Kobieta - kochanka

Zobacz czym charakteryzuje się motyw kobiety - kochanki w literaturze.

Biblia

Słynną biblijną kochanką była Dalila, romansująca z Samsonem. Z pewnością nie kochała go, ponieważ kiedy Filistyni poprosili, by pomogła im odkryć tajemnicę siły Samsona w zamian za dużą sumę pieniędzy, zgodziła się bez wahania. Dalila poprosiła kochanka, by zdradził swój sekret. Odparł, że trzeba go związać siedmioma surowymi linami, wtedy osłabnie i stanie się zwykłym człowiekiem.

Kobieta powiadomiła o tym jego wrogów, ale Samson uwolnił się, ponieważ nie powiedział jej prawdy. Oszukał ją trzy razy, więc stwierdziła, że widocznie jej nie kocha, skoro nie chce wyjawić, w czym tkwi jego siła. Kiedy wyznał jej prawdę, że we włosach, natychmiast doniosła o tym Filistynom. Potem uśpiła kochanka na kolanach, a przywołany mężczyzna obciął Samsonowi włosy. Został pojmany i zakuty w kajdany. Dalila wcale się tym nie zmartwiła.

Zobacz też : Motywy biblijne

Średniowiecze

Najsłynniejszą kochanką w literaturze średniowiecza była Izolda Złotowłosa, bohaterka Dziejów Tristana i Izoldy. Tristan płynął wraz z nią do Kornwalii, gdzie miała poślubić króla Marka. Podczas rejsu jednak nieopatrznie wraz z rycerzem zaspokoili pragnienie miłosnym napojem i zakochali się w sobie bez pamięci. „Izold kochała go. Chciała nienawidzić (...) i nie mogła, dręczona w sercu czułością dotkliwiej piekącą niż nienawiść”. Poślubiwszy króla Marka, nie zerwała związku z ukochanym. Spotykali się po kryjomu, a wierna służąca Brangien pilnowała, żeby nie zostali przyłapani na schadzce. Kiedy król, za namową wrogich Tristanowi baronów, kazał mu opuścić zamek, nie mogła sobie znaleźć miejsca, rozchorowała się nawet z tęsknoty. Po jakimś czasie król zezwolił swemu siostrzeńcowi na powrót, ale wrogowie nie dali za wygraną.

Karzeł Forcyn rozsypał przy łożnicy małżonków mąkę i ślady potwierdziły, że pod nieobecność męża królowa wpuściła go do łóżka. Oboje zostali skazani na śmierć. Izolda miała spłonąć na stosie. Od męczarni uratował ją przywódca trędowatych, któremu została podarowana. Cudem uratowany Tristan odbił Izoldę i kochankowie schronili się w lesie moreńskim. Kobieta, choć żyła w prymitywnych warunkach i czasami głodowała, była jednak szczęśliwa. Pewnego dnia znaleźli dowód, że ich kryjówkę odkrył król Marek. Postanowiła więc wrócić do męża. Na pożegnanie ofiarowała kochankowi swój pierścień. Królowa, by udowodnić swą niewinność, musiała przejść próbę ognia. Z łodzi na brzeg, gdzie miała się odbyć owa ceremonia, przeniósł ją jakiś pielgrzym. Izolda przysięgła więc z czystym sumieniem, że w życiu nie dotykał jej żaden mężczyzna oprócz króla i tego pielgrzyma, który ją niósł.

Powiedziała prawdę, ponieważ nikt w nieznajomym nie rozpoznał Tristana. Potem, uśpiwszy podejrzliwość męża, wielokrotnie się z kochankiem spotykała. Tristan jednak, skazany na banicję, musiał opuścić Kornwalię na zawsze. Tęskniła za ukochanym i rozpaczała na wieść, że ożenił się z inną. Kiedy jednak dowiedziała się, że ukochany jest umierający, podążyła, by go pożegnać. Przybyła jednak za późno. Tristan już nie żył. „Obróciła się ku wschodowi i pomodliła Bogu. Potem odkryła nieco zwłoki, ułożyła się przy nich wzdłuż swego przyjaciela, ucałowała mu usta i twarz i obłapiła go ciasno; ciało przy ciele, usta przy ustach. I tak oddała duszę, umarła przy nim, z boleści po miłym przyjacielu”.

Zobacz też : Dzieje Tristana i Izoldy

Romantyzm

Ojciec Goriot

Portret kochanki przedstawił w literaturze okresu romantyzmu HONORIUSZ BALZAC w Ojcu Goriot. Początek XIX wieku we Francji były to czasy, kiedy wśród arystokracji „wypadało” mieć jakieś pozamałżeńskie romanse. Pani Delfina de Nuncigen rozstała się niedawno z dotychczasowym kochankiem, de Marsay’em. W wielkim świecie ledwie ją tolerowano, ponieważ była „tylko” żoną bankiera ze świeżo kupionym tytułem barona. Była dumna, kiedy spostrzegła, że zainteresował się nią kuzyn wicehrabiny de Beauseant. Eugeniusz został jej przedstawiony i wydał się pani de Nuncigen czarujący.

