Fantastyka i baśniowość

Pod tym hasłem omówione zostały nie tylko zjawiska nadprzyrodzone związane z przyrodą, ale także metamorfozy ludzi, duchy, zjawy i upiory ukazane w literaturze poszczególnych epok. Czytaj o fantastyce i baśniowości od mitologii do współczesności.

Mitologia

Mitologia grecka obfituje w fantastyczne wydarzenia i postacie. Oto wybrane przykłady. Z otchłani zwanej Chaosem wyłoniła się pierwsza bogów Uranos – Niebo i Gaja – Ziemia. Oni dali początek rodom tytanów, cyklopów o jednym oku pośrodku czoła oraz sturękich. Gaja była także matką gigantów i straszliwego olbrzyma Tyfona. Z krwi strąconego z tronu niebieskiego Uranosa narodziły się Erynie – boginie zemsty o wężowych włosach. Kronos połykał swe dzieci i dopiero środek na wymioty spowodował, że uwolnili się bogowie olimpijscy: Posejdon, Hades, Dzeus, Hera, Demeter i Hestia.

Najważniejszy z bogów, Dzeus, potrafił przybierać różne postaci złotego deszczu, łabędzia, byka, zwykłego śmiertelnika, a nawet stawać się niewidzialnym. Jego bronią były pioruny, które wykuwał dla niego Hefajstos. Inni bogowie pojawiali się często nie wiadomo skąd, na pewno jednak nie w sposób naturalny się rodzili. Ukochana córka Gromowładnego – Atena, narodziła się w cudowny sposób – na rozkaz pana nieba Hefajstos rozłupał mu czaszkę i wyskoczyła w niej bogini w pełnej zbroi i hełmie na głowie. Najpiękniejsza z bogiń – Afrodyta pewnego dnia wyłoniła się z morskiej piany.

Także każda z gwiazd na nieboskłonie była kiedyś bogiem lub boginią, zwierzęciem, albo przedmiotem z jakimś ważnym zdarzeniem związanym. Fantastycznych wyczynów dokonywali też herosi. Herakles nie tylko jako dziecko udusił dwa olbrzymie węże, ale także wykonał dwanaście prac, które przerastały siły i możliwości zwykłego człowieka. Zabił hydrę lernejską, dziesięciogłowego płaza, który okolicznym mieszkańcom niszczył plony i porywał bydło. Sprowadził do Myken łanię ceryntyjską, ulubienicę bogini Artemidy.

Zaniósł Eurystesowi dzika z Erymantu, wielkie zwierzę porywające ludzi i zwierzęta. Pozabijał lub przegonił ptaki o żelaznych dziobach i piórach ostrych niczym strzały. Sprowadził królowi Myken cudowne klacze Diomedesa, które żywiły się ludzkim mięsem. Zdobył cudowny pas królowej Amazonek, Hipolity. Potem wyruszył po woły Gerionesa, których strzegł dwugłowy pies i siedmiogłowy smok. Zabił też ich właściciela – olbrzyma o ciele trzech mężów, trzech głowach i trzech parach rąk i nóg. Zdobył także złote jabłka z jabłoni Hery, których pilnowały Hesperydy i stugłowy nieśmiertelny smok władający wszystkimi językami ziemi. W końcu dokonał rzeczy niemożliwej – sprowadził z piekła psa Cerbera.

Także wojna trojańska wynikła ze sporu trzech bogiń – Hery, Ateny i Afrodyty o miano najpiękniejszej. Bogowie ingerowali potem w wojnę rozgrywającą się między ludźmi – Dzeus pomagał Trojanom, Atena pomagała Achillesowi. Kolejność sukcesów zmieniała się jednak po obu stronach zależnie od ich przychylności lub gniewu.

Biblia

Biblia także zawiera opisy cudownych wydarzeń. Oto wybrane przykłady ze Starego Testamentu. Mojżesz, pierwszy żydowski prawodawca ujrzał Anioła Pańskiego w gorejącym cudownym ogniem krzaku. Potem przemówił do niego Pan i nakazał, by wyprowadził jego lud z egipskiej niewoli. Zapowiedział, że ześle na Egipt różne plagi, które spowodują, że faraon wypuści ich do Ziemi Obiecanej. Podarował też Mojżeszowi magiczną laskę, która zamieniała się w węże. Patriarcha udał się wraz z bratem Aaronem do władcy Egiptu z żądaniem uwolnienia Izraelitów.

Nie pomogły jednak czary z laską, ponieważ wróżbici egipscy potrafili uczynić to samo. Kiedy faraon trwał w uporze, Pan zesłał kolejno dziesięć plag na jego państwo: woda w Nilu zamieniła się w krew, potem rzeka zaroiła się od żab. Następnie całą ziemię pokryły komary, muchy zaś zapełniły wszystkie domy. Kiedy i to nie pomogło, zaraza dotknęła wszystkie zwierzęta, których właścicielami byli Egipcjanie. Z kolei ludzie i bydło zaczęły nękać wrzody i pryszcze. Potem ziemię zniszczył grad, a szarańcza zniszczyła wszelkie uprawy.

Faraon pozostał nieugięty, więc Pan zesłał na Egipt nieprzeniknione ciemności. W końcu, kiedy śmierć dosięgła wszystkich pierworodnych – ludzi i zwierzęta, władca zezwolił wreszcie na wyjście Żydów z Egiptu. Kiedy naród dotarł nad brzegi Morza Czerwonego, faraon już go ścigał. Mojżesz uniósł laskę i Izraelici przeszli po suchym dnie. Kiedy ponownie wzniósł ją, fale zalały wojsko faraona i zatopiło je.

Podczas czterdziestoletniej wędrówki do Ziemi Obiecanej Jahwe zesłał wiele innych cudów. Z gorzkiego źródła popłynęła za Jego sprawą słodka woda, zgłodniali zostali nakarmieni manną, która spadła z nieba. Kiedy byli spragnieni, Mojżesz wyczarował wodę ze skały. Potem Bóg zesłał kamienne tablice z dziesięciorgiem przykazań, których odtąd Izraelici musieli przestrzegać.

Średniowiecze

W literaturze średniowiecza także występują opisy fantastycznych wydarzeń lub postaci. W Pieśni o Rolandzie duszę bohaterskiego rycerza zabierają do nieba aniołowie – Cherubin, Michał i Gabriel, w uznaniu jego bohaterskich czynów. Przed śmiercią Roland „Ofiarował Bogu swą prawą rękawicę, święty Gabriel wziął ją z jego dłoni. (...) Bóg zsyła mu swego anioła Cherubina i świętego Michała opiekuna; z nimi przyszedł i święty Gabriel. Niosą duszę hrabiego do raju”.

Zobacz też : Filozofia średniowiecza

W Dziejach Tristana i Izoldy główni bohaterowie wypijają cudowny napój miłosny, co staje się przyczyną ich późniejszych nieszczęść. Matka wręczyła bukłaczek Brangien z przestrogą, żeby go strzegła jak oka w głowie, ponieważ „Taka jest bowiem jego moc: ci, którzy wypiją go razem, będą się miłowali wszystkimi zmysłami i wszystką myślą na zawsze”. Przeznaczony był on królowi Markowi i jego przyszłej małżonce. Izolda myślała, że znalazła wino, które ulży ich pragnieniu. Nie było to jednak wino, „to była chuć, to była rozkosz straszliwa i męka bez końca, i śmierć”.

Jednak kochankowie nawet po śmierci nie rozłączyli się. Kiedy zostali pochowani po obu stronach kaplicy, w nocy z grobu Tristana „wybujał zielony i liściasty głóg o silnych gałęziach, pachnących kwiatach, który wznosząc się ponad kaplicę, zanurzył się w grobie Izoldy”. Trzykrotnie ścinany, odrastał na nowo, więc ludzie pozostawili go w spokoju.

W Rozmowie Mistrza Polikarpa ze Śmiercią ukazana została postać Śmierci. Polikarp ujrzał „człowieka nagiego, / Przyrodzenia niewieściego, / Obraza wielmi skaradnego”. Kostucha była „Chuda, blada, żółte lice (...) Upadł-ci jej koniec nosa, / Z oczu płynie krwawa rosa”. Trzymała w ręku kosę. „Goła głowa, przykra mowa, / Z wszech stron skarada postawa”.

Drwiła z Mistrza, że się jej zląkł, choć sam ją chciał ujrzeć. Zapowiadała, że „Każdemu się tak ukażę, / Gdy go żywota zbawię”. Nikt od niej nie ucieknie, ponieważ ludzie stali się śmiertelni z powodu grzechu popełnionego przez Adama i Ewę. Nie zważa więc Śmierć ani na wiek, pochodzenie, stanowiska, zabiera każdego, kiedy przychodzi na to czas.

Barok

William Szekspir "Makbet"

W epoce baroku powstał Makbet Szekspira, w którym występują postacie fantastyczne. Akcja dramatu rozpoczyna się w pustej okolicy, na szkockich wrzosowiskach. Podczas burzowej pogody pojawiły się trzy czarownice, które zadecydowały, że Makbet wkrótce dowie się o swych przyszłych losach. Wkrótce potem nadjechał Makbet w towarzystwie Banka. Ten drugi dostrzegł szpetne postacie, które „Nie zdają się mieć nic wspólnego z ziemią”. Stwierdził, że wprawdzie „Pozór / Niewieści macie, ale wasze brody, / Nie pozwalają mi w te pleć uwierzyć”. Czarownice przepowiadają obu rycerzom przyszłość. Makbeta tytułują tanem Kawdoru i przyszłym królem, Bankowi wróżą, że wprawdzie sam królem nie będzie, ale „królów płodzić będziesz”. Kiedy Makbet chciał dowiedzieć się czegoś więcej, zniknęły.

Wyrocznia się spełniła – Makbet został władcą Szkocji. Aby utrzymać się na tronie, brnął w coraz to nowsze zbrodnie. Pierwszą ofiarą był jego przyjaciel Banko. Podczas uczty na zamku ukazał się jego duch, widziany tylko przez króla. Zjawa usiadła na krześle Makbeta. Przerażony zjawą władca prosił: „nie wstrząsaj ku mnie / Tak groźnie skrwawionymi włosy”. Tłumaczył enigmatycznie biesiadnikom, że „wszystko już się skończyło: dziś oni / Podnoszą z grobu czoło obciążone / Mnogimi rany i z miejsc nas rugują. / Straszniejsze to jest od samego mordu”. Gdy wróciła mu przytomność umysłu, przepraszał dworzan za chwilowe zapomnienie się. Duch jednak ukazał się ponownie.

Zaskoczony zawołał: „Precz z moich oczu! Zapadnij się w ziemię! / Krew twoja zimna, kości twe bez szpiku, / Nie ma już siły widzenia w twych oczach, / Którymi błyszczysz”. Zjawa znikła.

Czarownice pojawiły się po raz drugi na wrzosowiskach, by przyrządzić czarodziejski napój. Na zapytanie przybyłego Makbeta, co przygotowują, odpowiedziały, że „Bezimienne dzieło”. Zgodziły się ukazać mu przyszłość. Jako pierwsza ukazała się Głowa w hełmie i ostrzegła króla, by strzegł się Makdufa. Zakrwawione dziecko, drugie widziadło, przepowiedziało, że Makbeta nie pokona nikt, kogo urodziła kobieta. Jako ostatnie pojawiło się Dziecko w koronie i zapewniło, że władca będzie żył, dopóki las birnamski nie przyjdzie walczyć przeciwko niemu.

