Czy decyzja o porodzie domowym jest słuszna?

Co skłania kobiety do porodu w domu? Czy to słuszna decyzja? Kto z personelu medycznego jest niezbędny przy porodzie domowym? Czy wstępne skurcze to już poród? Jak przebiega akcja porodowa w szpitalu? Co o porodzie w domu i szpitalu sądzi przyszły ojciec?

fot. Fotolia

Przed porodem

Decyzja o porodzie w domu urodziła się w trakcie lektury książki Ireny Chołuj, która zebrała relacje rodziców z porodów domowych. Drugą „inspiracją” był zwykły strach przed szpitalem, opór przed robieniem z porodu wyprawy w siną dal, z niewiadomym zakończeniem. Dom wydawał nam się miejscem absolutnie idealnym – bo to przecież nasze miejsce na ziemi.

Dotarła do mnie świadomość pełnej odpowiedzialności za moje dziecko, za jego życie i zdrowie. I dotarła też myśl, że szpital nie daje stuprocentowej gwarancji, że nic się nie stanie, że ta odpowiedzialność zostanie już na całe życie. W związku z tym poczułam natychmiastową potrzebę oddania mojego dziecka w ręce Boże – jako jedyne dające gwarancję szczęśliwego zakończenia i zniesienia wszystkiego, co życie przynosi. I tak się zaczęło.

Pytaliśmy położne ze szkoły rodzenia, czy stanęłyby do porodu w domu, ale jest to zadanie dla rozpaczliwie odważnych, jak się okazało. Porozsyłaliśmy listy do położnych w całej Polsce (adresy znaleźliśmy w książce Kitzinger), dostaliśmy kilka odpowiedzi, a nazwisko Ewy pojawiło się w końcu chyba w rozmowie z oddziałową na bloku porodowym opolskiego szpitala położniczego (prowadziła wtedy zajęcia w szkole rodzenia).

I tak trafiliśmy pod dobry adres i na wstępie dowiedzieliśmy się, że musimy Ewę przekonać, że chcemy rodzić w domu, bo ona nas przekonywać do niczego nie będzie. I tak ją przekonywaliśmy, mimochodem robiąc różne badania i wypytując, co przygotować w domu, żeby dziecku dobrze się wychodziło w olbrzymi świat.

Poród - początek

Niektóre rzeczy pamiętam, jakby to było dziś (a niektóre, jakby ich w ogóle nie było). Pamiętam grudniowy, niedzielny poranek, kiedy odszedł czop śluzowy z szyjki macicy i byłam cała przejęta, że to już lada moment. Pamiętam też, że byłam wymęczona, bo poprzedniego dnia skończyliśmy z Tomkiem gruntowny remont przestrzeni mieszkalnych i mogliśmy się już cieszyć przygotowanym pokojem dla nowonarodzonego, w stylowym niebieskim kolorze z rzędem uroczych gąsek.

Pamiętam też niestety, że byłam tak bardzo przejęta, że w niedzielę wieczorem, po całym dniu nieregularnych, byle jakich skurczów wezwaliśmy znajomą położną, aby mnie zbadała i orzekła, co jest grane. Ona biedna cierpiała wtedy jakieś męki żołądkowe, ale bohaterka zgodziła się ratować spanikowanych rodziców. No i wielkie rozczarowanie, bo już cały dzień coś tam boli, a rozwarcia ani na palec. Postęp był nikły, a ja się tak okropnie przejęłam, że rodzę, iż nie chciałam robić nic innego, nawet spać. I tak to trwało od niedzielnej nocy do wtorku, niestety.

Pamiętam bieganie po schodach, które miało zintensyfikować akcję porodową, i zdumioną minę sąsiada z piętra wyżej, który malując akurat ścianę przy wejściu do mieszkania, widział, jak mój kochający mąż goni swoją żonę z wielkim brzuchem trzeci raz z góry na dół. Nic to jednak nie pomogło i Ewa podjęła decyzję o wydelegowaniu nas do szpitala – po pierwsze dlatego, że zaszła potrzeba przebicia pęcherza, aby akcję posunąć do przodu, a po drugie, z tej racji, że byłam już wymęczona tym rodzeniem na siłę i nie wiadomo było, jak by się to mogło skończyć.

Szpital

Samą decyzję pojechania do szpitala potraktowałam jak wielką osobistą porażkę, opłakałam, ale pojechaliśmy. Po drodze w naszym maluchu musiałam przeżyć trzy skurcze, Jarek bał się, że przednią szybę wypchnę, pracując nad tymi skurczami. Na izbie przyjęć standardowo odbyło się wypytanie z przeszłości medycznej do drugiego pokolenia włącznie i rutynowe golenie okolic intymnych, badanie, pomiar ciśnienia i inne przepisane prawem czynności.