Słuchała słodkich słówek młodego mężczyzny, ale jeszcze obserwowała reakcję byłego kochanka na widok jawnej adoracji ze strony Eugeniusza, odbywającej się na oczach wszystkich widzów w teatrze. To jednak nie wyzwoliło jej od poczucia smutku. Toteż kiedy Rastignac odwiedził Delfinę po kilku dniach, „Spodziewał się zastać kobietę ucieszoną jego przybyciem, a ujrzał ją w rozpaczy”. Zwierzyła się młodzieńcowi, że jest bardzo nieszczęśliwa. Narzekała na tyranię męża i chroniczny brak pieniędzy. Gdy jednak Eugeniusz wygrał dla niej sporą kwotę, przyrzekła mu dozgonną wdzięczność, „objęła go szalonym uściskiem i ucałowała żywo, ale bez namiętności”. Zaprosiła go do domu na obiad.

Młodzieniec z przyjemnością rozglądał się po buduarze, „który oddychał rozkosznym wykwintem bogatej kurtyzany”. Wieczór spędzili w teatrze. „Delfina miała wyraz zadowolenia, co czyniło ją tak piękną”, że sala szemrała, podejrzewając, że oto ma nowego kochanka. Pani de Nuncigen tymczasem jeszcze się z Eugeniuszem droczyła, w drodze powrotnej, w karecie „Gestem zniecierpliwienia, tak czarującym dla kochanka, dała mu do pocałowania rękę”. Od tej pory przyjmowała go codziennie. „Wiedziona uczuciem czy zalotnością (...) wiodła go przez wszystkie męki namiętności”, choć jeszcze „wahała się z udzieleniem mu w rzeczywistości praw, którymi na pozór się cieszył. Od miesiąca drażniła tak skutecznie zmysły Eugeniusza, iż wreszcie dosięgła jego serca”.

Cały Paryż od dawna już uważał go za jej oficjalnego kochanka, tymczasem Rastignac osiągnął niewiele. Delfina nie chciała, żeby uważał ją za łatwą zdobycz. Dla de Marsay’a była „łupem rozrywki”, nie chciała wplątać się w podobną miłostkę. Teraz „sprawiało jej rozkosz przechadzać się po kwitnących alejach miłości”. Delfina igrała z młodzieńcem i sprawiała jej przyjemność świadomość, że jest kochana i że „może zakończyć zgryzoty kochanka wedle swego królewskiego kaprysu kobiety”. Odwlekała jednak całkowite oddanie do czasu, kiedy Rastignac miał zamieszkać w przygotowywanym przez nią w tajemnicy kawalerskim apartamencie. Młodzieniec był zachwycony „miłosnym gniazdkiem” i uszczęśliwiony wyznaniem Delfiny, że będzie zawsze go kochała.

Musiał czekać dwa lata na spełnienie swych pragnień, ale osiągnął to dzięki wprowadzeniu Delfiny na bal u wicehrabiny, do której pałacu dotąd nie miała wstępu. Rastignac i Delfina „dali sobie zakosztować najwyższych upojeń. Namiętność ich, dobrze przygotowana, wzmogła się przez to, co ją dławi zazwyczaj: posiadanie. Posiadłszy tę kobietę Eugeniusz spostrzegł, że dotąd pragnął jej tylko, pokochał ją dopiero nazajutrz”. Ubóstwiał tę kobietę za rozkosz, którą mu dała. Delfina stała się odtąd jego oficjalną kochanką.

Kordian

Postać kochanki przedstawił także JULIUSZ SŁOWACKI w Kordianie. Była nią młoda i piękna Włoszka Wioletta. Kordian zachwycał się kobietą, patrząc w jej „oczy jasne, skrzące, czarne”. Twierdził, że „Gdy rzucasz wzrok omdlony, padam, słabnę, mdleję” i odżywa pod wpływem jej pocałunków. Kochanka zapewniała, że ubóstwia Kordiana „Nad życie! Wszak lorda i Boga / Porzuciłam dla ciebie (...) Żeś mi droższy nad życie; wiszę u twej szaty / Jak kropla rosy, strząśniesz?” rozprysnę się cała”. Kiedy jednak Kordian zaczął Wioletcie zwierzać się ze swego zmartwienia – utracił majątek, popadł w długi i przegrał w karty jej klejnoty, zaczęła rozpaczać nad ich utratą. Stwierdziła, że „Przegrałeś moje serce razem z klejnotami”, więc czeka ją nędza.

Kiedy jednak młodzieniec wyznał, że przed domem czeka na niego koń ze złotymi podkowami, którego wygrał w karty i zapowiedział, iż za nie wyprawi cztery uczty, a potem popełni samobójstwo, zapowiedziała, że jedzie z nim. Gdy koń w czasie drogi padł, ponieważ nie był podkuty, wściekła kobieta porzuca go, życząc: „Niechaj cię głód zabije, zapali pragnienie”. Kordian z ironią stwierdza: „Prawdziwie, ta kobieta kocha mię szalenie, / Poszła, szukając śladów kochanka po drodze”.

