Dziewczyna/ panna

Tym pojęciem określa się młodą kobietę stanu wolnego. Pod tym hasłem ujęte są młodziutkie panienki, narzeczone oraz bohaterki już zamężne, o których panieństwie utwór wspomina. Panna to jedna z gwiazd, nazywana też Sprawiedliwością. Legendy głosiły, że dopóki na ziemi panowały miłość, pokój i zgoda, niebiańska dziewica często przebywała wśród ludzi. Kiedy jednak ziemianie stali się źli i nielitościwi, wzeszła na niebo, aby nigdy już nie wrócić.

Mitologia grecka

Mitologia grecka zawiera opowieści o boginiach – wiecznych dziewicach. Patronką domowego ogniska była Hestia. Ślubowała dziewictwo, ale mimo to stała się opiekunką rodzin. „Cicha, skromna i łagodna, a jednak potężna zasiadała na Olimpie między dwunastu największymi bóstwami”.

Do niej modliły się greckie kobiety, powierzając jej opiece swe dzieci i wnuki. Nie było w rodzinie wydarzenia, o którym by ona nie wiedziała i nad którym by nie czuwała. „Kochali ją wszyscy, jak się kocha dom rodzinny i ojczystą ziemię. I chociaż nie stawiano jej wspaniałych świątyń i posągów, każdy czcił ją w swym sercu i patrząc na jasny, oczyszczający wszystko płomień unoszący się w górę, do nieba, widział dobrą i przyjazną ludziom boginię”.

Atena, bogini mądrości, przyszła na świat w bardzo nietypowy sposób. Pewnego dnia Dzeusa rozbolała głowa, więc poprosił Hefajstosa, by rozłupał mu czaszkę. Z otwartej głowy wyskoczyła „piękna dziewica wspaniałej postawy, w pełnej zbroi, z tarczą w dłoni i dzidą, w szyszaku bojowym”.

Urodzona z myśli boga, posiadła całą jego mądrość. Nazywano ją „sowiooką boginią mądrości”, ale była też opiekunką bohaterów i patronowała sprawiedliwym wojnom. Jej piękność przyciągała wzrok olimpijskich bogów, wielu się do niej zalecało, ale gardziła miłością, ponieważ absorbowały ją ważniejsze sprawy. Wynalazła mnóstwo pożytecznych rzeczy: koło garncarskie, ekierkę, igły, wrzeciono, nauczyła ludzi orać ziemię zaprzęgniętymi do pługa wołami, budowy okrętów, tkactwa i haftu oraz uprawy oliwek.

Zobacz też: Mity - historie bogów i ludzi

Artemida także przysięgła, że na zawsze pozostanie dziewicą, nigdy nie wyjdzie za mąż i nie ulegnie miłości. Wszystkich zalotników okrutnie wyśmiewała lub za śmiałość karała. Wolała w towarzystwie okeanid i nimf rzecznych uganiać się za zwierzyną po gajach i lasach. Była boginią łowów i lasów, patronką dziewcząt i młodych chłopców, ale także rozwoju wszelkich roślin, „Użyczała bowiem błogosławieństwa i roślinom, i zwierzętom, i dzieciom, które polecano jej opiece, i matki wspierała przy porodzie”. Do niej modlono się o zdrowie najbliższych. Inni prosili o ochronę przed złodziejami lub dziękowali za szczęśliwy powrót z podróży.

Charyty, trzy urodziwe dziewczęta: Eufrozyne, Taleja i Aglaja, były boginiami pogodnego wdzięku i radosnych uroków. „Za ich sprawą powstaje wszystko, co mile i nadobne”. Im młodzi ludzie zawdzięczali urodę. „One upiększają życie człowieka”, wnosząc do jego zabaw swobodną uciechę, ale przestrzegając, by nie przekraczano granic wesela. Charyty były służebnicami Afrodyty.

Czarnowłosa dziewica, z wielkimi skrzydłami u ramion, Nike, towarzyszyła bitwom i szermierczym zawodom, „leci nad ziemią z wieścią o szczęśliwie zakończonej wojnie, trąbą głosząc triumf bohaterów”. 

Sofokles - Antygona

Pannami były także bohaterki Antygony Sofoklesa – Antygona i Ismena. Były córkami Edypa i Jokasty. Antygona, wbrew woli króla Kreona postanowiła pogrzebać zwłoki swego brata Polinejkesa, ponieważ stwierdziła: „wiarołomstwem nie myślę się kalać”. Nie chciała pomocy siostry, zdecydowana była sama ponieść karę, „potem zginę z chlubą”. Nie mogła znieść faktu, że wbrew boskim nakazom zabroniono pogrzebać Polinejkesa. Stwierdziła, że „dłużej mi zmarłym / Miłą być trzeba niż ziemi mieszkańcom, / Bo tam zostanę na wieki”. Nie ulękła się groźby śmierci, ponieważ „Współkochać przyszłam, nie współnienawidzić”. Kiedy jednak prowadzono ją na stracenie, rozpaczała nad swoim losem: „Ani zaznałam miłości, / Ani mi zabrzmi żadna pieśń weselna, / Ale na zimne Acherontu łoże / Ciało nieszczęsne me złożę”. Jej upór jednak graniczył wręcz z szaleństwem, chwilami wydawała się nawet cieszyć ze swego postanowienia, „twardej męskiej decyzji”, była wręcz dumna, że odważyła się postawić na swoim: „Pozwól, bym ja wraz z moim zaślepieniem / Spojrzała w oczy grozie; bo ta groza / Chlubnej mi śmierci przenigdy nie wydrze”.

Powoływała się na siostrzaną miłość, a przecież od Ismeny żądała początkowo, by „wspomogła i poparła siostrę”, bo tylko w ten sposób słaba psychicznie Ismena mogła udowodnić, „Czyś godną rodu, czy wyrodną córą”. Kiedy została złapana, nie usiłowała nawet się tłumaczyć, ponieważ „Krnąbrne po krnąbrnym dziewczyna ma ojcu obejście”, nie chciała się tłumaczyć, wręcz przeciwnie – „Z czynu się chełpi i nadto urąga”. Mimochodem nawet wyznała, że „jednak skąd bym piękniejszą ja sławę / Uszczknęła, jako z brata pogrzebania?”. Pragnęła być podziwiana. Odmówiła nawet przyjęcia przez Ismenę współodpowiedzialności za złamanie zakazu, ponieważ „nie zwij twym dziełem, / Coś nie sprawiła; mój zgon wystarczy bratu”. Pragnęła zostać zapamiętana jako bohaterka, jako ta, która miała odwagę przeciwstawić się Kreonowi, ta, „której kamienną pościel przeznaczono”.

Zobacz też: Antygona - omówienie

Twierdziła przecież o sobie, że „z krwi bogów jest rodem”. A jednak, gdy szła na miejsce kaźni, przyznała, że odchodzi samotnie, że nikt się nad nią nie lituje, idzie na śmierć „Nie opłakana przez przyjaciół żale”. Początkowo powoływała się na miłość do brata, ale przed śmiercią zaczęła złorzeczyć światu nie tylko z powodu tragedii swego rodu, ale i zmarłemu bratu: „Nieszczęśni moi rodzice! / Klątwą brzemienna dziś do was podążę, /Dziewiczość niosąc wam serca. / O drogi bracie, złowrogie twe śluby / Były początkiem pogromu i zguby; Tyś – choć zmarły – mój morderca”. Wydaje się, że tragiczna decyzja Antygony wynikała z jej niewiary w szczęście osobiste. Odchodziła „Ani zaznawszy słodyczy wesela, / Ni uczuć matki, ni dziatek pieszczoty, / Schodzę tak sama i bez przyjaciela / Nieszczęsna, żywa do grobowej groty”. Nie umiała i chyba nie chciała żyć, bo nawet bogowie się za nią nie wstawili. Antygona była po prostu straszliwie samotna. Z własnej jednak winy. Powodowała nią może nie tyle miłość, ile duma i wybujała ambicja.

Ismena natomiast była dziewczyną bardzo spokojną, cichą i posłuszną. Wychodziła z założenia, że „my przecie słabe, / Do walk z mężczyzną niezdolne niewiasty; / Że nam ulegać silniejszym należy”. Z tego względu nie chciała pomóc Antygonie pogrzebać brata. Twierdziła, że „Posłuszna będę władcom tego świata, / Bo próżny opór urąga rozwadze”. Ismena nie była odważna, bała się konsekwencji i przed udziałem w pochówku powstrzymywał ją strach. Wolała wyrzuty sumienia zagłuszyć modlitwami do bogów i zmarłych z prośbą o przebaczenie.

Biblia

Piękną dziewczyną była Rebeka, córka Betuela. Sługa Abrahama, który poszukiwał po świecie żony dla jego syna Izaaka, zachwycony urodą panny, poprosił ją o trochę wody. Rebeka dała mu pić i napoiła też jego wielbłądy. Zaproponowała także nocleg w domu jej ojca. Przyjęła ofiarowane jej kolczyki i bransolety i zaprowadziła do rodziców. Sługa wyjawił powód swego przybycia. Kiedy przedstawiono Rebece propozycję zamążpójścia, zgodziła się bez wahania.

Tragiczny koniec stał się udziałem córki Jeftego. Był on dzielnym wojownikiem. Przed decydującą bitwą z wrogami Izraela złożył ślub, że złoży Bogu w ofierze pierwsze stworzenie, które ujrzy po powrocie do domu, jeżeli odniesie zwycięstwo. Jakaż była jego rozpacz, kiedy potem na spotkanie wybiegła mu jego jedyna córka. Wyznał dziewczynie, co uczynił. Panna poprosiła tylko o dwa miesiące zwłoki. Chciała udać się wraz z przyjaciółkami w góry, by pożegnać się ze światem. Powróciła do domu i Jafet złożył ją Bogu na ołtarzu.

Zobacz też: Motywy biblijne

Jak pomagać dziecku w nauce?

Literatura odrodzenia

Jan Kochanowski

W literaturze odrodzenia motyw dziewczyny wykorzystał w swej twórczości JAN KOCHANOWSKI w Odprawie posłów greckich. Młoda Kasandra była córką króla Troi Priama. Jej wygląd i zachowanie budziły mieszane uczucia. Miała potargane włosy i pobladłą twarz, „Drżą na niej wszytki członki, piersiami pracuje, / Oczy wywraca, głową kręci: to chce mówić, / To zamilknie”.

Dziewczyna była nieszczęśliwa, ponieważ rozgniewany odrzuceniem jego zalotów Apollo obdarzył ją darem wieszczenia, „ale wszytki me proroctwa / Na wiatr idą nie mając u ludzi więcej / Wiary nad baśni próżne i sny znikome”. Tymczasem ona przeczuwała wielką tragedię miasta. Widziała śmierć i pohańbienie zwłok swego brata Hektora. Przepowiadała, że mieszkańców Troi spotka zagłada: „Matko, ty dziatek / Swoich płakać nie będziesz, ale wyć będziesz”.

Szymon Szymonowic

Dwie dworskie dziewki, Oluchna i Pietrucha, były bohaterkami Żeńców SZYMONA SZYMONOWICA. Dziewczyny pańszczyźniane ciężko pracowały podczas żniw na polu, skarżąc się na swój los. Oluchna narzekała, że „Już południe nadchodzi, a my jeszcze żniemy; / Czy tego chce urzędnik, że tu pomdlejemy?”. Rezolutna Pietrucha przestrzegała, żeby nie mówiła zbyt głośno. Ona sama wolała zaśpiewać, „acz mi niewesoło” piosenkę o słońcu. Skarżyła się w niej, że starosta jest bardzo srogi, każe pracować od rana do nocy, że je bije.

Kiedy jednak dostrzega, że ekonom nadchodzi, zmienia treść piosenki i poprosiła słoneczko, by odmieniło charakter nadzorcy. Dzięki temu uniknęła chłosty, bo „Ta nahajka mocno się na twój grzbiet groziła”.

William Szekspir

Ofelia, bohaterka Hamleta WILLIAMA SZEKSPIRA, była córką Poloniusza. Stała się „narzędziem” do udowodnienia obłąkania Hamleta. Jako posłuszna córka zgodziła się pomóc w udowodnieniu choroby królewicza i powodem zmiany jego postępowania. Hamlet przestraszył ją nie tylko swym wyglądem, ale i rozmową. Ujął ją za rękę, patrzył badawczo w oczy. Dziewczyna oddała mu wszystkie listy i zabroniła dalszych odwiedzin. Na rozkaz jednak ojca i króla zgodziła się porozmawiać z nim. Kiedy królewicz stwierdził, że kiedyś ją kochał, kłamał. Zaproponował, żeby poszła do klasztoru.

Ojciec uświadomił jej, że i tak nie zostałaby nigdy żoną Hamleta, ponieważ synowie królewskiego rodu nie żenią się z dziewczynami niższego stanu. Po śmierci Poloniusza popadła w obłęd. Ciągle go wspominała i mówiła, że „świat krzywo idzie; / Wzdycha i chwyta się za serce; lada / Fraszka ją drażni; słowa jej bez związku / Nie określają niczego, jednakże / Zastanawiają”. Ubierała się dziwacznie, przystrajała w kwiaty. W końcu, w nie wyjaśnionych do końca okolicznościach, utopiła się.

Literatura baroku

Jan Andrzej Morsztyn

W literaturze barokowej utwory adresowane do panien i im poświęcone pisał m.in. JAN ANDRZEJ MORSZTYN. W wierszu Do panny podmiot liryczny stwierdzał, że twarde jest żelazo, diament, stary dąb, nadmorskie skały, ale to nic w porównaniu z „twardością” i nieczułością dziewczyny, „której me łzy nie złamały”. W liryku Niestatek twierdził, że prędzej da się zamknąć w worku wiatr, schować do kieszeni słoneczne promienie, uspokoić wzburzone morze, zamknąć świat w garści, złowić obłoki w sieć, zalać Etnę łzami itp. niż doczekać się, „Niźli stateczna będzie która białogłowa”. W Przyjaciółce podmiot liryczny mówił o dziewczynie ze swoich marzeń: „Taką dziewczynę lubię do zabawy, / Co mię nie strzeże, nie wgląda w me sprawy”. Pragnąłby, by nie udawała lepszej, niż jest w rzeczywistości, była naturalna w postępowaniu, „Dać się obłapić przy ludziach nie wstydzi”.

Zastrzegał się, że nigdy nie pokochałby dziewczyny zazdrosnej i cnotliwej, choć wie, że tylko taka nadaje się na żonę. W przekornym wierszu Raki podmiot liryczny wyliczał zalety dziewczyny: „Cnota cię rządzi nie pragniesz pieniędzy, / Czystości służysz nie swojej chciwości, / W skrytości mieszkasz nie przywabiasz gości, / Szyciem zarabiasz nie wygrywasz w karty, / Piciem się brzydzisz nie bawisz się żarty”. Idealna dziewczyna jest też posłuszna matce. Skoro więc „Gładki to anioł nie zła dziewka zgoła”, będzie jej wierny przez całe życie. Panna jednak jest istotą przewrotną. Kiedy okazuje się, że (czytając wiersz wspak) „pieniędzy pragniesz nie rządzi cię cnota; / nędzy się boisz nie masz dosyć złota” itd., wtedy mężczyzna przestaje kochać.

Liryk O swej pannie opisywał piękno wybranki podmiotu lirycznego. Biały jest alabaster, mleko, łabędź, perła, śnieg, kwiat lilii, „Ale bielsza mej panny pleć twarzy i szyje”. W Nieustawicznej podmiot liryczny rozpaczał nad zmiennością ukochanej, ponieważ „Trudno zrozumieć, co się w ciebie wlewa, / Takeś mi odmienna i takeś pierzchliwa”. Raz jest przyjacielska, raz złośliwa, wierna, to znów zdradliwa, raz szczera, raz kłamliwa. Narzekał, że „Tak cię natura chciała wykształtować, / Że nie wiem jako z tobą postępować”.

Zobacz też: Jan Andrzej Morsztyn - biografia

Pierre Corneille

Chimena to bohaterka dramatu PIERRE’A CORNEILLE’A pt. Cyd. Była jedyną córką Gomesa i pochodziła z możnego kastylijskiego rodu. Miała dwóch pretendentów do ręki, ale jej sympatią cieszył się Roderyk. Jej ojciec także ten wybór aprobował. Kiedy jednak poniżył ojca jej ukochanego i Roderyk w imię honoru musiał pomścić swój ród, nie wiedziała, jak postąpić: odwieść Roderyka od zamiaru pojedynku, czy pogodzić się z myślą o utracie jednej z bliskich istot: „Jeśli mię nie usłucha, tym mi ciężej będzie / Gdy usłucha, będą go nosić po kolędzie, / Że, będąc kawalerem, chybił swego toru. / Tak – lub doznam miłości jego, lub uporu; / Albo się wstydać muszę, że mi był posłusznym, / Albo trapić, że wzgardził rozkazaniem słusznym”.

Pragnęła odwieść go od zamiaru zemsty, ale była też przeświadczona, że gardziłaby Roderykiem, gdyby z honorowego załatwienia sprawy zrezygnował. Nie chciała, aby okazał się tchórzem i uległ jej namowom. Dowiedziawszy się, że ukochany zabił jej ojca, nie miała już wątpliwości, jak powinna postąpić: „Krew na piasku powinność moję zapisała”. Chimena żądała od króla sprawiedliwości i ukarania winnego, jednocześnie pragnąc, by władca nie skazał go na śmierć : „Małom rzekła, że kocham, cale mi panuje. / Miłość gniewy me tłumi i bierze me siły. / Ten, co mi winny, tenże sercu memu miły”. Honor i poczucie odpowiedzialności nakazywały jej domagać się, „żebym pomstę brała”.

Postanowiła więc, wbrew własnym uczuciom, że nie zrezygnuje z dochodzenia swego prawa. Kochała zabójcę, co do tego nie miała wątpliwości, ale wspólna przyszłość była definitywnie przekreślona. Nabrała jednak pewności, że „Na gardło następuję, a wygrać się boję; / Chcę go stracić, a z jego śmiercią złączę swoję. (...) / Uspokajając sławę i żalów potęgę, / Nastąpię nań, zgubię go, a potem polęgę”. Chimena nie wyobrażała sobie jednak dalszego życia bez Roderyka, dlatego postanowiła popełnić samobójstwo.

