Kobieta - matka

Poznaj co charakteryzuje motyw kobiety - matki w literaturze.

Mitologia

Symbolem miłości macierzyńskiej w mitologii była bogini Demeter. Pewnego dnia zostawiła na chwilę swą córkę Persefonę na łace. Odchodząc zabroniła dziewczynie zrywać kwiaty narcyzów, ponieważ były poświęcone bóstwom podziemnym. Persefona nie posłuchała i została porwana przez Hadesa. Zrozpaczona matka zaczęła poszukiwać córki po świecie. „W poszarpanej szacie, z rozwiązanymi włosami, pełnymi prochu i popiołu, idzie żałobna i smutna starożytna mater dolorosa. (...) Przymglone oczy, w których łez już nie ma, wloką się z przedmiotu na przedmiot, zawiedzione i bezradne. Matka szuka swojej córki”. Pytała o nią każdego przechodnia, ale ani bóg, ani człowiek, ani ptak nie mógł nic pomóc. Przez dziewięć dni i nocy wędrowała po świecie, po lądach i morzach. Zrozpaczona i zdeterminowana bogini urodzaju za karę „okryła pola żałobą”.

Dowiedziała się bowiem prawdy od boga Słońca, że Hades porwał Persefonę za przyzwoleniem Dzeusa. Rozgniewana, przeklęła zasiewy, ludzie i bydło zaczęło głodować, powysychały też rzeki. W końcu Dzeus nakazał Hadesowi, by zwrócił córkę matce. Król piekieł spełnił polecenie, ale podał małżonce jabłko granatu, po zjedzeniu którego na zawsze związana była z podziemnym królestwem. Odtąd corocznie musiała Persefona – Kora na trzy miesiące wracać do męża. Kiedy jednak wychodziła na powierzchnię wiosną, matka była szczęśliwa. Równie głęboko rozpaczała jednak przy rozstaniu. Wtedy Demeter sprawiała, że wszystko zapadało w zimowy sen. Wiosną wszystko znowu się odradzało. „W tej legendzie zawiera się całe życie ziemi, jej rozkwit i uwiąd, ból i radość matki – albowiem ziemia jest <>”.
ą>

Dumną, ale z tego powodu nieszczęśliwą matką była Niobe. Żona Amfiona chełpiła się bowiem, że posiada siedmiu synów i siedem córek i to jej należy się cześć boska, a nie Leto, która urodziła tylko Apolla i Artemidę. Dumna królowa Teb odbierała hołdy mieszkańców, kiedy niespodziewanie ciemna chmura przesłoniła niebo. Jej synowie, przeszyci złotymi strzałami, zaczęli kolejno padać na ziemię. Tebańczycy uznali to za zemstę bogów. „Niobe jakby skamieniała siedzi przez chwilę nieruchomo na tronie, wreszcie z wysiłkiem ogromnym wstaje powoli i blada jak lica jej zabitych dzieci, niezdolna słowa przemówić, patrzy na śmierć swych synów – jakby nie wierzyła oczom”. Kiedy padł najmłodszy syn, „stoi i nadal nieporuszona, z zaciśniętymi dłońmi, tylko ust drżenie i bladość śmiertelna wskazują na to, że żyje i czuje”.
ą>

Potem z rozpaczy zaczyna bluźnić i chwalić się, że nadal jest potężniejsza od Leto, ponieważ ma jeszcze siedem córek. Ale oto i one zaczynają kolejno padać. Kiedy zginęła piąta z dziewcząt, załamała się i zaczęła błagać boginię o zmiłowanie chociaż dla dwóch najmłodszych. Rozgniewana bogini nakazała jednak swym dzieciom, by je zabili. Po tej tragedii bogowie zamienili Tebańczyków w kamienne posągi, a wiatr porwał Niobe i uniósł do jej ojczystej Lidii. „I stoi tam matka Niobidów dotąd, jak posąg kamienny na górze Sipylu. Poprzez wieki mogą wędrowcy oglądać tę postać bolesną zastygłą w granicie i widzieć, jak żywe, ludzkie łzy toczą się po nieruchomym licu, łzy, co w głazie wyryły głębokie, czarne bruzdy cierpienia”.
ą>

Zobacz też : Motywy mityczne
ą>

Biblia
ą>

Biblijna Rebeka była żoną Izaaka, matką Ezawa i Jakuba. Od urodzenia jednak wyraźnie faworyzowała młodszego z bliźniąt – Jakuba. Kiedy chłopcy dorośli, podpowiedziała ulubieńcowi, jak oszukać ojca, żeby otrzymać od niego błogosławieństwo, a tym samym w przyszłości władzę nad całym rodem. Ezaw, pierworodny, był owłosiony, więc pomogła Jakubowi owinąć ręce skórą jagnięcia i przyrządziła ulubioną potrawę Izaaka. Ojciec dał się oszukać i pobłogosławił młodszego. Kiedy sprawa wyszła na jaw, poradziła Jakubowi, by czym prędzej uchodził z domu. Podsłuchała bowiem, jak Ezaw odgrażał się, że brata zabije. Lea i Rachela były żonami Jakuba.
ą>

Ta pierwsza wiedziała, że mąż jej nie kocha, ponieważ została jego żoną dzięki podstępowi ojca, który wysłał ją w noc poślubną do namiotu Jakuba zamiast Racheli. Bóg jednak obdarzył ją licznym potomstwem, co jej małżonka cieszyło. Jakub, żeby poślubić Rachelę musiał odsłużyć u Labana, jej ojca, kolejne siedem lat. Rachela kochała i była kochana, ale była niepłodna. Dopiero po wielu latach Bóg zlitował się nad kobietą i urodziła Józefa. Zmarła po przyjściu na świat drugiego syna – Beniamina.ą>

