałam o dziecku. Śmiali się: „Chyba nie dasz się wpakować w matkę Polkę przy garach i z pieluchami?”.
Teraz i ja na ulicach spotykam brzuchate i uśmiechnięte koleżanki, a okładki kolorowych pism wypełniają ciężarne (lub z niemowlakami) aktorki i piosenkarki. – Nie masz jeszcze dziecka? Widocznie nie masz z kim – śmieją się młode matki.

Rodzi wyż
Baby-boom nie przyszedł znienacka. To naturalny, spodziewany proces demograficzny, nie jakiś wysyp z powodu becikowego – mówi Anna Otffinowska, prezes Fundacji „Rodzić po ludzku”.
– Rodzi ostatnie odbicie fali wyżu powojennego, czyli osoby urodzone w latach 1979–1983. Średnio jest to 700 tysięcy Polek i Polaków rocznie, a to musi dać przyrost – wyjaśnia profesor Anna Giza-Poleszczuk, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego.
Dodatkowo do wyżu sprzed 25 lat dołączają osoby urodzone mniej więcej 35 lat temu, które wchodziły w dorosłość po 1989 roku. – To pokolenie, przed którym otworzyły się perspektywy. Chciałeś być maklerem, zostawałeś maklerem, chciałeś zostać prezesem, proszę bardzo. Wybrali karierę i dziś, gdy się dorobili, decydują się na potomstwo – tłumaczy profesor Giza-Poleszczuk.
– Już gdy rodziliśmy w zeszłym roku we wrześniu, okazało się, że wszystkie sale do porodu rodzinnego są zajęte – wspominają Łukasz i Paulina Świstowie (oboje rocznik 1977), rodzice dziewięciomiesięcznego Stasia. – Wylądowałam na sali grupowej – dodaje Paulina. – Tylko dzięki uprzejmości innych rodzących nie wyrzucono z niej Łukasza. A i tak w bałaganie, choć podano mi opłacone wcześniej znieczulenie, zapomniano pobrać mi krew pępowinową, za co też sporo zapłaciliśmy.

Szpitale niegotowe
Nie tylko wyż odbija się na komforcie rodzących. Doktor Sławomir Sikora, ordynator położnictwa w warszawskim szpitalu przy ulicy Inflanckiej, gdzie teraz odbiera się o połowę porodów więcej niż kilka miesięcy temu, zauważa: – Oczywiście rodzą kobiety z wyżu oraz te nieco starsze, ale latem część szpitali przeprowadza remonty. W dodatku wiele kobiet niezameldowanych, ale pracujących w Warszawie decyduje się tu na poród, co dodatkowo zwiększa tłok i kolejki.
– Gdzie rodzić, by uniknąć tłoku, to teraz podstawowy temat w naszych szkołach rodzenia – mówi Anna Otffinowska. Jej zdaniem szpitale nie są przygotowane do boomu. – Odsyłanie pacjentek od szpitala do szpitala i sztuczne przyspieszanie porodu, bo w kolejce do sali czeka kolejna para, jest przecież obniżaniem komfortu – przekonuje.
– Potrzeba planowania, planowania i jeszcze raz planowania – rozkłada ręce dyrektor Puzyna. – Są standardy, które przewidują, że na łóżko porodowe rocznie może przypadać 500 rodzących, wiemy, ile dni kobieta powinna przebywać w szpitalu po porodzie fizjologicznym, ile po cesarskim cięciu. Na tej podstawie szpitale powinny wyliczyć limity porodów i przyjmować wcześniejsze zapisy.
Wspomina pacjentkę, która przeprowadziła się w czasie ciąży do Norwegii i na poród miała obowiązek zapisać się na początku ciąży. Miejsce mógł jej zagwarantować dopiero trzeci szpital, ale miała poczucie bezpieczeństwa, że w decydującym momencie nikt jej nie odeśle.
Jak powrócić do pracy po urlopie macierzyńskim?