Czarownice początkowo nie chciały wyjawić, czy w przyszłości potomstwo Banka będzie rządzić krajem. Na groźby Makbeta jednak ukazały mu się zjawy ośmiu królów, za którymi postępował Banko. Czarownice zniknęły, przedtem natchnęły go nową siłą, „By się w nim nowy zapał wzmógł / I wielki król powiedzieć mógł, / Że starożytne wiły / Godnie go ugościły”. W Hamlecie pojawił się duch ojca królewicza duńskiego. Horacy wyznał Hamletowi, że od dwóch nocy strażnicy zamkowi mają widzenie: „Postać podobna do świętej pamięci / Ojca twojego, panie, uzbrojona / Jak najkompletniej od stóp aż do głowy, / Staje przed nimi, uroczystym krokiem / Przechodzi mimo, z wolna i poważnie”.

Kiedy jednak pieje poranny kur, zjawa znika. Horacy dodał, że miał twarz smutną, brodę zaś „Zupełnie taką, jaką u zmarłego / Króla widziałem: czarną, posrebrzoną”. Hamlet postanowił sam spotkać się z duchem zmarłego. Następnej nocy, kiedy zjawa skinęła na niego, poszedł za nią. W oddaleniu od innych ludzi oznajmiła, że „Jestem duchem twego ojca, / Skazanym tułać się nocą po świecie, / A przez dzień jęczeć w ogniu, póki wszystek / Kał popełnionych za żywota grzechów / Nie wypali się we mnie”. Wyznał synowi, że został zamordowany przez brata. Klaudiusz wlał mu do ucha truciznę. Prosił Hamleta, by nie pozwolił na to, by morderca kalał jego łoże i rządził Danią. Zbliżał się ranek, więc zniknął. Po raz drugi pojawił się, kiedy Hamlet był u matki. Gertruda nie widziała zjawy, ale syn słyszał, jak zamordowany przypominał mu o przyrzeczeniu i zażądał, aby przypomniał matce o tym, że sprzeniewierzyła się jego pamięci. Królowa uznała to za wytwór chorej wyobraźni.

Zobacz też : Renesans

Oświecenie

Ignacy Krasicki

W epoce oświecenia Krasicki w Mikołaja Doświadczyńskiego przypadkach opisał baśniową wyspę Nipu, na której Mikołaj Doświadczyński uczył się żyć „na nowo”. Jej mieszkańcy mówili łatwym, ale ubogim w zasób słów językiem. Nie istniały u nich takie pojęcia, jak kłamstwo, kradzież czy zdrada. Jego gospodarz Xaoo zapoznał go też z porządkami społecznymi panującymi na wyspie. Nie istniał tu żaden ustrój. „W zgromadzeniu naszym nie masz żadnej innej zwierzchności politycznej prócz naturalnej rodziców nad dziećmi”. Wszyscy są sobie równi, ale ważniejsze decyzje podejmują najstarsi członkowie społeczności. W tym odciętym od reszty świata kraju panowała sprawiedliwość, szczęście, szanowano pracę i jej owoce. Mieszkańcy byli zawsze uśmiechnięci i zadowoleni z życia.

Jak pomóc piersiom wrócić do formy po ciąży i karmieniu piersią?

Romantyzm

Adam Mickiewicz

Polska literatura romantyczna obfitowała w opisy zjawisk nadprzyrodzonych i istot fantastycznych. W balladzie Świteź przedstawił dzieje powstania tajemniczego jeziora. Ludzie bali się zbliżać do niego nocą, „Bo jakie szatan wyprawia tam harce! / Jakie się larwy szamocą!”. Nieraz widziano, jak z wody „Ogień i dym bucha gęsty”, słychać „zgiełk walczących, i wrzaski niewieście, / I dzwonów gwałt, i zbrój chrzęsty”. Potem nagle wszystko ucicha i słychać tylko szum jodeł. Właściciel tych ziem postanowił wyjaśnić tajemnicę wody i wysłał rybaków na połów. Niespodziewanie w wyciągniętej sieci ukazała się „Żywa kobieta w niewodzie, / Twarz miała jasną, usta jak korale, / Włos biały skąpany w wodzie”.

Przestraszonych jej widokiem ludzi uspokajała, że nie chce uczynić nic złego, tylko wyjawić tajemnicę jeziora. Piękne miasto Świteź rządzone było kiedyś przez księcia Tuhana, a ona była córką władcy. Kiedy na sąsiednią Litwę najechał car Rusi, wezwany na pomoc Tuhan odjechał wraz z wojskiem. Martwił się jednak, co się stanie z pozostawionymi w grodzie bez opieki kobietami. Córka uspokajała, że widziała we śnie anioła, który obiecał zaopiekować się nimi. Tej samej jednak nocy na miasto napadły wojska ruskie. Kobiety wolały zadać sobie śmierć, gdyż tylko to mogło ocalić je od hańby. Kniaziówna zaczęła błagać Boga o pomoc albo zesłanie śmierci. Nagle otoczyła ją jakaś białość, przestała czuć grunt pod nogami. Uszły hańby i rzezi, a to „ziele dokoła / To są małżonki i córki Świtezi”, które teraz „Białawym kwieciem, jak białe motylki, / Unoszą się nad topielą”.

Za życia niewinne i cnotliwe, stały się śmiertelnym zagrożeniem dla wrogów. Kto tylko po te kwiaty sięgnął, natychmiast umierał, o czym przekonał się car i jego żołnierze. Od tamtej pory te rośliny nazywają się „cary”. To powiedziawszy, zjawa oddaliła się, zatapiając statki i sieci. Nikt nigdy o niej już nie usłyszał.

W balladzie Rybka Mickiewicz opisał losy nieszczęśliwej dziewczyny wiejskiej, Krysi, uwiedzionej i opuszczonej przez pana. Nie widziała sensu życia, więc rzuciła się w rzeczną toń. Stary sługa zaopiekował się niemowlęciem. Pewnego wieczoru, kiedy okrutny dziedzic właśnie się żenił z inną, przyszedł na brzeg i zaczął wołać Krysię. Z dna odezwał się głos skarżący się, że „drżę cała od chłodu, / A żwir mnie oczki wyjada. (...) Pokarm mój koraliki, muszki, / A zapijam zimną rosą”. Potem ponad wodę wyskoczyła rybka, „rybią łuskę odwinie, / Spojrzy dziewicy oczyma” a „Rybią płetwę ma do pasa”. Przypłynąwszy do brzegu, nakarmiła dziecko, „I znowu ściska swe ciało, / I główkę nadobną zwięzi. / Znowu ją łuski powleką, / Od boków wyskoczą skrzelki”. Pewnego wieczora sługa musiał długo czekać, ponieważ nad rzeką przechadzał się pan z panią. Potem długo wołał Krysię, ale nikt się nie pojawił. Kiedy wracał, ujrzał nowy widok: „Gdzie pierwej rzeczułka ciekła, / Tam suchy piasek i rowy”. Na brzegu leżała porozrzucana odzież pani i pana, ale ich nigdzie widać nie było. „Tylko z zatoki połową / Sterczał wielki głazu kawał / I dziwną kształtu budową / Dwa ludzkie ciała udawał”.

Zobacz też : Adam Mickiewicz - liryka

Także w Liliach w życie ludzkie ingerowały istoty pozaziemskie. Pani zamordowała swego męża, ponieważ bała się, że dowie się o tym, że go zdradzała podczas gdy on walczył na wojnie. Potem, nękana wyrzutami sumienia, pobiegła do pustelnika po pomoc. Ten obiecał, że mógłby wskrzesić rycerza, ale ona nie chciała o tym słyszeć. Trudno jej było o zbrodni zapomnieć, wciąż zdawało się pani, że nocą „Coś stuka się na dworze, / Coś chodzi po świetlicy”, że ktoś głosem zmarłego woła dzieci. Kiedy przybyli bracia rycerza, na wieść o jego nieobecności postanowili na niego zaczekać. Z czasem zasmakowali w gościnności pięknej gospodyni, więc zaproponowali, by jednego z nich wybrała na męża. Posłuchała tym razem rady Pustelnika i poleciła, by obaj konkurenci uwili wianki, a którego kwiaty wybierze, ten zostanie jej mężem. Obaj uwili wianki z lilii, niemal identyczne, więc w kościele zaczęli się kłócić. Nagle trzasnęły drzwi świątyni, „Wiatr zawiał, świece zgasły, / Wchodzi osoba w bieli, / Znany chód, znana zbroja”. Upiór zawołał grobowym głosem, że jego jest wieniec i żona, a kara spotka także złych braci. Potem „Wstrzęsła się cerkwi posada, / Z zrębu wysuwa się zrąb, / Sklep trzeszczy, głąb zapada, / Cerkiew zapada w głąb, / Ziemia ją z wierzchu kryje, / Na niej rosną lilije”.

W Dziadów części II duchy pojawiły się w noc dziadów, wezwane przez Guślarza. Tę część dramatu Mickiewicza poprzedziło pojawienie się Upiora. Ludzie wiedzieli, że budził się on co roku w dzień zaduszny i podążał między żywych. Kiedy jednak usłyszy głos dzwonów, „Z piersią skrwawioną, jakby dziś rozdartą, / Usypia znowu w mogile”. Mówiono, że przed laty ów młodzieniec popełnił samobójstwo. „Teraz zapewne wieczne cierpi kary, / Bo smutnie jęczał i płomieniem buchał”. Pewnego razu stary zakrystianin podsłuchał jak skarżył się na swe cierpienie i wspominał ukochaną i znajomych, którzy drwili z jego uczucia. Marzył, że wybranka jego serca wysłucha jego grobowej mowy i „Może się trupiej nie ulęknie głowy”. W noc zaduszną pojawiły się też inne, wezwane przez Guślarza, zjawy. Płonąca kądziel zwabiła dwa aniołki – Józia i Rózię. Oboje miały „główki w promieniu, / Ubiór z jutrzenki światełka, / A na oboim ramieniu / Jak u motylków skrzydełka”. Przyleciały z raju, gdzie „wszystkiego dostatek, / Co dzień to inna zabawka: / Gdzie stąpim, wypływa trawka, / Gdzie dotkniem, rozkwita kwiatek”.

Jednak nie były tam szczęśliwe, ponieważ miały zamkniętą drogę do nieba. Za życia nie zaznały goryczy, więc poprosiły o dwa ziarnka gorczycy, „A ta usługa tak marna / Stanie za wszystkie odpusty”. Guślarz spełnił ich prośbę i odesłał w zaświaty.

O północy wezwał dusze najbardziej cierpiące. Pojawił się straszliwy upiór: „W gębie dym i błyskawice, / Oczy na głowę wysiadły, / Świecą jak węgle w popiele. / Włos rozczochrany na czele. / A jak suchy snop cierniowy / Płonąc miotłę ognia ciska, / Tak od potępieńca głowy / Z trzaskiem sypia się iskrzyska”. Upiór nękany był przez ptaki – kruki, sowy, orlice. Skarżył się, że „Jestem w złego ducha mocy, / Okropne cierpię męczarnie (...) Tak pędzę żywot tułaczy, / A nie znajdę błędom końca. / Wiecznych głodów jestem pastwą”. Prosił, by go ktoś nakarmił i uwolnił od żarłocznego ptactwa. Na zapytanie Guślarza, czego potrzebuje, żeby dostać się do nieba, zjawa odpowiedziała, że nawet o tym nie myśli. „Ja tylko chcę, żeby ze mnie / Prędzej się dusza wywlekła”. Woli jęczeć w piekle, niż błąkać się wiecznie po ziemi i „Od wschodu aż do zachodu / Umierać z pragnienia, z głodu” i karmić ptaki. Tak cierpieć jednak musi dotąd, dopóki któryś z dawnych poddanych nie ofiaruje mu jedzenia.