Zobacz też : Stary Testament - charakterystyka
ą>

Baroką>

Gertruda, jedna z postaci w Hamlecie WILLIAMA SZEKSPIRA, jako matka nie sprawdziła się. Zaślepiona miłością do drugiego męża, Klaudiusza, niewiele interesowała się problemami swego syna Hamleta. Jeżeli już, to z nakazu małżonka. W niedługi czas po swoim ślubie, kiedy królewicz duński chodził jeszcze w żałobie po stracie ojca, prosiła, by zrzucił czarne szaty, tłumacząc, że „Co żyje, musi umrzeć; dziś tu gości, / A jutro w progi przechodzi wieczności; / To pospolita rzecz”. W głębi duszy jednak czuła się winna, że tak szybko wstąpiła w nowe małżeńskie związki i to stało się przyczyną obłąkania Hamleta. Postanowiła rozmówić się z nim. Hamlet jednak zaczął się zastanawiać, „czy nie ma tam czasem jakiego postscriptum pod tym macierzyńskim podziwem”. Poloniusz pewien był, że królowa wprawdzie synowi „zmyje głowę”, ale warto, by ktoś podczas tej rozmowy był jeszcze obecny, ponieważ „matki z natury / Są stronne”. Radził królowej, żeby napomniała Hamleta, „że się już przebrała miarka / Jego wybryków, że wasza dostojność / Za długo stoisz już jako parawan / Pomiędzy nim a ogniem”. Była jednak zbyt przerażona myśląc, że Hamlet chce ją zabić, żeby powiedzieć mu to, co miała zamiar. Nie ostrzegła też syna, że wyjazd do Anglii oznaczał dla niego śmierć, choć się tego domyślała.
ą>

Oświecenie
ą>

W literaturze oświecenia portret matki przedstawił IGNACY KRASICKI w Mikołaja Doświadczyńskiego przypadkach. Narrator wspominał, że „Matka moja, z dzieciństwa wychowana na wsi, dla odpustu chyba nawiedzała pobliższe miasta; skąd każdy wnieść może, że jej na wielu teraźniejszych talentach brakło”. Była typową szlachcianką o ciasnych horyzontach myślowych. Na zarzuty ludzi bywałych w świecie, że miała „zbyt surowe maksymy i dzikość niejaką, obrażającą oczy wielkiego świata, rzekła (...) że woli prostacką cnotę niż grzeszne występki”. O wychowanie jedynaka dbała, w swoim mniemaniu dobrze. Kiedy miał siedem lat okazało się jednak, że Mikołajek nie umie czytać ani pisać. Tłumaczyła, że dziecko było słabowitego zdrowia i bardzo nieśmiałe. Chłopak źle się jednak czuł w szkole, więc zrobiła dyrektorowi awanturę za rzekome prześladowanie jedynaka. Po śmierci małżonka zabrała Mikołaja do domu, by uczył się pod okiem guwernera. Jednocześnie czuwała nad jego morale. Kiedy bowiem syn zakochał się w jej wychowanicy, pannie Juliannie i chciał się z nią ożenić, „matka ani o tym słyszeć nie chciała” i czym prędzej wysłała dziewczynę do klasztoru, a Mikołaja do Warszawy. ą>

Zobacz też : Ignacy Krasicki - biografia
ą>

W Powrocie posła JULIANA U. NIEMCEWICZA wzorem matki była Podkomorzyna. Syn jej przebywał w stolicy, uczestnicząc w obradach sejmowych, więc tęskniła za nim. Kiedy Walery wrócił, wyznała, że „Wracasz na łono matki, tak dawno czekany! / Jakże jestem szczęśliwa, że ciebie oglądam! / Nie, już na świecie więcej... niczego nie żądam. / Ty nie wiesz, co dla syna serce matki czuje”, więc „Dzisiaj wszystkie tęsknoty me słodzę”. Kochała Walerego, ale nie była to miłość ślepa, była też dumna z jego osiągnięć. Kiedy starosta oskarżał młodzieńca o obłudę, broniła syna, twierdząc, że „W nieuczciwym go zdaniu nikt nie poszkalował”. Pragnęła szczęścia Walerego, dlatego starała się wymóc na Gadulskim zgodę na zaślubiny syna z Teresą. Podkomorzyna miała jeszcze dwóch synów, ale ci od dłuższego czasu przebywali poza domem, więc to Walery stanowił główny ośrodek jej zainteresowań, choć i o tamtych nie zapominała. ą>

Jak pomóc piersiom wrócić do formy po ciąży i karmieniu piersią?

Romantyzm
ą>

Literatura okresu romantyzmu. W III części Dziadów ADAM MICKIEWICZ ukazał postać zrozpaczonej matki – pani Rollison. Niewidoma kobieta przyjeżdżała codziennie do pałacu Senatora, by uzyskać informacje w sprawie swego uwięzionego syna. Dygnitarz nie mógł jej nie przyjąć, ponieważ wstawiła się za nieszczęsną księżna, jego kochanka. Pani Rollison była dotąd codziennie odprawiana z niczym, ale wtedy „siada i skwierczy pod progiem. / Kazaliśmy brać w areszt, - ze ślepą kobietą / Trudno iść, lud się skupił, żołnierza wybito”. Gubernator rozkazał ją wpuścić. Nieszczęśliwa matka skarżyła się, że jej syn podczas przesłuchania został ciężko pobity. O sobie mówiła, że jest biedną wdową, a syn utrzymywał ją zarabiając korepetycjami. „Ślepa, on był mnie okiem. – Panie, umrę z głodu”. Nikt jej nie powiedział o jego męce, ale „ja mam matki ucho. / Ja ślepa; teraz w uchu cała moja dusza, / Dusza matki”.