Nieszczęśliwa, „Że i ciebie mam stracić, ojca już straciwszy”, nie mając żadnego krewnego, który by ten straszliwy obowiązek pomszczenia honoru rodu przejął, nie mogła zrezygnować z roszczeń. Kiedy więc wrócił z wojny opromieniony sławą bohatera, ponownie zażądała od króla: „Niech umrze jako winny, nie jako obrońca! / Śmierć niech cierpi jak karę, nie jak w pojedynku! / Niech umiera nie w polu, ale wpośród rynku!” W jej imieniu do pojedynku z Roderykiem wyznaczony został Sankty. Jakaż więc ogromna była jej rozpacz, kiedy potem ujrzała przed sobą Sankty’ego, a nie Roderyka. Nie chciała słuchać żadnych tłumaczeń rzekomego zwycięzcy, nie dała mu dojść do głosu.

Zareagowała histerycznie, nazywając Sankty’ego mordercą ukochanego i zapowiadając samobójstwo. Nie ukrywała już swych uczuć wobec otoczenia. W obliczu monarchy i całego dworu wyznała, że „Kochałam i tyś widział, żem kochała”. Prosiła o pozwolenie zamknięcia się w klasztorze, bo Sankty’ego żoną być nie chciała. Niewysłowioną zatem ulgę i radość uczuła na wiadomość, że ukochany żyje. Mogła wreszcie „złożyć broń” i pogodzić się z przeznaczeniem: „Trudno, mam, królu, ogień stały / Taić więcej, wydałam już swoje postrzały; / Rodryk ma cnoty, które związały mi duszę”. Nie chciała tylko, by uznano, że zbyt szybko zrezygnowała z żałoby po ojcu. Król zadecydował więc; „Weź sobie rok, Chimeno, żebyś łzy otarła”. Została „przyznana” Roderykowi jako nagroda za zwycięstwo.

Molier

Młodą dziewczyną była także Eliza, jedna z bohaterek Skąpca MOLIERA. Ówczesne konwenanse, brak matki, oschłość ojca i wreszcie fakt, że nikt jej kochać nie nauczył, uczyniły z niej panienkę egzaltowaną, typową pustą salonową laleczkę. Dowody miłości, okazywane Waleremu, słowa, jakimi swe odczucia określała, wzorowane były najprawdopodobniej na czytywanych romansach. Wyznała wprawdzie, że „Zbyt słodka jakaś władza niewoli mnie ku tobie, nie mam nawet siły pragnąć, aby to się nie było stało. Ale jeśli mam być szczerą, przyszłość napełnia mnie niepokojem; wielce się obawiam, że miłość zaprowadziła mnie dalej, niżby się godziło”. Nawet jej brat zauważył, że wszystko w niej było sztuczne, konwencjonalne i z brutalną szczerością stwierdził, że „ty nie kochasz; nie znasz słodkiej potęgi, z jaką tkliwe uczucie owłada sercem”.

Nie walczyła zbyt energicznie o swe prawo do szczęścia. Wprawdzie na wiadomość, że będzie musiała wyjść za Anzelma, zapowiedziała, że „Raczej się zabiję, niż przyjmę takiego męża”, ale jej protest tylko do słów się ograniczył. Biernie poddała się biegowi wydarzeń – i czekała, co będzie dalej. Los zadecydował za nią. Kiedy okazało się, że dotychczasowy konkurent był jej ojcem, mogła już bez przeszkód poślubić wybranego. Kontrowersyjną postacią w komedii była natomiast Marianna. Uboga dziewczyna mieszkała wraz z matką w sąsiedztwie Harpagona. Namawiana na małżeństwo ze starym ale bogatym mieszczaninem, nie miała nic przeciwko temu. Zwierzyła się wprawdzie Frozynie, że obawia się spotkania z Harpagonem, ale ostatecznie na nie przystała. Frozyna zarzuciła pannie, że głowę zaprzątnął jej pewien młody elegancik.

Dziewczyna przyznała, że ma wstręt do narzucanego jej małżeństwa, bo tamtego młodzieńca mogłaby pokochać. Frozyna wytłumaczyła jej jednak, że młodzi są zwykle biedni, a przy starym doświadczy lepszego losu. Pocieszała, że stary mąż szybko umrze, wtedy będzie mogła znaleźć kogoś milszego. Wyszłaby przecież za mąż pod warunkiem, „że zostaniesz prędko wdową”. Jej chęć odmiany losu na lepsze poprzez bogate zamążpójście wypływała prawdopodobnie z faktu, że życie ciężko Mariannę doświadczyło. Po katastrofie statku, którym płynęła wraz z rodziną, została wraz z matką schwytana przez korsarzy. Dzięki przypadkowi uwolniły się po dziesięciu latach, poszukiwały potem ojca, ale że i rodzina była przeciw nim, osiedliły się w Paryżu, żyjąc z resztek fortuny. Dlatego też, być może, zdecydowała się na poślubienie Harpagona. Chociaż swym wyglądem budził w niej wstręt, przyjęła pierścień i nie odmówiła poczęstunku. Kiedy jednak okazało się, że Anzelm był jej ojcem, mogła oddać swą rękę Kleantowi.

Zobacz też: Molier - Skąpiec

Oświecenie

Julian Ursyn Niemcewicz

Jedną z bohaterek Powrotu posła JULIANA URSYNA NIEMCEWICZA była Teresa, córka starosty Gadulskiego z pierwszego małżeństwa. Podkomorzyna, jej opiekunka, mówiła o dziewczynie: „Co za miłe, wdzięczne i skromne stworzenie! / Słodycz, dobre skłonności natura w nią wlała, / W naszych oczach w urodę i cnoty wzrastała”. Panna troszczyła się o macochę, ojcu była posłuszna i uległa. Kochała Walerego i była mu wierna, kiedy wyjechał na obrady sejmu. Wiedziała jednak, że ojciec niechętny byłby jej ewentualnemu związkowi z synem Podkomorostwa.

Jednocześnie wstydziła się swych uczuć, obawiała się, że podczas spotkania „Zapłonienie na twarzy postrzegą przytomni”. Wierna swym uczuciom, odrzucała zaloty Szarmantckiego. Kiedy jednak przyjechał Walery, „Ja ledwie nań niepewne śmiem podnosić oczy”, choć „Dochowałam ci wszystkich uczuć moich święcie!”. Potem, kiedy spotkała się z ukochanym, zapewniała, że „Uczucia, w dzieciństwie powzięte, / Dochowałam ci mimo przeszkody zawzięte”, ale ojciec chce ją wydać za mąż za kogoś innego, bogatszego, więc jest w rozterce, ponieważ „względy posłuszeństwa wstręt we mnie zwycięża”. Na dowód swej miłości wręczyła Waleremu szyty w tajemnicy przed wszystkimi pas i „Niechaj cię dar ten o mej wierności zapewnia”.

Pomówiona o podarowanie swego portreciku Szarmantckiemu, udowodniła zazdrosnemu Waleremu, że niesłusznie ją oskarżano o płochość. Na dodatek, przymuszana do małżeństwa z niekochanym człowiekiem, była w walce o swą niezależność samotna: „W tym okropnym przymusie jak sobie poradzę? / Lub posłuszeństwo, lub też miłość moja zdradzę”. I choć Walery obiecał, że uczyni wszystko, by temu zapobiec, stwierdziła zrozpaczona: „Wiem tylko, że cię kocham i żem nieszczęśliwa”. Kiedy okazało się, że Szarmantcki liczył przede wszystkim na posag panny, Gadulski zgodził się na małżeństwo Teresy z Walerym.

Zobacz też: Julian Ursyn Niemcewicz - biografia, Powrót posła

Literatura romantyczna

Literatura romantyczna obfitowała w wizerunki panien.

Adam Mickiewicz

Bohaterka Romantyczności ADAMA MICKIEWICZA, młoda dziewczyna Karusia, to istota nieszczęśliwa. Zmarł jej ukochany Jasieńko i od tej pory uciekała od rzeczywistości w świat marzeń. Zachowywała się niezrozumiale dla otoczenia: „To jak martwa opoka / Nie zwróci w stronę oka, / To strzela wkoło oczyma, / To łzami się zaleje; / Coś niby chwyta, coś niby trzyma; / Rozpłacze się i zaśmieje”.

Od czasu śmierci ukochanego nie mogła odnaleźć się w świecie. Wydawało się dziewczynie, że Jasio jest przy niej. Kochała go, ale jednocześnie bała się upiora. Nie rozumiana przez ludzi, wyśmiewana, marzyła o śmierci: „Weź mię, ją umrę przy tobie, / Nie lubię świata”. Kiedy zjawa znika, zrozpaczona Karusia „Bieży za nim, krzyczy, pada”. Podmiot liryczny współczuł dziewczynie, wierzył w jej przywidzenia, nieśmiertelną miłość.

Krysia to bohaterka ballady Rybka. Pewnego dnia z wioski „Smutna wybiega dziewica, / Rozpuściła na wiatr włoski / I łzami skropiła lica”. Pobiegła nad jezioro, by świteziankom poskarżyć się na swój smutny los. Pokochała pana, który obiecał ją poślubić, a teraz żeni się z inną. Jej, opuszczonej kochance, pozostało tylko dziecko. Z rozpaczy popełniła samobójstwo. Podczas wesela dziedzica wierny sługa przyniósł nad wodę niemowlę i zaczął nawoływać Krysię. Cichy głos odpowiedział mu z dna: „Tutaj drżę cała od chłodu, / A żwir mnie oczki wyjada (...) Pokarm mój koralki, muszki, / A zapijam zimna rosą”.

Wypłynęła jednak, by nakarmić dziecko. Zrzuciwszy rybią łuskę, „Spojrzy dziewicy oczyma; / Z głowy jasny włos wypłynie, / Szyjka cieniuchna się wzdyma”. Zaspokoiwszy głód niemowlęcia, z powrotem zamieniła się w rybkę. Pewnego dnia jednak sługa na próżno przyzywał rusałkę. Zniknęła także rzeczka. Na brzegu leżała tylko odzież pani i pana. Na wołanie sługi „Nikt nie pokazał się w rowie”.

W Dziadów cz. II podczas nocy zadusznej pojawił się duch Zosi: „W jagodach uśmiech lata. / Ale w oczach łza niedoli”. Na głowie miała wianek, w ręku zielony patyczek, przed nią biegł baranek, nad nią fruwał motylek. Kiedyś była najpiękniejszą we wsi dziewczyną, wesołą i beztroską. Oleś, w zamian za pocałunek, ofiarował jej parę gołębi, „Lecz i prośbę, i ofiarę / Wyśmiała dziewczyna pusta”. Józio podarował wstążkę, Antoś – serce, ale obu „pierzchliwa Zosia” wyśmiała. Przyznawała, że nie chciała wyjść za mąż i umarła mając dziewiętnaście lat, „nie znając troski / Ani prawdziwego szczęścia”. Żyła na świecie, „ale nie dla świata”, ponieważ nigdy nie myślała o miłości. 

Zobacz też: Adam Mickiewicz - Dziady

Chętnie słuchała wprawdzie pieśni i pochlebstw, „Lecz żadnego nie kochałam”, nigdy nie chciała być żoną ani matką. Po śmierci jednak „nie wiem, co się że mną dzieje, / Nieznajomym ogniem pałam”, robi, co chce, „Nic mię nie smuci, nic mię nie boli”, ale nudzi się bardzo, mając świadomość, że jest sama. „Wiatr mną jak piórkiem pomiata. / Nie wiem, czy jestem z tego, czy z tamtego świata”. Nie może dotknąć ziemi ani sięgnąć nieba. Prosiła więc, żeby młodzieńcy chwycili ją za ręce i przyciągnęli do ziemi, „Niech poigram chwilkę z niemi”. Guślarz pocieszył Zosię, że jeszcze tylko przez dwa lata błąkać się będzie między niebem a ziemią, „A potem staniesz za niebieskim progiem”.

Zosia zasłużyła na wieczne zbawienie, ponieważ nie chciała spełnić podstawowego zadania kobiety: być żoną i matką. Wolała niezależność, a to pojęcie nie mieściło się w ludowych kryteriach moralnych. Szczęśliwą panienką, do czasu poznania Alfa Waltera, była Aldona, córka księcia Kiejstuta, bohaterka Konrada Wallenroda. W młodości miała „Pieszczoty ojca, matki uściśnienia, (...) Dni bez tęsknoty, noce bez marzenia”. Była najstarszą książęcą córką i mogła wyjść za jakiegoś księcia za mąż. Alf jednak opowiedział jej o chrześcijańskim Bogu, spowodował, że to wszystko nowe pokochała. Kiedy odjechał, została nie wiadomo kim – żoną, czy wdową.

Zosia z Pana Tadeusza była z pozoru naiwnym, ale przecież rezolutnym dziewczątkiem. To córka Ewy, zmarłej ukochanej Jacka Soplicy. Zaopiekował się dziewczynką po śmierci jej rodziców, by choć trochę zrekompensować krzywdę uczynioną kiedyś rodowi Horeszków. Nad wychowaniem panny pieczę sprawowała Telimena, daleka krewna. Po przyjeździe do domu Tadeusz ujrzał niezwykłe zjawisko: panienkę w negliżu: „Białe jej ubranie / Wysmukłą tylko postać aż do piersi kryje, / Odsłaniając ramiona i łabędzią szyję”. Dziewczyna była bardzo pracowita, lubiła karmić drób i bawić się z wiejskimi dziećmi. Żyła do tej pory samotnie, ponieważ Telimena uznała, że Zosia była zbyt młoda na pokazywanie się w towarzystwie. 

Zobacz też: Adam Mickiewicz - Pan Tadeusz

Hrabia, spotkawszy ją przypadkowo, doszedł do wniosku, że swą pięknością mogłaby świat zadziwić „jasnych barw tysiącem”. Potem jednak uznał, że miała wprawdzie twarz ładną, „Kibić miała wysmukłą, ale jak nieskładną! / A owa pulchność liców i rumieńca żywość, / Malująca zbyteczną, prostacką szczęśliwość”, a to znamię pospolitości. Sędzia planował wydać ją za Tadeusza, czemu Telimena się sprzeciwiała. Ona planowała wydać dziewczynę za Hrabiego, bo choć „Niebogata, lecz za to urodzeniem równa, / Z domu senatorskiego, jest dygnitarzówna”. Postanowiła więc wprowadzić Zosię w wielki świat. Panna kończyła właśnie czternaście lat. Kazała pokojówkom ubrać panienkę i wyprowadziła ją do gości.

Poznanie Tadeusza sprawiło, że odkryła uczucie miłości. Nie rozumiała tylko, „Dlaczego ją pokochał? dlaczego porzuca? / Gdzie odjeżdża? przecież ją ten odjazd zasmuca. / Pierwszy raz posłyszała w życiu z ust młodziana / Dziwną i wielką nowość, że była kochana”. Na pożegnanie wręczyła więc Tadeuszowi relikwię, z prośbą, żeby o niej pamiętał. Potem „z rzęsów pobiegły łzy szczodre”. Kiedy powrócił i poprosił o rękę, odpowiedziała z prostotą, że „Wiem, że wszyscy mówili, iż za mąż iść trzeba / Za Pana; ją się zawsze zgadzam z wolą Nieba”. Wyznała, że często o nim myślała i modliła się za jego powodzenie. Wkrótce potem odbył się ich ślub.

Juliusz Słowacki

Kordian z dramatu JULIUSZA SŁOWACKIEGO pokochał Laurę. Była to dziewczyna starsza od niego, która dla rozrywki bawiła się jego uczuciem. Kiedy jednak długo nie wracał z przejażdżki, zaczęła się niepokoić. Obawiała się, że być może jej brutalne słowa mogły spowodować wiele szkód we wrażliwym umyśle chłopca. Od Grzegorza dowiedziała się o próbie samobójczej Kordiana.

Aleksander Fredro

W Ślubach panieńskich ALEKSANDRA FREDRY głównymi bohaterkami są dwie młode dziewczyny. Klara to panna zbuntowana przeciwko decyzjom rodzicielskim, dotyczących jej przyszłości. Nikt jej nie pytał o zdanie co do wyboru męża. Jej, energicznej i pełnej temperamentu dziewczynie kazano wyjść za ciapowatego i płaczliwego Albina.

Dlatego wymusiła na przyjaciółce złożenie ślubu: „Przyrzekam na kobiety stałość niewzruszoną / Nienawidzić ród męski, nigdy nie być żoną”. Klara to dziewczyna, „co jak iskra żywa” i nawet jeżeli nawet westchnie, „to wtedy, gdy ziewa”, była „Sprzeczna z układu, z natury wesoła” . Miała mu za złe, że tak gorliwie nieustannie jej służy, biegnie za kłębkiem nici, podnosi chusteczkę, nie pozwala nawet kichnąć skrycie, więc „to prawdziwie już nie do zniesienia!”. Albin, który starał się o jej względy, stwierdził, że „Twoje serce bez czucia. (...) Nikt go zmiękczyć nie zdoła”. 

Zobacz też: Aleksander Fredro - biografia, Śluby panieńskie

Aniela zwracała przyjaciółce uwagę, że za bardzo swego wielbiciela dręczy, a skoro nie chce wyjść za mąż, „gorycz losu niech litość osłodzi”, niech przynajmniej wyjaśni mu powody swej decyzji. Klara jednak życzyła sobie, by Albin nadal kochał, płakał, ponieważ ona „Gardzi miłością, jestem niewzruszona”. Kiedy jednak Aniela poinformowała przyjaciółkę, że Klara ma zostać żoną Radosta, zrozpaczona i rozpłakana dziewczyna miała pewność, że „Jak mój ojciec co ułoży sobie, / To wszystko na nic – to ratunku nie ma”. Zaproponowała, by Aniela wyszła za Gustawa. Ta przypomina o ślubach panieńskich. Klara jednak doszła do wniosku: „Niech je dotrzyma / Jedna przynajmniej, gdy nie możem obie”. Postanawia iść do pani Dobrójskiej po poradę, jak wybrnąć z tej sytuacji, ponieważ „Wolę już klasztor... albo i – Albina”.