Otaczające Pana ptaki, za życia mieszkańcy jego wioski odgrażały się jednak, że nie dopuszczą go do jadła, bo kiedyś nie miał dla nich litości. Kruk przypomniał mu, że kiedyś jesienią wszedł do jego ogrodu i zerwał kilka jabłek, ponieważ był głodny. Ogrodnik poszczuł go psami, a, złapanego, obito potem do krwi kijami. Sowa z kolei wypomniała Panu, że pewnej mroźnej zimy stała z niemowlęciem pod bramą jego dworu, prosząc o ratunek. On jednak, zajęty gośćmi i biesiadą kazał wypędzić żebraczkę. Zbita i zziębnięta, zamarzła wraz z dzieckiem na drodze. Upiór wiedział, że nie ma dla niego ratunku, „Bo kto nie był ni razu człowiekiem, / Temu człowiek nic nie pomoże”.

Jako trzecia pojawiła się Dziewczyna – „Do nóg biała spływa szata, / Włos z wietrzykami swawoli, / Po jagodach uśmiech lata, / Ale w oczach łza niedoli”. Dusza miała na głowie wianek, w ręku zieloną gałązkę, nad nią leciał motylek, a przed nią biegł baranek. Zosia wyznała, że kiedyś była najpiękniejszą we wsi dziewczyną i kochali się w niej wszyscy chłopcy. Miała wtedy dziewiętnaście lat i nie chciała wychodzić za mąż. „Umarłam nie znając troski / Ani prawdziwego szczęścia. / Żyłam na świecie, lecz, ach! nie dla świata! / Myśl moja, nazbyt skrzydlata, / Nigdy na ziemskiej nie spoczęła błoni”. Żadnego z zakochanych w niej pasterzy nigdy nie pokochała. „Za to po śmierci nie wiem, co się ze mną dzieje, / Nieznajomym ogniem pałam (...) Nic mię nie smuci, nic mię nie boli (...) Przecież nie wiem, skąd ta nuda: / Wyglądam kogoś za każdym szelestem. (...) Nie wiem, czy jestem z tego, czy z tamtego świata (...) Wieczną przelatując drogę, / Ani wzbić się pod niebiosa, / Ani ziemi dotknąć nie mogę”.

Prosiła, by młodzieńcy chwycili ją za ręce i przyciągnęli do ziemi, „Niech poigram chwilkę z nimi”. Guślarz wyjawił jej, że jeszcze przez dwa lata za karę musi latać między niebem a ziemią, „A potem staniesz przed niebieskim progiem”. Po skończonym obrzędzie Guślarz dostrzegł wyłaniające się spod ziemi blade widmo. „Wzrok dziki i zasępiony” utkwił w młodej pasterce. Milcząc wskazał na wychodzącą z serca czerwoną pręgę. Widmo nie odpowiedziało na pytanie, czego potrzebuje. Przeganiane wodą święconą, nie odchodziło, ale ruszyło za nią, „Gdzie my z nią, on za nią wszędzie”.

Widmem był także Gustaw z Dziadów części IV. Przybył do chaty Księdza i swym dziwacznym wyglądem przestraszył jego dzieci. Tajemniczy pustelnik stwierdził, że jest „umarły dla świata”. Był w tym domu przed śmiercią, przed trzema laty. Teraz „Idę z daleka, z piekła czyli z raju / I dążę do tegoż kraju”. Kiedy Ksiądz zaproponował, by ogrzał się przy kominku, nieznajomy stwierdził, że w jego piersi taki „żar płonie, / Mimo deszczu, mimo chłodu, / Zawsze płonie! / Nieraz chwytam śniegu, lodu, / Na gorącym cisnę łonie; / I śnieg tonie, i lód tonie, / Z piersi moich para bucha, / Ogień płonie!”. Dzieci zaciekawiły się, dlaczego jest tak dziwacznie ubrany, „Jak strach albo rozbójnik (...) Z różnych kawałków sukmany, / Na skroniach trawa i liście, / Wytarte płótno, przy pięknej kitajce”. On jednak przestrzega, by się nie śmiały, gdyż w przyszłości mogą zostać za to ukarane. Uwagę gościa zwracają dzieła Goethego.

Określa je zbójeckimi, ponieważ ich lektura złamała mu życie. Pod ich wpływem bowiem zaczął poszukiwać idealnej miłości i gardzić wszystkim, co przyziemne i pospolite. Spostrzega następnie, że zegar wskazuje godzinę dziewiątą, a na stole płoną trzy świece. Przynosi gałąź jodły, którą nazywa swoim przyjacielem cyprysem, ponieważ był świadkiem jego rozstania z ukochaną. W tej godzinie opowieści o nieszczęśliwej miłości, wspominał wieczór, kiedy żegnał się z ukochaną przed wyjazdem, a ona kazała mu zapomnieć o sobie. Na pamiątkę dała mu podobną gałązkę. Ukochana już dla niego umarła, ponieważ wyszła za mąż za innego. Pustelnik stwierdził, że istnieją trzy rodzaje śmierci: pospolita, na którą ludzie umierają co chwila, to śmierć ciała, druga – to rozłąka z ukochaną, a trzecia – śmierć wieczna. Kiedy zgasła pierwsza świeca i wybiła godzina dziesiąta, rozpoczęła się godzina rozpaczy. Pustelnik wyznał, że nazywa się Gustaw i kiedyś był uczniem Księdza. Zarzucił dawnemu nauczycielowi, że nauczył go czytać piękne księgi i z tego powodu „Ty dla mnie ziemię piekłem zrobiłeś”. Wspomniał też, że niedawno odwiedził miejsca związane z własną młodością i dom matki, ale zastał tam tylko pustkę i zniszczenie, wszystko popadło w ruinę. Był też w ogrodzie, w którym kiedyś na zawsze pożegnał się z ukochaną.

Niespodziewanie spotkał ją, chciał nawet zabić. Teraz, nawet umarły, nie może o niewiernej zapomnieć. Wyznaje, że zmarł, bo „mi się w tańcu... ot skręciła noga”. Niespodziewanie przebija się sztyletem. Kiedy zegar wybija jedenastą, rozpoczyna się godzina przestrogi. Gustaw stwierdza, że „Taką bronią po dwakroć zostałem przebity” Kiedy Ksiądz z przerażeniem dostrzega, że oczy przybysza są „jakby bielmem powleczone! / Puls ustał... ręce twoje zimne jak żelazo!”, zaczyna rozumieć, że ma do czynienia z upiorem. Gustaw prosi, by przywrócił pogański obrzęd dziadów, ponieważ proszą o to zmarli. Mówi, że jest wiele pokutujących dusz proszących o pomoc. Dla siebie prosi tylko o wspomnienie. Nie wie, „nagrodę czy pokutę znoszę”, ponieważ za życia zatraciwszy się bez reszty w miłości nawet po śmierci nigdy nie zazna spokoju, „Bywam albo w niebiosach, albo w piekła mękach”. Kiedy zaczyna piać kur, znika.

Zobacz też : Adam Mickiewicz "Dziady"

Juliusz Słowacki

Elementy fantastyczne zawiera także Kordian Słowackiego. Akcja dramatu rozpoczyna się 31 grudnia 1799 roku w chacie mistrza Twardowskiego, na Łysej Górze, gdzie odbywa się zlot sił piekielnych. Czarownica śpiewa, że z jej czesanych włosów, „Jak z polskiej szabli”, lecą iskry, a diabeł odpowiada „Błyskami chmur” i zlatuje w postaci pięknego anioła. Rozkazuje czarownicy odejść, ponieważ „Goście sproszeni zlecą się na Łysą Górę”. Na ziemię spada dziesięć tysięcy szatanów. Nie było tylko Mefistofelesa, który modlił się na grobie Twardowskiego.

Szatan nakazuje uruchomić zegar dziejów i wybija wiek dziewiętnasty, „wiek, co przyjdzie, ucieszy szatany”. Pojawia się Mefistofeles. Szatan stwierdza, że „wśród narodów wiela / Jednemu się ludowi dzień ogromny zbliża”. Przepowiada, że „oni mają walkę rozpoczynać (...) Oni się będą modlić, zabijać, przeklinać. / Oni na ojców mogiłach usiedli / I myślą o zemsty godzinie, / Ten naród się podniesie, zwycięży i zginie; / Miecze na wrogach połamie, / A potem wroga myślą zabije, / Bo myśl jego ogniste ma ramię”.

Mefistofeles zauważa, że skoro jest pierwszy dzień nowego wieku, „mamy prawo stwarzać królów i nędzarzy”. Planuje też, aby temu narodowi stworzyć dygnitarzy, „Aby nimi zapychał każdą rządu dziurę”. Szatan zwołuje diabły i czarownicę, by rozpocząć pracę nad stwarzaniem „ludzi do rządu”. Wpierw wrzucono do kotła czterdzieści tysięcy szpilek i stworzono kaprala. Nie dano mu więcej nic i duch Napoleona odleciał. Potem zaczęto wyczarowywać tych „do rządu”. Pierwszemu człowiekowi dano na pośmiewisko „Sprzeczne z naturą nazwisko, / Nazwijmy od słowa ludu, / Kmieciów, czyli nędznych chłopów”. (Z kotła wyłania się generał Chłopicki).

Diabły zrzucają „wodza ludziom biednym”. Demony wrzucają następnie do kotła diament, sekretny atrament oraz „okulary rozsądku”. Z wrzątku wyłonił się „jakiś człowiek godny” o twarzy starego Rzymianina, przed którym ludzie będą kiedyś „giąć kolana”. Dano mu na pośmiewisko „Sprzeczne z naturą nazwisko: / Ochrzcijmy imieniem Czarta”. W świat poleciał książę Adam Jerzy Czartoryski.

Do kotła wrzucono potem oczy i nogi z konstelacji Raka, dodano kogucie ostrogi i rogi ślimaka. Diabły stworzyły generała Skrzyneckiego, który w przyszłości „chodem ślimaka przewini, / Jak ślimak rogiem uderzy, / Spróbuje – i do skorupy / Schowa rogi – i do skrzyni / Miejskiej zniesie planów trupy”. Niespodzianie pojawił się też „Starzec (...) Zastygły pod wspomnień bryłą, (...) Poeta – rycerz – starzec – nic”, czyli Julian Ursyn Niemcewicz. Szatan popędza podwładnych, ponieważ słychać już kościelne dzwony.

Tworzą więc w pośpiechu z rdzy „Wymuskanych rycerzy – ospalców” (korpus oficerski), „mówców plemię” (posłów sejmowych). Z tygla wyłania się też „postać blada”, która „Wiecznie dławi księgarnie i mole” (Joachim Lelewel). Potem powstaje z kotła nowy twór, przyszły niszczyciel, zdrajca, który „rycerzy ginących porzuci; / Z arki kraju wyleci jak kruk, / Strząśnie skrzydła, do arki nie wróci... / Kraj przedany on wyda pod miecz”. (generał Krukowiecki) W powietrzu rozlega się głos odganiający w imię Boga szatany i wszystko znika. Archanioł mówi, że pewnego dnia jedna z gwiazd zabłądziła we wszechświecie, a kiedy ją złapał, okazało się, że „krwawa była”. To „Za grzechy ojców w groby kładące się plemię, / Lud konał... gwiazda gasła... za gwiazdą leciałem - / Lud skonał...”. Prosi więc Boga, by „go podniósł (...) lub gromem pokonał”. Bóg odrzekł: „Wola moja się stanie...”. Po okresie podróży po Europie Kordian zostaje przeniesiony na chmurze do kraju.