Słyszała, jak go wczoraj prowadzili do ratusza. Usiadła pod murem i przyłożywszy do niego ucho, „głos jego słyszałam uszami własnemi”. Serce matki nie mogło się mylić. Senator obiecał, że zainteresuje się sprawą i zezwoli na widzenie z więźniem. Kiedy uszczęśliwiona Rollisonowa wyszła, kazał wpuścić ją wieczorem, ale potem natychmiast aresztować. Podczas balu u Senatora wtargnęła do pałacu. Głośno groziła dygnitarzowi, że go zabije za to, że jej syn został wyrzucony przez okno. Słyszała pod więzieniem jak ludzie krzyczeli, że spadł. Nie widziała zwłok, „Lecz krew na bruku czułam”, a tu jego kat bawi się. Z rozpaczy pada na ziemię zemdlona. Ksiądz Piotr uzyskuje zgodę na wyniesienie kobiety z sali.

Zobacz też : Adam Mickiewicz - biografia

Pozytywizm

Nad Niemnem
ą>

W literaturze okresu pozytywizmu kobiety – matki występowały w Nad Niemnem ELIZY ORZESZKOWEJ. Samotną matką była pani Andrzejowa Korczyńska. Jej mąż zginął, kiedy Zygmunt był jeszcze niemowlęciem, więc jego wychowaniu poświęciła się bez reszty. Wprawdzie Benedykt krytykował jej metody wychowawcze, twierdząc, że chłopiec wyrasta na francuskiego markiza, nie na polskiego obywatela, ale nie widziała w tym nic złego.. Oburzona zarzutami twierdziła, że „dążeniem jej i celem życia jest to, aby syn jej był nad tłum wyższy, czystszy, doskonalszy”. Zapewniała, że „On, przy jej boku, pod jej czuwającym okiem, wzróść musi czysty od wszelkiej moralnej skazy, z duszą tak wybredną, aby wszelki cień brzydoty i pospolitości wstrętem ją napełniał”. Zatrudniła drogo opłacanych nauczycieli, otoczyła zbytkiem i nie życzyła sobie, żeby się ktoś do jej postępowania wtrącał.
ą>

Była szczęśliwa, kiedy u Zygmunta odkryto talent malarski. Wysłała go na studia za granicę. Kiedy jeden z jego obrazków zdobył niejakie zainteresowanie znawców, „Dla pani Andrzejowej była to chwila prawie upajającego szczęścia. Ziściły się jej najgorętsze pragnienia. Z ekstazą prawie myślała, że na tym samym ołtarzu, na którym zginął Andrzej, syn jego będzie składać ofiary geniuszu i pracy”. Jego twórczość miała stać się pomostem między przeszłością a przyszłością. „Ta myśl panowała w niej nad wszystkimi innymi. W okazywaniu uczuć swoich jak zwykle powściągliwa, w głębi szalała prawie z radości i dumy. (...) Częściej niż wprzódy ukazywała się pośród ludzi, żądna może usłyszenia tego, co o jej synie mówiono”. Od dwóch lat jednak, od kiedy Zygmunt wrócił na stałe do Osowiec ze świeżo poślubioną żoną, „Cicha promienność (...) bez śladu znikła. Zamyślenie jej nie było pogodną kontemplacją rzeczy miłych i pomyślnych, lecz niespokojną zadumą nad czymś niezrozumiałym i groźnym”. Wiedziała doskonale, że syn żony nie kochał, że tak naprawdę nigdy nikogo i niczego nie kochał, nawet malować przestał, więc nawet sztuki nie kochał. „Widać było, że twierdzące odpowiedzi na pytania, które jak przeraźliwe błyskawice umysł jej przerznęły, były dla niej gromem”. Nie chciała wtrącać się w pożycie młodego małżeństwa, choć widziała, że Klotylda była nieszczęśliwa.
ą>

Nie potrafiła zrozumieć syna, który przecież wydawał się kiedyś taki zakochany. Z poczuciem winy przytulała więc tylko synową, postanawiając rozmówić się z Zygmuntem. Kiedy przybył do jej pokoju z pewną propozycją, zgodziła się jej wysłuchać, „a piękne jej oczy, których blask łzy i tęsknoty zgasiły, z niewysłowionym wyrazem powściąganej czułości spoczywały na tej pochylonej ku jej kolanom głowie, na którą, Boże! ileż nadziei, ileż jej cudownych marzeń i namiętnych modlitw spłynęło!”. Syn stwierdził, że jego artystyczna natura wzdraga się przed wypełnianiem przyziemnych gospodarskich obowiązków i w tym względzie przyznała mu rację. Kiedy jednak zapytał, czy matka chce, aby był nieszczęśliwy, z drżeniem w głosie odparła, iż „Nie ma na świecie matki, która by swoje dziecko nieszczęśliwym widzieć chciała, ale ją dla ciebie pomiędzy niskim szczęściem a nieszczęściem wzniosłym wybrałabym to drugie”. Zygmunt zaczął namawiać ją na sprzedaż Osowiec i przeniesienie się na stałe za granicę.ą>

