Aborcja daje życie?

Kobiety, które dokonały aborcji, twierdzą, że to nie ona powinna być przedmiotem politycznych debat. Mówią: problemem nie jest aborcja, lecz niechciana ciąża.

Ustawa sprzed 14 lat dopuszcza możliwość przerwania przez kobietę ciąży, ale tylko w trzech konkretnych przypadkach: gdy ciąża jest wynikiem gwałtu, gdy zagraża zdrowiu kobiety oraz gdy płód jest ciężko, nieodwracalnie uszkodzony. Jeśli teraz nastąpią zmiany w ustawie aborcyjnej, tak że płód będzie chroniony od momentu poczęcia, kobieta w żadnym wypadku nie będzie miała prawa do aborcji.
Proponowany wpis do ustawy „godność od chwili poczęcia” zmienia status podmiotowy płodu: zapłodniona komórka staje się podmiotem prawa. W imię godności życia politycy mogliby domagać się na przykład zakazu zapładniania in vitro lub karania kobiet, które dokonały aborcji.


By godnie żyć? Po to usunęłam ciążę – mówi Irena Komorowska, 64-letnia pielęgniarka z Warszawy. – Po urodzeniu dwójki dzieci nie stać mnie było na więcej.
Komorowska ciążę usuwała trzy razy. – Szpital na Karowej w Warszawie, później szpital na Bielanach, a następnie gabinet prywatny – wymienia miejsca, w których w czasach PRL przerwała ciążę. – Robiłam to bez poczucia strachu i powszechnego potępienia. W normalnych, bezpiecznych warunkach, bo aborcja wówczas była legalna. Szkoda, że dziś tylko bogatsze Polki stać na taką wolność.
Dzięki decyzjom, które – jak twierdzi – bez strachu mogła podjąć i bez problemu realizować, podjęła się rodzicielstwa w sposób odpowiedzialny.
Czy nigdy tych aborcji nie żałowała? – Żałować? A czego? Jestem radosną, wesołą kobietą, która wie, czego chce, i nie ogląda się za siebie – zapewnia. – Smucić to się mogą młodzi w obecnych czasach. Muszą się ukrywać, działać jak przestępcy. Bo ci w tym okrągłym pałacu na Wiejskiej chcą decydować o ciele moim czy mojej córki. Niczego nie żałuję, niczego się nie wstydzę. Jestem szczęśliwa.

Już wprowadzenie ustawy aborcyjnej w Polsce w 1993 roku przyczyniło się do rozwoju podziemia aborcyjnego. Dotychczasowe przepisy nie pozwalają co prawda na karanie kobiet, które przerwały ciążę, ale grożą sankcjami karnymi tym, którzy pomagają w aborcji.
Sankcje czekają lekarzy, ale i osoby takie jak Katarzyna Bratkowska, członkini ruchu Pro-choice. – Moja przyjaciółka nie chciała zajść w ciążę, zabezpieczała się – opowiada Bratkowska. – Brała pigułki antykoncepcyjne i stosowała prezerwatywy. Jednak prezerwatywa trzy razy zawiodła, trzy razy zaszła w ciążę. Urodziła trójkę dzieci. Za czwartym powiedziała: „dość”. Nie chciała ciąży, była w trakcie rozwodu z ojcem kolejnego dziecka. To nie miało sensu. Zresztą, jak by je sama utrzymała? Dlatego załatwiłam jej pigułkę poronną. Dla drugiej przyjaciółki, która nie miała pieniędzy na aborcję, zorganizowałam dwa tysiące i lekarza. Zawieźliśmy ją z przyjaciółmi na zabieg. Wyszła z gabinetu po 30 minutach kompletnie otumaniona głupim Jasiem i krzyczała: „Czuję się cudownie, czuję się cudownie, czuję się cudownie...”.
Czy z neurotyzmu można się wyleczyć?

Podobnie jak Komorowska o aborcji mówi Wanda Nowicka, szefowa Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny (FRKiPR): – Usunęłam ciążę w latach 80. Byłam po trzech porodach i wiedziałam, że jeśli chcę być dobrą matką dla dzieci, które już wydałam na świat, nie mogę sobie pozwolić na następne.
Dla niej mówienie o zabiegu nie jest proste. Nie chce wchodzić w szczegóły, wspominać. – Każda kobieta chciałaby tego uniknąć, nikt nie chce tego przeżywać – wyznaje. – Ale niekiedy nie ma innego wyjścia.
Kobiety, które dokonały aborcji, twierdzą, że to bynajmniej nie ona powinna być przedmiotem politycznych debat. Mówią: problemem nie jest aborcja, lecz niechciana ciąża.

Wanda Nowicka: – Tak jak my nie jesteśmy organizacją, która pomaga w aborcji, tylko organizacją, która edukuje kobiety o antykoncepcji, tak politycy, zamiast debatować o kwestii „usuwać czy nie usuwać”, powinni się zastanowić, co zrobić, aby mniej kobiet zachodziło w niechciane ciąże.

