Ja się boję!

Olbrzymie torby z rzeczami do szpitala już stoją. Znajomi wciąż pytają: „Czy się zaczęło?”. Lekarz mówi, że łożysko jest gotowe.

 
Obiecywaliśmy sobie, że spakujemy torbę do szpitala dużo wcześniej. Najpóźniej na początku siódmego miesiąca. Niby nic złego się nie dzieje, nie ma żadnych sygnałów, że poród mógłby być przed czasem. Jednak lepiej mieć wszystko pod ręką. Żeby później nie obudzić się z tą samą ręką w nocniku...



35. tydzień
No więc dobrze, najpóźniej w 30. tygodniu – uzgodniliśmy. Nic z tego. Cały czas czegoś brakowało. A głównie czasu. I wyszło tak jak zwykle, czyli na ostatnią chwilę. Na początku 35. tygodnia ciąży, gdy Małgosia uginała się już pod ciężarem brzucha, wreszcie zdecydowaliśmy: dzisiaj pakujemy torbę!
Torbę, czyli dwie torby. Zdjąłem z pawlacza te największe, które zwykle zabieramy ze sobą na kilkudniowe wyjazdy za miasto.
Sprawdzaj, czy wszystko mam – Małgosia wręczyła mi różową kartkę ze spisem potrzebnych rzeczy. Dostaliśmy na szkole rodzenia. Czego tam nie było! Ubranie dla mamy (koszulki bawełniane, szlafrok, sweter, ciepłe skarpetki, kapcie), ubranie dla taty (wygodne), mały i duży ręcznik, szczotka, woda kosmetyczna w aerozolu, termos z kostkami lodu (do okładów), termofor z gorącą wodą (też do okładów). A dla taty (czyli dla mnie) jeszcze coś do jedzenia i picia.

Prowiant doda mi sił. Przypomniało mi się, jak położne uczyły przyszłych tatusiów, żeby koniecznie zabrać kanapki, ale żeby się nimi nie obżerać na oczach naszych żon. Prowiant warto wziąć, bo, jak przestrzegają lekarze, mężczyźni, którzy na głodnego doświadczają narodzin, lubią czasem osunąć się z wrażenia na ziemię...
Ale wróćmy do naszej torby. Małgosia upychała wszystko skrupulatnie według listy. Dorzuciła jeszcze do niej szkła kontaktowe, suszarkę do włosów i aparat fotograficzny. Do tego doszła masa przyborów higienicznych. Nawet nie jestem w stanie wszystkiego wymienić. Chciałem jej pomóc, coś doradzić, ale przyznam szczerze: było już późno, więc zasnąłem...
Jak powrócić do pracy po urlopie macierzyńskim?

36. tydzień
Pamiętacie, jak jakiś czas temu zastanawialiśmy się nad imieniem dla naszej córki? Niestety, sytuacja ani trochę się nie zmieniła. Burzliwa debata trwa nadal. Każdy ma inne zdanie. Ja obstaję przy imieniu prostym i w miarę popularnym. Małgosia natomiast upiera się raczej za czymś z pokolenia naszych prababć. Swoje wtrąca moja mama, która ma uraz z dzieciństwa. Jej rodzice, a moi dziadkowie nadali jej imię takie, jakie wpisane było w kalendarzu w dniu narodzin. To nie mogło się dobrze skończyć dla jej dziecięcej psychiki. Inni członkowie rodziny też zazwyczaj kręcą nosem, gdy zgłaszamy nasze kolejne propozycje. Przyjaciele oczywiście również mają swoje typy. W końcu tracę cierpliwość. – Słonko, do końca tygodnia musimy podjąć decyzję – oznajmiam swojej żonie. – Tym razem ostateczną!
Z licznych propozycji zostały dwie. Iga czy Agata? Przez chwilę w rankingu prowadzi to pierwsze. Wreszcie jednak Małgosia przyznaje: – Wiesz co? Ja nigdy do niej nie powiedziałam Iga...