Zobacz też : Kordian

Jak pomóc piersiom wrócić do formy po ciąży i karmieniu piersią?

Młoda Polska

KAZIMIERZ PRZERWA – TETMAJER w erotyku Moja kochanka przeciwstawił prostą dziewczynę damom światowym. Kochanka podmiotu lirycznego była więc nie z „mojej sfery”. Wyróżniała się tym, że „nie miała wypieszczonej ręki, / kocham pisała przez ha”, miała prostackie maniery, „mówiła często cas”. Podkreślał jednak, że nigdy nie zamieniłby jej na żadną wielkoświatową kobietę.

Zobacz też : Tetmajer - liryka opisowa

Chłopi

Bardzo kochliwą kobietą była Jagna Dominkówna, żona Macieja Boryny, główna bohaterka Chłopów WŁADYSŁAWA S. REYMONTA. Jeszcze jako panna miała romans z Antkiem, żonatym synem Boryny. Wiejskie baby twierdziły, że „jak za suką, tak chłopaki za nią ganiają”. Kiedy spotykała Antka przypadkiem, „Dreszcz nią wstrząsnął gwałtowny i coś jak płomień wichrem przeleciał przez serce i głowę (...) a przed oczami cięgiem widziała jego twarz i oczy roziskrzone, pożądliwe... palące”. Wcześniej flirtowała z Mateuszem Gołąbem, ale nie widziała go od pół roku, ponieważ powędrował w świat. Kiedy jednak powrócił do Lipiec, natychmiast poszedł do niej. Na powitanie objął mocno. Jagna „Zatrzepotała kiej ptak, ale nie jej moc wyrwać się takiemu głodnemu smokowi, któren ściskał, aż żebra trzeszczały, i tak całował, że całkiem zesłabła, oczy jej zaszły mgłą, tchu złapać nie mogła”.

Po chwili „całkiem zmiękła i leciała przez ręce, kiej woda”. Oprzytomniała dopiero na głos kroków matki. Bardziej jednak od Mateusza wolała Antka. Korzystała z każdej możliwości, by się z nim po kryjomu spotykać. Nawet wyjście za mąż za Borynę nie przerwało romansu. Wprawdzie nie widziała go przez trzy miesiące, ale zapomnieć nie mogła, tęskniła. „Zadać jej musiał cosik, że się biedzi teraz i wydziera z siebie, i w męce się pławi, bo taka tęskność ją rozpierała, aż ją w dołku gnietło, a tak cosik we świat duszę niesło, że poszłaby, gdzie ino oczy poniesą”.

Zastanawiała się, co robił i myślał. Miała wprawdzie wyrzuty sumienia, że to śmiertelny grzech, ale sama sobie tłumaczyła, że pragnie z nim tylko porozmawiać. Kiedy niespodziewanie ujrzała Antka obok siebie podczas pasterki, „Strach, radość, miłowanie, przypomnienia, obietnice, zaklęcia i pożądania paliły się w nich na przemian”. Jagna „Wstrząsnęła się i omal nie padła ze wzruszenia, tak głos ten przeszył ją lubością”. Przyrzekł, że każdej nocy będzie na nią czekał przy stogu. Od tej nocy nie mogła znaleźć sobie miejsca, bała się też męża i poczucia winy. „Grzech by był śmiertelny! – powtarzała krzepiąc się tym słowem i odżegnując od zła, ale dusza jej krzyczała w żalu i męce, bo rwała się do niego, rwała całą mocą, całą potęgą życia”. Rozdarta wewnętrznie, bała się wychodzić z chałupy i ciężko pracowała, by nie myśleć. Pewnego wieczoru zaskoczył ją, kiedy doiła krowy.

Kiedy zobaczyła go przed sobą, „Gorąc ją objął i kieby płomień palący wichrem wiał po niej, błyskawicami migotał w oczach a słabością serce rozpierał, a tak ją cosik ułapiło za grdykę i zatkało piersi, że dziw nie padła umarłą”. O mało jednak kochankowie nie zostali przyłapani przez Borynę, który znalazł na przełazie jej zapaskę. Z czasem jednak tak potrafiła wszystko zorganizować, że co kilka dni spotykała się z kochankiem pod stogiem. Pomagał jej w tym Witek i stara Jagustynka. Pewnego dnia jednak, kiedy, ukryci w sianie bez pamięci utonęli w miłosnych uściskach, znaleźli się w ogniu. Stary Boryna podpalił stóg. Jagna wyskoczyła i zniknęła w ciemnościach. Następnego dnia po całych Lipcach rozniosło się, że znaleziono w pogorzelisku zapaskę Jagny, którą mąż podobno tak zbił, że leżała chora u matki. Kiedy plotki ucichły, zaczęła się z Antkiem znowu spotykać, ale to już nie było to samo.