Gdy nieświadomy intrygi Gucia Radost zapytał Klarę, czy myśli nadal o „mężczyzn zgubie”. Dziewczyna uprzedziła, że gdyby zmuszona była wyjść za mąż wbrew własnej woli, to „Świat biedniejszego nie miałby człowieka”, czekałyby go „Same zabawy, gry, uczty i bale”. Klara więc rezygnuje z zabaw i zapowiada, że roztrwoni majątek, będzie się stroić i zawsze robić na przekór, „On tak – a ja siak; on sobie – ja sobie”. Postanowiła przyjąć Albina. Dziewczyna poddała się twierdząc, że „gdybym mogła, na złość bym nie chciała”, ale „kochać cię muszę”. Aniela z kolei była stworzeniem łagodnym i uległym. Pragnęła kochać i być kochana. Wierna jednak przyjaciółce i panieńskiej przysiędze obojętnie przyjmowała zaloty.

Raziła ją jego beztroska. Kiedy jednak młodzieniec wyznał, że kocha inną i poprosił o pomoc w przekonaniu stryja, zaczęła się zastanawiać nad pojęciem miłości. Zostawszy sama, Aniela rozmyślała nad uczuciami Gustawa, który kochał tak gorąco. Zapytywała samą siebie: „Jestżem szczęśliwsza, że w miłość nie wierzę? / Jednak ta miłość jest, trwa, dowiedziona...” Opowiedziała Klarze o miłości Gustawa do Anieli i sprzeciwie jego stryja i stwierdziła, że biedny „Gustaw się wcale nie chce żenić ze mną”. Choć więc nienawidzi mężczyzn, on jednak „swój los w moje ręce składa - / Bronić go muszę”. Postanowiła o wszystkim powiedzieć matce. Klara stwierdziła, że „twę nienawiść już słabnącą widzę”.

Dziewczyna wzbraniała się przed pisaniem listu do Anieli, ale młodzieniec powołał się na wspólną tajemnicę. Aniela, słysząc dyktowane wyznania, była zdumiona siłą jego miłości, trwożyło ją to uczucie. Postanowiła napisać jednak list, aby nie być przyczyną czyichś łez. Stwierdziła też, że wcale nie jest łatwo nienawidzić, ponieważ kiedy ktoś czule dotknie ręki, doświadcza się całkiem odmiennego uczucia. Nieświadomie wyznała, myśląc, że jest sama, że jednak pokochała Gustawa. Teraz on odjedzie, a ona będzie cierpieć. Młodzieniec słysząc, że jest kochany, wyjaśnił jednak, że to właśnie ona jest obiektem miłości. Pod wpływem Gustawa przeobraziła się w prawdziwą kobietę, potrafiącą kochać szczerze i prawdziwie.

Honoriusz Balzac

Fortuna nie przyniosła szczęścia Wiktorynie Taillefer, jednej z bohaterek Ojca Goriot HONORIUSZA BALZACA. Mieszkała pod opieką pani Couture w pensjonacie pani Vauquer, ponieważ ojciec ją wydziedziczył. Panna „była blada ową chorobliwą bladością dziewcząt dotkniętych chlorozą”. Nie uśmiechała się prawie nigdy, miała świeże ruchy i miły głos. „Ta smutna młodość przypominała roślinę o pożółkłych liściach, świeżo zasadzoną na nieżyczliwym gruncie”. Poza tym „Była ładna przez kontrast”. Gdyby żyła w luksusie, na pewno przyćmiewałaby inne urodą.

Ojciec jednak uważał, że nie była jego dzieckiem, wyznaczył jej niewielką pensję, resztę zapisując synowi i nie chciał jej mieć przy sobie. Co roku nieszczęśliwa dziewczyna chodziła do pałacu ojca, by go błagać o litość, ale drzwi zastawała zawsze zamknięte. Udawała się też co dwa tygodnie do spowiedzi, by błagać Boga o odmianę ojca i brata. Kiedy opiekunka przeklinała milionera, „łagodziła (...) słodkimi słowy, podobnymi do śpiewu ranionego łabędzia, którego bolesny krzyk jeszcze wyraża miłość”. Jej dramat wzruszył starego Vautrina, który obiecał zająć się losem panny. Planował, że brat Wiktoryny zostanie zabity w pojedynku, a wtedy dziewczyna zostanie jedyną spadkobierczynią milionera.

Ponieważ spostrzegł, że była zainteresowana Eugeniuszem de Rastignać, postanowił pożenić oboje młodych. Pewnego dnia, kiedy wypoczywał w salonie w towarzystwie obu pań i zapytał Wiktorynę, czy jest pewna stałości swych uczuć, „Uśmiech zjawił się na wargach biednej dziewczyny, niby promień, który wytrysnął z duszy, i tak rozświetlił jej twarz, że Eugeniusz przeraził się tego wybuchu uczucia”. Panna kochała go. Nie zaprzeczyła też, że gdyby posiadała fortunę, nadal kochałaby pewnego biednego studenta. Kiedy na dodatek zaczął szeptać jej słodkie słówka, „niebo się jej otwierało”. Uwierzyła w szczerość jego intencji. Wystarczył uścisk ręki, policzek muśnięty włosami ukochanego, by biedna stała się szczęśliwa. „W godzinę rozrzuciła więcej skarbów duszy, niż później, bogata i szczęśliwa, mogłaby dać oddając całą siebie”. Kiedy po pijaństwie usnął na jej ramieniu, „Wiktoryna miała w fizjonomii coś macierzyńsko-opiekuńczego, co jej dawało odcień dumy”. Nie wiedziała, że jej brat właśnie dogorywał po pojedynku. Wkrótce potem przeniosła się do pałacu ojca. Eugeniusz jednak wzgardził jej miłością.

Literatura pozytywizmu

Eliza Orzeszkowa

W Nad Niemnem ELIZY ORZESZKOWEJ występuje wiele postaci panien. Główną bohaterką była Justyna Orzelska, którą „trudno byłoby nazwać od razu panną z wyższego towarzystwa albo też dziewczyną z niższych warstw wiejskiej ludności. Wyglądała trochę na jedno i na drugie”. Miała czarne, bujne włosy, kształtną kibić i delikatną cerę. „W ogóle ta panna czy ta dziewczyna na dwadzieścia parę lat wyglądająca wydawała się uosobieniem piękności kobiecej zdrowej i silnej, lecz dumnej i chmurnej”.

Marta twierdziła, że Justyna to straszna melancholiczka i nie postępuje tak, jak inne panny: nie bawi się, nie stroi i nie mizdrzy do kawalerów, żeby za któregoś wyjść za mąż. Jest też dumna jak księżniczka – nie chce niczego przyjmować od wujostwa, żyje ze swoich procencików, oszczędza na kapeluszach, trzewikach i nawet często nie nosi rękawiczek. Panna usprawiedliwiała się, że nie lubi kłamać ani udawać i od dawna odechciało się jej strojów i zabaw, nie chce też ślepo naśladować stylu życia „państwa”, nie chce „ich poezji i ich miłości...

Żyje tak, jak oni wszyscy, bo skądże sobie wezmę innego życia, ale jeżeli mogę zrobić co inaczej niż oni, po swojemu robię i nikogo to obchodzić nie powinno”. Jej ojciec stracił majątek przez nieszczęśliwe zdarzenia, wkrótce potem owdowiał i od tego czasu mieszkał wraz z córką w Korczynie. Wtedy Justyna miała czternaście lat. Domownicy twierdzili, że to panna nieco oryginalna, nawet nieco zdziwaczała „Zawsze inaczej robi niż wszyscy”. Justyna rzeczywiście wyróżniała się spośród grona panien obecnych na imieninach pani Emilii. Jej ciemny strój także stanowił kontrast z kolorowymi toaletami pozostałych, rozbawionych i roześmianych. Ona była smutna i nie brała udziału w rozmowie. „Widocznym było, że obojętna dla wszystkiego, co ją otaczało”, myślami czy marzeniami jest gdzie indziej. Czuła się źle, widząc nieustannie śledzącego ją Zygmunta.

W pewnym momencie dawny wielbiciel podszedł do dziewczyny i cicho zapytywał, czy całą przeszłość wyrzuciła już z pamięci, czy nigdy nie przemówi do niego jak do brata i przyjaciela. Na jej odpowiedź, że „Zupełnie i nigdy”, ukłonił się i odszedł obrażony. Towarzystwo wyszło na przechadzkę po ogrodzie, więc w salonie pozostała sama. Nie na długo. Zygmunt powrócił – po rzekomo zapomniany kapelusz. Chwycił pannę za rękę i zapytał, czy nie cofnie powiedzianych niedawno słów. Początkowo osłupiała, potem wyrwała mu dłoń i wzburzona zawołała, że nie ma prawa robić sobie z niej zabawki na całe życie, ponieważ „Moja dusza (...) nie przyjmie nigdy tego, co ty jej teraz ofiarować możesz!”.

To rzekłszy, nieco chwiejnym krokiem wyszła z pokoju. Justyna wybiegła bocznymi drzwiami na pola. „Więcej instynktownie niż rozmyślnie uciekała od tego wszystkiego, co ją raniło, nudziło i poniżało. Od kilku lat cierpiała wiele i coraz więcej”. Ze snu pierwszej młodości, z nieszczęśliwej miłości, obudziła się samotna i smutna. Pani Andrzejowa o mezaliansie kiedyś nie chciała nawet słyszeć, jej synowa musiała pochodzić bowiem z dobrego domu, być wykształcona i majętna. Tłumaczyła ubogiej krewnej, że tacy ludzie, jak Zygmunt, „z takimi, jak ty, dziewczętami romansują często, ale nie żenią się prawie nigdy!”.

Justyna odczuła to początkowo jako cios, potem policzek, ponieważ czuła, „że godność ludzka okrutniej jeszcze zranioną w niej została aniżeli miłość”. Dzięki temu jednak otworzyły się jej oczy – zrozumiała swoje położenie i zaczęła lękać się przyszłości. A teraz ten Różyc, podczas imienin pani Emilii, spoglądał na nią tak, że poczuła się poniżona. Uciekła z uroczystości i poszła przed siebie. Na łonie natury czuła się cicho i bezpiecznie, „jakby dla niej, rodzącej się na nowo, rodził się jakiś świat nowy”. Po odwiedzinach w chacie Bohatyrowiczów i rozmowach zaczęła coraz częściej bywać w zaścianku. Pewnego dnia przyglądając się żniwiarzom nagle jednak „uczuła się w tym miejscu gościem natrętnym, istotą obcą i niepotrzebną”. Jan przypatrywał się jej bacznie i zbliżył się z zapytaniem, czy dobrze się czuje. Z oczyma pełnymi łez wyznała, że wstydzi się być między nimi, „Poszłabym sobie, ale i w domu także nic”. Jan szepnął kilka słów do matki, potem podał Justynie sierp. Od tego dnia pracowała z przyjemnością.

Potem Jan zabrał ją na powstańczą mogiłę. Spytała, ilu partyzantów w niej pogrzebano i usłyszała odpowiedź: „Czterdziestu”. Usiadła na skraju i zamyśliła się. „Pierwszy może raz w życiu, zupełnie, absolutnie o sobie zapomniała, i tylko tego czuć nie mogła, że serce jej stawało się większe, jakby nabrzmiewało jakąś z tonów bez słów uplecioną pieśnią”. Potem długo patrzyła na stojącego w pobliżu Jana. „Coś snuło się w jej myśli i grało w sercu, snuło się coraz prędzej, grało coraz głośniej”. Wstała, podeszła do niego i, zarumieniona, podała mu obie dłonie, do których przylgnął ustami, potem „oczy ich, po raz pierwszy, odkąd się znali, utonęły w sobie długim, pełnym nieśmiałych żarów spojrzeniem”.

Kiedy wracali do zaścianka, głośno zaczęła zastanawiać się nad swoim dotychczasowym życiem. Domownicy uważali ją za dumną, a tymczasem „Czuła w sobie często bunt młodości, zdrowia i sił, które ją porywały (...) Pragnęła iść, biec, komuś w czymś pomagać, na celu coś mieć, ku czemuś zmierzać”. W Korczynie miała poczucie własnej bezużyteczności, dręczyła ją nuda. Tymczasem ona pragnęła mieć w życiu jakiś cel, coś robić, ku czemuś zmierzać. Nikt w dworku właściwie jej nie potrzebował. „Nikt nawet nie przypuszczał w niej tej potrzeby serca, ciała i duszy, nikomu na myśl ona nie przychodziła. Była ubogą krewną domu, panną mogącą jeszcze wyjść za mąż i czymże więcej być mogła?

Dla zajęcia czasu miała książki, fortepian, przechadzki po ogrodzie, wizyty sąsiadów – czegoż więcej potrzebować mogła?”. Potrzebowała jednak, ponieważ często myślała o opuszczeniu Korczyna, przeniesieniu się do jakiegoś miasta, znalezieniu pracy. Była jednak obarczona ojcem, którego nie mogła zostawić na łasce krewnych, a poza tym bała się nieznanego. O tym wszystkim mówiła teraz Janowi, ponieważ czuła, że rozumiał ją jak nikt inny. Nie wiedziała jednak, że Zygmunt postanowił tak łatwo z niej nie zrezygnować. Pewnego dnia niespodziewanie przybył do Korczyna i zaproponował, by zamieszkała razem z nim w pałacu jako jego muza. Oburzona jego słowami Justyna zapytała, jakim prawem śmie ofiarować jej tak poniżającą egzystencję. Całe szczęście, że go już nie kocha, bo „Gdybym cię i kochała jeszcze (...) przestałabym w tej chwili... z gniewu, z obrazy, z ohydy”.

Panna dumnie oświadczyła także, raz na zawsze i ostatecznie, że z dawnych uczuć nie pozostało w niej nic, prócz prostej życzliwości, którą żywi wobec wszystkich ludzi na świecie i że „przedmiotem moich myśli i marzeń jest coś czy ktoś”, żadnego z nim związku nie mający. Kiedy w Korczynie z kolei dowiedziano się, że o rękę Orzelskiej poprosił Teofil Różyc, wszyscy byli uradowani jej „szczęściem”. Justyna tymczasem, wysłuchawszy, co wszyscy mają do powiedzenia, stwierdziła, że jest wdzięczna panu Różycowi za jego uczciwe i zobowiązujące wystąpienie. Wie jednak, że długo go trzeba było do tej deklaracji namawiać. Rozumie to, ponieważ ani jej położenie, ani wychowanie czy przyzwyczajenia nie czynią z niej odpowiedniej towarzyszki życia. Nie nadaje się na wielką panią ani światową kobietę. Już te argumenty czynią niemożliwym przyjęcie jego propozycji. Najważniejszą jednak przyczyną jej odmowy jest fakt, że wczoraj zaręczyła się z Janem Bohatyrowiczem. Kocha go z całego serca i wie, że jest kochaną. Poza tym „Wolę zawdzięczać byt i szczęście sercu człowieka, który mię kocha i wspólnej z nim pracy”. Dodała, że „brak pracy właśnie był mi od dawna trucizną i wstydem. O, jakże wdzięczna jestem temu, który mię pod niski, ale własny dach swój biorąc daje nie tylko zadowolenie serca, ale zajęcie dla rąk i myśli, zadanie życia, możność dopomagania komuś, pracowania na siebie i dla innych!”. Nie pragnęła szczęścia z łaski czy kaprysu, wolała je budować własną pracą i miłością oraz przekazać ludowi tę odrobinę wiedzy, którą posiadała.

Marta Korczyńska, inna z bohaterek powieści, określana była mianem starej panny. Była niezwykle wysoka i chuda, ale silna. Twarz miała małą, prawie brązową, „z wyrazem goryczy i złośliwości nadawanym jej przez ostrość nosa i zaciśnięcie warg a wzmaganym przez szczególną ognistość i przenikliwość oczu”. Marta to uboga krewna braci Korczyńskich, od wielu lat prowadząca dom Benedyktowi. Miała czterdzieści osiem lat i stała się zgorzkniała. Nie szczędziła też złośliwości ludziom, których nie lubiła i nie szanowała. Kiedyś, jako młoda i piękna panna, była bardzo żywa i wiecznie zajęta. „Wysoka lecz kształtna i ruchliwa, ognistooka i wiecznie czynna” była nawet zakochana w Anzelmie Bohatyrowiczu.

W czasie powstania 1863 roku „przeżyła złotą chwilę swojego życia”. Była szczęśliwa „Z namiętnym i o owej porze rozmarzonym wyrazem swych płomiennych oczu zawsze coś do mówienia i do śpiewania miała” z Anzelmem, który znosił jej bukiety polnych kwiatów. Oświadczył się jej nawet, ale go nie chciała. Przyznała potem, że były tego dwie przyczyny: bała się ludzkiego śmiechu i ciężkiej pracy. „Nocami, bywało, płaczę z tęsknoty za nim i z wyobrażenia, jaka bym z nim szczęśliwa była (...) a w dzień przed krewnymi i znajomymi (...) zapieram jak Piotr Chrystusa”. Potem nie zdarzył się już jej żaden konkurent, za to ma pracy aż nadto, ale nie na roli. Nie piele jednak i nie żnie, krów nie doi, „A przy tym sława i honor do mnie należy za to, że wyratowałam się od wstydu i poniżenia”. Pozostała w Korczynie jako gospodyni, ale „teraz wszystko inaczej... inaczej... wieczny smutek”.