Na sali porodowej przyznałam się po cichutku położnej, która z nami była, że poród trwa już zdecydowanie za długo, że finał miał być w domu, ale młodzież na świat się nie spieszy i trzeba by przebić pęcherz. I pani okazała się wielka duchem, słowa nie rzekła, sprowadziła siłę fachową w postaci milczącej lekarki, która ów pęcherz przebiła z niezłym skutkiem – przed dwunastą byliśmy w szpitalu z sześcioma centymetrami, a o osiemnastej narodził się nasz syn. Z końcówki akcji pamiętam tylko tyle, że byłam wymęczona, chciałam, żeby się to już wszystko skończyło i że skurcze parte trwały około dwóch godzin.

Po tak długim porodzie byłam z lekka otępiała, bezmyślna i zmęczona, a system rooming-in, skądinąd świetny pomysł, zakładał, że dzieckiem zajmę się sama. Roch pozbywał się smółki z jelit małymi porcjami mniej więcej co kwadrans, więc jak tylko zdążyłam go przewinąć, już trzeba było szykować następną pieluchę. Chciałam więc wyjść jak najszybciej do domu – gdzie się położę, a mąż przewinie i będzie po ludzku.

Kiedy oznajmiłam personelowi, że wychodzę w drugiej dobie po porodzie, odwiedzali mnie wszyscy, od ordynatora po salową, żeby zobaczyć takie dziwo i postraszyć, że wrócę z krwotokiem. Odpowiadałam więc, że najwyżej wrócę, daleko nie mam, ale wolałabym być już w domu. Udało się wyjść, choć niektórzy niemal zasłaniali wyjście własnym ciałem i usłyszeliśmy również: „pani niech wychodzi, ale dziecko musi zostać u nas!”. Tym bardziej poczułam ulgę, będąc we własnym domu i łóżku.

Zobacz też: Dlaczego kobiety decydują się na cesarkę?

Dla kogo jest Barber Shop?

Wnioski poporodowe

Wnioski poporodowe przydały mi się w następnym porodzie. Pierwszy wniosek – jeśli wydaje ci się, że rodzisz, to jeszcze nie jest to. Dzięki temu przy następnym porodzie wydawało mi się, że nie rodzę aż do siódmego centymetra rozwarcia.

Drugi – wewnętrzna dojrzałość człowieka, kobiety, matki ma kolosalne znaczenie w przeżywaniu porodu. Do tej pory żałuję, że nie umiałam sama sobą potrząsnąć i powiedzieć: „wyluzuj, kobieto!”, że nie dotarła do mnie ta informacja, że to może potrwać długo, że trzeba odpocząć, że nic na siłę, jak skurcze osłabną, to też tragedii nie będzie. Byłam mało samodzielna, rodziłam bardzo ambitnie i dlatego tak długo.

Miało to niestety swoje niezbyt miłe skutki – po czterech nieprzespanych nocach (dwie przed urodzeniem, kiedy ambitnie czekałam na każdy skurcz, jedna po urodzeniu, kiedy się martwiłam, bo Rocha zabrali, żeby go wykąpać wieczorem i oddali rano, a druga po urodzeniu, bo kiedy już go oddali, to cały dzień i następną noc wisiał na piersi – co razem daje cztery) miałam dość życia i dwa miesiące wychodziłam z depresji poporodowej. Powinnam na tym traumatycznym wydarzeniu skończyć rozwój macierzyńskiej kariery, ale na szczęście modlitwa i praca działają cuda i mamy trójkę dzieci.

Trzeci wniosek – jak ważne jest zgranie się i rozumienie w małżeństwie. Przy urodzeniu Rocha byliśmy z Jarkiem we wstępnej fazie „docierania się” i to też czułam przy tym porodzie – że brakło mi wsparcia silnym ramieniem w niektórych momentach (w innych silne ramię działało jak trzeba).

Czwarty wniosek – położna jest niezbędna, nie żeby urodzić, ale żeby nie zwariować – na przykład z niepokoju, czy wszystko dobrze idzie.

Piąty wniosek – do porodu domowego trzeba się przygotować, a do szpitala zawsze cię przyjmą. Warto więc o rodzeniu w domu pomyśleć wcześniej. Z drugiej strony ostateczną decyzję o rodzeniu w domu zostawiałam na czas „okołoskurczowy” – bo rodzić powinno się  tam, gdzie kobieta się czuje bezpiecznie. Większość kobiet bezpiecznie czuje się w szpitalu, a ja najlepiej czułam się w domu.