Bierze udział w spisku i zgłasza się na ochotnika, by zabić cara. Kiedy Kordian znajduje się w szpitalu wariatów i leży w gorączce, Dozorca zgadza się, by obcy Doktor zwiedził szpital. Doktor stosuje w diagnostyce „Macanie głów”, a stopień szaleństwa ocenia na podstawie rysów twarzy. Wskazuje na Kordiana, więc Dozorca informuje, że młodzieniec znajduje się tutaj z rozkazu cara. Jest jednak zdania, że car się myli, ponieważ „Ten młody ma gorączkę, lecz rozsądek zdrowy”. Kiedy jednak Doktor podpala cygaro dukatem, Dozorca woli odejść, ponieważ „rozum sobie krzywię”. Nieznajomy postanawia porozmawiać z młodzieńcem i przedstawia się mu jako „zapaleniec”. Kordian stwierdza, że mu wszyscy dotąd wmawiali, „żem jeden na świecie”. Doktor odpowiada, że jego jeszcze dotąd nie poznano, ponieważ „Siedziałem sobie cicho zamknięty w sztylecie”.

Młodzieniec przypomina go sobie. Doktor potwierdza, iż „W godzinę północną / Wychodziłem z sypialnej cesarza komnaty”, gdzie „podlewałem kwiaty”. Zapytany, czy zna jakieś modlitwy, mówi, że „Umiem jedną, co ludzi popycha do bitwy”. Wie bowiem o pewnym ginącym narodzie, który umiera, „aby wieszcz narodu / Miał treść do poematu, a wieszcz rym odlewał”, aby z niego anioł wykrzesał ogień. Doktor oznajmia także, że posiał tajemnicze ziele, z którego kwiatu wysypie się nasienie nowych bojowników , a roślina już wschodzi. Potem opowiada o stworzeniu świata. Bóg przez sześć wieków „stwarzał ziemskie ludy”: w pierwszym stworzył państwo Judy, w drugim ludzi wschodu, w trzecim – greckie plemiona, w czwartym – góry Sokratesa, w piątym – Rzymian, szóstego stworzył Napoleona, siódmego dnia „nikogo nie stworzył”.

Kordian stwierdza, że Doktor kłamie, ponieważ „Każdy człowiek, który się poświęca / Za wolność – jest człowiekiem, nowym Boga tworem”. Zapytuje, czy kiedykolwiek widział człowieka albo anioła, „Co swe cierpienia ludom przynosi w ofierze (...) I śmierć za Zbawiciela ponosi przykładem / Za lud cierpiąc”. Doktor przywołuje dwóch wariatów, z których jeden trzyma ręce rozkrzyżowane, a drugi jedną ma wzniesioną do góry. Pierwszy wariat twierdzi, że był „krzyżem w Chrystusa męce”, drugi, że podtrzymuje niebo, ponieważ słońce i księżyc mogą ludziom spaść na głowy.

Doktor mówi Kordianowi, że obaj poświęcili się za lud. Udowadnia, że Kordian jest także obłąkany, ponieważ „Ty chciałeś zabić widmo, poświęcić się za nic”. Na zarzut Kordiana, że Szatan przybył, by „zabijać duszy mojej duszę”, ten odpowiedział: „Glinę boską kruszę”. Wchodzi z żołnierzami książę Konstanty i rozkazuje wziąć Kordiana „na śmierć i na męki”, ubrać w mundur i wyprowadzić na Plac Saski. Doktor tymczasem zniknął. Był to Mefistofeles.

Zygmunt Krasiński

W Nie-Boskiej komedii Krasińskiego występują duchy dobre i złe. Na początku akcji pojawił się Anioł Stróż i przepowiedział Mężowi przyszłość: dobrą żonę i syna. Obiecał, że jeżeli dotrzyma przysięgi małżeńskiej, „będziesz bratem moim w obliczu Ojca niebieskiego”. Jednak w tym samym czasie Złe Duchy wysyłają na ziemię widma: Dziewicę, „cień nałożnicy umarłej wczoraj, odświeżony w mgle i ubrany w kwiaty” , orła, który został wypchany w piekle, aby roztoczył skrzydła nad poetą oraz spróchniały obraz Edenu, czarodziejskie płótno, które miało opasać poetę. Nocą Zły Duch pod postacią Dziewicy pojawił się na ziemi. Diabły kazały jej „świętą udawać”, więc lecąc nad ogrodem przyozdobiła włosy kwiatami, z grobów wzięła „świeżość i wdzięki umarłych dziewic”, czarne włosy, niebieskie oczy, suknię zmarłej księżnej. Kiedy zobaczył ją Mąż, przysiągł, że „O każdej chwili twoim jestem”.

Dziewica kusiła go, by poszedł za nią, obiecywała „błogosławieństwo i rozkosz”, ponieważ pochodziła „ze świata świeżego, bez końca, bez nocy”. Żona natomiast widziała makabryczną zjawę, mającą „oczy zgasłe i glos jak skrzypienie woza (...) Całun w szmatach opada jej z ramion”, czuła siarkę i grobowy zaduch. Mąż jednak nie słuchał jej i podążył za Dziewicą w góry, nad przepaść. Wołała go do siebie z drugiej strony. Mąż jednak ujrzał prawdziwe oblicze zjawy: „Kwiaty odrywają się od skroni twoich i padają na ziemię, a jak tylko się jej dotkną, ślizgają jak jaszczurki, czołgają jak żmije (...) suknie wiatr zdarł ci z ramion i rozdarł w szmaty. (...) Deszcz kapie z włosów – kości nagie wyzierają z łona. (...) Błyskawica źrenice jej wyżarła”.

Zobacz też : Zygmunt Krasiński "Nie-Boska komedia"

Złe Duchy kazały jej wracać do piekła, ponieważ spełniła swe zadanie: „uwiodłaś serce wielkie i dumne, podziw ludzi i siebie samego”. Od rzucenia się w otchłań powstrzymał Męża Anioł Stróż, nakazując mu powrócić do domu i dziecka. Męża kusił także Mefistofeles. Diabeł zapowiedział, że „lubię czasem zastanawiać podróżnych darem, który natura osadziła we mnie. – Jestem brzuchomówca”. Kiedy zniknął, na jego miejscu pojawił się czarny orzeł. Nakazał Mężowi, aby bił się za ojców swoich i nie ustępował, dopóki nie zniszczy wrogów.

Duchy widział też Orcio, kiedy zabrał Hrabiego do podziemnych lochów. Oczyma duszy dostrzegł, jak „idą spod ciasnych sklepień jeden po drugim i tam zasiadają w głębi. (...) Widzę duchem blade ich postacie, poważne, kupiące się na sąd straszny”.

Oskarżany miał być Henryk. Głosy oznajmiły, że „Siłą nam daną – za męki nasze, my, niegdyś przykuci, smagani, dręczeni, żelazem rwani, trucizną pojeni, przywaleni cegłami i żwirem, dręczmy i sądźmy, sądźmy i potępiajmy – a kary szatan się podejmie”. Jeden z duchów zapowiedział, że na Hrabim zakończy się jego ród, ponieważ „Za to, żeś nic nie kochał, nic nie czcił prócz siebie” będzie potępiony na wieki. Drugi zapowiedział, że Hrabia nawet nie będzie miał normalnego pogrzebu, ale taki, „jaki nasz był kiedyś na tej samej skale boleści”. W zakończeniu dramatu Pankracemu ukazał się Jezus Chrystus.

Nad szczytami gór dostrzegł chmurę, w której dogasały promienie słońca. Chrystus był „Jak słup śnieżnej jasności, stoi nad przepaściami – oburącz wsparty na krzyżu, jak na szabli mściciel. – Ze spienionych piorunów korona cierniowa. (...) Od błyskawicy tego wzroku chyba mrze, kto żyw”. Sam czuł, że to spojrzenie „rozkłada mnie w proch”. Skonał w objęciach Leonarda wołając: „Galilaee, vicisti!”.

Młoda Polska

Tadeusz Miciński

Głównym bohaterem i podmiotem lirycznym w wierszu [Jam ciemny jest wśród wichrów płomień boży...] Micińskiego jest Lucifer. To upadły anioł, strącony do piekła książę ciemności. Nazywał siebie „płomieniem bożym”, który z jękiem spadał z niebios. Lecąc, w mrokach gór „zapalam czerwień zorzy / iskrą mych bólów, gwiazdą mej bezmocy”. To cierpiący szatan, świadom swej bezsilności, teraz „od grobowca cichszy / mogił swych kryję trupiość i ohydę”. Skazany na pobyt w wiecznych ciemnościach, po raz ostatni widział swego największego wroga – słońce, które „wschodzi wielbiąc Boga”. Lucifer to postać tragiczna – niegdyś potężny, stał się nikim.

Stanisław Wyspiański

W Weselu Wyspiańskiego pojawiają się Osoby Dramatu, zaproszone przez Pannę Młodą. Kiedy bije północ, w izbie pojawia się Chochoł, zapytując: „Kto mnie wołał, / czego chciał”. Zapowiedział, że przybędzie wielu gości, „czy to kapcan, czy to pan, / na Wesele przyjdzie w tan”. Okaże się wtedy „Co się komu w duszy gra, / co kto w swoich widzi snach”. Isia chce go wygonić. Ten jednak nakazał dziewczynce powiadomić ojca i matkę. Twierdził: „Ubrałem się, w com ta miał”, sam Gospodarz tak go ubrał, żeby krzak róży nie zamarzł. Jako pierwsze pojawia się Widmo, które przypomina Marysi, że „Miałem ci być poślubiony”.

Kobieta potwierdza, że był jej narzeczonym, ale teraz „Mróz jakisi od wos wionie, / zimnem ubiór dmie”. Zapytywała, gdzie obecnie jest, gdzie mieszka. Wyjechał do obcych miast, ona na niego czekała i nie doczekała się. Widmo przyznaje, że „Goniłem do różnych miest, / rozhulaniec, pędziwiatr”, ale teraz „ażem gdziesi w ziemię wpad, / gdzie mnie toczy gad”. Przybyło na wesele, zwabione echem Tatr, żeby przypomnieć sobie dawne lata. Prosił, by nie wierzyła, że jest trupem, ponieważ „żywie Duch”, choć „Łzy mnie palą, łzy mnie pieką, / licho bierz grób mój”. Na zapytanie, gdzie znajduje się jego grób, odpowiedziało pytaniem, czy Marysia pamięta, jak kiedyś stali razem pod gruszą, trzymając się za ręce.

Poprosiło o krótki taniec, ponieważ będzie musiało wracać. Marysia, czując trupi odór, odpycha Widmo od siebie: „Nie chytaj się moich wstąg, / taki wieje trupi ciąg. (...) Zimnem dołu wieje strój, / ty nie mój”. Widmo znika, bo „mus mnie woła”. Dziennikarzowi ukazuje się Stańczyk. Stwierdza, że w małej weselnej chacie jest wszystko: „Polska, swoi, własne łzy, / własne trwogi, zbrodnie, sny, / własne brudy, podłość, kłam”. Przedstawia się Dziennikarzowi jako „błazen”, ale „Wielki, bo w błazeńskiej szacie, / wielki, bo wam z oczu zszedł”, ponieważ błaznów się namnożyło. Dziennikarz tłumaczy, że obecnie „przywdziewamy szarą barwę; / koncept narodowy gaśnie”, dzieją się okropne rzeczy, a serca są spodlone i zniewolone.

Stańczyk zarzuca panom, że „wolicie spać”. Mężczyzna przyznaje, że usypia polskie dusze, ponieważ wszystko, co było, już przepadło, Ojczyzna zginęła. Pozostało tylko krwawiące serce, które „samo siebie wini”. Stańczyk zauważa, że Dziennikarz spowiada się z cudzych grzechów, u bliźnich spostrzega zbrodnie, grzechy i plamy, więc może jeszcze za innych nieprawości chce uzyskać rozgrzeszenie. Dziennikarz stwierdza, że „Wina ojca idzie w syna”, wszyscy pamiętają, „kto te pozakładał pęta / i że ręka, co przeklęta, / była swoja”. Błazen drwi, że pana bolą niepokoje przodków, a przecież nie należy on do pokolenia odpowiedzialnych za rozbiory.