Rozgoryczenie wypełniała ustawiczną pracą, budząc się skoro świt, do późnego wieczora się krzątając. Dręczył ją jednak chroniczny kaszel, ale nie chciała słyszeć o wizycie u lekarza. Po dwudziestu trzech latach spotkała Anzelma na weselu u Jaśmontów w zaścianku, „milcząc na siebie patrzyli; jej broda i dolna warga trząść się zaczęły, on głową z wolna kołysał”. Zapraszana potem do stołu i serdecznie witana, czuła się wśród wieśniaków jak między bliskimi, „Siedziała między nimi (...) odmłodzona jakby, choć przygarbiona, wesoła jak nigdy, choć trochę zmieszana, wilgotnym wzrokiem po otaczających ją postaciach i twarzach wodząc”. Potem wraz z Anzelmem odeszła na bok, by we dwójkę powspominać dawne czasy.

„Przed dwojgiem tych steranych, prawie u kresu życia stojących ludzi, którzy jedyną złotą chwilę swojej przeszłości wspominali, świat oblał się morzem liryzmu roztopionego w promienie i tony”. Dlatego kiedy dowiedziała się, że Justyna zamierza poślubić Janka Bohatyrowicza, poprosiła o możliwość zamieszkania z młodymi w chacie. „Chleba im darmo jeść nie będę, bo i doświadczenie w gospodarstwie mam, i siły do pracy jeszcze trochę. (...) A ją tu niepotrzebna... wieczny smutek! niepotrzebna nikomu...”. Benedykt nie chciał jednak o tym słyszeć. Korczyński przypomniał, że od dwudziestu kilku lat oboje ciężko pracują i on nie potrafi się bez niej obejść, że wychowała mu dzieci i że będzie jej za to wszystko wdzięczny do grobu. Marta tłumaczyła, że myślała, iż tu jest zbyteczna, „że stary grat ze mnie, nikomu tutaj niepotrzebny, a wszystkim obrzydły. (...) Wieczny smutek mnie jadł, tęsknota, ponurość taka, że wolałabym czasem w grobie gnić! I perswadowałam sobie, a ciągle gryzło żądanie, aby dusza jaka serdecznie mi sprzyjała, aby komu do życia i szczęścia przyczynić się!”. Skoro jednak Benedykt widzi w niej przyjaciółkę i pomocnicę, postanowiła zostać.

Obiecała nawet, że pojedzie do doktora. Żałowała straconej młodości, ale czuła się potrzebną i docenioną za swą ciężką pracę i poświęcenie dla rodziny. W Korczynie mieszkała też inna stara panna – Teresa Plińska, wierna towarzyszka pani Emilii. Od Korczyńskiej była „Nieco młodsza, mniej widać piękna za młodu, więc teraz zupełnie nieładna, była ona zarówno szczupłą i delikatną, słodką i cierpiąca” jak jej chlebodawczyni, której naśladowała nawet choroby. W gestach, poglądach i zainteresowaniach była niemalże lustrzanym odbiciem pani Emilii. Dawna guwernantka, przekonana o własnej wartości, to także nimfomanka. Wydawało się jej, że podoba się wszystkim mężczyznom i czekała na księcia z bajki. Składający wizyty pani domu panowie pozwalali sobie na żarciki pod jej adresem. Kiedy Kirło poprosił o pocałunek w zamian za informację, „mała i zwiędła jej twarz okryła się karminem; błękitne, niewinne oczy zmąciły się i nabrały wyrazu trwogi połączonej z upojeniem”. Panna Teresa nieustannie trwała u boku Emilii, podawała jej lekarstwa, sole trzeźwiące, łagodziła stany napięcia. Większość czasu spędzały obie w buduarze, z zamiłowaniem oddając się głośnej lekturze romansów albo książek podróżniczych.

Teresa najczęściej czytała rozmarzonej chlebodawczyni, „bo ta mizerna, podstarzała panna, z twarzą przypominającą uwiędłą różę i chorobliwie erotycznym wyrazem ust i oczu, wcale dobrze znała trzy obce języki”. Kiedy śniła o miłości, zmęczona całodzienną „obsługą” pani, jeszcze nocami musiała często zrywać się, by hipochondryczkę uspokajać. Nie miała w tym domu lekkiego chleba, ale Emilię bez wątpienia kochała. Łatwowierna, uwierzyła, że to o nią starał się bogaty Różyc, po odkryciu złośliwej intrygi Kirły popadła w rozpacz, ale równie szybko powróciła do dawnej kokieterii. „Drżącymi rękami, żółtsza niż kiedy i od płaczu zaczerwieniona, warkocz i kokardę na głowie poprawiała machinalnie, już osuwała brzeg stanika, by białą i kształtną szyję lepiej odsłonić. Potem za bolącą głowę chwytając się, na zapomnienie swoje wyrzekając, nad chorą, o której zapomniała, użalając się z pokoju wybiegła”.

Nie potrafiła zrozumieć, ona, romantyczka, jak Justyna mogła odrzucić tak wspaniałą partię i zrezygnować z Różyca. Uważała, że „Od takiego szczęścia umrzeć można”. Ona mogła najwyżej o takim losie marzyć. Rywalką Justyny o względy Jana Bohatyrowicza była Jadwiga Domuntówna. „Była to dziewczyna dwudziestoletnia, wysoka, z potężnymi rozmiarami ciała i twarzą tryskającą świeżością i zdrowiem”. Miała kasztanowe włosy splatane w gruby warkocz, szerokie plecy i duże, bose stopy. Była najbogatszą w okolicy dziewczyną, najlepszą partią do ożenku dla miejscowych kawalerów. Mieszkała razem z dziadkiem i zajmowała się ogromnym gospodarstwem. W zaścianku plotkowano, że z Jankiem „mają się ku sobie” i że pewnie będzie wesele. Dziewczyna jednak wyraźnie młodemu mężczyźnie się narzucała. Dla niego stroiła się, według własnego mniemania, elegancko.

Kiedy przyszła z dziaduniem w odwiedziny do chaty Anzelma, miała na sobie jaskrawo szafirową suknię z długim ogonem, ubłoconym od rosy. Na głowie piętrzyła się koafiura ozdobiona wstążkami i błyszczącymi szpilkami, u czerwonych rąk brzęczały bransolety. „Potężna jej kibić, która śród pola, w stroju pracownicy wiejskiej, przypominała poetyczną i w sile swej dobroczynną Cererę (...) w tym stroju zbyt ciasnym i zbyt długim wydawała się spętaną i niezgrabną; twarz jej, pięknie szafirowymi oczami i kasztanowymi brwiami przyozdobiona, wśród jaskrawych barw i błyskotek uderzała grubością rysów i burakową czerwonością cery”. Na widok Justyny nie potrafiła ukryć zazdrości i zaczęła półgłosem z niej szydzić. Przywołana do porządku przez Jana, który wstawił się za gościem stała się podobna do „rozgniewanej wilczycy (...) Policzki jej i nawet czoło zachodziły sinym prawie rumieńcem, z oczu sypały się iskry. (...) I gniew nieposkromiony, i ambitna obraza, i łkania z całej siły tłumione odzywały się w jej głosie”. Odeszła upokorzona i nieszczęśliwa.

Próbowała jeszcze Jana olśnić swym wyglądem i odzyskać podczas wesela u Jaśmontów. Pojawiła się na nim całkowicie odmieniona. „Kto ją przedtem bosą, rozczochraną i kulawego konia pędzącą widział, z trudnością teraz poznawał”. Miała na sobie amarantową suknię z tiurniurą, we włosach liście z pozłacanego papieru, na rękach białe rękawiczki, „a od całej jej osoby biły błyski złoto i srebro udających szpilek, kolczyków, bransolet. Szła wyprostowana, bardzo na twarzy czerwona, śmiała, lecz ponura”. Zdania weselników co do jej wyglądu były podzielone: jedni śmiali się, inni podziwiali. Ona jednak nie zwracała na to uwagi. Szukała Janka. Kiedy dostrzegła, że rozmawia z Justyną w oddaleniu, nie wytrzymała z zazdrości i cisnęła w parę kamieniem.

„Trzęsła się przy tym tak, jakby ją febra brała”. O jej postępku wszyscy się po chwili dowiedzieli i większość głośno ją potępiała, „Już wprzódy wyróżniający się strój, nadętość i pochmurność panny u wielu przychylność dla niej odjęły”. Zdania były jednak podzielone i o mało nie doszło do awantury. Na szczęście Janek wszystko obrócił w żart. Wyśmiana i załamana, zabrała dziadka do domu, płacząc z cicha. Zrozumiała, że Janek pokochał inną. Przemogła w sobie żal i na zakończenie wesela pojawiła się znowu odmieniona. Miała na sobie prostą, czarną suknię, a na szyi czarną, żałobną wstążeczkę. Po odjeździe gości odszukała Janka, by mu podziękować za obronę przed ludźmi. Życzyła mu szczęścia i powodzenia w dalszym życiu. Potem „Z wolna odwróciła się i z wolna, (...) wyprostowana i silna”, odeszła.

Zobacz też: Eliza Orzeszkowa - Nad Niemnem

Bolesław Prus

W Lalce BOLESŁAWA PRUSA główną bohaterką jest Izabela Łęcka. Panna Izabela „była niepospolicie piękną kobietą. Wszystko w niej było oryginalne i doskonałe”. Świat był dla niej „zaczarowanym ogrodem, napełnionym czarodziejskimi zamkami, a ona – boginią czy nimfą uwięzioną w formy cielesne”. Izabela od urodzenia bowiem „żyła w świecie pięknym i nie tylko nadludzkim, ale – nadnaturalnym. (...) Dla niej nie istniały pory roku, tylko wiekuista wiosna”, nie istniały pory dnia, różnice położeń geograficznych, nawet siła ciężkości, ponieważ podsuwano jej krzesło, podawano talerze, wożono itp. Egzystowała więc „wyższa nad ludzi, a nawet nad prawa natury”.O istnieniu świata „zwyczajnego” wiedziała, ponieważ przyglądała mu się z okien karety czy mieszkania.

Rozumiała, że mogą w nim żyć ludzie nieszczęśliwi, dlatego ubogim zawsze dawała kilka złotych. Uważała jednak, że widocznie popełnili jakiś ciężki grzech, skoro zmuszeni byli pracować – dla niej największym wysiłkiem było pociągnięcie za sznurek dzwonka albo wydanie rozkazu. Przekonana o wyższości arystokracji nad innymi warstwami społecznymi, była zdania, że na „wyżynach” można przebywać tylko z powodu urodzenia i majątku. Widziała jednak i to, że w jej świecie było bardzo dużo nieudanych mezaliansów. Przysłuchując się rozmowom młodych mężatek, „nabrała dużego wstrętu do małżeństwa i lekkiej wzgardy dla mężczyzn”. Od osiemnastego roku życia zaczęła traktować ich chłodno i z dystansem.

To spowodowało, że pretendenci do jej ręki stopniowo zaczęli się usuwać, wokół uczyniła się pustka. Doszła więc do wniosku, że z małżeństwem po prostu trzeba się pogodzić. Zdecydowała się wyjść więc za mąż, pod warunkiem jednak, że przyszły będzie się jej podobał, będzie miał piękne nazwisko i duży majątek. Przez kilka lat nikt taki jednak się jej nie trafił. Kiedy na dodatek rozeszła się fama o ruinie finansowej pana Tomasza, z konkurentów pozostał tylko baron i marszałek – obaj starzy. Decyzję co do wyboru jednego z nich odkładała jednak tak długo, że marszałek wyjechał na wieś a baron za granicę. Panna wiedziała wprawdzie, że każdy na zawołanie przyjedzie, ale nie było jej spieszno czynić z siebie ofiarę, choć nęciła chęć błyszczenia w salonach. „Jedna rzecz w wysokim stopniu ułatwiała jej wyjście za mąż dla stanowiska. Oto panna Izabela nigdy nie była zakochaną. Przyczyniał się do tego jej chłodny temperament, wiara, że małżeństwo obejdzie się bez poetycznych dodatków, nareszcie miłość idealna, najdziwniejsza, o jakiej słyszano”.

Żyła marzeniami i w jednej z takich chwil po raz pierwszy ujrzał ją Wokulski, „Odtąd serce jego nie zaznało spokoju”. Nie wiedział, że panna miota się między sprzedażą siebie i rodowego serwisu. Panna Izabela dowiedziała się także od swej ciotki, hrabiny Karolowej, że ktoś wykupił wekslowe długi jej ojca. Dowiedziała się także, że zastawę kupił już Wokulski. Zrozumiała, iż ów pan pragnie się do niej zbliżyć, ponieważ ośmielił się „Zagustować we mnie”. Pojęła, że od kiedy jej ojciec stracił majątek, „w takiej chwili przychodzi ten... kupiec, nabywa nasze weksle, nasz serwis, opętuje mego ojca i ciotkę, czyli – ze wszystkich stron otacza mnie sieciami jak myśliwiec zwierzynę. To już nie smutny wielbiciel, to nie konkurent, którego można odrzucić, to ... zdobywca”. Była pewna, że Wokulski pojechał na wojnę zrobić majątek po to, by ją zdobyć, że chce ją kupić.

Wolała już wyjść za mąż choćby za marszałka, ponieważ dla niej małżeństwo z kupcem „To już nawet nie upadek, to hańba”. Była bardzo niezadowolona, że hrabina zaprosiła Wokulskiego, że ciotka była nim oczarowana, a książę prawie mu się narzucał, a przecież to tylko kupiec. Stwierdziła : „Boję się tego człowieka”. Od świąt wielkanocnych Izabela często jednak o Wokulskim myślała, „a we wszystkich medytacjach uderzał ją niezwykły szczegół: człowiek ten przedstawiał się coraz inaczej”. Rozpoznała w nim „niespodziewane zjawisko”. Kiedyś był dla niej tylko zuchwałym dorobkiewiczem o czerwonych rękach, który od roku ścigał ją spojrzeniami. Dla niej był to wtedy „cyniczny brutal, który dorobił się majątku na podejrzanych spekulacjach po to, ażeby kupić sobie reputację u ludzi, a ją, pannę Izabelę Łęcką, u jej ojca!... (...) Był to przebiegły i bezczelny kupczyk, który w swoim sklepie pozował na upadłego ministra”.

Nienawidziła go za kupno sreber i przegrywania w karty z jej ojcem. Z czasem jednak zauważyła i jego zalety. Wypędził ze sklepu Mraczewskiego, ponieważ źle o niej mówił, ale na jedno jej słówko zatrudnił ponownie. Spostrzegła także w czasie święconego u ciotki, „że on o całą głowę przerasta towarzystwo”. Najwięksi arystokraci ubiegali się o znajomość z nim, prezesowa po rozmowie z nim rozpłakała się. Doszła też do wniosku, że Wokulski miał niepospolitą twarz, a rysy stanowcze i wyraziste. W tym czasie panna czuła się bardzo samotnie, prawie wszyscy odsunęli się od niej. Niedawni konkurenci obawiali się, że panna zaciągnie ich do ołtarza. „Świat salonów kochała panna Izabela na śmierć i życie, wyjść mogła z niego jedynie do grobu; ale – z każdym rokiem, a nawet miesiącem mocniej gardziła ludźmi”, nie mogła zrozumieć, jak świat mógł ją, piękną kobietę, ignorować dlatego tylko, że nie miała majątku.

Został jej tylko marszałek i baron, gdyż na Ochockiego liczyć nie mogła. Wtedy na myśl przychodził jej Wokulski. W czasie Wielkiego Postu życie w wielkim świecie nieco straciło na atrakcyjności, ale na nudę nie narzekano. Izabela brała udział we wszystkich zajęciach filantropijnych swojej sfery. Bywała na dobroczynnych koncertach, występowała jako anioł litości w żywym obrazie, grała w teatrze amatorskim. Zawsze otoczona adoratorami, zyskała przydomek „okrutnej”, ponieważ rozeszła się wieść, iż Szastalski chce z jej powodu odebrać sobie życie. Flirtowała w najlepsze, nie zważając na rozdrażnienie Wokulskiego. Na zwróconą sobie uwagę, że wobec skrzypka Molinariego zachowywała się prowokacyjnie i że rozdrażniony Wokulski niespodziewanie wyszedł, panna oburzyła się na insynuacje i stwierdziła, że wszak małżeństwo to nie więzienie, a ona sama na więźnia się nie nadaje.

Po powrocie do domu długo nie mogła usnąć. Przypominał się jej wieczór w towarzystwie skrzypka, jego komplementy na temat jej piękności, namiętne przytulanie ramienia, miłosne wyznania. Wierzyła, że pokochał ją od pierwszego wejrzenia. O mało nie doszłoby do zerwania między nią a Wokulskim, gdyby nie interwencja pani Wąsowskiej. Zaślepiony konkurent natychmiast udał się do Łęckich. Bela przyjęła go zmieszana i zarumieniona. Wokulski przepraszał, że obraził ją niesłusznymi podejrzeniami. Panna dała mu „nadzieję”, że wyjdzie za niego za mąż. Pan Stanisław namiętnie ucałował jej rękę i podarował swój talizman – medalion zawierający blaszkę metalu lżejszą od powietrza, oznajmiając, że odtąd nie ma już innego szczęścia na świecie, „została mi pani albo śmierć”. Panna Izabela nie zamierzała jednak zrezygnować z nieustannego udowadniania sobie własnej atrakcyjności.

Zobacz też: Bolesław Prus - Lalka

Już wcześniej narzeczony miał do niej pretensje o Starskiego, ale nie przejmowała się tym. Kiedy więc podczas wspólnej podróży do Krakowa pozwoliła, aby Starski traktował ją bezczelnie, Wokulski przeżył szok. „Zdawało mu się, że każde słowo Starskiego i panny Izabeli pada mu na twarz, na głowę, na piersi jak krople ołowianego deszczu”. Już nie chciał ich ostrzegać, że rozumie, o czym mówią. Słyszał, jak Bela twierdziła, że jej narzeczonemu można zarzucić, że nie jest młody, dystyngowany, za to zbyt sentymentalny i czasami nudny, ale na pewno nie chciwy. Starski z drwiną wspomniał o medalionie, przedślubnym prezencie. Panna była zmartwiona, że go zgubiła i jeszcze się nie znalazł. Bała się też reakcji Wokulskiego na wiadomość o tym fakcie. Kiedy narzeczony niespodziewanie wysiadł w Skierniewicach, bardzo odmieniony, panna przypatrywała mu się uważnie i dostrzegła w nim coś nowego „i – zainteresował ją. <>- pomyślała. W ciągu paru minut Wokulski bez powodu spotężniał w jej oczach, a Starski wydał się małym i zabawnym”.