Poniżana w domu, „z tego wszystkiego garnęła się do Antka, choć go miłowała jakby jeno ze strachu i rozpaczy”. Po tamtej strasznej nocy bowiem „cosik pękło w niej i pomarło, że się już nie wyrywała się do niego całą duszą jak przódzi, nie biegła na każde zawołanie z bijącym sercem a radością, a jeno szła jakby z musu niewolenia” i dlatego, że w chałupie nudziła się tylko lub kłóciła z Boryną. Miała jeszcze nadzieję, że wróci dawne kochanie, ale teraz już inaczej kochanka oceniała. Nawet „Bojała się go, wydawał się jej dzikim i strasznym”. Nigdy jednak nie pomyślała, że to ona jest winna temu, że go ksiądz z ambony wyklął, a ludzie unikali. „Bezwolnie traciła coraz bardziej serce do niego i sztywniała mu nieraz w ramionach, jakby piorunem z nagła rażona, pozwalała się brać”, ale tylko dlatego, że miała gorącą krew.

Czuła, że coraz bardziej oddalała się od niego, chciała nawet przepraszać, „że już go miłować nie poradzi”. Zrozumiał to i odepchnął od siebie. Upadła na ziemię, zanosząc się płaczem. Kiedy przyszła nieco do siebie, czuła tylko to, „że stała się jej krzywda, stała się jej taka straszna niesprawiedliwość, iż serce rozpękało z bólu”, chciała krzyczeć na cały świat, że niczemu nie jest winna. Nawet groźna rana i choroba Boryny nie wpłynęły na zmianę jej stylu życia. Antek siedział w więzieniu, więc związała się z wójtem. „Że wójt za nią chodzi, podskubuje, słodkie słówka prawi, do płotów przyciska, do karczmy na poczęstunek ciągnie i rad by ją dla siebie zniewolił, to ino bez to mu przyzwala, że ckni się jej wielce i nie ma z kim drugim się pośmiać, ale tak mu do Antka kiej psu do gospodarza!”. Robiła to na złość Antkowi i całej wsi, a jednak „w nie spane noce często wydzierała się jej dusza i rozprężone udręką serce krzyczało żalem i tęsknicą nieopowiedzianą”.

Przestała kontrolować swoje postępowanie, piła z wójtem w karczmie, włóczyła się po nocach. Na upominanie i groźby, że „kto w głośności żyje, o tym cicho mówią! Skończy się twoje panowanie, że ni wójt, ni kowal cię nie obronią”, odkrzykiwała, że „Robię, co robię, a każdemu wara ode mnie jak psu!”. Zapominała się do tego stopnia, że pozwoliła parobkowi Pietrkowi obejmować się i całować. „Nie sprzeciwiała się, nie miarkując, do czego idzie, i dając się na jego wolę, jakby nawet rada temu, że ją jakaś moc pojena i ponosi”. Kiedy jednak rzucił ją na słomę, odepchnęła parobka i skrzyczała. Wkrótce potem stała się powodem skandalu. Jagnę i wójta znaleziono śpiących w lesie, spitych na umór i w niekompletnej odzieży. Wieś winiła głównie Borynową, choć i pomstowano na wójta, męża i ojca przecież. Dzieci wyzywały Jagnę od wójtowych kochanic, ludzie unikali, „Dyć cała wieś szczuła na nią, kieby na psa parszywego, kobiety odwracały się plecami, kiej przechodziła, a poniektóre spluwały za nią”.

Czuła się bardzo samotna i miała żal do umierającego Boryny, że jej życie zawiązał. Nawet kiedy Maciej zmarł, nikt nie przyszedł do niej z dobrym słowem. Namawiano nawet Hankę, żeby wygoniła Jagnę z domu, przestrzegając, że kiedy Antek powróci z więzienia, na nowo mogą się związać. Hanka zarzuciła jej, że opętała męża. Usłyszała, że to Antek gotów był za nią polecieć w świat. Kiedy Hanka kazała jej się wynosić z chałupy, nie odpowiadała nawet na zaczepki. W milczeniu spakowała się i wyniosła do matki. Przeznaczenie jednak postawiło na jej drodze Antka, kiedy już został zwolniony. Czekała wieczorem pod stodołą. Płacząc wypominała mu, że skrzywdził ją, jak wszyscy, że „Głupia byłam, a tyś mnie tak opętał, co już świata Bożego za tobą nie widziałam! I czemuś mnie potem ostawił samą, na pastwę?”. Kiedy zarzucił jej, że „się tłukła z każdym, kto jeno chciał”, skarżyła się na samotność. Płakała jednak coraz ciszej.