Zapytuje, czy słyszał kiedyś głos dzwonu Zygmunta. Stańczyk wspomina, że kiedyś siedział u królewskich stóp i wraz całym dworem był świadkiem zawieszania dzwonu, a potem z zachwytem go słuchał. Dziennikarz przypomina, że dzwon dzwoni i teraz, kiedy odbywa się pogrzeb jakiegoś sławnego Polaka. Wyznaje też: „Nad przepaścią stoję / i nie znam, gdzie drogi moje”. Zjawa twierdzi, że jest uosobieniem Wstydu, „Byś serce me rozkroił, / nic w nim nie znajdziesz inszego, / jako te niepokoje: / sromota, sromota, wstyd”. Dziennikarz żali się, że i tak żyje w Piekle, to znaczy w polskim społeczeństwie, wolałby już, żeby się wszystko rozsypało w gruzy, spaliło się, umarło. Może by wtedy wspólne Nieszczęście „dobyło nam z piersi krzyku” i obudziło Sumienie. Stańczyk zarzuca mu bierność i fałszywy patriotyzm i zapowiada, by „Świętości nie szargać, / bo trza, żeby święte były”. Wręcza mu kaduceusz (błazeńską laskę), żeby mącił nią polską wodę. Dziennikarz ma za złe Stańczykowi, że zatruł jego krew jadem goryczy i teraz „nie widzę dróg, / zaćmił mi się Bóg”.

Błazen naśmiewa się, że Dziennikarz stał się takim samym błaznem, jak on. Na pożegnanie rozkazuje: „Idź! / Mąć tę narodową kadź, / serce truj, głowę trać! (...) Staj na czele!!!” Poeta zauważa zjawę Rycerza zakutego w zbroję: „Żelazem owita ręka, / żelazem zakryta skroń” Zjawa twierdzi, że Poeta będzie jej więźniem i sługą, ponieważ „Ja Moc: / za mną, przede mną / ognia kurz; / po drogach, po których lecę, / drzewa się palą jak świece, / ciskają się błyskawice, / jak lecę, Duch”. Zapytuje Dziennikarza: „A czy wiesz, czym ty masz być, / o czym tobie marzyć, śnić?”. Twierdzi, że przybył na „krwawe żniwo” i przywiózł oręż. Dziennikarz stwierdza, że to „Głos jak marzeń moich piastun; / Rycerz, Widmo, urojenie / przyoblekło szatę żywą”.

Duch potwierdził, że przybywa „z zaświatów, z prochów. - / Przeszedłem ogień, co pali, / przeszedłem zapady lochów, / Ścigam, gonię, moc roztrwonię. / Niosę dań, orężną dań”. Przypomina Grunwald i bohaterskie wojska króla Jagiełły. Nakazuje, by Poeta ruszył za nim na pobojowisko i tam czekał, aż rycerstwo się pobudzi, pochwyci kopie, ponieważ „czas, bym wstał”. Poeta jednak dostrzega „Za przyłbicą pustość, proch; / w oczach twoich czarny loch, / za przyłbicą Noc” oraz „Śmierć - - - Noc”. Chór diabłów prosi Hetmana Branickiego, by nie żałował złota, ponieważ brał moskiewskie pieniądze. Hetman daje diabłom dukaty, żaląc się, że „diabły moją piją krew, / szarpają mi pierś, plecyska, / psy zjawiska, łby ogniska; / szarpają, sięgają trzew!” i błaga o litość.

Kiedy diabły znikają, Hetman z dumą stwierdza, że „ja pan, piekielny pan, / drwię z serdecznych ran. / Setkę lat przez puszczę gnam (...) przez ugory, łąki, błoń - / upałami bije skroń, / młotami serce wali, / ogień wnętrzności pali”. Ma w ręku ćwierć kraju, ale odpocząć może na chwilę tylko wtedy, kiedy ktoś wypowie imię Jezusa. Pan Młody zarzuca mu, że kiedyś był wielkim hetmanem, przyjacielem króla, a teraz przez niego „my w psiej niewoli” i „już nic nas nie ocali”. Branicki z kolei wypomina Panu Młodemu, że „Czepiłeś się chamskiej dziewki”, a „Polska to wszystko hołota, / tylko im złota”. Stwierdza, że Pan Młody nie powinien żałować ojczyzny, ponieważ zaś „jesteś szlachcic, to się z nami pocałuj, / jesteś wolny!”. Hetmana znowu zaczynają nękać diabły, „serce mi wyjmują z trzew”. Szatani twierdzą, że dlatego, iż „Zaprzedałeś kraj, ty lew; / złotem pysk ci zaleją!”. Hetman skarży się, że „Piją krew, żłopają krew, / cielsko drą po kawale! (...) Czarty Moskale”. Przed Dziadem pojawia się Upiór, cały we krwi i prosi o kubeł wody, żeby umyć ręce i twarz.

Chce potem na weselu „żyć, hulać, pić”. Dziad chce Szelę przegonić, ponieważ widzi „Krew na sukniach, krew na wlosach”. Upiór jednak przypomina, że jest ich bratem. Szela przyszedł, ponieważ „byłem ich ojcom kat, / a dzisiaj ja jestem swat”. Teraz chce potańczyć na weselu, suknie upierze i nic nie będzie znać. Martwi go tylko, że zostanie plama na czole, „Zaraza, grób”. Kiedy Dziad przypomina, że „ty trup”, pokazuje swoje ordery i ponownie prosi o wodę, żeby uprać sukmanę i zmyć krew z podłogi, a potem „pódź tańcować, bośma brać”. Kuba informuje Gospodarza, że jakiś pan zsiada na podwórzu z ogromnego konia. Musi to być ktoś ważny, ponieważ „ubiory na nim czerwone, / siwa broda a lira u siodła”.

Twierdzi, że odkąd żyje, jeszcze nie widział takiego Polaka. Gospodarz zauważa, że widocznie za krótko żyje, ponieważ „jeszcze duża takich Polaków ostało, / co są piękni”. Wernyhora wita się z Gospodarzem – Włodzimierzem. Gość chce z nim porozmawiać o Przymierzu. Gospodarz dziwi się, że Wernyhora przyjechał w tak złą pogodę, niespodziewanie i w nocy. Gość tłumaczy, że przyjechał „Z daleka, a miałem blisko / i wybrałem Weselisko, / boście są tu jakoś wraz”, wybrał ten dom, ponieważ są tu „ludzie sercem prości”. Zauważa, że skoro są „prości, mali, / toście wielkich krzywd nie znali. - / Chudobę macie szczęśliwą”.

Gospodarz potwierdza, że mieli dobre żniwa, sady rodzą wiele owoców. Chce przywołać żonę, ale Wernyhora nie zgadza się, bo „to chwila osobliwa”. Gospodarzowi wydaje się, że zna gościa, ponieważ to „ktoś serdeczny, ktoś kochany, / ktoś, co groźny – dawny, stary / jak wiek cały”, ale nie może sobie przypomnieć nazwiska. Wernyhora pyta, czy przypomina sobie „krwawe łuny / i jęk dzwonów, i pioruny, / i rzeź krwawą”. On sam tam wtedy był i patrzył na święty lud, „jak upadał przeklęty, / przekleństwami potępiony: / kiedy ojce klną na synów, / kiedy syny przeklną ojce”. Stał w łunie pożaru na swym siwym rumaku, „czekając Bożego znaku”. Gospodarz zrozumiał, że przed nim stoi „Pan – Dziad z lirą” – Wernyhora.

Gość potwierdził, że przybył ze „Słowem”, „Rozkazem” i trzema zleceniami. Gospodarz poczuł, „żem niejako jest wezwany”. Wernyhora polecił, by przed świtem rozesłał wici i zwołał gromadzkie stany, potem ma zgromadzić lud przed kościołem, nakaże ciszę, naród zaś ma uklęknąć i oczekiwać odgłosów tętentu koni od strony Krakowa, „czy już jadę z Archaniołem”. Gospodarz ma być gotów przed wschodem słońca. Gospodarz jeszcze nie wierzy, uważa Wernyhorę za upiora, który odkrył jego tajemnicę. Wernyhora zapewnia, że to wszystko jest prawdą, niech zresztą posłucha, jak na podwórzu „tysiąc koni grudy bije”. Wręcza Gospodarzowi złoty róg, którego głos ma zwołać naród, „Na jego rycerny głos / spotężni się Duch, / podejmie Los”. Lud ma się zebrać, ale nad niczym nie radzić, bo „Jutro wielką tajemnicą”, a Gospodarz ma być gotów, gdy słońce wstanie i nasłuchiwać.

Zobacz też : Stanisław Wyspiański - biografia

XX-lecie międzywojenne

  • Michaił Bułhakow

Mistrz i Małgorzata Bułhakowa zawiera opisy wielu fantastycznych wydarzeń i postaci. Wszystkie niesamowite wypadki działy się za sprawą diabła Wolanda i jego świty. Woland był „częścią tej siły, / która wiecznie zła pragnąc, / wiecznie czyni dobro”. Szatan po raz pierwszy pojawił się w Moskwie na Patriarszych Prudach i wtrącił do rozmowy redaktora Berlioza z poetą Bezdomnym. Woland sprawiał wrażenie dziwnego osobnika, którego wygląd zewnętrzny trudny był do opisania. Miał około czterdziestu lat. „Miał na sobie drogi szary garnitur i dobrane pod kolor zagraniczne pantofle. Szary beret dziarsko załamał się nad uchem, pod pachą niósł laskę z czarną rączką w kształcie głowy pudla. (...) Usta jak gdyby krzywe. Gładko wygolony. Brunet. Prawe oko czarne, lewe nie wiedzieć czemu zielone. Brwi czarne, ale jedna umieszczona wyżej niż druga”.

Wyglądał na cudzoziemca. Berlioz podjął swe wywody, twierdząc, że Jezus, podobnie jak inni bogowie, nigdy nie istniał, tymczasem z poematu Bezdomnego wynika, że narodził się naprawdę. Cudzoziemiec poprosił o możliwość włączenia się do dyskusji. O ile bowiem zrozumiał, obaj literaci nie wierzyli w Boga. Berlioz potwierdził, że są ateistami, ponieważ „znakomita większość ludności naszego kraju dawno już świadomie przestała wierzyć w bajeczki o Bogu”. Obcy zadał jednak pytanie: „skoro nie ma Boga, to kto kieruje życiem człowieka i w ogóle wszystkim, co się dzieje na świecie?”. Berlioz był zdania, że wszystkim kieruje człowiek.

Cudzoziemiec stwierdził jednak, że człowiek nie potrafi przewidzieć, co się stanie następnego dnia, bo, rozsmakowawszy się we władzy dowiaduje się raptem, że jest śmiertelnie chory, albo poślizgnie się i wpadnie pod tramwaj. Człowiek bowiem jest istotą śmiertelną. Redaktor jednak twierdził, że wie, co będzie robił tego wieczora. Nieznajomy jednak przepowiedział, że wieczora nie doczeka, ponieważ Rosjanka, komsomołka utnie mu głowę. Na zapewnienie Berlioza, że będzie przewodniczył zebraniu w Massolicie, nieznajomy stwierdził, iż to niemożliwe, ponieważ Anuszka już kupiła olej słonecznikowy i nawet go rozlała. Rosjanie zaczęli uważać go za osobnika niespełna rozumu albo szpiega, więc przedstawił się jako profesor i konsultant, specjalista od czarnej magii, zaproszony do Moskwy w celu rozszyfrowania znalezionych rękopisów.

