Jak przebiega poród w domu?

Jak wygląda domowy poród? Jakie są zalety porodu w domu? Jak radzić sobie ze skurczami, gdy rodzimy w domu? Dlaczego kobiety decydują się na poród domowy zamiast rodzić w szpitalu? Co o porodzie domowym sądzi mężczyzna? Przeczytaj historię kobiety, która zdecydowała się urodzić w domu.

Jak przebiega poród w domu?

Poród jak sen

To wszystko jest jak sen; im więcej czasu upływa, tym mniej pamiętamy. Mija tydzień od przyjścia na świat Sary. Przepełnia mnie uczucie szczęścia, a jednocześnie jakiejś nostalgii. Ostatni raz w tym życiu w moim brzuchu żyło drugie życie, ostatni raz on pęczniał, rósł jak balon. Ostatni raz doświadczałam tego cudu. Rzeczywiście, mimo wielu niedogodności można się uzależnić od takich emocji. Teraz widzę, jak czas pędzi i jak Sara zmienia się z dnia na dzień.

Żal mi, że już za nami pierwsza kąpiel (po sześciu dniach), że coś co już nigdy nie wróci. Jednocześnie jestem wdzięczna Bogu za to wszystko, co od niego dostałam. Za cudowne dzieci, siłę, fantastyczne przeżycia i partnera, który jest dla mnie wszystkim. Może stąd ten smutek. Życie jest tak piękne, a czas tak pędzi, że żal się z tym wszystkim rozstać. Staram się wierzyć, że jest w tym jakiś zamysł boży. Chciałabym zapamiętać każdą chwilę z tych ostatnich wydarzeń, a szczególnie z owego pamiętnego dnia. Mimo tego, że są to bardzo trudne chwile, pragnę je przywoływać i wspominać, bo jest to niezwykłe przeżycie.

Przed porodem

Cały czas miałam wrażenie, że Maluszek (nie wiedzieliśmy, czy to chłopczyk, czy dziewczynka, podobnie jak przy poprzednich naszych porodach) boi się przejść przez ten magiczny próg. Tyle prób podejmował i za każdym razem się wycofywał. W poniedziałek wieczorem pojawiły się skurcze, ale po dwóch godzinach ustąpiły. Zadzwoniłam do Ewy, żeby ją przygotować, ale wszystko się zatrzymało. W nocy obudził mnie ból brzucha, ale postanowiłam jeszcze pospać.

Około cztery skurcze pojawiały się w miarę regularnie. Obudziłam Marka i powiedziałam, że się zaczęło, ale jeszcze mamy czas i może spokojnie spać. Wstałam i poszłam do ogrodu. Świt był piękny. Modliłam się i prosiłam o siłę. Żeby nie czekać bezczynnie, zabrałam się za pieczenie drożdżowych bułek z ciasta nastawionego do wyrośnięcia wieczorem. Tak minęła kolejna godzina, bułki wyglądały paskudnie, ale smakowały bardzo dobrze.

O godzinie 5.00 zaczęłam zapisywać skurcze – były regularnie co pięć minut, ale ich siła była akceptowalna. Pomyślałam o ciepłej kąpieli. W wannie czytałam książkę i starałam się jak najbardziej rozluźnić. Wysłałam też SMS-a do Ewy, że tym razem nie ma już odwrotu i zaczynam rodzić. Wydawało mi się, że wszystko mam pod kontrolą i z przyjazdem Ewa może się jeszcze wstrzymać. O godzinie 7.00 Marek był już na nogach i powoli budziliśmy dzieci, aby przewieźć je do babci i niani. Chłopcy jedli śniadanie, a moje skurcze były coraz silniejsze, tak że uciekałam do łazienki, aby w spokoju radzić sobie z nimi.

Spakowałam chłopakom torby i o 8.15 wyprawiłam ich z domu. Zadzwoniłam też do Ewy z prośbą, aby wsiadała w samochód, bo siła skurczów była już bardzo wielka. Wiedziałam, że nie ma przed nimi ucieczki i że im bardziej się im poddam oraz im bardziej je wykorzystam, tym szybciej wszystko pójdzie. Marek w spokoju przygotowywał wszystko i starał się mnie wspierać.