„Milczała. Z głową podniesioną i spuszczonymi powiekami siedziała nieruchomo, nie odbierając mu swojej ręki, która tylko stawała się coraz zimniejszą i sztywniejszą”, potem stanowczo odmówiła. Zapewniła, że nigdy nie sprzeda ani piędzi rodzinnej ziemi. Wzburzona wyznała, iż marzyła, że syn tu, w Osowcach, znajdzie natchnienie. Kiedy brutalnie stwierdził, że nie nadaje się do życia w tym barbarzyńskim świecie, ani z tymi „sokami ziemi” rzekomo potrzebnymi dla jego twórczości, „Powoli, obu dłońmi opierając się o stół, bo może nogi posłuszeństwa jej odmawiały, powstała i zapłakała tak, jak płakała zwykle, bez łkania, bez najlżejszego drżenia rysów, kilku grubymi łzami, które powoli stoczyły się jej po policzkach”. Wyznała, że to jej wina, jej bardzo wielka wina. „Zbłądziłam. Pomiędzy tobą a tym, co powinno być najwyższą twoją miłością, nie zadzierżgnęłam dość silnych więzów. Mówiłam ci wprawdzie o tej miłości zawsze, wiele... ale słowa, to widać siew nietrwały”. Błagała syna: „Nie karz ty mnie za mój błąd mimowolny (...) bo myślałam, że czynię jak najlepiej... Zamykałam cię w kryształowym pałacu i w dalekie światy wysyłałam, bo w myśli mojej miałeś być gwiazdą pierwszej wielkości, nie zaś pospolitą świecą, wodzem, nie szeregowcem Widać zbłądziłam, ale ty mój błąd popraw”. Przypomniała synowi, że jego ojciec kochał tę ziemię i ten lud.
ą>

Kiedy jednak Zygmunt stwierdził, że nic go z tą ziemią nie łączy, a ojciec jego był szaleńcem, „Słuchała, słuchała i może miała takie poczucie, jak gdyby ziemia spod stóp się jej usuwała, bo obie jej dłonie mocno ściskały krawędź stołu”. Potem kazała mu wyjść. Zostawszy sama, „ta wspaniała kobieta, która z twarzą jak opłatek białą stała śród zmroku niby w kamienną kolumnę przemieniona, czuła teraz, że na drodze jej życia i na dnie jej serca wznosi się druga mogiła, rozpaczniejsza jeszcze o pierwszej, bo już nic po sobie nie pozostawiająca. (...) Byłaży to agonia jej wielkiej miłości dla syna? Czyżby go kochać przestawała? (...) Czuła, że wraz z zanikaniem jej miłości i wiary niezgłębiona próżnia otwiera się przed nią, kruszą się same podstawy jej bytu, jakiś nóż ostry i nielitościwy podcina same korzenie jej życia”. Padła na kolana i zaczęła modlić się do męża, błagając o przebaczenie, że tak wychowała syna, iż tak go znieważył. Pragnęła śmierci. Poniosła klęskę jako matka. Jedna z pań stwierdziła: „Dobrze jej tak, bo jest dumna jak udzielna księżna i syna za półbożka miała”.
ą>

Zobacz też : Nad Niemnem
ą>

Matką, której można było mieć wiele do zarzucenia, była inna postać z powieści Orzeszkowej – pani Emilia Korczyńska. Wiecznie chora, córkę wysłała do szkoły agronomicznej, a córkę Leonię na pensję do Warszawy, tłumacząc się, że „przy swym słabym zdrowiu wychowaniem jej w domu pokierować nie mogła”. Kiedy dzieci przyjechały na wakacje, wsparta na ramieniu usłużnego Kirły, ledwie zdołała wyjść na ganek. Nie była jednak w stanie przywitać się z nimi, ponieważ opanowało ją „spazmatyczne łkanie” i została odprowadzona do pokoju. W czasie ich pobytu w domu także niewiele się nimi zajmowała. Witold nawet stał się przyczyną silnego ataku nerwów. Kiedy poprosił ją o chwilę rozmowy, wahała się długo, ale poszła z młodzieńcem na spacer. Użalała się przed Witoldem na swoje smutne życie. Poczuła się jednak niemile dotknięta ponieważ „syn nie okazał jej dość współczucia, na skargi jej odpowiadał milczeniem, i to ją zgryzło, bo raz jeszcze dowiodło, że nikt, nawet własne dziecko, ani zrozumieć, ani kochać jej nie umie”. Rozchorowała się z tego wszystkiego. Kiedy przyjechały panny Darzeckie, nakazała tylko, by Leona zmieniła kokardę i buciki, potem więcej się córką nie interesowała.ą>

Poprosiła nawet Teresę, żeby nikogo nie wpuszczała do jej pokoju. Gdy Witold poprosił matkę, by wyraziła zgodę na pójście Leoni na wesele do zaścianka, odmówiła, twierdząc, że „matką jestem i prowadzenie Leoni jest moim świętym obowiązkiem (...) dopóki ją żyję, moja córką nie będzie bywać w niewłaściwych dla siebie towarzystwach, psuć sobie układu i patrzeć na rzeczy, których nigdy widzieć nie powinna”. Syn tłumaczył, że dziewczynka powinna zażywać więcej ruchu i dowiedzieć się czegoś o ludzie, między którym żyje, „Wzięła to za aluzję do jej własnej chorowitości i bezużyteczności. Zamiast więc współczucia znajdowała u syna krytykę i przyganę! Jednak tego syna kochała! W dzieciństwie pieściła go więcej jak córkę, hałasować tylko w bliskości swojej nie pozwalała”. Miała do Witolda więc wielki żal, ponieważ „ani kochać nawzajem, ani rozumieć jej nie mógł”. Zdania jednak nie zmieniła. Nie umiała być dobrą i wyrozumiałą matką, bo tak naprawdę kochała tylko siebie.
ą>