„Zrazu nie zmiarkowała, do czego idzie i co się z nią wyrabia. Dopiero kiej całkiem się już poczuła w jego mocy i kiej jął rozgniatać jej wargi rozpalonymi całunkami”, zaczęła się szarpać i prosić, by ją puścił. Żądza jednak opanowała Jagnę do tego stopnia, że „Aż świat się z nią zakręcił i poleciała jakby na dno jakowegoś raju, a on ją wzion, jak to kiedyś brał, zapamiętale, bez lubą moc kochania, i dawała mu się też jak kiedyś, w słodkiej udręce niemocy, na niezmierzone szczęście, na śmierć samą”. Kiedy jednak ochłonęła, poczuła, „jakby już wszystko wygasło ze szczętem i rozsypało w popiół”. Gdy zaproponował, by z nim uciekła w świat, stwierdziła, że w bzdury przestała już wierzyć i odsyłała do Hanki. Zapowiedziała też, iż więcej do niego nie wyjdzie. Na pożegnanie złośliwie zauważył, że i tak „czasu ci nie starczy, do tylu musisz co noc wychodzić”. 

Zobacz też : Chłopi

Wkrótce Jagnę zauroczył Jasio kleryk, syn organistów. Biegała codziennie do jego domu, pod byle pretekstem, odnajdywała w samotnych schroniskach, „parło ją za nim niepowstrzymanie i wlekło tak nieprzeparcie, że się już dała bez pamięci na wolę tej jakiejś lubej mocy (...) dała się wszystką duszą i sercem, ani nawet myśląc, na jaki brzeg ją wyniesą ni na jaką dolę”. Zakochana, zaczęła się stroić. Baby plotkowały, że Antek wypadł już z jej łask, ale jest już ktoś inny. Kiedy Rocho zaczął jej wypominać kochanków, a najbardziej kuszenie Jasia, stwierdziła, że za nim poszłaby na koniec świata. Korzystała z każdej okazji, by się do kleryka zbliżyć. Nawet przy zwłokach Agaty, przytulała zapłakanego młodzieńca i głaskała po głowie. Na jej nieszczęście świadkiem tego była organiścina. Kazała Jagnie iść precz, zapowiadając, że „nie będę płakała przez ciebie, jak Hanka albo wójtowa!”.

Pewnego dnia znowu się spotkali z dala od ludzkich oczu. Zapatrzeni w siebie, poszli przez pola, przez siebie. Z rozmarzenia wyrwał ich ostry głos matki Jasia, nakazujący mu powrót do domu, a Jagnie: „A do budy, ty suko!”. Przesiedziała potem przed domem całą noc, nie rozumiejąc, o co tamtej chodziło. Rozpaczała, ponieważ już „nie było la niej nic i nikaj, nie było już zmiłowania i poratunku. Zabrakło jej w końcu nawet łez, zabite smutkiem i rozpaczą oczy świeciły kiej studnie niezgłębionej boleści”. Nie wiedziała nawet, że ludzie postanowili wygonić ją ze wsi. Oskarżano Jagnę o śmierć Macieja, o bójki i kłótnie, których była przyczyną, o sprzeniewierzenie przez wójta pieniędzy, wreszcie o próbę deprawacji Jasia. Kiedy przyszli po nią, „nie broniła się, nie wydała nawet głosu, blada była kiej trup, a w oczach szeroko rozwartych gorzało ponure płomię grozy i śmierci”.

Wleczono ją na wóz pełen gnoju pokrzykując: „Ty świnio! ty tłumoku! A do sołdatów, łajdusie zapowietrzony! Używałaś, to nażryj się teraz wstydu, posmakuj zgryzoty!”. Leżała związana, w podartej odzieży, zakrwawiona, „pohańbiona na wieki, skrzywdzona ponad człowiecze wyrozumienie i nieszczęsna ponad wszystko, leżała jakby już nie słysząc ni czując, co się dzieje dokoła, tylko żywe łzy nieustanną strugą ciekły po jej twarzy posiniaczonej, a niekiedy wzniesła się pierś niby w tym krzyku skamieniałym”. Zrzucona poza wsią na ziemię, padła na wznak i nawet się nie poruszyła. Kiedy Dominikowa zabrała ją do chałupy, straciła kontakt z rzeczywistością, „cięgiem leży bez pamięci, czasami rwie się jeno kajś uciekać, lamentuje i Jasia przyzywa”.

XX- lecie Międzywojenne

Mistrz i Małgorzata

W literaturze XX-lecia międzywojennego przykładem wiernej kochanki była Małgorzata, bohaterka Mistrza i Małgorzaty MICHAIŁA BUŁHAKOWA. Żona zamożnego człowieka, nudziła się w pięknej willi, nie widziała sensu życia. Wyszła za mąż mając dziewiętnaście lat, ale nigdy nie zaznała prawdziwego szczęścia. Któregoś dnia Mistrz zauważył na ulicy kobietę, niosącą żółte kwiaty. Wydawało mu się, że spojrzała na niego boleśnie. „Wstrząsnęła mną nie tyle jej uroda, ile niezwykła, niesłychana samotność malująca się w tych oczach”. Nieznajomy poczuł, że się zakochał. Dalej poszli już razem. Rozmawiali ze sobą, jakby się znali od lat i wkrótce została jego „żoną”. Przychodziła codziennie i zajmowała się domem. Była też pierwszym, zachwyconym recenzentem jego książki. „Małgorzata była piękna i mądra”. Dopiero kiedy poznała Mistrza, jej życie nabrało sensu. Powiadomiła go też, że postanowiła mężowi powiedzieć prawdę i odejść od niego. Mistrz nie chciał jednak przyjąć takiej ofiary. Kiedy więc wyszła, by zamiar zrealizować, po prostu uciekł.