Dodał, że jest historykiem i przypomniał, że Jezus istniał naprawdę i nie trzeba na to żadnych świadectw. Opowiedział historię o spotkaniu Piłata z Joszuą Ha-Nocri. Profesor czarnej magii zapewniał, że historia jest prawdziwa, ponieważ sam był przy tym zdarzeniu obecny, choć oczywiście incognito. Berlioz doszedł do wniosku, że Niemiec naprawdę był obłąkany, postanowił więc nie spierać się z nim. Zapytał tylko, gdzie profesor się zatrzymał. Ten odrzekł, że na razie nigdzie, ale ma zamiar zamieszkać w mieszkaniu Berlioza. Redaktor postanowił powiadomić biuro turystyki zagranicznej, że przybyły z zagranicy konsultant zwariował i koniecznie trzeba się nim zająć.

Nieznajomy tymczasem zapewniał, że diabeł naprawdę istnieje i istnieje na to siódmy dowód. Berlioz wolał odejść. Jego zdumienie nie miało jednak granic, kiedy już z oddali usłyszał pytanie profesora, czy wysłać depeszę do wujka w Kijowie. Przy końcu ulicy ujrzał osobnika, którego przedtem widział unoszącego się w powietrzu. Teraz jednak był człowiekiem z małymi wąsikami, maleńkimi oczkami, ubranym w kraciaste portki i dżokejską czapeczkę. Nagle nie wiadomo skąd ponownie pojawił się osobnik w kraciastych spodniach i Iwan ujrzał, że do niego i cudzoziemca dołączył na dodatek olbrzymi kocur. Nie wiadomo, skąd się wziął, był „wyposażony w zawadiackie wąsy kawalerzysty, olbrzymi jak wieprz, czarny jak sadza lub gawron”. Niecodzienne zdarzenie zaszło też w innym miejscu Moskwy. Woland, profesor czarnej magii zamierzał wystąpić w Verietes. 

Zobacz też : Michaił Bułhakow - biografia, "Mistrz i Małgorzata"

Przypomniał, dyrektorowi, że dzwonił wczoraj w tej sprawie do Stołecznej Komisji Nadzoru Widowisk, a potem podpisał kontrakt na siedem koncertów. Dziś o dziesiątej mieli uzgodnić szczegóły, więc przyszedł. Lichodiejew nic nie pamiętał. Przedstawiony mu jednak kontrakt zawierał jego podpis i adnotację dyrektora finansowego teatru, Rimskiego, zezwalającą na wypłacenie artyście dziesięciu tysięcy rubli oraz pokwitowanie na tę sumę. Niezwłocznie zadzwonił do Rimskiego, ten zaś potwierdził kontrakt i poinformował, że już drukuje się afisze.

Nagle w lustrze ukazał mu się dziwaczny osobnik w binoklach, przypominający kota. Kiedy jednak Stiopa zawołał służącą, odbicie znikło. Woland oznajmił, że siedzący na drugim fotelu stwór pijący wódkę, to jego kot. Do pokoju wyszedł wprost z lustra trzeci gość – „mały, o nieprawdopodobnie szerokich barach osobnik w meloniku na głowie. Z ust sterczał mu kieł zniekształcający jego i tak nieprawdopodobnie szpetny fizys. W dodatku był płomiennie rudy”. Przerażony Stiopa Lichodiejew stracił przytomność. Kiedy otworzył oczy, siedział nad brzegiem morza, na końcu mola.

Stojącego niedaleko człowieka spytał o nazwę miasta. Dowiedziawszy się, że to Jałta, zemdlał ponownie. Główna bohaterka powieści, Małgorzata, także miała niecodzienne życie i śmierć. Pewnego dnia, kiedy, smutna z powodu utraty Mistrza, błąkała się po mieście i zmęczona usiadła na ławce, wyczuła, że obok niej ktoś siedzi. Jegomość, który się do niej niespodziewanie przysiadł, był płomiennie rudy, posiadał wielki kieł, na sobie garnitur w dobrym gatunku, z którego kieszonki wystawało ogryzione kurze udko.

Rudy jegomość zwrócił się do niej po nazwisku i imieniu, co wywołało zdumienie kobiety. Oświadczył też, że przysłano go do niej z interesem. Przyniósł jej zaproszenie na dziś wieczór do pewnego bardzo ważnego cudzoziemca. Kiedy oburzona kobieta chciała odejść, zacytował jej fragment powieści Mistrza. Zszokowana usiadła, a rudy przedstawił się jako Asasello.

Zapewnił też, że Mistrz żyje. Uspokoił, że zapraszający ją cudzoziemiec jest całkowicie niegroźny i u niego będzie mogła się czegoś dowiedzieć o ukochanym. Małgorzata zdecydowała się na wizytę. Asasello wręczył jej złote pudełeczko z maścią, nakazując, by o wpół do dziesiątej rozebrała się do naga, cała natarła się maścią i czekała na telefon. O dziesiątej zadzwoni do niej i powie, co dalej. Zostanie dostarczona na miejsce i o nic nie będzie musiała się troszczyć. Kobieta, choć pełna obaw, postanowiła, że „idę na to wszystko ze względu na niego, bo na nic na świecie nie mogę już liczyć i nie mam nadziei”. Zgodziła się na wszystko w imię miłości. Schowała pudełko i udała się w stronę domu.

Wieczorem Małgorzata zasiadła przed lustrem, naga pod płaszczem kąpielowym i z niecierpliwością spoglądała na zegarek. Kiedy nadeszła ustalona godzina, natarła się tłustym żółtawym kremem. Spojrzawszy potem w lustro, roześmiała się z radości. Odbicie ukazywało dwudziestoletnią dziewczynę o czarnych, kędzierzawych włosach. Metamorfoza objęła całe ciało, które na dodatek stało się nieważkie. „Małgorzata poczuła się wolna, wyzwolona ze wszystkiego”. Stała się wiedźmą. Zadzwonił Asasello i poinstruował, że kiedy będzie przelatywała nad bramą, niech krzyknie: „Niewidzialna”, potem ma polatać trochę nad miastem, a następnie ma skierować się na południe, nad rzekę. W chwilę po telefonie rozległo się dobijanie do drzwi i do pokoju wleciała miotła. Małgorzata wskoczyła na oklep na szczotkę, a przypomniawszy sobie o swej nagości, chwyciła niebieską koszulkę i wyleciała przez okno. Zostawiła za sobą Moskwę, leciała nad łąką, potem nad lasem. Kobieta wkrótce znalazła się nad jakąś rzeką, więc postanowiła się wykąpać, potem na miotle przemknęła na drugi brzeg.

Znalazła się w sali balowej, kiedy orkiestra grała poloneza. Równo o północy z przepastnego kominka zaczęli przybywać goście. Pierwszy pojawił się monsieur Jacques z małżonką – fałszerz, alchemik i zdrajca, który otruł kochankę króla. Potem pojawili się: Hrabia Robert – kochanek królowej i truciciel własnej żony, signora Teofana, pomagająca pozbywać się niewygodnych mężów, która za otrucie pięciuset mężczyzn została przez więziennych strażników uduszona, Frieda – dzieciobójczyni uwiedziona przez właściciela kawiarni, w której pracowała. 

Zobacz też : XX-lecie międzywojenne

Urodzonemu niemowlęciu zatkała usta chusteczką i zakopała w lesie i odtąd owej chusteczki pozbyć się nie mogła. Małgorzata, przywitawszy się z nią, zezwoliła, by Frieda tej nocy upiła się szampanem. Przed królową nadal klękał sznur kolejnych gości. Każdy z królów, książąt, samobójców, morderców, katów, zdrajców czy rajfurek całował ją w prawe kolano, które po kilku godzinach spuchło i zaczęło sprawiać ogromny ból. Wreszcie na schodach pojawili się, ku jej radości, dwaj ostatni goście.

Po krótkim odpoczynku musiała powrócić jeszcze dwukrotnie na salę balową, żeby zaproszeni nie czuli się zaniedbywani. Wśród nich dojrzała twarz pijanej Friedy. Nagle usłyszała, że gdzieś bije północ. Była zdziwiona, ponieważ wydawało się jej, że ta godzina dawno minęła. Wtedy zobaczyła Wolanda, któremu przygotowano podest naprzeciwko jej podwyższenia, ale nie skorzystał z niego. Zmienił swój wygląd zewnętrzny. Zniknęła brudna koszula i przydeptane kapcie. „Woland miał teraz na sobie jakąś czarną chlamidę, a u biodra – stalową szpadę”.

Podał puchar Małgorzacie z rozkazem, by wypiła. Nagle wszystko zmieniło się w mroczny salonik w mieszkaniu numer pięćdziesiąt, rozświetlony smużką światła wpadającego przez nie domknięte drzwi, w które weszła. W sypialni Wolanda wszystko wyglądało tak, jak przed balem, nawet messer miał na sobie przybrudzoną koszulę nocną. Diabeł przywołał Małgorzatę do siebie. Małgorzata dobrze się czuła w jego towarzystwie, ale uznała, że już jest chyba szósta rano, więc należy odejść. Było jej jednak przykro, ponieważ spodziewała się za swój wysiłek jakiejś nagrody. Woland spytał, czego żąda za królowanie na balu i wyjaśnił, że ma prawo do wyrażenia jednego życzenia. Poprosiła, by Woland uwolnił Friedę od kary.

Diabeł jednak powiedział, że sama Małgorzata jest w stanie to sprawić. Zawołano Friedę i niedawna królowa balu oznajmiła, że wina została jej wybaczona i odtąd nie będą jej przynosić chustki. Woland stwierdził jednak, że nie wyraziła jeszcze swego życzenia. Poprosiła więc, by zwrócono jej ukochanego Mistrza. Okno otworzyło się i w pokoju pojawił się mężczyzna w szpitalnej odzieży i czarnej czapeczce na głowie, z którą się nie rozstawał. Małgorzata przypadła do niego, zaczęła ściskać i całować.

Mistrz jednak odsunął ją od siebie, uznając, że z powodu choroby znowu ma halucynacje. Woland rozkazał, by pozostawiono go samego z Małgorzatą i Mistrzem. Diabeł zapytał mężczyznę, dlaczego chce ze wszystkiego zrezygnować i nie chce już pisać. Mistrz odpowiedział, że nie ma już żadnych marzeń, opuściło go natchnienie, jest psychicznie załamany i pragnie jedynie powrócić do sutereny, a powieść znienawidził. Woland zapowiedział, że książka sprawi mu jeszcze niejedną niespodziankę. Na pożegnanie podarował Małgorzacie niewielką ozdobioną diamentami złotą podkówkę. Odprowadzani przez świtę Wolanda Mistrz i Małgorzata wyszli z mieszkania numer pięćdziesiąt.

W suterenie małego domku Małgorzata ułożyła Mistrza do snu. Sama zaczęła ponownie czytać powieść o Poncjuszu Piłacie, płacząc cicho ze wzruszenia. Wkrótce potem w tajemniczy sposób w mieście zaczęły płonąć niektóre budynki. To Korowiow i Behemot na pożegnanie z Moskwą je podpalili. Woland obserwował to z wysoka. Nagle zauważył na jednej z wież obdartego, czarnobrodego człowieka w podartym chitonie i sandałach. Przybył do „ducha zła i władcy cieni”, ale nie chciał go pozdrowić. Woland stwierdził, że Mateusz Lewita nie uznaje „cieni ani zła”, więc „na co by się zdało twoje dobro, gdyby nie istniało zło i jak by wyglądała ziemia, gdyby z niej zniknęły cienie? Przecież cienie rzucają przedmioty i ludzie”. Lewita oznajmił, że „On mnie przysyła”. Przeczytał utwór Mistrza, więc prosi, żeby Woland zabrał Mistrza do siebie i w nagrodę obdarzył spokojem.

