Niemowlę w podróży

Gdy się wyrusza w świat z maluszkiem, bielizna na zmianę i szczoteczka do zębów nie wystarczą. To jednak nie znaczy, że trzeba zabrać pół domu i do noszenia bagażu wynajmować czterech tragarzy!

Niemowlę w podróży fot. Panthermedia
Dalekie wyprawy uświadamiają, że bez wielu rzeczy można się obejść – mówi Anna Olej-Kobus, która podróżuje po świecie wraz z mężem i dziećmi. Jej synek, Staś, w pierwszą podróż wyruszył w wieku pięciu i pół miesiąca. Starszy, Michaś, miał niecałe dwa lata. Kobusowie odwiedzili Tajlandię, Birmę i Kambodżę. Poza domem byli prawie dwa miesiące. Co ze sobą zabrali?

Do ubrania i nie tylko
– Najważniejszą rzeczą, która znalazła się w naszym bagażu, było... pareo, czyli duży kawał przewiewnego materiału. Jest świetne, bo wielofunkcyjne. Przykrywaliśmy nim Stasia (jest cienkie, więc się nie przegrzewał), kładliśmy go na nim (gdy w Tajlandii jechaliśmy pociągiem, nie musiał leżeć na rozgrzanym, skajowym siedzeniu), osłanialiśmy wózek przed słońcem (dzięki temu mały miał cień na plaży w Kambodży), robiliśmy z niego namiocik (gdy płynęliśmy łodzią po jeziorze Inle w Birmie, słońce bardzo prażyło), opatulaliśmy nim chłopców w taksówkach (w Bangkoku taksówkarze włączają klimatyzację, by w ich pojazdach było zimno jak w lodówce)... – wylicza podróżniczka. A co z ubraniami? Wystarczy nakrycie głowy (a najlepiej dwa, koniecznie takie, które osłaniają również kark dziecka), cztery zapasowe komplety ciuszków, rajstopki, dwie apaszki, coś na chłód. – Nie trzeba brać góry ubrań, bo w Azji pranie kosztuje grosze. Oddaje się ubrania wieczorem, a rano wracają czyste, pachnące i wyprasowane. Trochę się bałam, że tamtejsze proszki uczulą chłopców, ale nic takiego się nie stało. Pewnie dlatego, że ciuszki prano ręcznie, zwykłym mydłem. Tak jest po prostu taniej – mówi Anna.

Do podróżowania
Kobusowie nie zabrali ciężkiego terenowego wózka. – Świetnie nam się sprawdziła spacerówka MacLaren Techno XT. Jest lekka i łatwo się składa, a to bardzo ważne, gdy trzeba to robić wiele razy dziennie, np. wsiadając do tuk-tuka. Ma rozkładane do poziomu siedzenie, więc chłopcy mogli w niej spać. Służyła także jako przewijak, z którego można było skorzystać zawsze i wszędzie, nawet na środku ulicy w Bangkoku – śmieje się Anka. Na ogół wózka używał jednak Michaś, bo Anka nosiła Stasia w długiej, elastycznej chuście Babylonia. – Miałam wolne ręce (mogłam więc pchać wózek z Michasiem), a miejscowe kobiety były zachwycone, że noszę niemowlę podobnie jak one – wspomina. Kobusowie mieli również turystyczne nosidło dla Michasia – na wyprawy trekkingowe. Wróćmy do spacerówki: przed wyjazdem musieli przygotować ją do tropikalnych warunków. Do plastikowego okienka w budce dorobili zasłonkę na rzepy – chodziło o to, żeby nie prażyło przez nie słońce. Z kupionej w sklepie budowlanym moskitiery okiennej uszyli obejmującą cały pojazd osłonę z gumką. – Moskitiery dostępne w Europie chronią tylko przód wózka. My musieliśmy mieć pewność, że roznoszące malarię komary nie dostaną się do środka, gdy podniesiemy daszek z tyłu (a musieliśmy to robić, żeby był przewiew) – wyjaśnia Anka.

Do spania
Turystyczne łóżeczka nie były potrzebne, bo chłopcy spali z rodzicami, w rajstopkach (w nocy bywa chłodno), przykryci tylko prześcieradłem. W bagażu znalazł się za to mały odtwarzacz mp3 z muzyką do usypiania. Przydał się też do robienia notatek dźwiękowych i nagrywania miejscowej muzyki.

