Małe wielkie radości

Każdego dnia dzieci zaskakują mnie czymś nowym. Cała sztuka polega na tym, by nauczyć się dostrzegać te ich malutkie sukcesy i nie przestawać się z nich cieszyć.

 
Gdy decydowałam się co miesiąc pisać „pamiętnik pierwszego roku z dwójką dzieci” nie sądziłam, że tak mnie to wciągnie. Mimo zarwanych nocy z radością robię te comiesięczne podsumowania. Na początku wpadam jednak w popłoch: „O czym mam pisać? Przecież nic się wielkiego nie wydarzyło”. A potem wyjmuję pomięte notatki nabazgrane na pudełku po kremie, rachunku ze sklepu albo przyczepionym do lodówki skrawku papieru. Wczytuję się w pourywane zdania i... zaczynam pisać o codziennych małych rzeczach. Ziarnko do ziarnka... Zapisuję historię dzieciństwa moich dziewczynek, która inaczej z pewnością bezpowrotnie uleciałaby z naszej pamięci.

Na trzech kołach
Jeszcze niedawno Sonia przesypiała prawie cały dzień, a teraz już chciałaby siedzieć i oglądać coś więcej niż tylko sufit. Czas pomyśleć o spacerówce, by mogła przyglądać się naszym biegającym po lesie owczarkom, krowie sąsiadów, która wcina soczystą trawę, i kolorowym półkom w supermarkecie, gdzie zabieram ją czasami na zakupy. Marzy mi się trójkołowiec – wygodny do jazdy na rolkach, z przednim hamulcem i skrętnym kołem. Przez kilka dni szukam go w Internecie, jeżdżę po sklepach, by „na żywo” wypróbować to, co widziałam w sieci, i wreszcie mam! Śliczny, niedrogi, niebieściutki i leciutki. Siedzisko da się ustawić przodem do mamy lub do kierunku jazdy.
Robimy próbę generalną na Starówce. Każdy chce prowadzić nowy wózek, ale wygrywa Paula. Sonia siedzi przypięta szelkami i przygląda się tłumom.
Boże, jak ja dawno tu nie byłam! Odkąd wyprowadziliśmy się z Warszawy, spaceruję z dziećmi tylko po lasach i łąkach, a atrakcją są lody w wiejskim sklepiku. W mieście czujemy się jak turyści. Robimy zdjęcia, siadamy w kawiarnianym ogródku. Paula nie może uwierzyć, że w Zamku mieszkał kiedyś król! Na szczęście wózek sprawdza się na starym bruku, później okaże się, że świetnie radzi sobie również na leśnych bezdrożach.
Ciasto Rafaello bez pieczenia - Kasia gotuje z Polki.pl

Paula potrzebuje dużo uwagi
„Ja chyba zwariuję” – cedzę przez zęby zagłuszana płaczem Soni i żałosnym zawodzeniem jej starszej siostry. Przed chwilą Paula niechcący uderzyła Małą kolanem w główkę, a słysząc moją dezaprobatę, pobiegła z płaczem do swojego pokoju, skąd teraz głośno wyraża swój żal. O ile zresztą pamiętam, podobny opis zamieszczam w każdym odcinku tego pamiętnika, bo moja trzyipółroczna córeczka stale chce ściskać i całować młodszą siostrzyczkę, pozostając głucha na moje ostrzeżenia. Scena kończy się zazwyczaj płaczem przyduszonej i przyduszającej oraz moją frustracją.
Na szczęście w tym miesiącu Marcin ma więcej wolnego czasu i poświęca go zdetronizowanej jedynaczce, co dobrze robi nam wszystkim. Uczy ją jeździć na dwóch kółkach i po godzinie biegania z kijem Paula łapie wiatr w żagle. Od tej pory Marcin musi gonić ją na swoim „góralu”, a ja z Sonią w wózku próbuję dotrzymać im kroku na rolkach. Zamiłowanie do silnych doznań Paula ma chyba po tacie – w wesołym miasteczku wsiadają na największe karuzele, choć mnie od samego patrzenia robi się słabo. Nie przeraża jej też wyższy od niej trzy razy koń, na którym uczy się jeździć. Stale pogania go, wołając: „Kłus, kłus”. Rower, wesołe miasteczko, konie – Paula czuje się ważna. Tata zabiera ją to tu, to tam, kąpie, czyta bajki, smaży parówki z serem, angażuje do pomocy przy myciu samochodu. Zły humor mija, nie ma gróźb: „Nie będę nikogo lubiła”. Dziecko, zwłaszcza gdy ma kilkumiesięcznego rywala, potrzebuje uwagi i cierpliwości. Tylko że gdy zostaję z tą dwójką sama, czasem mi jej nie starcza. Każdego dnia uczę się...