Inna postać z powieści, Marynia Kirłowa, była matką pięciorga dzieci. Najstarszą córkę, także Marynię, uczyła prowadzenia domu i gospodarowania, aby w przyszłości mogła poradzić sobie w życiu. Młodsza, Rózia, także powoli zajmowała się coraz trudniejszymi pracami. Matka czuwała, by były pobożne, pracowite i uczciwe. Kochała wszystkie dzieci jednakowo. Więcej kłopotów sprawiali jej synowie. Starszy, Staś, wprawdzie zdał do czwartej klasy, ale był chorowity. Młodszy jednak, Boleś już dwa lata przesiedział w drugiej klasie i jeszcze nie dostał promocji. Jak nie zda poprawki, zostanie usunięty że szkoły, a do nauki nie dawał się zagonić. Musiała więc przywiązać go do stołu w pokoju bawialnym, żeby nie uciekł. „Słychać było, że mówiła tam z gniewem i krzykiem, to znowu tonem upominania i przekonywania; wyszła po chwili z twarzą w ogniu, z drżącymi trochę rękami i ustami. Widać było po niej, że to srogie mentorstwo, które zmuszoną była względem dzieci swych okazywać, wiele ją kosztowało”.
ą>

Chciała dla nich jak najlepiej, choć zdawała sobie sprawę, że materialnie wszystkiemu nie podoła. Zwierzała się Różycowi, że „Trzebaż to wykarmić, ubrać i czegokolwiek nauczyć. O edukacji córek już i nie marzyła. Sama je nauczyła, czego mogła, a zresztą niech dobrymi gospodyniami będą! Ale synów kształcić pragnęła i do szkół ich oddała marząc sobie, że jeden z nich zostanie gospodarzem na Olszynce, a drugi w świat z zawodem jakim pójdzie. Ale szkoły drogo kosztują. Czasem sobie włosy z głowy wydziera przemyśliwając, czym i jak za nich zapłaci”. Była więc bardzo wdzięczna, kiedy kuzyn zobowiązał się pokrywać koszty edukacji chłopców, dopóki nie skończą nauki.
ą>

Zbrodnia i kara
ą>

Portret matki przedstawił także FIODOR DOSTOJEWSKI w Zbrodni i karze. Matką Rodiona i Awdotii była Pulcheria Raskolnikowa. Mieszkała wraz z córką w guberni r-skiej i pisywała do mieszkającego w Moskwie syna. W liście, który Rodionem wstrząsnął, zapewniała, że bardzo go kocha, ale nie jest w stanie wysyłać mu więcej pieniędzy. Zmartwiła ją bardzo wiadomość, że porzucił uniwersytet. Zawiadamiała też o zaręczynach Duni i zapowiadała niedługi przyjazd obu do Petersburga. Staruszka nie skarżyła się na nic, ale dobrze zrozumiał, że przyszły zięć nie bardzo przypadł jej do gustu. Kiedy niespodziewanie pojawiły się w jego izdebce, zemdlał z wrażenia.
ą>

Ocknąwszy się, patrzył takim wzrokiem, że Pulcheria przeraziła się i rozpłakała. Nie widziała go od trzech lat. Wydał się jej jakiś dziwny, niemalże obcy. Czterdziestotrzyletnia Pulcheria Aleksandrowna „była uczuciowa, jednak nie ckliwie sentymentalna; nieśmiała i ustępliwa, lecz tylko do pewnych granic: w niejednym mogła ustąpić, zgodzić się na niejedno, nawet gdy to było sprzeczne z jej zapatrywaniami, ale zawsze istniała taka granica uczciwości, zasad i niezbitych przekonań, do której przekroczenia nie potrafiłyby jej zmusić żadne okoliczności”. Dzieci swe kochała, ale nie bezkrytycznie. Miała zaufanie nie tylko do ich postępowania, ale i podejmowanych decyzji. Kiedy więc przybył narzeczony córki, by ostatecznie się rozmówić z Dunią, nie wtrącała się do rozmowy. Poparła córkę, kiedy ta kazała Łużynowi odejść. Pełna oburzenia wypomniała mu skąpstwo i stwierdziła, że żałuje, iż chciała mu oddać Dunię. Potem sama „nie mogła uwierzyć, że i ona się cieszy; nie dalej niż dziś rano zerwanie z Łużynem byłoby się jej wydało straszną katastrofą”.
ą>

Cały czas przeczuwała wprawdzie, że z Rodionem dzieje się coś złego, ale czekała, aż sam jej wszystko wyzna. Stwierdziła, że myślała, „że po prostu naprzykrzamy ci się, ale teraz widzę ze wszystkiego, że wisi nad tobą wielki smutek i dlatego tak się martwisz. Już dawno to przeczuwałam”. Kiedy płacząc rzucił się do jej nóg, wyznała, że „Jak cię zobaczyłam pierwszy raz wtedy (...) gdyśmy dopiero co przyjechały tutaj, od razu odgadłam z twojego wzroku, aż mi wtedy serce stanęło”. Dziś pomyślała sobie, że nadeszła chwila prawdy. Rozchorowała się na początku procesu syna, więc nie dowiedziała się wszystkiego. „Choroba Pulcherii Aleksandrowny była jakaś dziwna, nerwowa”. Córką wytłumaczyła, że Rodion musiał wyjechać daleko, ale matka o nic nie wypytywała. Z radością udzieliła Duni, wychodzącej za mąż za Razumichina, swego błogosławieństwa, „ale po ślubie stała się jakby jeszcze smutniejsza i bardziej zatroskana”. Wkrótce potem umarła.ą>

ą>

Literatura Młodej Polski
ą>

Chłopi
ą>

Marcjanna Paczesiowa, zwana w Lipcach Dominikową, jedna z bohaterek w Chłopach WŁADYSŁAWA S. REYMONTA, była matką Szymka, Jędrzycha i Jagny. Miała „suchą kieby z blichowanego wosku twarz, całą w podłużnych bruzdach zastygłą – poruszała bezzębnymi wargami (...) i siedziała nieruchomo, ino jej bure oczy gorzały”. Dzieci traktowała niejednakowo. Jej ulubienicą była córka, synowie musieli wykonywać wszelkie prace domowe bez słowa sprzeciwu, „abo im matka da się żenić... a bo to im popuści”. Nie lubiano jej we wsi i bano się, uważając za czarownicę. Dominikowa kochała Jagnę, nie chciała jej wydać za mąż za byle kogo. Wiedziała, że córka podobała się Maciejowi, więc postanowiła to wykorzystać.ą>