Malta wysiada
Ania Kaplińska (1971) jako feministka po studiach myślała o wszystkim poza dzieckiem. – Żyło się od reportażu do reportażu, od balangi do balangi – wspomina. Gdy w wakacje lało, jej mąż Dominik (1973) pakował się z Anią do samolotu i lecieli na Maltę. Szaleli, aż przytrafiło się dziecko. – Teraz z perspektywy widzę, jaka pustka była w naszym życiu. No bo ile można jeszcze wypić nowych drinków i ile krajów zwiedzić? Człowiek chce, żeby zmiany w życiu były czymś więcej niż tylko nową sofą w salonie – mówi Ania.
Teraz Malta wysiada przy radości, z jaką Dominik zawiezie małą Zosię przyczepką rowerową na pobliskie glinianki.
– Jakby wszyscy zrobili sobie ten sam biznesplan: studia, kariera, mieszkanie lub dom, no i w 2006–2007 roku dziecko – mówi Łucja Pawlik, 28-letnia psycholożka, żona 35-letniego grafika Michała i mama 3,5-letniej Józefiny oraz jedenastomiesięcznej Hani. – Dwa miesiące po moim pierwszym zajściu w ciążę zaczęły się urywać telefony od koleżanek. One też były w ciąży. Mąż na kolejną imprezę wyprodukował kilkanaście koszulek z napisem baby-boom, które rozeszły się jak świeże bułeczki.
Kasia i Robert Bywalec (oboje rocznik 1975) są lekarzami internistami w Wałbrzychu. Czas zajmowały im studia medyczne, potem szukanie pracy i miejsca na specjalizację, co równało się przeprowadzce z rodzinnego Śląska do obcego Wałbrzycha. Półtora roku później na świat przyszedł pięcioletni dziś Kuba. Teraz mają też rocznego Michała. Budują dom.

Boom nakręca boom
Pokolenie wyżu szybciej niż poprzednie decyduje się na dziecko. – Bo można to odkładać w nieskończoność, a potem człowiek się budzi i jest już za późno – tłumaczy 24-letnia Maria Majewska. Jest w czwartym miesiącu ciąży, kończy studiowanie etnologii i pracuje jako copywriter w TVN.
– Wyciągnęli wnioski z doświadczenia poprzedników. Zobaczyli, że kariera to nie wszystko i że korporacja rodziny nie zastąpi – tłumaczy profesor Giza-Poleszczuk.
Dziewczyny z pokolenia wyżu rodzą już na pierwszym, drugim roku studiów, po czym z odchowanym i odstawionym do przedszkola potomkiem wchodzą na rynek pracy.
– Boom nakręcają inne boomy, jak choćby mieszkaniowy i na rynku pracy – mówi Sylwia Chutnik z Fundacji „MaMa”, która walczy o ułatwienia dla matek na rynku pracy.
Ponad połowa nabywców mieszkań to klienci w wieku od 23 do 30 lat – wynika z wyliczeń firmy redNet Property, która zajmuje się analizą rynku nieruchomości.
– Na podjęcie decyzji o urodzeniu dziecka wpłynęło to, że nie musimy jak nasi rodzice czekać 10-15 lat na własny spółdzielczy kąt. Sami możemy na kredyt kupić mieszkanie – potwierdza Łukasz Świst.
– Nie rządowe ustawy, ale odpływ młodych do Irlandii sprawił, iż pracodawcy zobaczyli, że trzeba dbać także o doświadczoną ciężarną pracownicę, bo nie ma kim jej zastąpić. Że trzeba raczej dać jej podwyżkę, by starczyło na nianię – dodaje Sylwia Chutnik.

Urodzić w domu
Dzięki akcji „Rodzić po ludzku” udało się w latach 90. zeszłego wieku odejść od taśmowego położnictwa. Moda na wspólne rodzenie z ojcami wydłużyła jednak szpitalne kolejki, zwłaszcza że podczas niżu ograniczano w szpitalach liczbę miejsc. Szpitale nie zwiększą jej kosztem ograniczenia porodów rodzinnych, bo te ostatnie to szansa na dorobienie: za wszystko – począwszy od sali rodzinnej, na opiece położnej kończąc – trzeba dodatkowo płacić.
Małgorzata Bartnicka-Pokwap rodziła Jasia w szpitalu w Warszawie przez 14 godzin. – Nie chciałam ani przyspieszającej poród oksytocyny, ani znieczulenia, ani cesarki. W efekcie usłyszałam od położnej, że nie chce mnie widzieć w szpitalu z drugim dzieckiem, bo tu trzeba rodzić szybko – wspomina Gosia.
Następne dziecko urodziła więc w domu.