Schronił się w klinice psychiatrycznej, będąc pewnym, że tam go nie odnajdzie. Kiedy ukochany zniknął, tęskniła za nim, często gorzko płakała, często myślała, że już pewnie nie żyje. „Musiała albo zapomnieć o nim, albo umrzeć sama”. Małgorzata poszukiwała go, „Zrobiła wszystko, żeby czegokolwiek się o nim dowiedzieć”. Kiedy jednak wszystko zawiodło, powróciła do męża. Nie znaczyło to jednak, że o ukochanym zapomniała. „Często długo i gorzko płakała potajemnie”, tęskniła, rozpaczała, to znów nienawidziła. Kiedy właśnie rozpamiętywała spędzone z nim chwile, siedząc na ławeczce pod murem Kremla, przysiadł się do niej Azazello. To spotkanie całkowicie odmieniło życie Małgorzaty. Dowiedziała się, że została wybrana na królową dorocznego balu. Kobieta, choć pełna obaw, postanowiła, że „idę na to wszystko ze względu na niego, bo na nic na świecie nie mogę już liczyć i nie mam nadziei”.

Zgodziła się na wszystko w imię miłości. Jako królowa musiała przyjmować tych, „których zakres władzy był w swoim czasie nieograniczony”: zbrodniarzy, zdrajców, trucicieli itp. Ze swego zadania wywiązała się znakomicie. Zapytana przez Wolanda o to, jakiej nagrody oczekiwałaby za wypełnienie obowiązków, poprosiła o zwrócenie Mistrza. I oto zjawił się przed nią. Uszczęśliwiona Małgorzata „Całowała go w czoło, w usta, tuliła się do kłującego policzka, długo powstrzymywane łzy biegły teraz strumieniami po jej twarzy”. Diabeł przywrócił także spalony rękopis powieści. Potem sami nie wiedząc jakim sposobem oboje znaleźli się w domku w pobliżu Arbatu. Siły nadprzyrodzone postanowiły jednak przenieść Mistrza do wiecznego domu. Postanowili, że zabiorą „także tę, która go kochała i która przez niego cierpiała”. Woland rozkazał Asasellowi załatwić tę sprawę. Małgorzata pozostała ze swoim Mistrzem na zawsze. Dla swego ukochanego porzuciła dotychczasowe życie, stała się wiedźmą, ale nigdy tego nie żałowała.

Zobacz też : Mistrz i Małgorzata

Przedwiośnie

W polskiej literaturze tego okresu postać namiętnej kochanki stworzył w Przedwiośniu STEFAN ŻEROMSKI. Była nią Laura Kościeniecka, piękna kobieta o bujnych blond włosach. „Była wysmukła, niezwykle kształtna, muskularna i, widać mocna – ani zbyt chuda, ani zanadto tłusta. Oczy miała iście lazurowe. Nie było w niej ani cienia kokieterii, przesady, nieszczerości, snobizmu. Była naturalna i solidna w każdym ruchu, słowie, uśmiechu”. Cezary Baryka ujrzał ją po raz pierwszy podczas konnej przejażdżki i od razu się nią zainteresował. Pani Laura została kochanką Cezarego podczas przygotowań do dobroczynnego balu. Pewnej nocy, chcąc przetrzymać burzę, schronił się w Odolanach i tam spotkał Kościeniecką. Zaproponowała mu odwiezienie do Nawłoci.

Kiedy w zamkniętej karecie przygarnął ją do siebie, „Nie wydała okrzyku, nie westchnęła, gdy ją bezoporną i posłuszną zagarnął w posiadanie”. Od tej pory starał się niepostrzeżenie zakradać do jej pokoju. Przyjmowała go radośnie, nie zważając na fakt, że przed chwilą pożegnał się z nią narzeczony. Kiedy mogła wreszcie zgasić światło, „dwa obnażone ramiona ujęły jego kędzierzawą głowę i odwróciły ją od okna”. Podczas balu, kiedy musiała maskować swe uczucia, szeptała tylko kochankowi do ucha miłosne zaklęcia. „Pani Laura nie mieściła się w swej skórze.