...być podwójną mamą
Tajemnica tkwi chyba w tym, by poświęcać czas każdemu maluchowi z osobna i obu naraz. – Chodź, Paulusiu, nauczę cię grać w karty – proponuję, gdy Sońka ucina sobie drzemkę.
Gramy w wojnę. Pauli już całkiem nieźle idzie rozpoznawanie figur i liczb. Wie, która karta jest silniejsza, która słabsza. Poznała też wartość asa. – O nie! – awanturuje się, gdy go przegrywa. – Asa ci nie oddam. Weź sobie tę piękną pannę – negocjuje.
Innym razem bawimy się teatr. Wspólnie z Patrycją, rezolutną sześciolatką z sąsiedztwa, wycinamy stroje z bibuły, robimy korony i uczymy się ról bohaterów bajki o „Żabim królu”. Paula oczywiście chce być królewną, Patrycji zostaje rola żabki, na co absolutnie nie chce się zgodzić. – No to bądź wróżką – proponuje Paula, nie przejmując się, że w tej bajce nie ma wróżki. Ostatecznie wystawiamy na tarasie dla znajomych wspaniałą bajkę o żabim królu, w którym zamiast żaby jest wróżka. Nawet Sonia siedzi na widowni i przygląda się fruwającym na wietrze bibułom.

Mała bardzo lubi patrzeć na Paulę i jej wygłupy, co często wykorzystuję. Gdy zaczyna marudzić, a ja mam coś do zrobienia, proszę Paulę, by zatańczyła dla Soni. Zaczyna wtedy skakać przy łóżeczku, podśpiewując głośno, a Sońka wpatruje się w nią jak w telewizor. – Zobacz, Sonia, rybka. W brzuszku ma kuleczki, widzisz, kochanie? Nie wkładaj jej do buzi, bo jest brudna – to nie głos doświadczonej opiekunki, ale trzyipółrocznej dziewczynki.
Paula jest najszczęśliwsza, gdy może trzymać siostrzyczkę na kolanach. Czasem sadzam je na dużym materacu – Sońka ląduje wtedy między nogami Pauli i podtrzymywana przez nią w pasie, śmieje się zadowolona. A Paula, naśladując mnie, podskakuje, próbując robić „pa-ta-taj”.

Soni pasja do książek
Nadszedł czas zabawek, które teraz interesują mojego maluszka bardziej niż ja sama. Tak ma być. Po początkowej fascynacji mamą, około czwartego miesiąca dziecko przechodzi fazę zainteresowania przedmiotami i dopiero w siódmym miesiącu znów chętniej komunikuje się z innymi.
Na razie więc mój niemowlaczek woli patrzeć w oczy plastikowej żabce. Gdy wokół pełno zabawek, godzi się nawet na samotne leżenie w łóżeczku, co wcześniej było nie do pomyślenia. Wykorzystuje wtedy zdobytą niedawno umiejętność przewracania się z boku na bok oraz na brzuszek i sięga rączkami do telefonów, misiów, piesków, którymi chwilę potem z entuzjazmem wali się w głowę i... głośnym płaczem woła mamę. Nawiasem mówiąc, kto wymyślił twarde plastikowe grzechotki? Chociaż może i mają one jakieś uzasadnienie. Oprócz robienia sobie guzów na małej główce, Sońka bardzo chętnie wkłada je sobie do buzi i traktuje jak gryzaki. No, może z równym zapałem ssie jeszcze metkę wystającą z welurowej biedronki i szelki, którymi przypinam ją do wózka.
O tytuł „ulubionej zabawki” Soni może konkurować gumowa książeczka do kąpieli. Upatruję w tym zapowiedź przyszłej miłości do literatury i cieszę się, że odziedziczyła po mnie tę pasję. Nawet wydawanie pieniędzy na ciuchy nie sprawia mi takiej frajdy jak kupowanie nowiutkich, pachnących drukiem książek.

Marta Fidecka
Tagi: felieton
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)