Do mycia i przewijania
Podróżnicy nie zabrali także wanienki, bo dzieci kąpały się pod prysznicem (Michaś zwyczajnie, na stojąco, w klapkach basenowych, a Staś na rękach mamy albo taty). Zużyli sporo nawilżanych chusteczek (sprawdziły się zwłaszcza te w najmniejszych opakowaniach, po 20, 30 sztuk, bo można je było zawsze mieć przy sobie). Kobusowie zabrali z Polski duży zapas, ale i tak im zabrakło. Nie wystarczyło również pieluch, chociaż ich także wzięli bardzo dużo. – W Azji można je kupić (choć nie wszędzie), jednak mimo że nazywają się tak samo jak nasze, są gorszej jakości. Zmiana skończyła się odparzeniami, a to w podróży spory kłopot – mówi Anna. Przydały się również podkłady do przewijania, pieluchy do kąpieli w basenach hotelowych i w morzu oraz podstawowe kosmetyki i akcesoria: mydło (służyło także do prania), krem nawilżający dla niemowląt, gąbka, nożyczki do paznokci itd. – Przed wyjazdem warto sprawdzić, jak zamyka się opakowanie kosmetyków. W tropikach krem przeciw odparzeniom może się roz-puścić i wypłynąć, jeśli wieczko jest zamykane na wcisk. Lepiej wziąć takie z zakrętką – radzi mama  podróżniczka. W bagażu znalazły się także kremy z filtrem 50 (ale i tak dzieci kąpały się w koszulkach – to najlepsza ochrona) oraz kilka tetrowych i flanelowych pieluch, które posłużyły również za ręczniki, śliniaki, kocyki itd.

Masz pytania? Zadaj je na mamacafe.pl

Słuch, wzrok, dotyk: zmysły chronią dziecko

Apteczka
Była dość duża. Zawierała m.in. środki opatrunkowe, termometr, leki przeciwgorączkowe (i te na bazie paracetamolu, i te na bazie ibuprofenu – w razie wysokiej gorączki podaje się je na zmianę), na przeziębienie (ze względu na klimatyzację to najczęstsza przypadłość w podróży), na ukąszenia owadów, antymalaryczne, na biegunkę i zatrucie, na skaleczenia i obtarcia (bardzo praktyczna jest woda utleniona w żelu), żel łagodzący ból przy ząbkowaniu (pierwszy ząbek wyrósł Stasiowi w Mandalay w Birmie). Sprawdzona rada: w tropiki nie ma sensu zabierać leków w czopkach – rozpuszczają się. Gdy Michaś musiał z nich skorzystać, Anka przywracała im właściwą postać w hotelowej lodówce. – Zabraliśmy także repelenty przeciwko komarom, jednak prawda jest taka, że albo są skuteczne, albo nadają się dla dzieci. Najlepiej jechać w takim miesiącu, gdy nie ma komarów, np. trzeba unikać końca pory deszczowej, kiedy ryzyko zarażenia malarią jest największe – uprzedza podróżniczka. W apteczce znalazły się też (na wszelki wypadek) jednorazowe igły, strzykawki i gumowe rękawiczki. – Zabieramy je w każdą egzotyczną podróż, bo zawsze może się coś zdarzyć, choć np. w Tajlandii można je kupić, w Kambodży nie jest już to takie oczywiste – ostrzega.

Do jedzenia
Gdy wyjeżdżali, Michaś jadał już niemal wszystko, a Stasiowi wystarczał pokarm mamy. – Sądziłam, że tak będzie do końca podróży, jednak w Kambodży zaczął rozglądać się za czymś jeszcze. Dostał więc zabrane przez nas kaszki mleczno-ryżowe (rozrabialiśmy je przegotowaną wodą, o którą prosiłam w hotelu), podjadał nam z talerzy ryż i poznawał miejscowe owoce. Zaczął od bananów, ale potem jadł także inne. Na widok arbuza trząsł się z zachwytu, smakowały mu również ananasy. Miał ochotę i na inne frykasy. Gdybyśmy mu pozwolili, pożarłby z apetytem nawet pieczonego ptasznika! – śmieje się podróżniczka. Starszy z braci, Michaś, jadał najróżniejsze rzeczy: ryż z warzywami, chleb, naleśniki (zwane tam: pancake). Maluchy miały własne talerze i łyżeczki. Piły z kubeczków niekapków (ale tylko wodę, bo soki w upale psuły się zbyt szybko). Staś miał także butelki ze smoczkiem.

Do zabawy
Zabawki Stasia i Michałka czekały na powrót właścicieli w domu. Zaszczytu wzięcia udziału w wyprawie dostąpili jedynie Kurosmok Stasia (bo jest nieduży i prawie nic nie waży) oraz ukochany miś Michałka. – Nie ma sensu brać góry zabawek. Świat jest od nich o wiele ciekawszy – mówi Anna. – Michaś sam wymyślał sobie zabawy. Któregoś razu na zakurzonej drodze w Paganie (Birma) znalazł patyk, grzebał nim w ziemi, kurząc niemiłosiernie, i wołał: "Dym! Para! Kurz!", bo jeszcze nie wie, czym się jedno różni od drugiego. Był bardzo z siebie zadowolony. A Staś? Staś był zachwycony absolutnie wszystkim, wystarczyło pokazać mu listek, gałązkę, cokolwiek. Chłopcy mogli też liczyć na towarzystwo: gdziekolwiek się pojawialiśmy, natychmiast byli przy nas ludzie, którzy chcieli ich poznać. Nic dziwnego: w te rejony świata Europejczycy rzadko wybierają się z dziećmi, zwłaszcza tak małymi. Stasiowi i Michasiowi niczego nie brakowało. Dla nich i tak najważniejsze było to, że jesteśmy razem.  

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)