Wśród poruszeń rozpalających krew w żyłach, wśród posunięć, przegięć i wywzajemnień, dopełnień i pociągnięć cielesnych tańca mówiła mnóstwo niezliczone pochwał, pieszczot słownych, pogłaskań i uściśnień dwu-, jednosylabowych, których tutaj – niestety! – wskutek nakazu przystojności publicznej odtworzyć nie można”. Podczas koncertu wymknęła się wraz z kochankiem do ogrodowej altany. Kiedy wróciła na salę balową, „Jeszcze miała na ustach woń jego ust, na piersiach ciężar jego upragniony, radosny, błogi, w wewnątrz siebie, w cieśniach tajemnych ciała – płomienny, gorący, darzący cichą i tkliwą uciechą owoc potężnej jego rozkoszy. Teraz wprawiał ją w zachwyt swym tańcem, swym lotem, swą niespotykaną, pulsującą i ruchliwą siłą. I czuła go w całej swej istocie jako ruch i skok, który nad jej wolą tu i tam lata niczym wielobarwny zygzak piorunu”. Spotykała się z kochankiem jeszcze wielokrotnie – do czasu, kiedy nie przyłapał ich Barwicki. 

Zobacz też : Przedwiośnie

Granica

W Granicy ZOFII NAŁKOWSKIEJ kochanką Zenona Ziembiewicza była Justyna Bogutówna. Miała dziewiętnaście lat, kiedy ją po raz pierwszy zobaczył w Boleborzy. Zanim wyjechał do Paryża, nawiązał się między nimi romans. Justyna od początku wiedziała, że będą musieli się rozstać, „Ale jej ufność, jej dziecinna tkliwość, tak ujmująca w pieszczocie, rozpościerała się poza nią, usiłowała przeniknąć w inne dziedziny jego życia, ogarnąć go całego”. Wierzyła głęboko, że kiedyś do niej przecież wróci. Kiedy po roku spotkała go przypadkowo na ulicy, pracowała już jako służąca w mieście. Potulnie poszła z nim do hotelu. Opowiedziała mu o śmierci matki i swej samotności. Była uszczęśliwiona jego widokiem.

Zapewniała, że wiedziała, iż do niej wróci. „Ciągle o tobie wtedy myślałam, nawet w sam dzień maminej śmierci mi się śniłeś. Wiedziałam, że wrócisz, że już nie będę taka sama na świecie”. Przytulała się do Zenona i nie chciała nawet słuchać, że od jego przyjazdu wiele się zmieniło. Chciał wytłumaczyć, co, ale nie mógł. „Justyna dawnym, znajomym gestem objęła go mocno w pasie obiema rękami i małą głowę z całej siły przyciskała mu do piersi. (...) Była bardzo stęskniona, udręczona i kochająca, była znowu miła, dobra i młoda”. Nie odepchnął jej. „Odchodziła szczęśliwa, śmiejąca się na przemian i przerażona”. Przez jakiś czas odwiedzała go w hotelu w poniedziałki i czwartki. Zenon powoli zaczął nudzić się nią, ponieważ już „nie była taka czysta ani taka miła fizycznie jak na wsi. Jej bardzo biała, porcelanowym lśnieniem powleczona skóra teraz wydawała się anemiczna. Już ją całą odmieniła brudna robota miejskiej służby. Szorstkość rąk, przepocone ubranie, niejasny zapach smażonych tłuszczów dookoła – to wszystko przylgnęło do niej i składało się już na nią samą jako na całość”. Kiedy jednak przyciągał ją do siebie, „U Justyny zwykła czułość dziecinna przekręcała się nagle i bez pamięci w ślepe, nieprzytomne uniesienie”.

Zamykała wtedy oczy i „Z zapartym tchem leciała w ten świat, struchlała, pełna grozy, jak do ciemności. Zasłuchana w głęboką rozkosz, umiała jej doznać aż po ostatnie, najcichsze targnięcie”. Potem odchodziła, bo nie miała mu nic do powiedzenia. Po jakimś czasie oznajmiła Zenonowi, że spodziewa się dziecka. Zanim powiedziała, o co chodzi, „Przez chwilę przygotowywała swój efekt naiwnym, przestraszającym sposobem. Zarazem jednak była godniejsza niż zwykle, troszeczkę uroczysta”. Kiedy wyjawiła mu prawdę, „Jednym skokiem znalazła się przy nim, mocno objęła go wpół” i zapewniła, że się nie martwi swoim stanem. „Nie myśl sobie, że jestem taka głupia jak inne. Co mnie ludzie obchodzą, co oni powiedzą, jak ja mam ciebie”. Zapewniała, że sama sobie da radę, na dziecko zapracuje i w ogóle wszystko będzie dobrze, ponieważ on jest przy niej. Przyjęła jednak pieniądze na zabieg i pozbyła się ciąży. Kiedy zrozumiała, że nic nie będzie jak dawniej, że ma narzeczoną, nie wahała się wyznać Elżbiecie, że „Ja go kocham jak tego psa wściekłego”.

Jednocześnie żałowała, że jej zamącił w głowie, a „Teraz ja mu jestem za prosta, teraz on się zrobił pan!”. Jednocześnie „Jej duże oczy, bardziej niebieskie od płaczu, jej usta niemądre, z dziecinnie poderwaną górną wargą – to wszystko z każdą chwilą stawało się coraz bardziej obelżywe”. Kiedy niespodziewanie odwiedziła kochanka w hotelu, od razu spostrzegła, że był niezadowolony. Powiedziała Zenonowi o rozmowie z jego narzeczoną. Później zobojętniała całkowicie i nie oczekiwała już jego wizyt. Zachorowała na schizofrenię i nawet zaczęła grozić. W końcu kochankowi wypaliła kwasem oczy i została aresztowana. 