Na pytanie, dlaczego Mistrz nie może zostać zabrany w światłość, Lewita odpowiedział: „On nie zasłużył na światłość, on zasłużył na spokój”. Poprosił też, „abyście zabrali także tę, która go kochała i która przez niego cierpiała”. Woland rozkazał Asasellowi załatwić tę sprawę. Przybył do domku kochanków z butelką starego wina i zaproszeniem od Wolanda na przechadzkę. Poczęstował oboje alkoholem. Małgorzata, stwierdziwszy, że została otruta, osunęła się na podłogę. Mistrz, upadając, rozciął sobie skroń. Asasello obserwował, jak łagodnieją rysy kobiety, potem wlał jej do ust kilka kropel wina, tak samo postąpił z Mistrzem.

Oboje wstali. Asasello stwierdził, że już czas ruszyć w drogę. Dosiedli trzech czarnych rumaków i wzbili się w powietrze, dołączając do Wolanda, Korowiowa i Behemota. Kiedy Małgorzata obejrzała się za siebie, nie zobaczyła już miasta – jakby zapadło się pod ziemię. Nad światem zapadła noc. Małgorzata zauważyła, że jej towarzysze ulegli metamorfozie. Korowiow-Fagot stał się rycerzem o mrocznej twarzy, Behemot zamienił się w szczuplutkiego chłopca, demona-pazia, Asasello przybrał postać demona bezwodnej pustyni, demona-mordercy. Mistrz miał całkiem białe włosy, splecione w warkocz. Woland także leciał w swej prawdziwej postaci. Rumaki zatrzymały się na kamienistym szczycie, potem jechały wolniej. W pewnym momencie Małgorzata spostrzegła stojący na pustkowiu tron, a na nim człowieka w białym płaszczu, u którego stóp leżał pies.

Woland powiedział Mistrzowi, że jego powieść została przeczytana, ale brak w niej zakończenia. Pokazuje mu jej bohatera, ponieważ od dwóch tysięcy lat siedzi on na tym szczycie i śpi. Kiedy jednak przychodzi pełnia księżyca, cierpi na bezsenność. Diabeł wyjaśnił, że procurator powtarza, że nawet przy księżycu nie może zaznać spokoju.

Kiedy śpi, śni mu się pasmo światła księżycowego, po którym pragnąłby przejść do Ha-Nocri i powiedzieć mu to, czego dwa tysiące lat temu nie dopowiedział. Nie udaje mu się jednak wejść na tę drogę, nikt też nie przychodzi do niego. Rozmawia więc sam z sobą, twierdzi, że nienawidzi własnej nieśmiertelności i sławy i chętnie zamieniłby się z Lewitą. Woland jednak uspokajał, że „Wszystko będzie, jak być powinno, tak już jest urządzony świat”. Małgorzata zaczęła krzyczeć, by Piłata uwolniono.

Diabeł jednak uspokoił ją, twierdząc, że „ujął się już za nim ten, z kim tak pragnie rozmawiać”. Mistrzowi zaś powiedział, że może teraz swoją powieść zakończyć jednym zdaniem. Mistrz krzyknął: „Jesteś wolny!”. Jego głos obrócił w perzynę góry. Pozostał tylko szczyt ze stojącym na nim tronem. W ciemnościach pojawiła się księżycowa ścieżka. Procurator wstąpił na nią. Woland zabronił przeszkadzać w dyskusji Pilata z Ha-Nocri, „Niech rozmawiają, kto wie, może dojdą do czegoś?”. Oznajmił też Mistrzowi i Małgorzacie, że otrzymują to, o co prosił dla nich Joszua, „już niebawem powitacie świt”. Pożegnał oboje i wraz ze świtą rzucił się w zapadlisko. Mistrz i Małgorzata przeszli przez mostek, poszli piaszczystą drogą do wieczystego domku, który otrzymali w nagrodę. Małgorzata obiecywała, że będzie mógł wypocząć, a ona będzie strzegła jego snu. Świadomość powoli w nim gasła, „Ktoś uwalniał Mistrza tak jak on sam dopiero co uwolnił stworzonego przez siebie bohatera”. Piłat odszedł w otchłań bezpowrotnie, ale ułaskawiony.

  • Bruno Schulz

Zdeformowana i zniekształcona została także rzeczywistość w Sklepach cynamonowych Bruno Schulza. To fantastyczna kraina i ludzie z onirycznego snu. Ojciec głównego bohatera przechowywał w biurku starą i piękną mapę miasta. Zawieszona na ścianie, zajmowała niemal cały pokój. W labiryncie uliczek wyróżniała się Ulica Krokodyli, świecąca pustą bielą, niczym biegun. Dzielnica miała dwuznaczny i wątpliwy charakter.

Był to dystrykt przemysłowo-handlowy. Zabudowana i utrzymana w stylu pseudoamerykańskim, składała się z sieci magazynów krawieckich, drogerii, składów porcelany i zakładów fryzjerskich. Mieszkańcy miasta unikali tej dzielnicy, zamieszkanej przez szumowiny, ludzi z marginesu.

Czasami zdarzało się, że ktoś zabłąkał się tam przypadkiem. Spostrzegał szybko, że brak w niej w ogóle barw, że wszystko było tam szare i dwuznaczne. Zakład krawiecki zmieniał się w księgarnię z ogromną kartoteką. Nawet kiedy pojawiał się pomocnik krawca z materiałami, jego ruchy stawały się nieprawdziwe, były komedią ukrywającą prawdę. Magazyn konfekcji okazywał się w rzeczywistości antykwariatem, a panienki sklepowe – dowodem powszechnej rozwiązłości. Nawet tłum na ulicy wydaje się jakiś nierealny. „Wszelako mimo zaaferowania i interesowności, ma się wrażenie błędnej, monotonnej, bezcelowej wędrówki, jakiegoś sennego korowodu marionetek”.

Osobliwością dzielnicy były także dorożki bez woźniców i tramwaje wykonane z papier-mâché, pogniecione od wielokrotnego użytku i bez przedniej ściany. Czasami dostrzec można było ludzi oczekujących na pociąg. Ich twarze przypominały maski wycięte z papieru, tłoczących się po kupno biletu w miejscu przez chwilę przypominającym dworzec. Kiedy lokomotywa pociągnęła wagony, wszystko powracało do pozornej normalności. „Ulica, zacieśniona na chwilę do tego zaimprowizowanego dworca, pełnego zmierzchu i tchnienia dalekich dróg - rozwidnia się znowu”. Po chodnikach spacerowały wyzywająco wyglądające prostytutki. Mieszkańcy miasta byli dumni z odoru zepsucia, którym tchnęła dzielnica. 

Zobacz też : Bruno Schulz - biografia, "Sklepy cynamonowe"

Twierdzili, że każda zamieszkała tam kobieta to kokota, nawet uczennice nosiły kokardy w wyzywający sposób. Dwuznaczność ulicy okazywała się jednak złudą. Wszystko tu było zwyczajne, banalne. Jej odmienność okazywała się być tylko papierową imitacją. W tym śnie metamorfozie uległ także ojciec bohatera. Chłopiec pamiętał, że kiedyś w domu zagnieździły się karakony. Przypomniał sobie szpary pełne tych owadów i ojca z dzirytem w ręku. Jakub, z wypiekami na twarzy i obłędem w oczach biegał po pokoju, „z konwulsją wstrętu wyrytą dookoła ust (...) jasne było, że tego napięcia nienawiści żaden organizm długo wytrzymać nie może”. Blademu ze zgrozy pomagała Aniela, odbierając lancę z nabitymi na nią karakonami.

Wkrótce potem często w zamyśleniu oglądał własne ręce, na których zaczęły występować czarne, błyszczące plamy, przypominające łuski karalucha. W dzień walczył jeszcze, ale nocami leżał na ziemi nagi i poruszał się niczym karakon. „Mój ojciec poruszał się wieloczłonowym skomplikowanym ruchem dziwnego rytuału, w którym ze zgrozą poznałem imitację ceremoniału karakoniego”.

Od tego czasu rodzina wyrzekła się Jakuba, ponieważ „zmieniał się w karakona”. Widywano go coraz rzadziej, potem przestano go odróżniać od innych owadów i nie przejmowano się, czy biega po szparach podłogi, czy może został zabity i wyrzucony przez Adelę. Matka jednak przekonywała chłopca, że ojciec podróżuje po kraju jako komiwojażer i że czasem nocą przyjeżdża, by przed świtem jeszcze dalej odjechać. Chłopiec przypomniał sobie jeszcze jedno dziwne zdarzenie. Pewnej mroźnej zimy w odwiedziny przyszła do ich domu drobna i ruchliwa ciotka Perazja.

Próbowała rozpalić w piecu, ale niespodziewanie ogniem zajął się kogut skubany przez Adelę, chcącą opalić resztki pierza. Ptak zatrzepotał skrzydłami, zapiał i spłonął. Ciotka zaczęła kląć i złorzeczyć. Chłopcu wydawało się, że zaraz rozpadnie się na kawałki, tymczasem ona zaczęła kurczyć się i maleć. Potem w kącie znalazła dwa drewna i zaczęła biegać na nich jak na szczudłach, wreszcie zwinęła się jak spalony papier.

  • Witold Gombrowicz

Za fantastykę uznać też należy „przemianę” Józia, bohatera Ferdydurke Witolda Gombrowicza. Wczesnym rankiem Józio zbudził się niespokojny i przestraszony. Śniło mu się, że przeniósł się w młodość, przechodził mutację i że jego 15-, 16-letnie ciało nie było jeszcze w pełni rozwinięte. On, mężczyzna po trzydziestce, czuł, że jego ciało nie było jednolite, że męskie i chłopięce części walczyły w nim o zwycięstwo. Zaczął się zastanawiać, kim właściwie był. Niedawno przekroczył trzydziestkę, był niewiele znaczącym pracownikiem, chadzał po kawiarniach, rozmawiał z ludźmi.

Rówieśnicy tymczasem pożenili się, pozajmowali stanowiska, więc zaczęli odnosić się do niego z uzasadnioną nieufnością. Ciotki wypominały, że jest niewyrobiony życiowo i towarzysko, że powinien mieć już „formy klarowne, skrystalizowane – przyczesać się, uporządkować, wejść w życie społeczne dorosłych i rajcować z nimi”. Próbował więc wkupić się w świat dorosłych napisaną książką, myśląc, że w ten sposób stanie się dojrzały. Utwór jednak, któremu nadał tytuł Pamiętnik z okresu dojrzewania, nie wszystkim się spodobał. Wysnuł wniosek, że jego książka miała jednak w sobie coś niedojrzałego, co przyciągało „półinteligentów”, ponieważ była zbyt mało wzniosła. Dla jednych więc stał się człowiekiem mądrym, dla drugich – głupim, pospolitym albo arystokratą. Czuł, że w oczach ludzi był karykaturą. Leżąc w łóżku postanowił, że zerwie z dzieciństwem.

Nagle rozległ się dzwonek u drzwi i do pokoju wkroczył doktor profesor T. Pimko. Przyszedł, by złożyć kondolencje z powodu śmierci jego ciotki. Zaczął czytać książkę Józia i ocenił ją na trójkę z plusem. Potem Pimko spojrzał i Józio poczuł, jak maleje, kurczy się i młodnieje. Spojrzał na profesora, ale było to dziecinne spojrzenie wzrokiem „przepojonym żakowską nienawiścią”. Nauczyciel spytał go o łacińskie słówka i ich odmianę, a kiedy Józio piskliwym głosem próbował odpowiedzieć, niezadowolony dał mu złą ocenę. Józio chciał krzyknąć, że nie jest uczniem, próbował uciec, „ale coś mnie z tyłu chwyciło jak kleszcze i przygwoździło na miejscu – dziecięca, infantylna pupa mnie chwyciła”. Profesor jednak rozkazał, żeby Kowalski siedział cicho i zakomunikował, że zaprowadzi go do szkoły Piórkowskiego, do szóstej klasy.