Akcja porodowa

Doskonałym rozwiązaniem było wiszenie na schodach z lekko ugiętymi nogami. Gdy nadchodził skurcz, chwytałam się poręczy i starałam się cały skurcz zepchnąć w dół – nie marnować sił na unikanie go, rozpraszanie po całym ciele, tylko ukierunkowanie go tak, aby następowało rozwieranie. Najgorszy jest początek skurczu. To jest jak tsunami. Zbliża się powoli, delikatnie, nic jeszcze nie boli, ale już wiadomo, że nadchodzi, by po chwili zalać całe ciało przeogromną falą bólu, nad którą w żaden sposób nie można zapanować.

Pozostaje jedno: albo uciekać, ale i tak cię dopadnie, albo poddać się i iść z falą. W trakcie szczytu skurczu nie zwracałam już nawet uwagi na ból, który trudno opisać, ale skupiałam się na rozluźnieniu i jego wykorzystaniu. Niesamowite w tym wszystkim jest to, że po takim skurczu człowiek czuje się normalnie, aż do następnej fali. Natomiast najgorsze jest to, że skurcze są coraz mocniejsze i trwają coraz dłużej.

Wszystko było pod kontrolą, ale około 9.20 poczułam, że skurcz jest zupełnie inny i główka zaczyna bardzo mocno napierać. Tymczasem Ewa ciągle była w drodze. Wszystko wskazywało na to, że urodzimy razem z Jackiem. Pomyślałam, że trzeba zmienić pozycję na kolankowo-łokciową i „dmuchać świeczki”. Starałam się każdy skurcz troszkę powstrzymać głównie za pomocą pozycji i oddechu. Bałam się, że zacznę przeć, a mogę nie być jeszcze gotowa. O godzinie 10.00, kiedy Ewy ciągle nie było, Marek zadzwonił i dowiedział się, że ma jeszcze około 30 km.

Kolejny telefon do Ewy, a tam komunikat, że jest poza zasięgiem. Byłam załamana. To była najstraszniejsza godzina – czas dłużył się w nieskończoność. Chowałam się w moich skurczach, zatykałam uszy, w których słyszałam dźwięki kryształu, i starałam się przetrwać. Ewa wpadła o 11.15 i stwierdziła, że jestem gotowa. Jeszcze kilka skurczów w pozycji klęczącej oraz podtrzymywanej przez Jacka i poczułam, że wszystko się zbliża. Na ostatni etap przeszliśmy do łazienki. Kolejne skurcze i czułam, że główka jest już bardzo nisko. Ewa delikatnie masowała mi plecy, a Marek był świetnym oparciem.

Pamiętam też, że bardzo bolały mnie nogi od przyjętej pozycji, tak że w końcu postanowiłam wstać. Skurcz w pozycji stojącej był tak silny, że Maluszek znacznie zsunął się w dół. Jeszcze dwa skurcze i poczułam, jak wysuwa się ze mnie. Piękne było to, że byłam wsparta na Marku, a Ewa ze swym spokojem czuwała nad przyjęciem naszej dziewczynki.

Sarcia urodziła się w takiej pozycji jak Gabriel i też w naszej łazience. Jednak był to zupełnie inny poród. Moje przygotowanie, rozluźnienie i świadomość sprawiły, że wszystko potoczyło się dużo szybciej i sprawniej. Nie było pęknięć. Sarcia urodziła się czyściutka i spokojna. Jest Aniołkiem. Nasze dzieci kilka godzin później mogły wejść do łóżka i przytulić się do mnie i Sarci. Niezapomniane wrażenia.

Zobacz też: Strach przed porodem - jak go pokonać?

Mama na rynku pracy

Dom a nie szpital

Dlaczego w domu? Przy trzeciej ciąży nie było już nawet rozmowy o tym, czy dom, czy szpital – sprawa była oczywista. Przy naszym pierwszym dziecku nie miałam jeszcze odwagi. Natrafiłam na ślad Ewy, ale zdecydowaliśmy się na szpital. Była szkoła rodzenia, wcześniejsze obejrzenie oddziału i… koszmar porodu. O godzinie 13.00 odeszły wody płodowe, a o 17.00 byłam w szpitalu, a Maciuś urodził się o 6.05. Wszystko, co można było zrobić, nie tak zostało zrobione. Na własne żądanie wyszliśmy ze szpitala z dzieckiem z zaawansowaną żółtaczką i wiedzieliśmy, że sami lepiej sobie poradzimy.