28-letnia Martyna, z zawodu dziennikarka (imię zmienione), dobrze wie, że to niechciana ciąża jest problemem, a aborcja – jego rozwiązaniem. – Kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, chciałam popełnić samobójstwo – opowiada. – Nie mogłam urodzić. Wiem, co to znaczy być niechcianym dzieckiem, i nikomu nie życzę takich doświadczeń – wspomina. W domu często słyszała od rodziców: „Ty bachorze, życie nam zmarnowałaś”, „Gdyby nie ty, byłoby nam lepiej...”. Dlatego jeśli miałaby się kiedykolwiek zdecydować na dziecko, chciałaby zrobić to odpowiedzialnie. Stworzyć dziecku dom z kochającymi matką i ojcem. – Jeśli chce się mieć dziecko, trzeba być na nie przygotowanym psychicznie i fizycznie – przekonuje. – Ja nie byłam. Nawet jazda na rowerze wymaga karty rowerowej, a ludzie kompletnie niemający pojęcia o rodzicielstwie rodzą dzieci i myślą: jakoś to będzie. Mnie „jakoś” nie zadowala.


Gdyby Roman żył w mniej restrykcyjnym w sprawach aborcji kraju, też otwarcie przyznałby się do pomocy w przerwaniu ciąży swojej przyjaciółki. Opowiedziałby, jak wynajął mieszkanie naprzeciwko jej okna i warował przy nim, bo dziewczyna po zażyciu pigułki chciała być sama. Chciał być przy niej, trzymać ją za rękę, ale szanował też jej prawo do intymności. – Nie wiedziałem, czy to moje dziecko – wyznaje. – Ale to nie miało znaczenia. To było jej ciało, jej wybór, jej strach i ból.

Marek nazywa siebie „radykalnym feministą”. Skoro za pomoc w aborcji grozi więzienie, też obawia się ujawnić nazwisko. Na co dzień działa w ruchu Porozumienie Kobiet 8 Marca i pomaga kobietom w „potrzebie”
. – Dzwonię po lekarzach, umawiam wizyty, załatwiam środki poronne – opowiada.
16-latce w drugim miesiącu ciąży dał zamienniki poronnej pigułki RU, ale nie podziałały. Poronienie wywołali środkami na żołądek (skuteczne są też niektóre na bóle stawów), które powodują silne skurcze macicy.
Pomagał też 46-letniej matce trójki dzieci, której lekarz powiedział, że kolejnej ciąży jej serce nie wytrzyma, ale zaświadczenia na aborcję nie dał. Marek zebrał dla kobiety pieniądze na zabieg i załatwił jej lekarza. Pamięta dziewięć innych przypadków dziewczyn, którym pomógł. I wie, że będzie pomagał dalej, bo – według niego – dla kobiety ciąża może być pięknym, niemal mistycznym przeżyciem, ale pod jednym warunkiem: że kobieta jej chce.

Ustawa sprzed 14 lat dopuszcza możliwość przerwania przez kobietę ciąży, ale tylko w trzech konkretnych przypadkach: gdy ciąża jest wynikiem gwałtu, gdy zagraża zdrowiu kobiety oraz gdy płód jest ciężko, nieodwracalnie uszkodzony. Jeśli teraz nastąpią zmiany w ustawie aborcyjnej, tak że płód będzie chroniony od momentu poczęcia, kobieta w żadnym wypadku nie będzie miała prawa do aborcji. Dlatego od listopada tysiące polskich kobiet protestowały przed Sejmem przeciw LPR-owskim zmianom w konstytucji.

Na początku lat 90., gdy trwały przygotowania do wprowadzenia ustawy antyaborcyjnej, w telewizji i kościołach pokazywano propagandowy film zrealizowany przez amerykańskiego ginekologa Brenarda Nathansona „Niemy krzyk” – zapis zabiegu usunięcia ciąży oglądany za pomocą aparatu ultrasonograficznego. Miał wywoływać w kobietach poczucie winy i ostrzegać przed poaborcyjną traumą.
To chora, „moherowa” ideologia – twierdzi działający w polskim podziemiu aborcyjnym Marek. – Pamiętam tylko jeden przypadek dziewczyny, która po aborcji miała „schizę”. To była bardzo religijna osoba. Potem miała obsesję, że Bóg ją pokaże, że trafi do piekła – opowiada. – Sądzę, że to właśnie katolicyzm wytwarza w tych kobietach taki lęk i mąci im w głowie. Pokuta, piekło, wina, kara? Paranoja!
Wtóruje mu Martyna:
– Co za bzdura – śmieje się. – Niech nikt mi nie mówi, że istnieje jakaś trauma poaborcyjna, bo nie uwierzę. Miałam dwa zabiegi. Pierwszy w wieku 25 lat, drugi przed trzema tygodniami – opowiada. – Traumę to ja przeżyłam, gdy dowiedziałam się, że jestem w ciąży.