Ogarnęła ją jednak jakaś trwoga. Zaręczyny zostały zerwane. Wąsowska wprawdzie usiłowała mu wytłumaczyć, że podsłuchana w pociągu rozmowa była zwykłą „flirtacją” i że Iza żałuje obecnie Wokulskiego. Widywała ją wszak przez dwa miesiące prawie codziennie i Bela bez przerwy o nim mówiła. Wiele razy też odwiedzała zasławskie ruiny, siadywała na kamieniu i raz nawet rzewnie się rozpłakała. Wokulski przysiągł, że w tej chwili największym jego pragnieniem jest, żeby zniknął najmniejszy ślad jego znajomości z panną Łęcką. Doszedł bowiem do wniosku, iż „Panna Izabela to kobieta innego gatunku aniżeli ja i tylko jakieś obłąkanie mogło mnie przykuć do niej”. Wąsowska wręczyła mu list Beli, którego ona była adresatką, by go przeczytał. Dowiedział się, że ciotka zapisała pannie sześćdziesiąt tysięcy rubli, więc będzie musiała nauczyć się oszczędności.

Informowała też, że nudzi się w Zasławiu i gdyby nie pewien młody inżynier, który dotrzymuje jej czasami towarzystwa, pewnie popłakałaby się. Pozwala mu czasem ucałować rączkę, bo przecież bez towarzystwa umarłaby. Donosiła także, że ojciec jest coraz słabszy i nieustannie robi jej wymówki, „wiesz za kogo”. Ponadto przepłakała całą noc dowiedziawszy się, że marszałek poprosił o jej rękę. Rozpaczała „nie dlatego że mogę zostać marszałkową, ale... że się to tak łatwo stać może!”. I rzeczywiście. W połowie września odwiedził Rzeckiego powracający z Zasławka Ochocki. Powiedział, że umarł pan Łęcki, najprawdopodobniej przez Izabelę. Otóż latem oświadczył się o pannę marszałek. Izabela nie odrzuciła go, więc pojechał na wieś, do hrabiny, u której Bela gościła wraz z ojcem. Stary marszałek zaczął uważać się za konkurenta, a tymczasem Łęcka codziennie jeździła w zamkowe ruiny w towarzystwie pewnego inżyniera.

Starający się o nią milczał, kobiety tłumaczyły pannie niestosowność takiego zachowania. Izabela twierdziła jednak, że marszałek powinien być zadowolony, że w ogóle pozwala na siebie patrzeć, nie ma też zamiaru wyrzekać się przyjemności dlatego tylko, że ma wyjść za niego za mąż. Podobno panna jeździła w gruzy po to, by tęsknić za Wokulskim. Inżynier wkrótce spostrzegł się i przestał z panną jeździć w ruiny, marszałek demonstracyjnie odjechał na Litwę. Panna i hrabina dostały spazmów. Łęcki nie powiedział nic i nagle umarł na apopleksję. Rzecki uznał pannę za potwora. Ochocki jednak stwierdził, że Bela jest „Nawet niegłupia i niezła w gruncie rzeczy, tylko... taka, jak tysiące innych z jej sfery”. Panna Izabela wyjechała potem za granicę i plotkowano, że podobno ma zamiar wstąpić do klasztoru. Ciekawą postacią w powieści była także panna Ewelina Janocka, wnuczka prezesowej Zasławskiej, zaręczona z baronem Dalskim.

Była to młoda dziewczyna. Kiedy Wokulski uścisnął jej dłoń, „poczuł lodowaty chłód; spojrzał na damę w białej narzutce i zobaczył pobladłą twarz z wielkimi oczyma, w których widać było smutek i obawę”. Prezesowa nie aprobowała jej wyboru, twierdząc, że „to dziwna dziewczyna”. Uważała, iż w Ewelinie „nie zbudził się jeszcze ani rozum, ani serce; wszystko w niej śpi”, że jej wnuczka „dziś jest tylko zepsute dziecko i lalka. Może kiedyś coś z niej wyrośnie, ale w tej chwili!... akurat Starski dla niej dobry”. Można było bowiem zauważyć, że nieustannie spoglądała na Starskiego z wyrazem bezgranicznej rozpaczy. Sama przyznawała w rozmowie z Wokulskim, że charakter „mam bardzo słaby. Nie umiem oprzeć się niczemu, lękam się odmawiać...

Może źle robię wychodząc za barona. Czy pan tak sądzi? Czy pan potrafiłby usunąć się od kogoś, kto by powiedział, że pana kocha nad własną duszę”? Wokulski doszedł do wniosku, że „panna oszukująca narzeczonego jest zupełnie nowym zjawiskiem (...) Wychodzi nieszczęśliwa bogato za mąż. A że jednocześnie serce odzywa się w niej, wielbiciel namawia ją, ażeby szła za mąż, i oboje sądzą, że pieszczota starego męża nie zepsuje im smaku, więc robią nowy wynalazek: zdradę przed ślubem”. Ewelina wyszła jednak za barona Dalskiego.

Henryk Sienkiewicz

Panna Oleńka Billewiczówna to bohaterka Potopu HENRYKA SIENKIEWICZA. „Była to urodziwa panna o płowych włosach, bladawej cerze i delikatnych rysach. Miała piękność białego kwiatu”. Na mocy testamentu dziadka miała do wyboru: wyjść za mąż za Andrzeja Kmicica albo zamknąć się w klasztorze. Prawie dwudziestoletnia Billewiczówna Oleńka nie widziała zapisanego jej testamentem pana Andrzeja od dziesięciu lat. Zastanawiała się, co się z nim mogło dziać i w głębi duszy czuła niepokój co do swoich dalszych losów. Niespodziewanie w drzwiach pojawił się nieznajomy. Panna ujrzała „płową jak żyto, mocno podgoloną czuprynę, smagłą cerę, siwe oczy bystro przed się patrzące, ciemny wąs i twarz młodą, orlikowatą, a wesołą i junacką”. Przed nią stał Andrzej Kmicic. Spodobał się jej od pierwszego wejrzenia – z wzajemnością. Kiedy odjechał do Lubicza, zaczęła tęsknić.

Przyznawała sama przed sobą, że bardzo się jej spodobał. „Zaniepokoił ją trochę, trochę przestraszył, ale jakże pociągnął zarazem właśnie tą fantazją, tą wesołą swobodą i szczerością”. Rozmyślała „i to ją ogarniała błogość niczym nie zmącona, to niepokój, ale i ten niepokój był jakiś luby”. Pan Andrzej odwiedzał Oleńkę codziennie i był coraz bardziej zakochany. Wychwalał ją pod niebiosa wobec własnej kompanii. Zapowiedział też, że mają wobec panny zachowywać się z szacunkiem i nawet słowem nie wspomnieć, co się w Lubiczu niedawno wyrabiało. Panna jest bowiem bardzo rozumna. „Co dobre, to ona zaraz pochwali, a co złe, tego zganić nie omieszka, bo wedle cnoty sądzi i w niej ma gotową miarę”.

Kiedy więc dowiedziała się, co pan Andrzej z kompanami wyprawiał w Lubiczu, z gniewu i żałości aż się rozpłakała. Powiadomiono też Oleńkę, że kompania Kmicica po wsi ściga dziewczęta, że na stół idą barany i woły, że zabili stajennego i że owe łotry wybierają się teraz do Upity, by pomóc dowódcy, a po drodze zajadą do Wodoktów, żeby prosić o ludzi i prochy. Nazajutrz, w niedzielny poranek, rzeczywiście przybyli. Panna wyszła im naprzeciw, „spokojna i wyniosła” i ledwie odpowiedziała na ich powitanie. Panna odmówiła dania ludzi i broni i powiedziała, że sama słyszała, jak pan Kimicic kazał im siedzieć w Lubiczu, „a tak myślę, że jemu przystoi rozkazywać, a waszmościom słuchać, jako podkomendnym”.

Słowa dziewczyny zdumiały ich. Gdy Kokosiński zauważył, że chcą Kmicicowi iść na ratunek, żeby mu się coś złego nie stało, stwierdziła, że „Co go może najgorszego spotkać, to waćpanów kompania”. Kazała im „iść precz”. Kiedy dowiedziała się potem od Kmicica, jak rozprawił się z mieszczanami, rozgniewała się. Stwierdziła, że pan Andrzej w takim razie „nie ma wstydu ani sumienia” i wstyd jej, że ledwie w te strony przyjechał, „już cię całe obywatelstwo ma za gwałtownika”. Jeżeli zaś on niczego i nikogo się nie boi, to ona obawia się gniewu bożego i ludzkich łez.

Przyznała też, że wie, co się w Lubiczu wyprawiało, bo o tym mówi cała okoliczna szlachta. Wie jednak, że to wszystko wina jego kompanów, którym ona kazała iść precz ze swego domu. Zdumionemu jej odwagą panu Andrzejowi zapowiedziała, że musi dokonać wyboru między nią a nimi. Kmicic zlekceważył jej groźbę. Powiedział, że nie musi wybierać, bo będzie miał i ją, i ich. Nie rozumiał jej zarzutów. Oleńka twardo zapowiedziała, że „nie pójdę za człowieka, na którym ciężą łzy ludzkie i krew ludzka, którego pacami wytykają, banitem, rozbójnikiem zowią i za zdrajcę mają”.

Poprosiła, by był uczciwy. Rozgniewany, ale i w głębi duszy zawstydzony, „Czuł się upokorzony. Nie wiedział, co jej odrzec, jak się bronić”. Pożegnał więc ją na zawsze, ale od progu zawrócił. Oleńka rozpłakała się z rozpaczy, więc przytulił dziewczynę do siebie, obiecując, że wszystko naprawi, byle tylko nie przestała go kochać. Nie był to jednak koniec jej zmartwień związanych z postępowaniem narzeczonego. Kiedy usłyszała, że Wołmontowicze się palą, od razu domyśliła się, kto napadł na zaścianek. Wraz z innymi niewiastami uklękła, by odmówić modlitwy za konających. Raptem rozległo się gwałtowne dobijanie się do drzwi. Ukazał się w nich Kmicic, „straszny, czarny od dymu, krwawy, zdyszany i z obłąkaniem w oczach”.

Powiedział, że koń mu padł pod lasem i że go ścigają. Słychać już było nadciągającą pogoń. Oleńka zapowiedziała domownikom, że nikogo tu nie ma, a Kmicicowi kazała schować się w przyległej izbie. W chwilę potem do domu wpadli Butrymi, Gościewicze, Domaszewicze i inni. Powiedzieli pannie, że Kmicic wymordował mieszkańców Wołmontowicz, a teraz oni chcą jego głowy. Dziewczyna powiedziała, by go w takim razie gonili, zapewniając, że tu go nie ma. Nieufny Józwa poprosił, by nie ukrywała go, bo to człowiek przeklęty.

Oleńka odparła: „Przeklinam go razem z wami”. Kiedy szlachta odjechała, powiedziała Kmicicowi, że nie chce go znać, niech bierze konia i uchodzi, bo „Krew na waćpana ręku jako na Kainowym! (...) Precz, na wieki”. Przewidywano, że pan Andrzej może usiłować porwać pannę, więc starano się ją chronić. Oleńka słuchała ciągłych przekleństw rzucanych pod adresem Andrzeja i czuła się winna, bo była pośrednią przyczyną wszystkich nieszczęść. „Dla niej to przybył w te okolice ów mąż szalony, który zburzył ich spokój i krwawą pamięć po sobie zostawił, prawa podeptał, ludzi pobił, wsie jak bisurmanin nawiedził ogniem i mieczem. Aż dziw było, że jeden człowiek mógł tyle złego w tak krótkim przeciągu czasu uczynić, i to człowiek ani zły zupełnie, ani zupełnie zepsuty. (...) Była cała przepaść między samym panem Kmicicem a jego uczynkami”.

Kochała go jednak i nic na to nie mogła poradzić, to było od niej silniejsze. Półtora miesiąca później otrzymała przez posłańca list od Kmicica. Przyznawał się do morderstw, ale tłumaczył, że uczynił to z zemsty za zabicie jego kompanów, którzy przecież chcieli tylko potańczyć ze szlachciankami. Obiecywał, że uczyni wszystko, co szlachta zechce, odda wszystko, byle tylko ona nie odwracała się od niego. „Ocaliłaś mi życie, ocalże i duszę moją, daj krzywdy nagrodzić, pozwól żywot na lepsze odmienić”. Billewiczówna rozpłakała się nad listem.

„Skrucha Kmicica zapewne była szczerą, ale dusza pozostała dziką i natura niepohamowana pewno się nie zmieniła się tak przez owe wypadki, aby o przyszłości można było myśleć bez trwogi”. Odpisała więc, że nadal nie chce go znać. Jeżeli okoliczna szlachta mu wybaczy, od niej także uzyska przebaczenie. Wątpi jednak, by to się kiedykolwiek stało, więc „waćpan szukaj gdzie indziej szczęścia, najpierwej zaś boskiego, nie ludzkiego, przebaczenia, bo ci boskie potrzebniejsze”. Tęskniła za nim jednak. Kiedy więc po jakimś czasie ujrzała go na dworze w Kiejdanach strojnego i będącego w łaskach u Radziwiłła, zdumiała się. „Toż ona sobie wyobrażała, że ów nieszczęśnik albo tuła się gdzieś po lasach, bez dachu nad głową, opuszczony od wszystkich, ścigany jak dziki zwierz przez sprawiedliwość (...) a tymczasem on znalazł się w Kiejdanach, wolny przy boku hetmańskim, dumny i strojny w lamy i aksamity, z pułkownikowskim buzdyganem za pasem, ze wzniesionym czołem, z rozkazującą, hardą twarzą junacką”.

Na zapewnienia Andrzeja, że stara się zmienić, byle tylko mu przebaczyła dawne winy, panna obiecała jednak tylko, że na razie do klasztoru nie pójdzie, ale nie wybaczyła. Nie wątpiła w szczerość pana Andrzeja, „bo to nie był człowiek, który by coś udawać umiał”, poza tym „w głębi serca kochała jeszcze tego junaka. Miłość tę przywaliła góra goryczy, rozczarowania i boleści, ale miłość żyła, gotowa zawsze wierzyć i przebaczać bez końca”. Kiedy jednak na wiadomość o poddaniu się Szwedom Kmicic rzucił buławy, więc nazwała go zdrajcą i „cofnęła się ze wstrętem w twarzy i zgrozą”. Na rozkaz hetmana miała zamieszkać na zamku. Gdy Kmicic przyjechał po nią i miecznika, by ich do Kiejdan eskortować, panna odpowiedziała z pogardą, że musi ich związać i prowadzić przy koniach, „bo inaczej nie pojedziem”.

Kmicic odparł, że choć nie ma łaski w jej oczach, to „Niech nas Bóg osądzi, kto ma słuszność: czy ja hetmanowi służąc, czy ty jak psa mnie poniewierając. Bóg ci dał urodę, ale serce zawzięte i nieubłagane. Radaś sama przycierpieć, by komuś większą jeszcze boleść sprawić”. Zapowiedział, że za dwa pacierze ma się znaleźć w kolasce, bo inaczej zastrzeli pana miecznika. Zmuszona jednak do przymusowego pobytu u Radziwiłła, nie mogła uniknąć widywania dawnego narzeczonego. Nawet na uczcie miała przy stole miejsce obok niego. Było im jednak ciężko znajdować się tuż przy sobie. „Mieli za sobą przeszłość, ale nie mieli przyszłości. Dawne uczucia, ufność, znajomość nawet, wszystko było potargane.

Nie było nic pomiędzy nimi wspólnego prócz uczucia zawodu i żalu”. Pan Andrzej ukradkiem na pannę spoglądał – i cierpiał. Oleńka też nie wiedziała, co o niedawnych wypadkach myśleć. Zrozumiała, „że Kmicic błądził, ale nie był tyle winny, nie zasługiwał na taką pogardę, na takie bezwzględne potępienie, jak poprzednio sądziła”. Aleksandra „wielbiła męstwo z całego serca, więc nie mogła się oprzeć mimowolnemu podziwowi dla tej rogatej, rycerskiej fantazji, którą można było chyba razem z duszą z ciała wypędzić”. Rozumiała też, że Kmicic służy Radziwiłłowi w dobrej wierze. Przyznawała też sama przed sobą, że go niesprawiedliwie osądzała i nie chciała przebaczyć nawet w obliczu śmierci. Oczekiwała jednak jakiejś oznaki wyrzutów sumienia. „Skruchy może Oleńka w twarzy kawalera nie dojrzała, ale dojrzała ból i zmęczenie wielkie” i ten widok spowodował, że zaczęła bezgłośnie płakać.

Kiedy wyjeżdżał i nie wiadomo było, czy się jeszcze spotkają, Oleńka na pożegnanie zapewniła, że nie żywi do niego żadnej urazy. Panna przyznała też, że była niesprawiedliwa i poprosiła o wybaczenie. Życzyła mu też, aby nawrócił się „na prawdziwą drogę, abyś zszedł z tej, po której błądzisz”. Pan Kmicic stwierdził jednak, że „Bóg intencje osądzi”. Poprosił, by nie płakała, „bo oszaleję”. Potem zaczął ją całować jak szalony, rzucił się do nóg i wybiegł z komnaty. Oleńka patrzyła przez okno, jak odjeżdżał.