– W Holandii co trzecie dziecko rodzi się w domu – mówi położna Ewa Janiuk, która od 20 lat odbiera w Opolu porody domowe. – W Polsce rodzą tak kobiety, które nie chcą być traktowane w szpitalu jak przedmiot. Warunkiem takiego porodu jest przebiegająca bez komplikacji ciąża.
Gosia zaczęła rodzić 4 grudnia 2004 roku, gdy jadła knedle. Marek urodził się następnego dnia rano, po 28 godzinach. – Położna zbadała dziecko, wypełniła papiery i książeczkę zdrowia dziecka. Następnego dnia przyjechał pediatra, teść zresztą, by zbadać Mareczka – wspomina Gosia.
Nie wyobraża sobie urodzenia następnego dziecka w szpitalu. – W domu mogłam rodzić tak, jak chciałam: w łazience z podgrzewaną podłogą, na kolanach.
Położna Ewa Janiuk w tym roku odmówiła już 10 parom – nie miała wolnych terminów.
– Zainteresowanie rodziców sprawia, że w tym roku po raz pierwszy na nasz kurs dla położnych domowych zgłosiło się aż 17 pań. Dotąd ledwo udawało się zebrać cztery – mówi Anna Otffinowska z „Rodzić po ludzku”.
Dyrektor Puzyna, który na przełomie lat 80. i 90. asystował jako lekarz przy porodach domowych, uważa, że aby porody domowe mogły bezpiecznie odciążyć szpitale, trzeba stworzyć sprawnie działający system, który połączy położne przyjmujące porody z transportem sanitarnym i szpitalami przygotowanymi na to, że w razie komplikacji przyjmą taką matkę.

Trójka pożądana
To ten boom, a nie rząd – nieważne czy lewicowy, czy prawicowy – ma szansę zmienić społeczeństwo – ocenia socjolog Anna Giza-Poleszczuk. Rodzice boomersi chcą bowiem mieć więcej niż jedno dziecko. Oczywiście daleko nam do modelu francuskiego, w którym im wyższa klasa społeczna, tym więcej dzieci, ale podejście do wielodzietności powoli się zmienia. – Ludzie przestają patrzeć na trójkę dzieci z politowaniem. Raczej z uznaniem, że mnie na nie stać – ocenia Anka Kaplińska.
– Rząd nie wybuduje więcej szpitali i przedszkoli, skoro ma problem z jednym stadionem, a becikowe nie starcza przecież nawet na wózek – mówi Sylwia Chutnik.
To ludzie tacy jak ona tworzą miniprzedszkola, zabiegają o budowanie podjazdów w urzędach bądź namawiają sklepy do „bycia przyjaznym rodzicom”. Wiedzą, że to, czy dzisiejszy boom urodzi kolejny wyż, zależy od warunków, jakie stworzy się dziś.

Ile to kosztuje
Poród w szpitalu publicznym jest w zasadzie bezpłatny, ale musimy się liczyć z następującymi kosztami: za poród w sali rodzinnej z towarzyszeniem ojca trzeba dopłacić 500 złotych, kolejne 500 złotych kosztuje znieczulenie zewnątrzoponowe aplikowane na życzenie pacjentki. Indywidualna opieka położnej to dodatkowo koszt 500-1500 złotych. Od tysiąca do 2 tysięcy złotych zapłacimy, jeśli przy porodzie będzie nam towarzyszył prywatnie lekarz. Razem to 3-5 tysięcy złotych.
Za poród w prywatnej klinice z ojcem, ze znieczuleniem trzeba zapłacić 3-5 tysięcy złotych. Droższy (5-6 tysięcy złotych) jest poród z cesarskim cięciem, który wykonuje się na życzenie pacjentki.
Poród domowy kosztuje od 900 do 1500 złotych. To opłata przeznaczona dla prowadzącej prywatną praktykę położnej przyjmującej porody domowe. Cena obejmuje przygotowanie pary do rodzenia w domu, odbiór porodu oraz dwie wizyty po porodzie do położnicy i noworodka.

Agnieszka Jędrzejczak/Przekrój
Współpraca: Ewa Koszowska
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/9 lat temu
a ja rodzilam w Niemczech na fundusz na zadanie mialam cesarke,tatus byl z nami 9 dni, placil 35 Euro za pokoj i wyzywienie z nami, spokoj,cisz, bez paniki,super lekarze - Polacy ;)mile usmiechniete i sluzace pomoca pielegniarki, dziecko kazda zoastawiala na noc w pokoju dzieci aby odpoczac,super jedzenie do wyboru z menu, a u nas???katastrofa!!!!lezalam 3 dni na patologii-jedzenie fuj, opieka pielegniarek z laski-bo malo zarabiaja i oto Polska!!!!