Dzieci to dar

Jeszcze niedawno myślałam, że nic dobrego już mnie w życiu nie spotka...

 
Jeszcze niedawno myślałam, że nic dobrego już mnie w życiu nie spotka... Za mąż wyszłam, mając 21 lat. Wkrótce urodziły się nam dzieci. Najpierw Karolinka, potem Kajtek. Mój mąż Staszek był cudownym człowiekiem. Bardzo się kochaliśmy. Ja zajmowałam się domem i dziećmi, a Staszek założył firmę produkującą komputery z gotowych części. Latał po nie na Tajwan, nawet co miesiąc. Samolot Staszka rozbił się nad Pacyfikiem. Z dnia na dzień zostałam wdową z dwójką dzieci, a jak się wkrótce okazało - z trzecim w drodze, firmą, o której prowadzeniu nie miałam żadnego pojęcia oraz miliardowym kredytem do spłacenia. Nie mogłam pogodzić się z odejściem Staszka. Marzyłam, że kiedyś wróci, a do tego czasu sama musiałam zadbać o interesy. W domu bardzo mi pomogła moja babcia - zamieszkała z nami i to ona tak naprawdę wychowała moje dzieci. Ja z kury domowej stałam się kobietą interesu. Dobrze, że zawsze Staszek mi opowiadał, co dzieje się w firmie, te małżeńskie zwierzenia okazały się kopalnią wiedzy. Jednak dużo jeszcze musiałam się sama nauczyć.
Przez następne 15 lat ciężko pracowałam, by utrzymać naszą liczną rodzinę. Musiałam m.in. zmienić profil firmy, co o mało nie skończyło się bankructwem. Jakby tego było mało, zaczęła chorować moja babcia. Nie wiedziałam, co robić: zająć się rodziną czy firmą. Obie wymagały mojej całkowitej uwagi. Nie wiem, jak bym sobie poradziła, gdyby nie Ryszard, młodszy brat mojej przyjaciółki, który w stanie wojennym wyemigrował do Stanów. Tam skończył studia, ożenił się i dzięki teściowi dostał pracę w słynnej Krzemowej Dolinie. Jego małżeństwo szybko się rozpadło, a on nie ułożył sobie później życia i teraz postanowił wrócić.
Zatrudniłam go jako nowego szefa. Po dwóch miesiącach, widząc, jak szybko odnalazł się w naszej rzeczywistości, dałam mu wolną rękę. Sama zajęłam się rodziną. Po raz pierwszy od lat mogłam zabrać wszystkich na długie wspólne wakacje. Pojechaliśmy do Kołobrzegu. Babcia miała zabiegi w sanatorium, dzieci i ja plażę, wycieczki na szwedzkie wyspy i swoje towarzystwo. Wróciłam wypoczęta i zadowolona, że mam takie wspaniałe dzieci i że babcia czuje się lepiej.
To, co zobaczyłam w firmie, wcale mnie nie ucieszyło. Ryszard z dnia na dzień zmienił wszystko: profil firmy, wymagania wobec pracowników, sposób zarządzania. Szybko zyskał sobie przychylność wszystkich, zwłaszcza asystentki Kasi. Nie wiem dlaczego, najbardziej zirytowało mnie to ostatnie. Ostro zwróciłam mu uwagę, że nie będę tolerowała romansu, który może skończyć się odejściem cenionej pracownicy. Zaskoczyło mnie to, że nie tylko się nie wypierał, ale zapytał, czy to znaczy, że nie mam nic przeciwko biurowemu romansowi, jeśli jego zamiary są poważne. Zirytował mnie tym jeszcze bardziej.
Uznałam, że w tej sytuacji muszę więcej czasu spędzać w firmie. Musiałam jednak z czasem przyznać, że wprowadzone zmiany okazały się korzystne, a "romans" Ryszarda i Kasi nie wyszedł poza granice biurowego flirtu. Podczas noworocznego przyjęcia w firmie, gdy gratulowaliśmy sobie, że w tak dobrej kondycji wkraczamy w nowe tysiąclecie, Kasia wzniosła toast: "Za naszych szefów, by nie tylko firma ich łączyła". Zamiast się obrazić, zarumieniłam się jak nastolatka. A więc wszyscy już wiedzą, że Ryszard interesuje mnie nie tylko jako sprawny menedżer. Nie wiedziałam, że Ryszard widzi we mnie nie tylko panią prezes, ale i - jak sam to wkrótce przyznał - atrakcyjną kobietę. Tamtego wieczoru miłość spadła na nas jak grom z jasnego nieba. Zaczęliśmy się spotykać także poza firmą. Wieczorem czekałam aż dzieci zasną i wymykałam się z domu, by rano, jeszcze oszołomiona godzinami spędzonymi z Ryszardem, wyprawić je do szkoły. Nigdy jednak nie zaprosiłam go do domu. Jakoś nie mogłam, a i on nie nalegał. Sytuacja stawała się męcząca, ale nie myślałam, co będzie dalej. Jak zwykle w takich przypadkach życie zdecydowało - znów byłam w ciąży. Wpadłam w panikę. Mam 43 lata, troje odchowanych dzieci i młodszego o trzy lata przyjaciela. W tym układzie nie było miejsca na jeszcze jedno dziecko. Z pomocą, jak zawsze, przyszła babcia. "Dzieci to dar Boga" - powiedziała niby bez związku.
Przez tydzień biłam się z myślami, jak oznajmić Ryszardowi nowinę, że dobiegając czterdziestki, po raz pierwszy zostanie ojcem. W końcu uznałam, że najlepiej wprost. Jego reakcja znów mnie zdumiała. Zapytał, kogo ma prosić o moją rękę: dzieci czy babcię, bo chyba nie mieszkającego w innym mieście ojca? Roześmiałam się na taki iście amerykański pragmatyzm. Postanowiliśmy, że babci i dzieciom oznajmimy nowinę podczas świąt. A pracownikom podczas corocznego przyjęcia noworocznego. Niech się cieszą, że mają szefów, którzy tak skwapliwie spełniają ich życzenia.

Teresa
Jak powrócić do pracy po urlopie macierzyńskim?
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)