Ona sama nie wiedziała, co ją w najbliższej przyszłości czeka. Zainteresował się nią bowiem książę Bogusław. Interesowało go przede wszystkim to, czy panna jest ładna. Książę Janusz jednak wątpił, czy dałaby się zniewolić, ponieważ „Nie masz takich wiele między naszymi niewiastami... Rozum zgoła męski... i Jana Kazimierza najżarliwsza partyzantka”. Postanowiono więc, że Oleńka pojedzie do Taurogów, a Kmicicowi zaproponuje się wymianę dziewczyny na listy. Bogusław poradził też, by Billewiczównę zaprosił dziś na wieczerzę i nie dziwił się temu, co on, Bogusław, będzie mówił. Kiedy Radziwiłl powiedział, że Kmicic to zdrajca, który planował porwanie króla, z oburzeniem początkowo zaprzeczyła, potem jednak doszła do wniosku, że pana Andrzeja rzeczywiście na wszystko stać. Późno w noc długo klęczała przy swym łóżku, ale „Pierwszy raz od czasu wyjazdu Kmicica nie chciała, nie mogła modlić się za niego”. Kiedy nie z własnej woli znalazła się w Taurogach, nawet nie przeczuwała grożącego niebezpieczeństwa.

Bogusław chciał ją posiąść. Nie mógł jednak panny zdobyć gwałtem, bo składało się na to wiele przyczyn. Najbardziej bał się krzyku, który wtedy musiałby powstać na całej Litwie. Urządzał więc dla Oleńki rozmaite rozrywki i oczyma starał się wyznać jej swą miłość. Czekał na jakiś znak aprobaty. Otoczona przepychem Oleńka, adorowana przez Bogusława, nie mogła jednak zapomnieć o haniebnych uczynkach Kmicica. „Nie mogła sobie darować, iż go kochała, a zarazem nie mogła go zapomnieć nienawidząc”.

Swoją przyszłość planowała więc w klasztorze. Nie przeszło jej nawet przez myśl, że stała się obiektem pożądania. Kiedy dowiedziała się, że książę poprosił miecznika o jej rękę, oznajmiła, że na mocy testamentu dziadka mogła tylko wyjść za Kmicica albo udać się do klasztoru. Gdyby jednak nawet nie wiązałby jej zapis, to i tak by za niego nie wyszła. Rozgniewany odmową Radziwiłł próbował zniewolić ją siłą. Uratowała ją od hańby nagła niemoc księcia. Dalszy pobyt w Taurogach upływał jej podczas nieobecności Radziwiłła. Przybyła za to Anusia Borzobohata, także siłą sprowadzona na zamek. Między dziewczętami szybko nawiązała się przyjaźń. Obie stanowiły przeciwieństwo: „Jedna miała powagę w duszy, głębokość uczuć, niezłomną wolę i rozum; druga, przy dobrym sercu i czystości myśli, była dzierlatką”. Obie postanowiły przy sprzyjającej okazji uciec z Taurogów.

Pannom udało się dotrzeć do Wodoktów. Oleńka zamierzała z początkiem nowego roku wstąpić do klasztoru benedyktynek. Pewnego dnia, kiedy w towarzystwie pana Tomasza udawała się do Mitrunów, ujrzała nadciągające z naprzeciwka sanie. Wieziono do Lubicza Kmicica, ciężko rannego w jednej z ostatnich bitew na południu. Panna, po powrocie do Wodoktów, posyła do Lubicza księdza z ostatnim namaszczeniem. Potem przez kilka następnych dni dowiadywała się przez posłańców o stan rannego. Kiedy staje się jasne, że pan Andrzej przeżyje, nie dopytywała się już o niego. Nie mogła mu wybaczyć dawnych haniebnych czynów. Jakież było jej zdumienie, kiedy w pewną niedzielę ujrzała w kościele pana Andrzeja, „cofnęła się nagle, jakby przerażona; naprzód płomień, a potem bladość śmiertelna wystąpiła na jej twarz”.

Słysząc publicznie odczytywany przez księdza list o zasługach Kmicica dla ojczyzny, „trzęsła się cała, jak w paroksyzmie febry”, potem cicho jęczeć. Potem niespodziewanie pan Andrzej uczuł, „że jakaś dłoń miękka chwyta jego rękę, spojrzał: była to Oleńka, i nim miał czas pomiarkować się, cofnąć dłoń, panna podniosła ją i przycisnęła do ust wobec wszystkich, w obliczu ołtarza i tłumów”. Dziewczyna szybko uciekła z kościoła. Rozgorączkowana, wyrzucała sobie, że to ona najbardziej go skrzywdziła i pozostał jej już tylko klasztor. Gdy niedługo potem rozentuzjazmowany tłum wniósł na rękach Kmicica, Oleńka spojrzała w zmizerniałą twarz i rozpłakała się. Obsunęła mu się do kolan, stwierdzając: „Jędruś! Ran twoich niegodnam całować!”. Przytulił ją do piersi, a tłum zaczął wiwatować. Wkrótce potem odbyło się huczne weselisko Billewiczówny z Kmicicem.

Zobacz też: Henryk Sienkiewicz - Potop

Fiodor Dostojewski

Sonia Marmieładowa ze Zbrodni i kary FIODORA DOSTOJEWSKIEGO nie wyglądała na prostytutkę. Miała najwyżej szesnaście lat, była drobniutka i szczuplutka. Twarzyczkę o ogromnych szafirowych oczach okalały włosy blond. „Była to twarz chudziutka, zupełnie chudziutka i blada, o rysach dosyć nieregularnych, o nazbyt spiczastym małym nosku i podbródku. Nie można jej było nawet nazwać ładniutką, lecz za to jej błękitne oczy były takie świetliste, a gdy się ożywiały, wyraz jej twarzy stawał się tak poczciwy i szczery, że mimo woli zjednywała każdego”.

Ojciec próbował kiedyś wpoić w nią trochę wiedzy, nauczyć podstaw geografii i historii powszechnej, ale lekcje szybko się zostały zaniechane. Odtąd nie rozstawała się już tylko z biblią. Kiedy Marmieładow ożenił się po raz drugi z wdową obarczoną dwójką dzieci, dla Soni w domu zaczęło brakować miejsca. Macocha wyzywała nieszczęsną od darmozjadów i leniów. Pewnego wieczoru nie mogła już znieść wyzwisk, ubrała się i wyszła. Po kilku godzinach wróciła, przynosząc trzydzieści rubli. Tak oto z głodu i poniżenia rozpoczął się jej upadek. Zaczęła sprzedawać ciało, by pomóc rodzinie, ale gorąco wierzyła, że Bóg jej to wybaczy. Sonia nie znajdowała dla siebie żadnego usprawiedliwienia.

A przecież to tylko litość nad chorą umysłowo macochą i trójką dzieci zmusiła dziewczynę do tak desperackiego kroku. Jej postawa wobec życia, żarliwa obrona obłąkanej Katarzyny Iwanowny i bezgraniczne poświęcenie wzbudziły podziw Raskolnikowa. Sonia prawdopodobnie miewała myśli samobójcze i Raskolnikow trafnie to odgadł. To żarliwa wiara w Boga uchroniła ją przed ostatecznym krokiem. Dziewczyna, mimo uprawianego procederu, była jeszcze czysta duchowo, „cała ta hańba musnęła ją tylko mechanicznie; prawdziwa rozpusta jeszcze się nie wsączyła do jej serca ani jedną kropelką”. Wierzyła, że kiedyś odkupi swój grzech. Była też pełna wyrozumienia dla błędów innych ludzi.

Kiedy Raskolnikow przyznał się jej do zabójstwa, nie odepchnęła go uznawszy, że był bardziej nieszczęśliwy niż ona. Obiecała nigdy go nie opuścić. Poprosiła tylko, by przyznał się i pogodził z karą, ponieważ trzeba „Przyjąć cierpienie i odkupić się przez nie”. Poszła za nim pod biuro policji, żeby się upewnić, czy słowa dotrzyma. Kiedy Rodion został skazany na katorgę, wyruszyła na Syberię za nim. Zamieszkała w mieście, w pobliżu więzienia. Wkrótce wszyscy więźniowie bardzo dziewczynę polubili. I „stopniowo między nimi a Sonią ustaliła się bliższa komitywa: pisywała im listy do krewnych (...) Ich krewni i krewne, przyjeżdżając do miasta, na ich prośbę zostawiali u Soni rzeczy dla nich, a nawet pieniądze. Ich żony i kochanki znały ją i odwiedzały.

I kiedy przychodziła do Raskolnikowa na miejsce pracy albo gdy mijała aresztantów udających się na roboty – wszyscy zdejmowali czapki, wszyscy się kłaniali. (...) Uśmiechała się, kiwała głową i wszyscy lubili, gdy się uśmiechała. Lubili nawet jej chód, obracali się, żeby za nią popatrzeć, chwalili ją, chwalili za to nawet, ze taka jest malutka – sami już nie wiedzieli, za co jeszcze ją pochwalić. Nawet chodzili do niej się leczyć”. Poprzez dobrowolny pobyt na katordze, Sonia Marmieładowa odrodziła się moralnie.

Nikt tu nie wytykał jej palcami, nikt nie wypominał przeszłości. Doczekała się nawet tego, że Rodion pokochał ją prawdziwie i szczerze. Kiedy ciężko się rozchorowała, Raskolnikow przestraszył się, że może zostać sam, że dziewczyna może umrzeć. Rzucił się ze łzami do stóp dziewczyny. „Zrazu przeraziła się, twarz jej zmartwiała. Zerwała się z miejsca i patrzyła na niego drżąc. Ale natychmiast, w tejże chwili pojęła wszystko. W jej oczach zajaśniało bezgraniczne szczęście: zrozumiała i już nie było dla niej wątpliwości, że ją kocha, kocha ją nieskończenie, i że oto nareszcie przyszła jednak ta chwila...” Jej męka skończyła się. Zapomniała o dawnym życiu, o doznawanych przykrościach. Wspólnie postanowili przeczekać te siedem lat do końca wyroku. Miejsce Soni było przy Rodionie, „ona przecież żyła tylko jego życiem”.

Zupełnie inna była Dunia Raskolnikowa, siostra Rodiona. „Awdotia Romanowna była bardzo ładna: wysoka, nad podziw zgrabna, silna, pewna siebie, co przebijało ze wszystkich jej ruchów, wcale jednak nie uszczuplając ich miękkiego wdzięku”. Miała ciemnoblond włosy, prawie czarne oczy. „Była blada, lecz nie chorobliwie; rysy jej tchnęły hożością i zdrowiem”. Mieszkała wraz z matką w małym miasteczku i na utrzymanie pracowała początkowo jako guwernantka w domu Swidrygajłów. Jej uroda zwróciła jednak uwagę pana domu i zaczął się do dziewczyny ordynarnie zalecać. Gospodyni, Marfa Pietrowna, niesłusznie oskarżyła Dunię o romans z jej mężem i po wielkiej awanturze wyrzuciła z domu. Przez ponad miesiąc była towarzysko bojkotowana, plotkowano złośliwie na jej temat. Swidrygajłow poczuł jednak wyrzuty sumienia, że stał się sprawcą nieszczęścia niewinnej. Pokazał żonie list, który kiedyś panna napisała do niego, zawierający prośbę, by przestał ją nękać i nie czynił źle wobec własnej rodziny.

Marfa Pietrowna rozgłosiła wieść po całym mieście, przepraszając i całkowicie Dunię oczyszczając z zarzutów. Wkrótce potem o dziewczynę zaczął starać się Piotr Łużyn. Awdotia postanowiła wyjść za niego za mąż, chociaż go nie kochała. Postanowiła poświęcić się, by zapewnić godziwy byt matce i bratu. Przekonywała jednak brata, że „nie wyjdę za niego bez przekonania, że ceni mię i dba o mnie; nie wyjdę za niego bez mocnego przekonania, że i ja mogę go szanować”. Postawiona przez narzeczonego przed koniecznością wyboru: on albo brat, pokazała Łużynowi drzwi.

Nie bała się już biedy, ponieważ Marfa Pietrowna zapisała jej trzy tysiące rubli w spadku, nie musiała się więc sprzedawać niekochanemu człowiekowi, by najbliższym zapewnić godziwy byt. Kiedy dowiedziała się o zbrodni brata, nie odsunęła się od niego. Już wcześniej wyczuwała, że Rodiona coś dręczyło. Teraz zapewniała go, „że gdyby się zdarzyło, iż mogłabym być ci potrzebna, albo gdyby mogło ci się przydać... całe moje życie, albo coś... to zawołaj mnie, a przyjdę”. Tymczasem w jej życie wkroczył ponownie Swidrygajłow. Zwabił ją do pustego mieszkania i zaczął wyznawać miłość. Dunia była już zakochana w Razumichinie, Swidrygajłem się wprost brzydziła, więc z oburzeniem odrzuciła jego awanse.

Kiedy mężczyzna stał się natrętny, „Dunia podniosła rewolwer i trupio blada, ze zbielałą, drżącą dolną wargą, z pałającymi jak ogień, wielkimi czarnymi oczami patrzyła na niego, zdecydowana, mierząc go wzrokiem”. Gdy uczynił krok w jej stronę, strzeliła – kula musnęła mu włosy i utkwiła w ścianie. Swidrygajłow jednak nie zamierzał ustąpić. Podszedł do dziewczyny i łagodnie objął. „Nie stawiała oporu, ale cała drżąc jak liść patrzyła na niego błagalnymi oczyma”. Teraz on z kolei zrozumiał, że dziewczyna nigdy go nie pokocha. Uwolnił ją, a Dunia jak nieprzytomna wybiegła z pokoju. W jakiś czas potem wyszła za mąż za poczciwego Razumichina.

Młoda Polska

Stefan Żeromski

W powieści Ludzie bezdomni STEFANA ŻEROMSKIEGO główną bohaterką była Joasia Podborska. Była to panna dwudziestotrzyletnia, „ciemna brunetka z niebieskimi oczami, prześliczna i zgrabna”. Miała oczy „szczere aż do naiwności. Zarówno jak cała twarz odzwierciedlały subtelne odcienie myśli przechodzących, oddawały niby wierne echo każdy dźwięk duszy i wszystko mówiły bez względu na to, czy kto widzi lub nie, ich wyraz”.

Judym poznał ją w Paryżu, kiedy wraz z panią Niewadzką i pannami Orszeńskimi zwiedzała muzeum. Jej oczy intrygowały doktora, „Widać było, że każda rzecz staje się wobec tych oczu jako zjawisko naturalne i dobre. Czasami jednak przebijała się w nich zmęczona niechęć i uśmiech zabity. Ale i w tym było coś dziecięcego: szczerość, szybkość i potęga. Jak wyraz twarzy, tak samo ruchy panny Joanny miały w sobie coś... niepodobnego”. Joasia była sierotą, miała dwóch braci – jeden przebywał i potem zmarł na Syberii, drugi prowadził rozpustne życie w Szwajcarii.

Po śmierci rodziców wychowywała ją ciotka. Jako siedemnastolatka wyjechała z Kielc do Warszawy, gdzie otrzymała posadę guwernantki. Musiała pomagać bowiem finansowo młodszym braciom. Predygierowie, których córką się opiekowała, traktowali dziewczynę dobrze, ale chłodno. Joasia w wolnych chwilach chodziła do teatru, na prelekcje. Potem zaczęła dawać lekcje w wielu domach i dla oszczędności zamieszkała z młodą Francuzką. Nieustannie zapracowana, biegała po mieście, zmęczona do granic możliwości.

Odpocząć mogła dopiero w czasie świąt. Czuła się bardzo samotna i przygnębiona, miewała zmienne nastroje. „Już sama nie wiem, czego chcę. (...) Dlatego cierpię i nic w sobie zmienić nie umiem. (...) Do niczego nie mam ochoty. Sama siebie pytam, czego mi się chcieć może i ciągle, nie mówiąc sobie tego, stwierdzam, że pragnęłabym jednej tylko rzeczy: nie być”. Przed objęciem posady w Cisach odwiedziła jeszcze rodzinne Głogi i wujostwo oraz groby rodziców. W uzdrowisku poznała bliżej Tomasza Judyma. Pewnego dnia natknęła się na niego niespodziewanie, kiedy wracała z bezowocnych poszukiwań Natalii, która potajemnie wzięła ślub z Karbowskim.

Od tej pory spotykali się coraz częściej, razem spacerowali i Joasia nie wiedziała, że pan Tomasz nazywa ją w myślach „narzeczoną”. „Judym nie pragnął panny Joasi jako kobiety, nigdy z niej w marzeniu nie zdzierał szat dziewiczych. Pachnące dymy błękitne otoczyły ją i zasłaniały od myśli pożądliwych. Nade wszystko, nad piękność, dobroć i rozum kochał w niej swoją czy jej miłość”. Kiedy oświadczył, że zostanie jej mężem, „nie okazała zdziwienia. Szła w spokoju. Blada jej twarz wydawała się uśpioną”. Gdy ją jednak pocałował, „Szczęście jak ciepła krew wpłynęło do jej serca falą powolną. (...) W ustach swych wyrazów znaleźć nie mogła. Mówiła pocałunkami o głębokim szczęściu swym, o dobrowolnej ofierze, którą witała”. Po przenosinach Judyma na Śląsk niespodziewanie przyjechała do narzeczonego. Pan Tomasz przyjął ją dziwnie ozięble.

„Kiedy niekiedy podnosiła oczy pełne blasku i wówczas odrobina żalu za tak sztywne przyjęcie ukazywała się na jej czystej twarzy”. Stała się niespokojna i zaczęła podświadomie czegoś się obawiać. „Serce Joasi było strwożone. (...) Spojrzała na Judyma szukając w jego oczach zaprzeczenia, ale ta twarz droga była martwa”. Żeby jakoś rozładować atmosferę zaczęła opowiadać o swoich zajęciach, nauce prowadzenia gospodarstwa, gotowania, prasowania. Głośno marzyła o skromnym mieszkaniu z prostymi meblami i kwiatami w oknach. Zapewniała narzeczonego, że „Wszystko to pokochamy, to będzie nasze, w krwawym trudzie zdobyte, bez krzywdy niczyjej”.