Zobacz też : Witold Gombrowicz - biografia, "Ferdydurke"

Obiecał, że zrobią tam z niego porządnego ucznia. Polecił służącej podać palto Józia i wyprowadził go na ulicę. Szedł posłusznie, mówiąc w duchu: „żegnaj formo własna i prawdziwa, witaj, witaj, formo straszna, infantylna, zielona i niewypierzona!”. Tak zaczęły się przygody chłopca – mężczyzny. Wiele elementów fantastycznych i baśniowych zawiera twórczość BOLESŁAWA LEŚMIANA. Bohater wiersza Śnigrobek to istota niezwykła. Pewnego dnia „wsnuł się do krainy półduchów i półciał” i tam „ukochał przestwornie mgłę - nierozeznawkę”, która się „na wznak – uśmiecha, a na klęczkach – ginie” albo upodabnia się do dziewczyny. Mgła rzekła mu, że właściwie nic nie posiada oprócz deszczu, więc jeżeli Śnigrobek chce – „Kochaj mnie w mej pośmiertnej za grobem niedoli, / Bom bez niej – nie ta sama”.

Potem „Szołomiła mu usta, obłąkała ręce, / A on tulił cud chwiejny i czar jej nieścisły”. Zginął z miłości w jej objęciach, a „cienie wszystkich umarłych” pochowały go „na wieczną niewiarę - / We wszystkich grobach naraz i w każdym – z osobna”. Ożywiony jego pogrzebem wszechświat postanowił „Zmienić cel nieistnienia i miejsce – niebytu”. Przykuty jednak „łańcuchami przeznaczeń” do mgławic i mlecznych dróg, tylko „Śnił, że w drogę wyrusza, jak rdzawy wehikuł”. Bohaterem z ludowych opowieści jest tytułowy Dusiołek.

Wiersz mówi o tym, jak chłop Bajdała wędrował po świecie wiodąc szkapę i wołu. Był upał, więc wolał tę porę przespać. Położył się pod lasem, na mchu i usnął. Z rowu wylazł Dusiołek. „Pysk miał z żabia ślimaczy (...) A zad tyli, co kwoka, kiedy znosi jajo. (...) Ogon miał ci z rzemyka, / Podogonie zaś z łyka”. Usiadł Bajdale na piersi i zaczął dusić, „aż coś warkło w chłopie”, zaczął jęczeć i płakać przez sen. W końcu zmorę „wyparskał nozdrzami” i zbudził się. Miał potem pretensje do szkapy i wołu, że Dusiołka nie przetrącili kopytami i nie pokłuli rogami. Pana Boga też zapytywał z pretensją, że „Nie dość ci, żeś potworzył mnie, szkapę i wołka, / Jeszcześ musiał takiego zmajstrować Dusiołka?”.

Fantastyczny był także ogród w poemacie Pan Błyszczyński. Ów pan „błyszczydłami swych oczu” z nicości wywiódł „ogród oderwany od przyczyny” i „rozkwiecił w nim próżnię”. Wtedy zjawił się nieproszony Pan Bóg i rozgniewany zastanawiał się, „Kto ten ogród roznicestwił tak liściasto”.

Początkowo odpowiadała Mu tylko cisza, potem jednak „Pan Błyszczyński w świat nagle z trwożnej wyszedł gęstwiny”. Poprosił Pana, by nie unicestwiał jego dzieła, ponieważ „Jam te drzewa powcielał! To – mój zamysł i odruch... / Moje dziwy... Moje rosy... Dreszcz i znój mój!”. Zaprosił Boga do stworzonego przez siebie ogrodu i oprowadził po swoim wyczarowanym świecie, który „tyleż istniał, ile istnieć zaprzestawał”. Pokazał cień dziewczyny, która także nie istniała, a którą kochał. Prosił Boga, by był miłościwy „dla niebytu”.. Jednak Bóg ukarał pana Błyszczyńskiego za sprzeniewierzenie. Bohater stracił swój ogród, ponieważ wraz ze zniknięciem dziewczyny „skończył się zaświat”.

Literatura współczesna

  • George Orwell

W literaturze współczesnej z konwencją bajki zwierzęcej mamy do czynienia w przypadku Folwarku zwierzęcego GEORGA ORWELLA. Świat przedstawiony w utworze to fantastyczna farma – państwo, zamieszkana przez same zwierzęta. Właściciel Folwarku Dworskiego tak dalece zaniedbywał zwierzęta, że pewnego wieczoru zebrały się w stodole, by posłuchać opowieści o dziwnym śnie starego Majora. Był to dwunastoletni „medalowy knur rasy angielska średnia biała”, który u wszystkich folwarcznych zwierząt cieszył się wielkim poważaniem. Wszystkie więc przyszły go posłuchać. Zeszły się psy, dwa konie pociągowe – Boxer i Clover, biała koza Muriel, osioł Beniamin, stadko kacząt, kury z kurczętami, owce, krowy, gołębie i Mojżesz – oswojony kruk. Z przemówienia Majora wynikało, że czas najwyższy zrobić z tym wszystkim porządek i ustanowić nową władzę, ale na pewno nie człowieka. Dwunożna istota bowiem „jest jedynym stworzeniem, które konsumuje, niczego nie produkując”.

Zwierzęta tymczasem nie mogą nawet doczekać spokojnej naturalnej śmierci, ponieważ kończą na haku u rzeźnika. Dlatego „Wszyscy ludzie to nasi wrogowie. Wszystkie zwierzęta są braćmi”. Majorowi śniła się ziemia bez człowieka, rządzona przez zwierzęta, sprawiedliwa.

Przypomniał sobie nawet zapomniany od pokoleń hymn „Zwierzęta Anglii”. Zwierzęta podchwyciły treść i melodię. Wprawdzie Major trzeciej nocy od tego pamiętnego zebrania „zgasł swobodnie podczas snu”, ale zarzewie buntu zostało wzniecone. Organizacją powstania zajęły się świnie, „uważane ogólnie za najmądrzejsze”, a szczególnie dwa młode samce, które na przywódców najlepiej się nadawały. Napoleon „był sporym knurem rasy Berkshire o dzikim wyglądzie (...) choć nie był z niego najlepszy mówca, znano go z tego, że potrafi postawić na swoim”. Snowball „był bardziej ruchliwy, bardziej wygadany i bystrzejszy, jednak nie posiadał, jak sądzono, tak silnego charakteru jak tamten”. Do tej dwójki dołączył jeszcze Squealer, „niewielkie grube prosię” Miał „dar wymowy” i mawiano o nim, że „czarne potrafi uczynić białym”.

Świnie te opracowały system myślowy , który nazwały Animalizmem i zgodnie z jego założeniami postanowiły przeprowadzić rewolucję. Wykorzystały okazję, że akurat pan Jones z powodu pijaństwa nie nakarmił ich i „nagły bunt zwierząt, które bili i dręczyli” spowodował, że spanikowany uciekł. Folwark opanowały zwierzęta. „Początkowo nie mogły uwierzyć swemu szczęściu”, a kiedy zniszczyły wszystko, co należało do ludzi i zjadły obfity posiłek, z poczuciem całkowitego zwycięstwa poszły spać. Wkrótce potem dowiedziały się, że świnie nauczyły się czytać i pisać i w związku z tym ustanowiły siedem przykazań, które zwierzęta powinny przestrzegać. Między innymi napisano, że żadne zwierzę nie będzie spać w łóżku, pić alkoholu, nie zabije innego i, co najważniejsze: „Wszystkie zwierzęta są równe”. I tego lata, kiedy już nie rządził człowiek, „wszystko szło jak w zegarku (...) Każdy kęs pożywienia dostarczał niewypowiedzianej rozkoszy, było to bowiem ich własne pożywienie, które wyprodukowały same i dla siebie”.

Ciężko pracowały na co dzień, w niedzielę odpoczywały, ale musiały także uczestniczyć w specjalnych uroczystościach, czyli Wiecu. O jego przebiegu decydowały świnie, które w siodlarni utworzyły kwaterę główną. Tam poszczególne grupy zwierząt zorganizowały się w komitety aktywistów – od produkcji wełny, rekordu znoszenia jaj, obłaskawiania szczurów itp., ale o wszystkim decydować miały świnie. (Czy można się dziwić, skoro tylko one potrafiły czytać i pisać i były najmądrzejsze?) Ta właśnie bierność zwierząt spowodowała, że świnie przejęły władzę. Nauczyły się stolarstwa, kowalstwa, podstaw architektury... Napoleon nawet wychował obronne psy. Koniom, krowom i innym czworonogom oraz drobiowi zaczęło z czasem brakować pokarmu. Głodni udawali się do pracy, gdy tymczasem okazywało się, że świnie miały wszystkiego pod dostatkiem.

Kiedy więc po „bitwie pod Oborą” okazało się, że największym zagrożeniem dla władzy Napoleona był Snowball (Chyży), został poszczuty psami i przegoniony z folwarku. Od tej pory nastały nowe porządki. Zlikwidowano zwierzęce wiece, o wszystkim miał decydować Komitet Świń pod przewodnictwem Napoleona. Chyżego ogłoszono wrogiem rewolucji, a Napoleona – dobroczyńcą zwierząt. Odtąd panował niepodzielnie, wymagając od reszty bezwzględnego posłuszeństwa i nieustannych pochlebstw. Z czasem przestał nawet publicznie się pokazywać, a wszelkie decyzje odnośnie organizacji życia przekazywał przez „rzecznika” – Squealera. Ten zręcznie potrafił przekonać ogół o słuszności podejmowanych przez naczelną świnię decyzji. Wprowadzono też nowe zasady pracy, wypoczynku i współpracy z sąsiednimi folwarkami, wprawdzie prowadzonymi przez ludzi, ale przynoszącymi Folwarkowi Zwierzęcemu korzyści.

To jeszcze nie wszystko: świnie zamieszkały w domu pana Jonesa, zaczęły spać w łóżkach. Wszelkie niepowodzenia w zarządzaniu folwarkiem zaczęto składać na dywersję Snowballa. Znaleziono także pomiędzy mieszkańcami Folwarku Zwierzęcego zdrajców. Ponownie więc Napoleon spuścił wytresowane psy, jak gdyby zapomniał, że jedno z przykazań brzmiało: „Żadne zwierzę nie zabija zwierzęcia bez powodu”. Stało się inaczej. Napoleon działał z rozmysłem. Wytłumaczył mieszkańcom folwarku, że największym nieszczęściem byłby powrót pana Jonesa, a poza tym zwierzęta osiągały takie gospodarcze sukcesy, że nic im nie mogło ze strony ludzi grozić. Uwierzyły bez zastrzeżeń.

Widziały w nim zbawcę, okrzyknęły Wodzem, Ojcem Wszystkich Zwierząt, Dobrodziejem Owczarni, Przyjacielem Kacząt itp. Napoleon zamieszkał w domu, jadał na obrusach, spał na prześcieradłach i prowadził interesy. Okazało się, że nic już nie było tak, jak dawniej. Zmieniono nawet treść najważniejszego z przykazań. Teraz brzmiało ono: „Wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre zwierzęta są równiejsze od innych”.

Pewnego dnia zwierzęta zauważyły, że świnie zaczęły pić whisky. Potem zaczęło być jeszcze gorzej. Nie dość, że były głodne, choć wmawiano, że jest coraz lepiej, to jednak stało się coś niewiarygodnego... Zwierzęta zobaczyły „Świnię chodzącą na zadnich łapach” w towarzystwie pana Pilkingtona. Zdezorientowane „patrzyły to na świnię, to na człowieka, potem znów na świnię i na człowieka, ale nikt już nie mógł rozpoznać, kto jest kim”.

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)