O drugim dziecku nie chciałam słyszeć, a jeśli już to tylko cesarka, ale kiedy się okazało, że jestem w ciąży, powrócił temat porodu domowego i wtedy skierowaliśmy nasze kroki do Ewy. Spotkania z nią były ciepłe, rzeczowe i rozwiały nasze wątpliwości. Ewa wszystko doskonale wyczuwała. Pamiętam, jak zadzwoniła wieczorem (już w terminie), czy może myć włosy, a ja ze spokojem odpowiedziałam, że tak, ale już godzinę później informowałam ją, że akcja się zaczęła. Od godziny 20.00 miałam regularne skurcze.

Wydawało mi się, że do północy będzie po wszystkim. Niestety doświadczenia mojego pierwszego porodu spowodowały, że niełatwo mi było poddać się temu wydarzeniu. Chowałam się w sobie, uciekałam przed bólem. Przyjęłam pozycję kolankową na piłce i tak trwałam, zmagając się z bólem, a jednocześnie bez żadnego postępu. Fajne było to, że mogłam posłuchać sobie mojej muzyki, że wszystko się działo przy małym świetle w pokoju, że nikt mi niczego nie narzucał.

Taki stan trwał dosyć długo, zaczęłam opadać z sił i wątpić, czy dam radę. Godziny mijały, byłam wyczerpana, śpiąca i pragnęłam, żeby się to wreszcie skończyło. Poddałam się, chciałam, żeby mnie zawieźli do szpitala i uwolnili. Ewa, widząc, co się dzieje, rzeczywiście zasugerowała wyjazd lub zmianę pozycji: ciepły prysznic, a następnie spacer po domu.

Spacer! Mocno powiedziane. Wsparta na Marku dreptałam w okrutnych mękach kilka kroków tam i z powrotem. To był taki moment, kiedy mój mąż poczuł, że musi mi pomóc, bo inaczej maluch nie przyjdzie na świat w domu. I nastąpił przełom, wyraźny postęp. Przeszliśmy do łazienki i rozpoczęły się skurcze parte.

Opierając się z całych sił na Marku, wypychałam z siebie naszego synka. Przy kolejnym skurczu usłyszeliśmy, że coś płacze pomiędzy moimi udami. Jeszcze jeden skurcz i o 5.40 przyszedł na świat Gabriel – w łazience. Po chwili przy małej lampce w spokoju odpoczywaliśmy w niej, popijając kawę. Na łożysko czekaliśmy blisko godzinę. Czy ktoś w szpitalu miałby tyle cierpliwości?

Później niestety było szycie, bo troszeczkę pękłam w miejscu starej blizny po cięciu. To było niemiłe. Mogłam się też spokojnie umyć, a następnie położyć z Maluszkiem i mężem we własnym łóżku. Żałuję tylko, że nie byłam na tyle świadoma i silna, żeby urodzić nasze pierwsze dziecko w domu. Mamy wrażenie, że poprzez poród w szpitalu nasz Maciuś jest trochę poszkodowany.

Dlaczego w domu? Bo jestem u siebie, mam swobodę, nikt nie narzuca mi idiotycznych procedur. Rodzę tak jak chcę i w moim tempie. Jest spokojnie, bezpiecznie. Dzieci urodziły się przy malutkiej lampce, a nie ostrym świetle. Nikt ich nie zabiera, nie wykonuje niepotrzebnych zabiegów, nie myje itd. Pamiętam, jak zaraz po urodzeniu Gabriela siedzieliśmy wszyscy na podłodze w łazience i popijaliśmy kawę. Niezapomniane chwile. Potem własne łóżko i Maluszek obok. W szpitalu byłoby to wszystko po prostu nie do pomyślenia. Życzę wszystkim kobietom świadomości i siły na podjęcie decyzji o przyjęciu własnego dziecka w takich właśnie warunkach.