Obiecywała, że „Wszystko to pokocham, bo będzie pochodziło od ciebie, z rąk twoich czystych. Te przedmioty staną się częścią mojej osoby, tak jak ręka, noga, może jak sama głowa, jak samo serce”. Kiedy jednak Judym stwierdził: „Ja jestem z motłochu, z ostatniej hołoty. Ty nie możesz mieć wyobrażenia, jaki jest motłoch. Nie możesz nawet objąć tego dalekim przeczuciem, co leży w jego sercu. Jesteś z innej kasty...”, straszliwe przeczucie owładnęło jej sercem. Dowiedziała się, że Tomasz chce dalej przez życie iść sam. Zmartwiona zapewniła, że go nie wstrzyma. „Były to wyrazy ciche i oblane krwią wstydu. Zdawało się, że z żył, gdy to mówiła, krew rozpalona wytryśnie”.

Usiadła i zastygła „jakby w twardy sen pogrążona, kiedy wypijamy morza boleści, nie mając siły wydać jednego westchnienia. W pewnej chwili Judym usłyszał jej płacz samotny, jedyny, płacz przed obliczem Boga”. Potem powoli wstała. Jej twarz wyglądała „jak maska pośmiertna z gipsu”. Odeszła w stronę dworca. W powieści Żeromskiego występowała też panna Natalia Orszeńska, jedna z wnuczek pani Niewadzkiej. Dziewczyna siedemnastoletnia, „Była to śniada blondynka, z twarzą o cerze mętnej, smagławej. Czoło miała dość wąskie, nosek prosty, wargi cienkie i zawarte. Nie można było określić, czy jest ładna, czy brzydka. Wywierała wrażenie śniącej czy rozmarzonej, bo powieki miała prawie przymknięte”. Judym poznał ją i jej towarzyszki w Paryżu. Zainteresowała go, ponieważ „We wzroku tej dziewczyny było coś, jakby zimny, niepołyskujący blask księżyca, kiedy nad senną ziemią tarcza jego we mgłach się kryje”. Natalia kokietowała doktora z wyraźnym rozbawieniem. Podczas jazdy tramwajem nieznacznie trąciła nóżką Judyma, a „Na wargach, z których dolna była leciutko odchylona, stał uśmiech nieopisany, uśmiech pełen jadu i swawoli”.

Kiedy pan Tomasz spojrzał na pannę, „Barwa jej policzków przeszła w bladość, która, zdawało się, roztopiła w sobie uśmiech otaczający usta”. W pewnym momencie lekko się o doktora oparła, „Chciała o czymś mówić, ale tylko uśmiechnęła się prędko”, potem przez chwilę „śmiało, badawczo, upajająco patrzała mu w oczy”. Po raz drugi Judym spotkał Natalię w Cisach, podczas nabożeństwa. Po mszy przywitał się z pannami i wraz z nimi został zaproszony przez proboszcza na śniadanie. Kiedy na plebanię przybył Karbowski, doktor zrozumiał, że panna Natalia jest zakochana w owym kuracjuszu. W chwili jego wejścia „była blada jak papier. Usta jej przymknęły się w sposób szczególny, jakby miała za chwilę wybuchnąć płaczem, a cała twarz stała się tak piękna, że niepodobna było oczu oderwać”. Panna Orszeńska nie miała siły ukrywać wyrazu swoich oczu. Zakochani zapomnieli nawet o obecnych przy nich ludziach.

„Słowa płynące z ust młodego człowieka panna Natalia witała dziwnymi, pełnymi boskiego wdzięku ruchami warg i nozdrzy, jakby czuła zapach każdego wyrazu i na każdym niby na róży przysłanej składała pocałunek”. Po wyjeździe Karbowskiego pan Tomasz próbował zalecać się do dziewczyny. Ona jednak była obojętna tak wobec niego jak i innych mężczyzn. Kiedy pojawiała się na balu czy raucie olśniewająco piękna, „wszystko, co żyło, na śmierć się w niej kochało”. Ona wyczuwała ten ogólny zachwyt, „ale nie raczyła go widzieć. Była zawsze zimna, obojętna, jakby wyrwana z tego życia”. Czasami bawiła się, ale mężczyznę zachęconego jej chwilową wesołością gasiła „jednym spojrzeniem i jednym uśmiechem innego rodzaju”. Pewnego dnia uciekła z Karbowskim i potajemnie wyszła za mąż.

Zobacz też: Stefan Żeromski -  Ludzie bezdomni

Władysław Stanisław Reymont

Jagna Dominikówna, bohaterka Chłopów WŁADYSŁAWA STANISŁAWA REYMONTA do czasu zamążpójścia za Macieja Borynę stanowiła główny temat plotek lipieckich kobiet. Gadały, że „Jagna kiej pani jaka i druga dziedziczka, ino się stroi... a myje, a w lusterku przegląda, a warkocze zaplata”, a jej bracia oporządzają za nią całe gospodarstwo, żeby sobie rąk nie ubrudziła. Zawistnie i złośliwie stwierdzały, że dziewczyna „patrzy jeno, kogo by puścić pod pierzynę, któren aby mocny”. Plotkowały, że „jak za suką chłopaki za nią ganiają”, nawet Antek Boryna, mąż Hanki.

Z czysto kobiecą zazdrością mówiły: „A bo też urodę ma, to ma; wypasiona kiej jalowica, biała na gębie, a ślepie to ma rychtyk jak te lnowe kwiatki... a mocna, że i niejeden chłop jej nie uradzi”. Stary Boryna był dwukrotnym wdowcem, nic więc dziwnego, że kiedy wójt zaczął zachwalać Jagnę, że to „Sielna dziewucha, a rosła, że przez płot nie przejdzie, bo żerdki pod nią pękają”, zaczął zastanawiać się nad ewentualnym ożenkiem z najpiękniejszą panną we wsi. Kiedy ujrzał ją w niedzielę po mszy, utwierdził się w swym postanowieniu.

Stojąca wraz z matką niespełna dziewiętnastoletnia Jagna „wzrostem była równa i chłopom najroślejszym, a strojna dzisiaj była, że aż oczy rwała parobków (...) że i drugiej dziedzicównie z nią się nie mierzyć”. Wszystkie kobiety z zawiścią przyglądały się jej tęczowemu wełniakowi, wysokim, czarnym, sznurowanym butom, aksamitnemu gorsetowi i okalające szyję sznury bursztynów i korali. Ona jednak nie dostrzegała tych spojrzeń, „błądziła modrymi oczami po głowach i natknąwszy się na wlepione w siebie oczy Antka, oblała się rumieńcem” i pociągnęła matkę w stronę domu. Dziewczyna była gospodarską córką, więc do żeniaczki z nią było wielu chętnych. Pannie jednak do zamążpójścia się nie spieszyło.

Wolała być swobodna i od nikogo nie zależna. Podczas jarmarku, kiedy spacerowała między kramami, ludzie oglądali się za nią, „taka była urodna i taka młodość i zdrowie biło od niej”. Zachwycony Maciej podarował jej jedwabną chustkę z prośbą, by, póki co, nie spieszyła się ze zrękowinami z jakimś parobkiem. Niedługo potem do chaty Dominikowej przyszedł Jambroży, by poznać szanse Boryny. Matka zapowiedziała, że córki na poniewierkę nie odda, że Maciej dla Jagny jest za stary. Dziewczyna obojętnie przysłuchiwała się targom o siebie, stwierdzając: „Mnie ta wszystko jedno, każecie, to pójdę... wasza w tym głowa, nie moja”. Poza tym „A bo to jej źle było przy matce? Robiła, co chciała, i nikt jej marnego słowa nie powiedział. Co ją tam obchodziły gronta, a zapisy, a majątki – tyle, co nic, abo i mąż? Mało to chłopaków latało za nią? – niechby tylko chciała, to choćby wszystkie na jedną noc się zlecą”.

Jagna jednak zaprzątnięta była namiętnością do Antka. Zaproszona do Borynów na szatkowanie kapusty, przez cały dzień nie mogła sobie znaleźć miejsca. „Jagnę aż podrywało, żeby gdzie bieżyć we świat, do ludzi (...) to się jej odechciewało wszystkiego... że w końcu aż się jej płakać chciało z tej jakiejś dziwnej tęskności”. Niespodziewanie odwiedził ją Mateusz. Kiedyś plotkowano, że spotykali się nocami w sadzie. Żenić się jednak nie zamierzał, więc jakoś wszystko się rozeszło. Po półrocznym niewidzeniu chwycił ją wpół i zaczął namiętnie całować, „że mu dziewczyna całkiem zmiękła i leciała przez ręce kiej woda”. Puścił Jagnę, słysząc w sieni czyjeś kroki. Dominikowa wygoniła zalotnika. Dostało się i Jagnie za dawne „amory”.

„Siedziała cicho, aż zmartwiala ze strachu, ale kiedy słowa matki dojęły ją do żywego... przecknęła, schowała głowę w pierzynę i wybuchnęła płaczem i wyrzekaniami... rozżalona była srodze... bo przecież nic temu niewinna... (...) Zawsze się z nią tak dzieje, że niech kto a ostro spojrzy na nią albo i ściśnie mocno... to się w niej wszystko trzęsie, moc ją odchodzi i tak mdli w dołku, że już o niczym nie wie... co ona winowata?”. Kiedy się uspokoiła, poszła do Borynów, pięknie przystrojona. Nieustannie spoglądała na szatkującego kapustę Antka, a kiedy on spojrzał, rumieniła się i spuszczała oczy. Gdy jeden z parobków zaczął przygrywać na skrzypcach, aż się popłakała, „że to czujna była na muzykę jak mało kto”, wstydziła się łez, ale one „kapały same z tej onej tęskliwości dziwnej, co jej w sercu była wstała w sercu nie wiadomo za czym”.

Kiedy zaczęto się rozchodzić, idąca samotnie ku chałupie Jagna uczuła, jak Antek niespodziewanie objął ją „i tak przytuleni do siebie zginęli w ciemnościach”. Wkrótce potem w Lipcach dowiedziano się, że Boryna wysłał do Dominikowej swatów. Jagna przepiła do nich na znak zgody na zamążpójście, ale potem uciekła płacząc do komory. Zrękowiny odbywały się w karczmie. Narzeczony obiecywał jej spokojne i dostatnie życie, namawiał do jedzenia i picia. „Jagna spokojnie wszystko przyjmowała, zimno i obojętnie, jakby to nie jej zmówiny były dzisiaj”. Antkowie ostatni dowiedzieli się o zapisie dziewczynie sześciu morgów. Z tego powodu w chałupie Borynów wybuchła straszna awantura. Zrozpaczony Antek, uświadomiwszy sobie, że dziewczyna stanie się wkrótce jego macochą, nie panując nad sobą krzyknął, że to „lakudra jest, włók (...) A spał z nią, kto chciał”.

Zobacz też: Władysław Stanisław Reymont - Chłopi

Stanisław Wyspiański

W Weselu STANISŁAWA WYSPIAŃSKIEGO występują dwie panny – Zosia i Haneczka. Przybyły wraz z ciotką Radczynią na zaślubiny inteligenta z chłopką do podkrakowskich Bronowic. Haneczka, uzyskawszy pozwolenie na zatańczenie z drużbą Jaśkiem, obiecała mu, że jeszcze z nim zatańczy. Przyjechała, by się pobawić. To jednak ona dostrzegła „Gonitwy po niebie konne; / rycerze jacyś ogromni / stoją równo w dwa szeregi”. Poprosiła nawet, by Czepiec dał jej kosę do ręki. Dziennikarz mówił o Zosi, że to „obrazek malowany, bez skazek, / farby świeże, naturalne, / rysunek ogromnie prawdziwy, / wszystko aż do ram idealne”. Zosia mało tańczyła, wolała obserwować weselników, „patrzę na ludzi / jak na przeróżnych ludzi”. Wszystko się jej tu podobało, ale czuła, że to sztuczne, „jak widzę w lichej poniewierce / rzeczy górne i piękne, i czułe, / to mnie boli”.

Nie miała złudzeń, że nadawałaby się na żonę dla chłopa, ale była pewna, „że tam mój taniec coś znaczy”. Stwierdziła także, że ojczyzna to uczucia tkwiące w człowieku, że tylko rozbudzając patriotyzm Polaków można spróbować ratować ojczyznę. Marzyła się jej wielka miłość, ale Haneczka pozbawiła ją złudzeń, ponieważ „Musisz przejść wprzódy cierpień koło, / przejść musisz wprzódy nędzę, bole, / a potem kiedyś będzie wesoło, / jak ci serce dość nakole”. Zosia pragnęła podarować ludziom szczęście, „żeby się tak nie umęczali (...) żeby się syto nakochali, / żeby się wszystko im kręciło”. Haneczka stwierdziła jednak, że najważniejszy jest ślub, „a potem sobie możesz kochać”.

Jej siostra tęskniła jednak za miłością idealną, wzajemną. Ciekawą postacią była Rachela, o której jej ojciec Mosiek mówił, „że zamiast snu / woli widok panów i wesele - / wykształcona. (...) Mówi, że ją muzyka bierze, / za mąż jej nie biorą jeszcze”, że była w Wiedniu na operze, sama sobie pierze, „zna cały Przybyszewski, / a włosy nosi w półkole, / jak włoscy w obrazach anieli”. Twierdził, że córka „lubi te poety; / ona nawet chłopy lubi”. Rachela przyznała, że przyciągnęła ją ta „chałupa rozśpiewana” i to jak z bajki przedstawienie, ponieważ to „się do poezji nada”.

Zachwycony jej widokiem Poeta zauważył, że „Oto od stóp głowy do nóżek: / Galatea!”. Dziewczyna jednak nie reagowała na jego zaloty, twierdząc, że pragnie „Miodu, rozkoszy, słodyczy, / miłości, roznamiętnienia / i szczęścia”. Nie zaprzeczała, że zawsze marzyła o wolnej miłości, ale gdyby jej zaznała, „Przestałabym marzyć wtedy”. Urażony jej chłodem Poeta przepowiadał, że kiedyś panna zakocha się w chłopie. Dziewczyna stwierdziła, że „Mam do chłopów pociąg duży, / lecz musi być ładny chłopiec”. Na uwagę, iż u niej „Wszystko się w poezji topi”, zapewniła, że od dawna interesuje się literaturą. Sama pisać nie próbowała, „ale za to, kędy spojrzę to widzę / poezję żywą zaklętą, / tę świętą, / i tym jestem szczęśliwa: / że święta i dla mnie żywa”.

Zapowiedziała, że zaprosi na wesele chochoła stojącego za oknem, ponieważ „Chcę poetyczności / dla was i chcę ją rozdmuchać; / zaproście tu na Wesele / wszystkie dziwy, kwiaty, krzewy”. Ona woli odejść, bo przyszła się pobawić tylko dla zabicia czasu. Wkrótce powraca jednak, wyczuwając, „że się tu zaczyna coś dziać”, ponieważ „W powietrzu atmosferyczna zmiana: / chata stała się rozkochana / w polskości – właściwa skala”, poza tym zniknął chochoł. Przepowiadała, że „Dzisiejsze sny (...) będą cudne – bo oczy patrzące / stały się figurami ludne, / które się niełatwo zatrzeć dadzą”, pojawiła się bowiem „Przedziwna, przedziwna Moc”. Rachela to dziewczyna egzaltowana, ale wrażliwa i szczera, chociaż w swych poglądach ekstrawagancka.

Zobacz też: Fabuła dramatu Wesele

Gabriela Zapolska

Na lustrzane odbicie matki zapowiadała się Hesia, jedna z bohaterek Moralności pani Dulskiej GABRIELI ZAPOLSKIEJ. Dziewczyna miała lekceważący stosunek do całej rodziny. Chwaliła się siostrze, że wie, skąd się biorą dzieci i dlaczego są podobne do ojca lub matki. Nie powie jednak Meli o tym, ponieważ „Nie chcę cię brać na swe sumienie”.

Zazdrościła bratu, że ten może chodzić po kawiarniach i marzyła, że w końcu kiedyś wszystkiego o życiu się dowie, „Kiedy ja już będę duża! Kiedy nie będzie przede mną tajemnic!”. Wiedziała od kucharki, że w kawiarni panowie piją likiery i że jest tam bardzo wesoło. Kiedy powrócił Zbyszko, z upodobaniem wchłaniała zapach cygar i odgrażała się, że „ja też dorosnę, ja też pójdę na lumpę, ja też będę chodziła po kawiarniach i będę pić likiery”. Złośliwa z natury, natychmiast powiadomiła matkę o powrocie brata.

Mela, spokojniejsza z natury, prosiła Hesię, by w czasie drogi do szkoły nie kokietowała studentów, ale Hesia stwierdziła, że „Będę robiła, co mi się podoba. (...) Mama mnie zna i wie, że ja znam granice i że <>”. Potem z pogardą rzuciła służącej Hance swoje książki i poszła z siostrą na pensję. Po powrocie bez skrupułów skradła z pieca cygaro, cynicznie zauważając, iż „Przed chwilą ojciec kradł także. Jak taki kamienicznik może to robić, czemu ja nie mogę?”. Nie widziała nic niewłaściwego również w fakcie, że podczas kursu tańca bezczelnie zaglądała studentom w oczy, aż się rumienili. Kiedy ujawniony został romans Zbyszka i Hanki cieszyła się, że nie musi iść do szkoły, że „Dziś cały dom chory”. Złośliwie podkreślała wobec Hanki, że jeszcze do ich rodziny nie należy. W rzeczywistości bała się, iż brat naprawdę ożeni się ze służącą, bo „Czy kto porządny później starałby się o mnie albo o Melę?”. Zarzucała matce, iż tak późno spostrzegła, na co się zanosi, ponieważ „Ja to już od dawna wypenetrowałam”. Wyśmiewała nieszczęsną dziewczynę i cieszyła się, że Hanka została wyrzucona ze służby. Hesia to dziewczyna z temperamentem, która doskonale wie, czego chce.

Literatura XX-lecia międzywojennego

Literatura ta przedstawia wiele postaci panien.