Dała do zrozumienia, że jeżeli zrobi zapis, to żadna mu się nie oprze. Pilnowała, by Jagna nie romansowała zbyt jawnie, żeby nie plotkowano o dziewczynie we wsi. Kiedy więc natknęła się na Mateusza w swojej chałupie, wygoniła go. Potem skrzyczała Jagnę, a kiedy ta się rozpłakała, „stara się udobruchała i jęła troskliwie obcierać jej twarz i oczy, głaskać po głowinie, a uspokajać”. Resztę złości wyładowała na Szymku, poganiając syna, aby nakarmił krowy. Kiedy przyszli swaci od Boryny udawała, że się zastanawia, bo to wdowiec i dzieci mogłyby macochę wypędzić. Zgodziła się jednak, pod warunkiem zapisu sześciu morgów. Zrękowiny odbyły się w karczmie. Targowała się z Boryną, twierdząc, że Jagna dostanie w posagu pięć morgów ziemi i mórg lasu, więc on także powinien obdarować ją tym samym. Widząc, że synowie się upili, kazała im wracać do domu.
ą>

Kiedy Szymek zaczął się stawiać, grzmotnęła go w pierś tak, że się zatoczył. W dniu wesela Jagny „Nie chciało jej się wierzyć, że to naprawdę już dzisiaj. (...) Tak, sama chciała tego, a teraz (...) jakby strach nią owładnął i tak zatrząsł, aż skurczyła się z bólu”. Obiecywała sobie, że nie da jej skrzywdzić. Ubierając dziewczynę tłumaczyła, jak z mężem i pasierbami powinna postępować. Przed ślubem usadzała z synami gości, częstowała „i na wszystko oko miała”. Potem powitała nowożeńców chlebem i solą. Od tamtej pory była w chałupie Borynów częstym gościem. Podczas świąt zimowych wigilię wraz z synami także u nich spędziła. Kiedy Szymek chciał pójść do Nastusi, kazała mu iść do domu i zajrzeć do krów a potem wspólnie mieli uczestniczyć w pasterce. Zawsze starała się zapobiegać kłótniom między małżonkami.
ą>

Gdy rozgniewany Boryna zabrał Jagnę z karczmy, ponieważ wywołała zgorszenie tańcząc z Antkiem, próbowała Maciejowi wytłumaczyć, że to nie wina Jagusi. Na zarzut, że zgodziła się na ten ślub, odparła, że „Nie ją was molestowałam, byście ją wzieni, nie ja ją wam podtykałam ni ona sama”. Po skandalu, jakim było przyłapanie kochanków przez Borynę, musiała na jakiś czas zabrać córkę do siebie. Pozorna zgoda trwała do śmierci Boryny. Dominikowa nie zgadzała się też na ślub Szymka z Nastusią Gołębianką. Kiedy syn zażądał pieniędzy na zapowiedzi, ślub i wesele, doszło do awantury, w wyniku której została straszliwie poparzona. Wyrzuciła i wyklęła wyrodnego syna. Na ślub także nie poszła. Nie przeczuwała, że czeka ją kolejny rodzinny dramat. Od pewnego czasu Jagna zmieniła się, stała się bardzo pobożna i przesiadywała w kościele lub u organistów.ą>

Kiedy dowiedziała się, że we wsi plotkują o jej córce i kleryku, „Wróciła nad wieczorem zburzona, kiej ta noc jesienna, spłakana i ciężko wzdychająca, nie odzywała się do nikogo”. Ujawniła Jagnie, co mówił o niej proboszcz i organiści. Nie zważała na płacz córki, „nie bacząc na to jęła ją bić, niby kijem, przypominkami wszystkich przewin i grzechów, nie darowała ani jednego, wypominając, co ją tylko żarło od dawien dawna i nad czym srodze bolała”. Wyrzekała, że przynosi jej wstyd na stare lata. Ucichła, gdy córka stwierdziła, że „I wyście pono za młodu nie byli lepsi”.
ą>

Nie śmiała już dłużej pastwić się nad Jagną. Kiedy jednak wieś postanowiła ukarać Jagnę wypędzeniem ze wsi, próbowała zagrodzić drogę wdzierającym się do chaty ludziom, ale została stratowana. Potem powlokła się do miejsca, gdzie nieszczęsna leżała na gnoju, „szła okrwawiona w potarganej odzieży, i z trudem macająca kijem drogę”. Przeklęła powracających krzywdzicieli jej córki, a oni uciekali zawstydzeni jej słowami i przestraszeni. Zabrała poturbowaną Jagnę do domu. Opiekowała się córką, ale sama była też „kiej trup, jeno przy niej przesiaduje. Nie pociągną oni długo, nie”. ą>