Czy ona polubi to imię? No więc Agata. Postanowione. Nam się podoba. Czy to koniec tematu? Wręcz przeciwnie. Dzwoni moja mama. – Będzie Agata – mówię. – Takie twarde? To może dacie jej drugie imię? Wiesz, tak na wszelki wypadek...
Dzwoni moja babcia: – No i jak, Tomeczku? Wybraliście to imię? Agata? Hmm... No szkoda, a tyle jest ładnych imion...
Szwagier też kręci nosem. Wolałby Zosię. O moim bracie nie wspomnę. Zaraz zacznę krzyczeć. Ratunku!!!
Dlaczego oni wszyscy nam to robią? Przecież przez te komentarze czeka mnie teraz jakieś 18 lat życia w stresie i bicia się z myślami: zmieni to imię, gdy stanie się pełnoletnia, czy nie zmieni? Czy naprawdę skrzywdziliśmy nasze pierwsze dziecko, jeszcze zanim się urodziło?

37. tydzień
Żarty żartami, ale teraz to już mamy naprawdę poważny kłopot. Poród dosłownie na dniach, już za chwilę Agatka będzie z nami, gdy tymczasem okazuje się, że w szpitalu, w którym mieliśmy rodzić, wstrzymano przyjęcia. Powód? Remont, czyszczenie, odkażanie, czy coś w tym stylu.

Ale kogo to tak naprawdę obchodzi? Dowiedzieliśmy się o tym zupełnie przypadkiem na ostatnich zajęciach szkoły rodzenia. Wszyscy zdążyli się już oswoić ze szpitalem, do którego co tydzień przyjeżdżaliśmy na wykłady. Obejrzeliśmy sale porodowe, poznaliśmy niektóre położne i lekarzy. To dawało nam poczucie pewności siebie. A poza tym niepisana umowa była taka: kto chodzi na szkołę rodzenia, ma gwarancję przyjęcia do tego właśnie szpitala.
I w jednej chwili zostaliśmy na lodzie.
Ostatnie zajęcia szkoły rodzenia zakończyły się więc awanturą. Panowie krzyczeli na organizatorkę kursu (choć ona akurat niczemu nie była winna), a panie ze smutkiem zastanawiały się, co dalej. Było mi strasznie żal Małgosi, bo bardzo nastawiała się na ten szpital. Teraz poszukiwania trzeba będzie zacząć od nowa. Jak ona to zniesie?

38. tydzień
– I jak? Urodziliście?
No i co? Zostaliście rodzicami?
– Jesteście przed czy po? Mam gratulować?
Dziesiątki pytań i zaciekawionych spojrzeń. Czuję się jak wyjątkowo rzadki okaz. Wszyscy znajomi najwyraźniej dobrze zapamiętali prognozowany termin porodu, bo im bliżej tego dnia, tym częściej dopytują się, czy jestem tatą.
Ale poród rzeczywiście tuż, tuż. Lekarz powiedział Małgosi na ostatnim USG, że „łożysko jest już stare” (co za brak taktu) i malutka może się urodzić nawet za dwa dni.
I wtedy właśnie zacząłem się zastanawiać, jak będzie wyglądać przyjście na świat mojego dziecka. Jak się zachowam? Czy będę spokojny, czy zacznę płakać? Czy coś powiem, czy może odejmie mi mowę? Widziałem ostatnio poród na filmie dokumentalnym i to było niesamowite przeżycie. A przecież rodziło się obce dziecko! Więc jak zareaguję na widok własnego? Czy coś może w ogóle dostarczyć silniejszych emocji od tego momentu, od tej sekundy, w której dziecka najpierw nie ma, a za chwilę już z nami jest?

***
Myślałem też o tym wszystkim kilka dni później, gdy rano przed wyjściem do pracy myłem zęby w łazience. Nagle Małgosia zapukała do drzwi. Gdy otworzyłem, powiedziała: „Odeszły mi wody...”.

Tomasz Sakowski

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)