Zdaniem męża

Mam 42 lata i trójkę dzieci. Mój Maciek urodził się osiem lat temu w powiatowym szpitalu. Poród miał być w wodzie, ale nie udało się, ponieważ zabrakło cierpliwości personelu medycznego, ciepłej wody w wannie i doświadczenia. Poród był ciężkim przeżyciem dla mojej żony, a dla mnie poważnym wyzwaniem profesjonalnym – jestem lekarzem. Wydawało się, że nasz Maciuś zostanie jedynakiem, zwłaszcza po ciąży zakończonej przedwcześnie. Jednak stało się inaczej.

Po sześciu latach od jego urodzin stanęliśmy z żoną wobec wyboru miejsca narodzin kolejnego potomka. Jak każdy chyba mąż, chylę czoła przed wyborami żony w sprawach zasadniczych – nie mogło być inaczej z wyborem miejsca narodzin kolejnego potomka. Moja Ala pragnęła urodzić w domu. Z racji swoich kontaktów medycznych dowiedziałem się, jak bardzo niebezpieczne i ryzykowne są takie porody. Wiedzę czerpałem od doświadczonych kolegów i koleżanek po fachu. Szczególnie niepokojące i działające na wyobraźnię były historie porodowe koleżanki anestezjolog.

Wola mojej żony była święta i zdecydowałem się czynnie i pozytywnie uczestniczyć w narodzinach naszej kolejnej pociechy. Kontakt z doświadczoną w porodach domowych położną nieznacznie zmniejszył poziom moich obaw, ale chcieć to móc i tą dewizą próbujemy się kierować w naszym życiu. Nadszedł dzień porodu. Położna Ewa przejechała około 100 km i była z nami. Poród ciągnął się jak poprzedni, ale się nie poddawaliśmy.

Chodzenie, prysznic i znoszenie jęków to norma. Kiedy w obliczu braku postępu akcji porodowej i wyczerpania mojej żony Ewa zasugerowała kontynuowanie porodu w warunkach lokalnego zaprzyjaźnionego oddziału ginekologiczno-położniczego, coś się we mnie wzburzyło i ambicja nie pozwoliła na takie łatwe poddanie się. Zaczęliśmy z moją Alą poruszać się rytmicznie jak w tańcu i skutkiem tego ruchu było przyjście na świat naszego Gabrielka. Mojemu szczęściu nie było końca.

Kiedy wydawało mi się, że moja Ala nacierpiała się ekstremalnie, okazało się, że przeżyła niezwykłe, nadprzyrodzone chwile, które w niezwykły sposób zbliżyły ją do mnie i do Gabrysia. Ale to jeszcze nic. Nie minęły jeszcze dwa lata, a już kolejne potomstwo było w łonie mojej Ali. Nie dyskutowaliśmy już na temat miejsca porodu. Nasza porodówka w łazience była nadal gotowa.

Za starzy już jesteśmy na kolejne dzieci, ale dobrze, że późno zaczęliśmy, bo skończylibyśmy z co najmniej siódemką maluchów. Poród domowy daje nam spokój, pogodę ducha i radość oraz możliwość pełnego uczestniczenia w pojawieniu się w naszym świecie kogoś tak niezwykłego jak nasze dzieci. Nie chciałbym, aby ktokolwiek straszył matki potencjalnymi powikłaniami związanymi z porodami domowymi.

Jako lekarz – co prawda nieco innej specjalizacji niż ginekolog-położnik – mam dużą świadomość zagrożeń, jakie niesie ze sobą pobyt w szpitalu, a wszystkie procedury, którym poddawane są tam nasze maluchy, nie umilają im spotkania z rodzicami w nowej rzeczywistości. Jeśli mógłbym cofnąć czas, to też chciałbym urodzić się w domu i przytulić się do moich rodziców.

Zobacz też: Jak złagodzić ból w trakcie porodu?

Fragment pochodzi z książki "Domowe narodziny. Fanaberia szaleńców czy powrót do normalności?" autorstwa Ewy Janiuk i Emilii Lichtenberg-Kokoszki (wydawnictwo Impuls, Kraków 2010). Publikacja za zgodą wydawcy. Bibliografia dostępna u redakcji. 

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)