Zobacz też : Chłopi
ą>

Moralność pani Dulskiej
ą>

Kontrowersyjną matką była pani Aniela Dulska, bohaterka Moralności pani Dulskiej GABRIELI ZAPOLSKIEJ. Miała syna Zbyszka i dwie córki – Hesię i Melę. Kłopoty sprawiało jej najstarsze dziecko, ponieważ Zbyszko spędzał noce poza domem i nie miał zamiaru się tłumaczyć. Dulska uważała, że miała prawo wiedzieć, gdzie się obracał, ponieważ „Jestem matką” i „Muszę wiedzieć, na czym trawisz czas i zdrowie”. Zapowiedziała też, że nie będzie spłacać jego długów. Wypominała synowi, że „na tom cię mlekiem swym karmiła, żebyś nasze uczciwe i szanowane nazwisko po kawiarniach i spelunkach włóczył”. Stwierdzała też, że „Gdy patrzę na ciebie, to chwilami wierzyć mi się nie chce, że jesteś moim dzieckiem. (...) ty jesteś wyrodek, ty nie jesteś moim synem”.ą>

Nic nie miała jednak przeciwko temu, kiedy Zbyszko zaczął interesować się Hanką. Wolała, żeby siedział w domu, „Byle się nie włóczył i nie tracił zdrowia... Trzeba być matką, aby zrozumieć, jaki to ból patrzeć, jak syn marnieje”. Tolerowała więc ten romans, rzekomo w imię dobra Zbyszka. Skarżyła się Juliasiewiczowej, że „Z tym chłopcem już nie ma rady. Już mu tak dogadzam, żeby go tylko w domu przytrzymać”. Kiedy jednak kuzynka nie chciała rozmawiać z nią o ważnej dla Dulskiej sprawie przy dzieciach, stwierdziła, że „niech nawet słyszą, to będzie dla nich nauką na przyszłość, to ich nauczy, gdzie zaprowadzić może lekkomyślność i chęć przypodobania się”. Kiedy jednak dowiedziała się, że zostanie babką, nie chciała uwierzyć. Natychmiast kazała Hance wynosić się z domu. Postanowiła także rozmówić się natychmiast ze Zbyszkiem.ą>

Obrażona Juliasiewiczowa wyjawiła jednak mężczyźnie, że matka od początku o wszystkim wiedziała, „Przez palce się patrzyło, przez palce. Dopiero teraz, jak głośny skandal, to na Zbyszka, na Hankę”. Gdy Zbyszko oznajmił, że się z Hanką ożeni, zapowiedziała, że nigdy na to nie wyrazi zgody. Poprosiła Juliasiewiczową o pomoc w rozwiązaniu sprawy. Tłumaczyła, że „Ja to przecież zrobiłam dla jego dobra. Patrzeć już nie mogłam, jak mi się wisusował. To się nieraz robi. Ja nie pierwsza i nie ostatnia”. Rozpaczała, że Zbyszko robi „Na złość mnie, matce!”. Kuzynka wytłumaczyła więc mężczyźnie, że materialnie nie utrzyma rodziny, a matka ogłosi, że nie będzie spłacać jego długów, więc nigdzie nie będzie mógł pożyczyć, że Pani Aniela , „Wychowała cię, według niej, najlepiej. (...) Wszystko to robiła przez miłość dla ciebie. I teraz ona płacze, Zbyszku, ona płacze”.
ą>

Poprosiła, by syn Dulską przeprosił, a „Ona chora, ona biedna”. Dla zapewnienia spokoju w rodzinie zgodziła się wypłacić Hance zadośćuczynienie. Potem, jak co dzień, zaczęła poganiać domowników do codziennych obowiązków. Dulska nie sprawdziła się także jako matka córek. Wysyłając córki na pensję przypominała nieustannie: „Iść prosto, nie oglądać się. Pamiętać: skromność – skarb dziewczęcia”. Na kurs tańca ubierała dziewczęta jak baletniczki tłumacząc, że to jeszcze dzieci, a poza tym „Wszystkie panienki z dobrych domów tak na lekcje tańca chodzą”. Uczyła córki fałszu. Chcąc oszczędzić na bilecie, kazała Hesi skurczyć się w tramwaju, ale konduktor kazał zapłacić, więc musiała wplątać się w awanturę. Hesia rosła na wierną „kopię” matki, Mela była w domu, w którym jej nikt nie rozumiał, nieszczęśliwa. Dulska jednak nie zastanawiała się nad problemami dzieci, właściwie w ogóle ich nie znała.
ą>

XX-lecie międzywenne
ą>

Literatura XX-lecia międzywojennego. ZOFIA NAŁKOWSKA w Granicy ukazała kilka matek i ich różny stosunek do swego potomstwa. Pani Cecylia Kolichowska odwiozła syna Karola, ciężko chorego, do sanatorium za granicę, kiedy miał kilkanaście lat. „Myślała wówczas, że go utraci, przez wiele lat bała się o jego życie. Ale nie umarł. Tylko nie chciał więcej jej widzieć”. Cecylia miała więc wyrzuty sumienia, że „Poświęciła uczucie dziecka, by żyć swoje życie, które jest jedno i nie da się powtórzyć”. Kiedy po wielu latach przyjechał, „nie okazała swych uczuć, nie zdradziła się z niczym (...) siedziała w fotelu sztywna i surowa, gotowa na wszystko”. Pocałowała Karola w czoło i odprowadziła do przygotowanego dla niego pokoju. Z goryczą stwierdziła, że nie był podobny do ojca, raczej do dziadka. Z czasem przyzwyczaiła się, że syn jest tuż obok. W nielicznych chwilach, kiedy przychodził do jej pokoju, wspominała dawne lata, kiedy jeszcze był mały. Twierdziła, że był dobrym dzieckiem. Gdy umierającej wyznał, że zawsze ją kochał i uwielbiał, „Zwróciła ku niemu oczy i uśmiechnęła się. (...) Nie znajdowała słów na powiedzenie swego wzruszenia”. Umarła szczęśliwa, że syn wybaczył jej odtrącenie.
ą>