Zobacz też : Granica

Literatura współczesna

Rok 1984

Kochanką Winstona Smitha, bohatera Roku 1984 GEORGE’A ORWELLA została Julia, pracownica Pornoseku w Departamencie Literatury. „Wyglądała na zuchwałą dziewczynę, na oko dwudziestokilkuletnią, i miała gęste, ciemne włosy, piegowatą twarz oraz szybkie ruchy sportsmenki. Wąska czerwona szarfa, emblemat Młodzieżowej Ligi Antyseksualnej, oplatała ją ciasno w pasie, uwypuklając kształtność sylwetki ukrytej pod kombinezonem”. Zdobyła się na to, by wsunąć Winstonowi kartkę z miłosnym wyznaniem. Kiedy spotkali się w stołówce, umówiła się z nim na pierwszą randkę na placu Zwycięstwa, by omówić dalsze szczegóły. Julia od razu przejęła inicjatywę i opisała dojazd do miejsca, w którym mieli bezpiecznie się spotkać. Czekała na niego w głębi lasu. Winston był skrępowany, więc „Stała przed nim sztywno wyprostowana, z lekko ironicznym uśmiechem na ustach, jakby pytając, na co jeszcze czeka”. Wkrótce potem „Dziewczęce ciało tuliło się do niego, ciemne włosy muskały mu twarz (...) Zarzuciła mu ręce na szyję, szeptała, że jest najdroższy, cudowny, ukochany. Osunęli się na murawę: nie stawiała najmniejszego oporu, mógł z nią robić co chciał”.

Przyznała bez skrępowania, że robiła to już dziesiątki razy i nie ukrywała, że „Jestem zepsuta jak nikt”. Po jakimś czasie zaaranżowała randkę w dzwonnicy zburzonego kościoła. Powiedziała kochankowi, że mieszka w hotelu robotniczym i cieszyła się w ministerstwie znakomitą opinią. Swój pierwszy romans miała w wieku szesnastu lat. Od tamtej pory miała wielu kochanków. Jej filozofia życiowa była bardzo prosta: „Pragnęła się bawić, a <>, czyli Partia, usiłowali jej w tym przeszkodzić; łamała więc prawo i jakoś sobie radziła”. Wierzyła, że Partia nie odkryje jej tajemnych marzeń. Potem zaczęli spotykać się w pokoju nad sklepem pana Charingtona. Dla kochanka Julia zaczęła się nawet malować.

Makijaż był nieudolny, ale „Przemiana, jak się w Julii dokonała, była niesamowita”, stała się bardziej kobieca. Zmęczona seksem, usnęła. Odtąd każdą wolną chwilę spędzała z Winstonem w pokoiku. Oboje wiedzieli, że to nie będzie trwało wiecznie. Kiedy Winston nawiązał kontakt z O’Brienem, był to początek końca. Po uwięzieniu a potem uwolnieniu kochankowie spotkali się przypadkiem. Julia jednak „Nie zareagowała w żaden sposób na jego uścisk; nie próbowała nawet się uwolnić”. Zmieniła się nie tylko wewnętrznie, ale i zewnętrznie. Nie próbowali się nawet pocałować. „Rzuciła mu krótkie spojrzenie pełne pogardy i niechęci”. Potem wyznała, że podczas śledztwa zdradziła go. Stwierdziwszy, że nie może spóźnić się na metro, odeszła.

Mała apokalipsa

Kochanką bohatera – narratora w Małej apokalipsie TADEUSZA KONWICKIEGO była Nadieżda, „dziewczyna o ogromnych, jakby zbitych w ojłok włosach, na których żarzył się rudy blask”. Jej babka była podobno kochanką Lenina. Poznał ją przygotowując się do aktu samospalenia. Rosjanka, wyszła za mąż za polskiego dyplomatę i z nim przyjechała do Polski. Rozwiodła się i została żoną dziennikarza. Teraz była narzeczoną inżyniera leśnika, a podkochiwał się w niej Rysio Szmidt. Bohater stwierdził, że ta piękna kobieta „Już się trochę zdemoralizowała naszym pół-Zachodem”. Znała jego twórczość, podziwiała go. Od jej rozłożystego ciała biło ciepło. Była ubrana w dziwną, przejrzystą szatę. Potem „Czułem jej gorący ciężar w swoich rękach. Ale teraz zdawało mi się, że trzymam ciało pobłogosławione przez opatrzność, magiczne ciało kobiety, o którym śni się całe życie. Ciało dziewczęce i kobiece, ciało-przygoda, ciało-schronienie”. Nie opuściła go aż do pałacu Kultury. Pożegnała się z nim płacząc.

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)