Tata nic nie rozumie

Rysiek ma 24 lata i ośmioletnie bliźniaki. Wszystko przez tę bałwańską modę na szkolne macierzyństwo!

 
Mam sen. Straszny sen. Widzę siebie samego i syna swego za lat dwadzieścia... Co się okazuje? Jestem starym piernikiem, zgryźliwym tetrykiem i niepoprawnym tabetykiem. Ale nikt już nie wie, co to ostatnie słowo oznacza, bo odkąd wprowadzono szybką ścieżkę edukacyjną, nie używa się wyrazów dłuższych niż dwusylabowe. Ja właśnie obchodzę pięćdziesiąte piąte urodziny. Jestem podwójnym dziadkiem, a mój syn znowu się ze mną pokłócił. O co? O dzieci, jak zwykle. O jego dzieci.
– Tata nic nie rozumie – mądrzy się Rysiek, który w tym roku skończy 24 lata, a ma już ośmioletnie bliźniaki. Wszystko przez tę bałwańską modę na szkolne macierzyństwo. Wymyślili ją eurodeputowani z Parlamentu Europejskiego, żeby znów było więcej Europejczyków niż imigrantów. No i po zmasowanej kampanii marketingowej dzieci zaczęły rodzić dzieci – co przed maturą zrobiło się bardzo trendy. Mieszkamy więc wszyscy na kupie, bo w Polsce wciąż – jak za dawnych czasów – łatwiej robić dzieci niż mieszkania.
– Tata to nic nie rozumie – powtarza Rysiek, leżąc na dywanie obok Żony Jego oraz obu bliźniaków. W fotelu (moim fotelu!!!) siedzi jakiś typ z dyplomem Powiernika Rodzinnej Terapii Współtrwania. Żona Syna powiła dwoje dzieci w gimnazjum, ale pomyślnie zaliczyła szybką ścieżkę edukacyjną, bo karmiącym matkom-nastolatkom Ustawa o Substancji Narodowej zabraniała zadawania trudnych pytań egzaminacyjnych. A teraz leżą, obydwoje, razem z dziećmi, na dywanie i poddają się terapii współtrwania. Ten terapeuta-powiernik w ramach kontraktu z Narodowym Funduszem Zdrowia prowadzi rodzinę mego syna od chwili poczęcia ich bliźniaków. Niemal domownik, można powiedzieć. Pomaga rodzinie Ryśka bezstresowo współtrwać, bębniąc w misę tybetańską. Zwariować można.
Jak powrócić do pracy po urlopie macierzyńskim?

– Rysiek, wstań z podłogi, nerki sobie przeziębisz. Poczytałbyś lepiej swoim synom, albo pozwól, że ja się tym zajmę – mówię, bo czuję, że jeśli nic nie powiem, to zamorduję tego pseudoterapeutę łopatką do sera.
Tata to nic nie rozumie. Dzieciom nie można fundować wrażeń, które nadmiernie obciążą ich percepcję i system odpornościowy. Jakże mamy współtrwać, skoro tata nam przeszkadza? – pyskuje Rysiek.
– Ja w wieku twoich synów czytałem „Doktora Doolittle” i „Mikołajka”. A oni nawet liter nie składają.
– Tata jak zwykle tkwi w historycznym jarzmie. Zmuszali tatę do zabawy upokarzającymi grzechotkami, samochodzikami, układankami. Teraz dzieci rozwijają się same. Z pomocą interaktywnych programów stymulowania rozwoju – odpiera Rysiek.
Gdy Żona Syna była w ciąży, Powiernik Współtrwania zakazał jej czytania czegokolwiek aż do momentu zakończenia karmienia piersią. Kiedy próbowałem przestrzec Ryśka przed planowym ogłupianiem jego ślubnej, usłyszałem: „Tata to nic nie rozumie”.
No fakt, nie rozumiem. Zostawiłem rodzinę na podłodze pod opieką szaleńca od zdrowia rodzinnego i poszedłem do garażu, kontynuować renowację antycznego samochodu marki „Daewoo”, rocznik 2000. Auto wyprodukowano w błogosławionych czasach normalnej motoryzacji, gdy montaż fotelika do przewożenia dzieci nie uruchamiał elektronicznej blokady prędkości – maksymalnej na poziomie 35 kilometrów na godzinę. Wtedy też rodziny nie miały wpisanych do dowodów osobistych swoich Powierników Współtrwania. I gdy dzieci przychodziły nad ranem do łóżka rodziców, nie włączał się na całą okolicę alarm antykazirodczy. I wolno było zrobić synowi procę. Rysiek ma rację, tata to nic nie rozumie!
Budzę się spocony. Co za sen...

Marcin Przewoźniak
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)