Zdaniem męża

Wtedy byłem dziesięć lat młodszy i wszystko było pierwszy raz, więc nie wiedziałem, co będzie, domyślałem się tylko z tego, co słyszałem i czytałem. Mam naturę taką, że wskakuję do wody, a potem się ratuję, więc bazowałem na tym, co mogę się dowiedzieć od położnych w szkole rodzenia, z książek i od Ewy przed porodem. Starałem się przygotować na to, co może się stać, i być gotowym na to, żeby – jeśli się stanie coś niedobrego – ratować życie dziecka i matki. Obraz z książek i opowiadań wyglądał dosyć dramatycznie. W szkole rodzenia dowiedziałem się, co mam robić przy porodzie, żeby wspierać żonę podczas niego.

Od początku wydawało mi się to idiotyczne, no ale cóż, jeśli żona potrzebuje, żebym z nią oddychał, to ćwiczę oddechy, albo żebym jej masował plecy, to uczę się masować itp. Teraz myślę, że szkoła rodzenia ułatwia raczej pracę lekarzom i położnym w szpitalu, a mniej jest nastawiona (przynajmniej ta, którą my przerabialiśmy) na pomoc w przeżywaniu porodu przez matkę i ojca. Dzisiaj wiem – żona podczas porodu rodzi i mówi, co jej potrzeba, a ojciec słucha żony i robi, co każe (w przerwach gada z położną na tematy filozoficzne, notuje czasy skurczów itp.). Jednocześnie czytałem książki na temat naturalnego porodu – chyba dwie.

No i miałem sprzeczne informacje – poród szpitalny wydawał się na siłę „zinstytucjonalizowany”, czyli przesadnie techniczny, a poród w domu jakby z zaświatów – że to biedne dziecko przeżywa taki stres, że już niemalże po nim. Tylko cudem przeżywa to wszystko, co się dzieje.

Zdystansowałem się więc zarówno do porodu w szpitalu, jak i do porodu w domu. Przeżyjemy – zobaczymy. Byłem też mocno zirytowany piętrzącymi się trudnościami. Denerwowało mnie podejście ginekologów i innego personelu medycznego na pomysł rodzenia w domu (problemy z załatwieniem wizyty pediatry i zaszczepieniem dziecka po urodzeniu). Dzisiaj traktuję lekarzy jako potencjalnych partnerów – jeśli lekarz przyjmuje rolę guru, pana i władcy, to staram się sprowadzić go na właściwą relację albo się rozstajemy (wtedy raczej tego nie potrafiłem, tylko się irytowałem).

Jednocześnie rozmawiając ze starszymi osobami, dowiadywałem się, że kiedyś porody odbywały się w domach oraz w izbach porodowych, a nie w szpitalach – to pomysł ostatnich lat. W końcowej fazie przed porodem miałem świadomość, że położna jest w stanie przewidzieć większość zagrożeń i wszystko musi być przygotowane do tego, że jeśli się zdarzą, to będziemy ratować dziecko i matkę, a jak się nie zdarzą, to będziemy się cieszyć dzieckiem w domu. zdobyliśmy wtedy doświadczenie, jak poród nie powinien wyglądać w domu oraz w szpitalu.

Zdobyliśmy też wtedy doświadczenie z porodu w szpitalu, mamy więc porównanie porodu w szpitalu i w domu. Przy kolejnych porodach już sam wiedziałem, co się będzie działo, kiedy wzywać położną, kiedy Ala zaczyna rodzić tak naprawdę. Jak ją wspierać, co potrzeba robić itp. Przy porodzie Rocha nie spałem kilka nocy tak jak Ala i to zmęczenie z perspektywy czasu miało najgorszy wpływ na całą sytuację. Każdy następny poród był już „obchodzony” bez większych stresów – było spokojnie jak w domu.

Długi czas spędzony z Ewą podczas porodu zaowocował bliską relacją międzyosobową. Prowadziliśmy długie rozmowy o życiu, wspominaliśmy dawne czasy, poruszaliśmy tematy filozoficzne, jak poznaliśmy swoich współmałżonków itp. To wspominam bardzo fajnie. Było naprawdę rodzinnie. Ewę postrzegałem i postrzegam jako fachowca w tym, co robi i jej w pełni ufam, jeśli chodzi o sprawy porodowe. Z perspektywy widzę, że wtedy jednak czegoś Ewie brakowało, żeby nas sprowadzić na ziemię – myślę, że doświadczenia w postępowaniu z takimi ciężkimi przypadkami jak my.

Zobacz też: Strach przed porodem - jak go pokonać?

Fragment pochodzi z książki "Domowe narodziny. Fanaberia szaleńców czy powrót do normalności?" autorstwa Ewy Janiuk i Emilii Lichtenberg-Kokoszki (wydawnictwo Impuls, Kraków 2010). Publikacja za zgodą wydawcy. Bibliografia dostępna u redakcji.

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)