Gdy Martyna po raz pierwszy zaszła w ciążę, czuła się zdruzgotana. Nie wiedziała, co robić, do kogo się zgłosić. Po głowie krążyła jej tylko jedna myśl: to koniec. Nie chciała mieć dziecka. Nie miała kochającego ją partnera, nie miała pieniędzy, mieszkania, warunków do wychowywania potomka i nie miała zdrowia.
– Miałam za to myśli samobójcze – wspomina. – Byłam sama, kompletnie bezradna, w koszmarnym stresie. Codziennie, idąc z domu do pracy, mijałam kościół, a pod nim widziałam skuloną młodą dziewczynę z dzieckiem na ręku żebrzącą o parę groszy. Patrzyłam na nią i myślałam: Nie chcę tak. Po co tak żyć? Jakie życie ma to dziecko i jego matka? Martynie z pomocą przyszedł Internet. Na stronach Kobiety na Falach znalazła dokładną instrukcję, jak skontaktować się z dostawcami pigułek poronnych RU. Zdobycie pigułki okazało się banalnie proste. Poronienie nastąpiło po trzech dniach. – Poczułam ulgę – wspomina 28-latka. – Ulgę, jaką czuje człowiek, któremu zwrócono życie.

Podobne emocje po usunięciu ciąży wspomina Ewa Dąbrowska-Szulc, szefowa Stowarzyszenia Pro-Femina. – Usuwałam płód – prostuje. – Ciążę można jedynie przerwać, nie usunąć – poprawia mnie, gdy pytam o urazy poaborcyjne. Ciążę przerywała trzykrotnie. W 1968, 1969 i 1970 roku. – Nigdy tych decyzji nie żałowałam, choć nie powiem również, że byłam z nich dumna. Niechciana ciąża jest pewną porażką, ale jej przerwanie nie jest też katastrofą.
– Nie chciałam rezygnować ze studiów, nie chciałam kiedykolwiek usłyszeć od swojego chłopaka: „ożeniłem się z tobą z musu”, dlatego nie chciałam też wtedy rodzić – tłumaczy.
W 1973 roku Szulc już jako mężatka zdecydowała się na urodzenie pierwszego dziecka, trzy lata później na świat przyszło drugie. Oba – jak mówi – chciane i bardzo kochane.
Kobiety, które zdecydowały się w swoim życiu na przerwanie ciąży, zgodnie mówią: – To nie jest decyzja, którą łatwo podjąć. Zawsze istnieje ryzyko, że nie będziesz mieć więcej dzieci i że kiedyś będziesz jej żałować. Ale czy mało jest kobiet, które żałują, że urodziły dzieci? – pytają.

Kobiety mają wiele ważnych powodów, żeby w wyborze „urodzić” czy „usunąć” wybrać tę drugą opcję. Względy psychiczne i ekonomiczne, jak to miało miejsce u Martyny czy Ireny Komorowskiej, chęć rozwoju osobistego i rozsądek (brak dostępu do sprawdzonych metod antykoncepcyjnych) jak u Ewy Dąbrowskiej-Szulc czy jak w przypadku Wandy Nowickiej wybór między jakością – godnym życiem dzieci, które już przyszły na świat, a ich liczbą.
Faktycznej istoty problemu nie chcą dostrzec politycy. Bo po co dostrzegać? Skoro można się nieźle wylansować w mediach na banalnych przepychankach o trzy słowa, po co dotykać problemu głębiej?

Jak pokazują statystyki, ani szantaż, ani tania polityczna demagogia w kwestii aborcji niczego nie zmienią.
– Dopóki kobiety będą zachodzić w niechcianą ciążę, dopóty problem aborcji nie zostanie rozwiązany – twierdzą posiadaczki kłopotliwych brzuchów.

Tekst: Blanka Florczak/ Przekrój
Rys. Joanna Szachowska
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (104)
/6 miesięcy temu
Aborcja to morderstwo, a ci którzy to robią tłumaczą sobie, że to zarodek,płód itp, ale to jest dziecko, które przecież kiedyś też będzie miało dzieci,wnuki,prawnuki, zabijając jednego człowieka to tak jak byśmy zabili cały świat, każdy kto mi powie, że popiera aborcję to napluję mu na twarz.
/rok temu
aborcja to morderstwo i nie zmieni tego faktu zadna feministyczna propaganda.
/2 lata temu
Ja miałam aborcję. Byłam wtedy bardzo naiwną dziewczyną, wierząc doradcą w poradni do planowania rodziny, którzy zapewniali mnie, że ciąża nie jest dzieckiem i jakoby aborcja była tylko zbiegiem. Jedno wielkie kłamstwo! Moje życie po aborcji stało się i wciąż jest jednym wielkim koszmarem. Po aborcji stajesz się dziwakiem. Każda kobieta na świecie, która dokonała aborcji, wie że zabiła swoje dziecko, i to uderza w korzeń kobiecej natury. Po aborcji leczysz się się psychicznie, fizycznie i duchowo!! I jakby nie było końca. A rząd i społeczeństwo się śmieje bo nie doświadczyli tego horroru. Dla nich niech będzie więcej pokaleczonych.. Świat nie idzie w dobrym kierunku. Śmiało mogę powiedzieć, że aborcja jest jedną z najokrutniejszych form przemocy wobec kobiety, oraz człowieka który już w niej jest.
POKAŻ KOMENTARZE (101)