Pani Romana Biecka nie interesowała się swą córką niemalże od jej narodzin. Nawiązała z Elżbietą kontakt, kiedy ta miała już dwadzieścia kilka lat. Wtedy jednak już „Nie była matką, była zwyczajnie drugą kobietą”. Kiedy spotkały się po roku, „jej roztargnione oczy zesuwały się po córce bez uwagi”. Zaczęła uskarżać się na zdrowie, „odcinając tym wszelką możliwość niewłaściwych pytań czy pretensyj”. O zaręczynach córki także dowiedziała się od innych ludzi. Nie winiła Zenona za romans, ponieważ była zdania, że wszyscy mężczyźni postępują tak samo. Elżbieta zauważyła, że „matka miała wszystkie cechy młodej kobiety – kapryśność, lekkomyślność, nierozsądek”. Córkę traktowała raczej jak koleżankę niż własne dziecko.  Inny typ matki reprezentowała Władziowa. „Była dziwną w ogóle osobą – na pierwszy rzut oka bardziej podobną do koguta niż do kobiety. Mała jak dziecko, ale zdrowa i mocna jak z żelaza”. Mały, siedmioletni Zbysio był jej nieślubnym dzieckiem. Jego ojciec był pomocnikiem murarskim. Twierdziła, że „W życiu moim nie byłam taka szczęśliwa, jak kiedy tego dzieciaka nosiłam w brzuchu”. Pracowała jako służąca, ale nikt nie chciał jej przyjmować do pracy z dzieckiem.
ą>

Oddawała więc syna do ochronki, na jakiś czas. Kiedy już zadomowiła się w kolejnym domu, wpadała z krzykiem do zakładu „I wielkim głosem domagała się względów dla pogwałconych praw matki”. Groziła, że podpali dom albo powybija okna, jeżeli jej dziecka nie oddadzą. Nie zważała na to, że był chorowity i wymagał nieustannej opieki lekarskiej. Zdarzało się nawet, że nie pozwalała, by pozostawiano go na dłużej w szpitalu. Pracując jako kucharka przyprowadzała Zbysia niby na tymczasem, licząc na to, że chłopczyk spodoba się państwu. Kiedy jednak wypowiadano jej z tego powodu posadę, krzyczała, że ludzie nie mają sumienia nie chcąc, żeby matka miała dziecko przy sobie. Gdy nie miała się już gdzie podziać, sprowadzała się do Wylamowej, matki chrzestnej syna, do kamienicy pani Kolichowskiej.ą>

Zobacz też : Granica
ą>

Przedwiośnie
ą>

Matką bezgranicznie oddaną wychowaniu dziecka była Jadwiga Barykowa, jedna z postaci w Przedwiośniu STEFANA ŻEROMSKIEGO. Wywieziona w głąb Rosji, całkowicie poświęciła się wychowaniu Czarusia. Kiedy mąż wyruszył na wojnę, musiała czternastoletnim chłopcem zajmować się sama. Sprawiał jej jednak wiele kłopotów, ponieważ uciekał ze szkoły, chuliganił. „Nieszczęsna matka traciła głowę, rozpływała się we łzach i gasła z niepokoju”. Nie była w stanie jednak utrzymać go w domu, więc niemal bez przerwy oczekiwała na jego powrót, ale Czarek nie przejmował się jej wyrzutami, więc „Zacisnęła zęby i milczała przeżywając nieskończone godziny trwogi o jedynaka”. Sama musiała o wszystko się troszczyć, a nie była do tego przyzwyczajona, ponieważ do tej pory o wszystkim decydował pan Seweryn. Teraz „Wstydziła się i trwożyła.ą>

Przeżywała jedną z najsroższych tortur – torturę czynu narzuconą niedołężnej bierności. Cierpiała nie mogąc dać sobie rady”. Nawet kiedy Czarek spał, czuwała. Patrzyła na niego, wspominając z rozczuleniem, jak „Z roku na rok rósł w jej rękach, w jej oczach, w jej objęciu. Każdy dzień jego zależał od niej, z niej się poczynał, na niej się kończył. Siły swe przelała, życie swe przesączyła po kropli w jego siły”. A oto syn „teraz staje się obcy i złowieszczy. Obraca się przeciwko niej. Z niego płynie na nią jakieś złe. Bezgraniczna miłość ku niemu przekształca się i przeradza na krzywdę słabego jej ciała i ducha omdlałego”. Do wybuchu rewolucji miała przynajmniej zabezpieczony byt.ą>

Przezornie odkopała jednak część pozostawionego przez męża skarbu i przeniosła w inne miejsce. Przesiąknięty bowiem ideami rewolucyjnymi Czaruś wydał władzom kryjówkę. Od tej pory Barykowa „Nie jadła, chudła z dnia na dzień, a nie sypiała wcale”. Po kryjomu gromadziła zapasy i wyprawiała się w tym celu za miasto, by zdobyć mąkę czy inne wiktuały. Potem po nocach piekła placki, nie mówiąc synowi, skąd na to bierze. „Lecz siły tej kobiety malały. Nogi jej zaplatały się i gięły. (...) Bała się teraz śmierci”. Miała zaledwie czterdzieści lat, a wyglądała na sześćdziesiąt. „Zgarbiła się, skuliła, zmalała. Była siwa, pomarszczona, żółta”. Kiedy załatwiała jego sprawy, prała bieliznę, często chwytała się za serce. Kierowana litością, przygarnęła pewnego dnia księżnę Szczerbatow-Mamajew z córkami. Wraz z synem trafiła za to na czarną listę. Zbita, przyznała się, gdzie schowała resztę kosztowności. Skierowana do robót publicznych, była zbyt słaba, by karę znieść. „Słaby i zniszczony organizm nie wytrzymał: pchnięta przez dozorcę, padła na drodze i skończyła życie”.ą>

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)