Stefan Żeromski

W Przedwiośniu STEFANA ŻEROMSKIEGO opisane zostały m.in. dzieje dwóch panien. Karolina Szarłatowiczówna była krewną właściciela Nawłoci, Hipolita Wielosławskiego. Kiedy w Rosji wybuchła rewolucja, jej rodzina utraciła majątek na Ukrainie. Przygarnęli ją krewni, którym odpłacała się prowadzeniem gospodarstwa. Cezary Baryka spodobał się dziewczynie od pierwszego wejrzenia, ale kiedy próbował ją już w dniu przyjazdu objąć, stwierdziła, że „Ja przynajmniej nie nadaje się do żołnierskich śmiałostek”.

Następnego dnia nieświadomie ukazała mu się w śmiałym dezabilu, nie wiedząc, iż odpoczywa w salonie na kanapie. Panna przyszła ogrzać się trochę przy kominku – w przydeptanych pantoflach, krótkiej koszulce i z rozpuszczonymi włosami. Cezary „Nigdy nie miał przed oczyma kształtów kobiecych tak harmonijnie pięknych i młodzieńczo jędrnych. Każdy ruch i przegub ciała panny Karusi był pełen niezwalczonego powabu”. Kiedy spostrzegła obecność młodego mężczyzny, z okrzykiem przerażenia i wstydu uciekła z pokoju.

Tego dnia nie pojawiła się na śniadaniu, a podczas obiadu była wobec Baryki „niepowściągliwie dumna i wyniosła” i nie patrzyła nawet w jego stronę. Cezary chciał rozwiązać tę niewygodną sytuację, nie uśmiechnął się więc nawet, ale panna nie reagowała. Kiedy jednak dziewczyna podeszła do kredensu i przez chwile stała za plecami wszystkich domowników, zdumiony ujrzał wywieszony pod swoim adresem język. Dała się jednak potem namówić na wspólną wycieczkę po okolicy. Tego dnia Karolinę spotkało drugie nieprzyzwoicie śmieszne nieszczęście. Bryczka, którą jechała wraz z innymi, wywróciła się i Cezary miał okazję ujrzeć jej pończoszki i zadarte do góry nogi. Incydent jednak udało się zażegnać i panna poszła na spacer z Baryką, nad staw.

Zwierzyła się po drodze, że widok wody wiąże się z jej wspomnieniami z lat, kiedy wraz z rodzicami mieszkała na Ukrainie. Mówiła, że wtedy „byłam jedynaczką w bogatym domu, przeznaczoną i wychowaną do zbytków, a teraz muszę obsługiwać cudzy zbytek”. Jej bliższa rodzina zginęła od kul bolszewików, kiedy ona przebywała w Warszawie na pensji. Matka zmarła w stolicy, w ciężkiej biedzie. Ojciec – w Kijowie, zaraz po wyjściu z więzienia. Nienawidziła bolszewików. Żałowała, że urodziła się kobietą i nie może pomścić się na wrogach, „Dola, żeby drżeć o siebie, o swą kobiecość wobec tych, którzy mieli prawo pozbawić mnie materialnego dobra”. Uważała, że świat jest niesprawiedliwy.

Panna nie miała nic przeciwko zaproponowanej przyjaźni. Opierała się wprawdzie jego zalotom, ale kiedy „wciąż i natrętnie labidziła o tej swojej zgubie, straconej reputacji i, o mały włos, cnocie”, zamknął jej usta długim pocałunkiem. Odepchnęła natręta, by go po chwili przyciągnąć do siebie. Szarłatowiczówna, na swoje nieszczęście, zakochała się w Czarku. Ten jednak, zauroczony piękną Laurą Kościeniecką, nie dostrzegał tego. Za to Karolina podczas balu szybko spostrzegła, że tych dwoje coś łączy, zauważyła, jak oboje wymknęli się z sali. „Cios katowski mieczem w szyję, uderzenie zbója nożem w serce nie poraziłoby tak jej duszy jak to odkrycie. (...) Nie mogła się ocknąć ze strasznego snu, w który popadła niespodzianie”. Rozpacz pchnęła ją za nimi, do ciemnego parku, „Długo tak szła w nocy, zabita na duszy i nie wiedząca, co się z nią przydarza”. Kiedy usłyszała szepty, była pewna, że trafiła w odpowiednie miejsce.

Mijali ją, więc przytuliła się do drzewa. Gdy znikli, objęła zimny pień „i w jego martwe piersi wylewała długo przeklęte łzy odtrącenia”. Przemarznięta wróciła na salę balową. Zmuszono ją do zatańczenia kozaka, więc z premedytacją wybrała na partnera Barykę. „W tańcu Karoliny był istny arcywzór zgrabności i powabu. (...) Usta jej były boleśnie uśmiechnięte, oczy świecące jak gwiazdy (...) a całe ciało miotało się i szarpało w niezwalczonej pasji (...) Głowa jej była dumnie zadarta i w tył odrzucona. Oczy ciskały tysiąc pokus i tysiąc przekleństw w oczy złoczyńcy i zdrajcy”.

Po pamiętnym pikniku oczy Karoliny nieustannie go śledziły. Wiedziała, kiedy z kochanką spotykał się w Częstochowie i w które noce odwiedzał ją w Leńcu. Dziewczyna niespodziewanie rozchorowała się jednak i w męczarniach zmarła. Podejrzewano, że została otruta strychniną. Druga panna to jeszcze podlotek, Wanda Okszyńska, „wysoka i smukła gidia pensjonarska”. Cezary ujrzał ją, kiedy uciekała przed rozjuszoną perliczką. Wanda miała szesnaście lat, ale nie zdała z klasy piątej do szóstej szkoły państwowej w Częstochowie. Nie potrafiła opanować nawet tabliczki mnożenia ani nauczyć się „słówek”. Rozgniewany tępotą córki ojciec nakazał matce odesłać ją na jakiś czas do krewnych, do Nawłoci, gdzie mieszkała ciotka dziewczyny.

Panna umiała za to pięknie grać na fortepianie, mogła grać całymi dniami, nic nie jedząc i nie pijąc. Karolina dowiedziała się o tej pasji i spowodowała, że Wandzie udzielono zgody na grę na instrumencie, pod pewnymi wszakże warunkami, zapewniającymi spokój domownikom. Grała istotnie z talentem, więc pewnego dnia Cezary zaproponował jej wykonanie utworu na cztery ręce. Kiedy zasiadła przed klawiaturą, „Twarz jej zmieniła się, ożyła, rozgorzała i stała się piękną. Ilekroć zwracała się do towarzysza gry, szczególny blask, połysk wyższej inteligencji, można by powiedzieć: geniusz muzyczny, płonął w jej oczach”. Dziewczyna, sama o tym nie wiedząc, zakochała się w Baryce.

„Niemy a wstrząsający dreszcz dał jej znać – ten! (...) Wypędzona że szkoły i z rodzinnego domu, nie wiedziała wcale, iż to właśnie nazywa się (...) miłość. Panna Wandzia po prostu zachorowała duchowo. Jej stan była to nieustanna tęsknota dochodząca aż do zupełnej nieprzytomności władz umysłowych. Młoda panienka żyła w jakimś błękitnym tumanie”. Od tej pory „Nie było siły, która mogłaby odwrócić myśli i uczucia panny Wandy w innym kierunku”. Nikomu się ze swej tajemnicy nie zwierzała. „Od dawna wiedziała, że musi umrzeć z tej niezrozumiałej choroby, którą się zaraziła na widok tego obcego pana”. Marzyła już tylko o tym, żeby kiedyś odwiedził jej mogiłę. Jednocześnie śledziła każdy jego krok. Nie uszło jej uwagi zainteresowanie Cezarego Karoliną. Nikt nie zwracał na nią uwagi, więc „Nikt jej nie mógł przeszkodzić, gdy całowała z upojeniem klamkę albo gdy przytulona do tych drzwi podczas jego nieobecności zamierała ze szczęścia drzwi prowadzących do pokoju Cezarego zarazem i rozpaczy”.

Kiedy przez dziurkę od klucza dojrzała, jak obiekt jej westchnień całował się z Karusią, chciała walić w drzwi, krzyczeć i wyrywać sobie włosy. Nic jednak takiego nie zrobiła. Po cichu wymknęła się, „Rozum ustał jej wtedy, zaćmił się od czarnego tumana, a tylko wichry i szumy uczuć przeciągały przez jestestwo”. Zrozumiała, dlaczego Baryka nigdy na nią nie patrzył, nie rozmawiał jak z innymi osobami, tylko czasem złośliwie się uśmiechał. Na domiar złego cierpiała także podczas balu obserwując taniec Cezarego z Karoliną. „Ona jedna znała tajemnicę, sekret, treść potwornej formy tańca tych dwojga. To, co widziała na własne oczy, było tak uderzającym odkryciem cielesnych sekretów, zabójczego dla niej misterium, nieskromnego zbliżenia się ciał, iż wprawiło ją w nieustanne szaleństwo”. Zazdrość opanowała ją całkowicie, znienawidziła Karolinę.

„I oto w tej ostatecznej prostracji – wyjście jakieś przebłysnęło”. W myślach zagroziła swej rywalce. Kiedy Baryka ją z kolei poprosił do tańca, zaczęła niezgrabnie dreptać za nim, ponieważ nie umiała tańczyć. Cezary, zajęty Laurą, „Nie wiedział, jak nieugaszony szał rozbudza w tej dziewczynie, gdy ją tak wobec wszystkich przytula do swych bark, a jej młode, twarde, niedojrzałe, lecz już ozdobne piersi przyciska swymi piersiami”. Jeszcze nieprzytomną po takim „zbliżeniu” posadzono Wandę przy fortepianie, by urozmaiciła raut. Grając, zapomniała o całym świecie, chwilowo nawet o Baryce. „W całej swej istocie z minuty na minutę rozpościerała się, świadoma swej potęgi, władza duszy (...) Nieśmiała i niezdecydowana panienka stała się zuchwałym duchem, który się waży na walkę z przemożnymi uczuć potęgami. (...) Grała spółmiłośnicy, Karolinie, wyznanie nienawiści i głębokie, straszliwe ostrzeżenie”. W swym zaślepieniu nie wiedziała, że Baryka o żadnej z nich nie myślał. Panna Okszyńska poważyła się na coś więcej. Pewnego dnia, kiedy grała z Cezarym na cztery ręce, niespodziewanie „przycisnęła wierzch jego dłoni do klawiszów – chude palce żelaznym uściskiem ogarnęły jego palce. (...) Głowa jej była odwrócona i wciśnięta między barki, jakby dla powstrzymania szlochów czy przetrwania uderzeń”.. Zrozumiał, więc bezlitośnie wyznał, że był świadkiem jej ucieczki przed perliczką. Uciekła. Kiedy została posądzona o otrucie Karoliny, twardo zaprzeczała, by miała coś z tym wspólnego.

Tylko Cezary myślał wciąż o tamtej chwili, kiedy Wanda uścisnęła mu palce. Okszyńską aresztowano, ale potem wypuszczono na wolność, ponieważ nie znaleziono żadnego dowodu, iż to ona dokonała zbrodni. Kiedy Cezary wyjeżdżał z Nawłoci, czaiła się ukryta we wnęce, by go po raz ostatni ujrzeć. „Była blada, bladozielona jak mur bielony, obok którego tkwiła. Była wychudła i jakaś zestarzała. Oczy jej, podkute czarnymi obwódkami, wlepione były w tego pana Czarusia, który tak ciężko na jej życiu zaważył”. Ukłonił się jej tylko z daleka. Przymknęła oczy i przytuliła się do zimnego muru, który ją „chłodem litościwym otrzeźwił”.

Zofia Nałkowska

Elżbieta Biecka, bohaterka Granicy ZOFII NAŁKOWSKIEJ, do czasu zamążpójścia wiodła typową dla panny z dobrego domu egzystencję. Po rozwodzie rodziców zajęła się nią ciotka Cecylia Kolichowska. Elżbieta chodziła na pensję i uczęszczała na prywatne lekcje francuskiego. W czasie wizyt u panny Julii Wagner, nauczycielki języka poznała rotmistrza Awaczewicza. Zakochała się w nim „miłością prawdziwą, poważną, niewzajemną i tragiczną”. Wiedziała, że miał żonę i dwie córeczki, ale nie przeszkadzało jej to podkochiwać się w nim potajemnie. „Jej miłość piętnastoletnia była sprawą ogromną i w życiu jedynie realną”. Wszystko poza tym – szkoła, ciotka, dom, nawet korepetytor matematyki Zenon Ziembiewicz, rodzice przebywający gdzieś w świecie i nawet wojna – wszystko to nie liczyło się wobec jej osobistego dramatu.

Szybko się jednak rozczarowała. Wezwana do panny Julii, już w przedpokoju natknęła się na rotmistrza. Niespodziewanie objął ją i pocałował. Wyrwała się, słysząc głos nauczycielki. Po skończonej lekcji Awaczewicz zaproponował pensjonarce, że ją odprowadzi. Gwałtowny sprzeciw panny Wagner spowodował, iż Elżbieta zrozumiała, że rotmistrz był kochankiem nauczycielki. Biegiem ruszyła w stronę domu. Potem leżała na łóżku i cicho płakała. Odtąd drażniła ją nawet obecność cichego jak zwykle, wpatrzonego w nią Zenona. Nie potrafiła powstrzymać się od czynienia nieśmiałemu adoratorowi drobnych złośliwości. Na jakiś czas zniknął z jej oczu, ponieważ wyjechał na studia za granicę.

Przez ten czas zmieniła się zewnętrznie, stała się młodą, elegancką kobietą o krotko ściętych włosach, „była duża i cienka, stała się już kimś innym”. Kiedy odwiedził ją w domu ciotki, zrobiła na nim złe wrażenie. Weszła do pokoju uśmiechnięta, „nic nie wiedząc, że miała się oto zmierzyć że swoim losem. (...) Była niespokojna nerwowo, niepewna siebie, dawny urok pochmurnej siły znikł bez śladu”. Zapytana o plany na przyszłość odrzekła, że lubi prowincję i do życia tu jest stworzona. Odwiedziła wprawdzie matkę w Szwajcarii, ale nic z tego nie wynikło. Pracowała jakiś czas w tutejszym starostwie, ale z powodu choroby ciotki zrezygnowała z posady i zajęła administracją kamienicy.

Nie wspomniała dawnemu adoratorowi, że czas wolny zapełniają jej spacery, kino i teatr w towarzystwie Awaczewicza. Poza tym rzadko udzielała się towarzysko i znała niewielu mężczyzn. W czasie kolejnej wizyty Ziembiewicza z niechęcią przyznała, że z rotmistrzem „Mogłaby to być przyjaźń, ale nie jest. Bo nie ma między nami żadnego psychicznego porozumienia. Taki nawyk od lat”. Kiedy Zenon wyznał jej swe uczucia, nie odepchnęła go. Dowiedziała się też o jego romansie z Justyną, ale na zapewnienia, iż to historia skończona, wybaczyła. Gdy jednak los zetknął ją z Bogutówną, a wcześniej dowiedziała się, że dziewczyna usunęła ciążę, doszła do wniosku, że tamta ma większe prawa do Zenona.

Kiedy meldowała dziewczynę w kamienicy ciotki, „Była blada, ale patrzyła na nią. I myślała o niej, że to ona. (...) Miotana wstrętem i wzruszeniem, cała tętniąca od tej cudzej miłości, nie była już teraz w stanie zdobyć się na powiedzenie przygotowanych słów”. Dowiedziawszy się, że Justyna kocha jej narzeczonego, zapewniła, że nie wyjdzie za niego za mąż. Bez słowa wyjaśnienia wyjechała do matki, do Warszawy. W pociągu rozmyślała o swych stosunkach z matką, która była dla niej obcą osobą do dwudziestego roku życia. Postanowiła nie myśleć o zerwaniu z Zenonem. Po przyjeździe do stolicy na drugi dzień udała się do matki. Przez dwa miesiące pobytu w Warszawie zrozumiała, że „Życie bez Zenona było możliwe. Ale jego nieobecność z dniem każdym stawała się większa”. Była jednak rozczarowana, że jak do tej pory nie otrzymała od niego żadnego listu.

Uznała więc w końcu, że rozstanie było ostateczne. Zastanawiała się jednak czasami, czy wtedy nie powinna była z nim zostać i jakoś rozwiązać ten problem. Chwilami „Ogarniał ją nagły strach przed tym, co zrobiła, żal straszliwy za tym, co utraciła z własnej winy. I pewność, że to jest niepowrócone, że teraz nic już nie można zmienić ani naprawić”. Była zdecydowana wyjechać z matką za granicę. Niespodziewanie zobaczyła go na ulicy. „Widziała go i jakby go zarazem nie poznała”. Kiedy jednak wziął ją pod rękę, była „przerażona szczęściem”. Poszli do jego hotelu i okazało się, że „Jego domknięte wokół niej ręce to było jedyne bezpieczne miejsce na ziemi”. Pewnego wieczoru w teatrze uczuła lekko wsuwający się na palec pierścionek. „Nie uczyniła żadnego ruchu, nie wyszeptała ani słowa”. Rok później wzięli ślub.

Drugą bohaterką w powieści była Justyna Bogutówna, nieślubna córka kucharki. Miała dziewiętnaście lat, kiedy Zenon ujrzał ją po raz pierwszy w Boleborzy. Jako dziecku pozwolono jej bawić się z hrabiankami. Z tego okresu zostało Justynie „trochę dziecinnej francuszczyzny, pewien system wskazań obyczajowych oraz nie umotywowane zaufanie do losu”. Podczas pobytu w Boleborzy jedynym jej zajęciem było haftowanie serwet i obrusów. Jej stała obecność w domu rodziców początkowo Zenona denerwowała, potem zaczął coraz częściej z nią rozmawiać. „Jej życie utkane było z cudzych zdarzeń. Przybiegała tylko po to, żeby mu coś opowiedzieć. (...) Szła obok, (...) sama była ciepła, była miękka i przelewna jak jej głos”. Zanim wyjechał na studia, została jego kochanką. Niespodziewanie jej dotychczasowy, bezpieczny świat zawalił się. Matka rozchorowała się i na ratunek było już za późno. Justyna została sama. Po pogrzebie Bogutowej zamieszkała u przyjaciółki Joasi Gołąbskiej. Pewnego dnia na ulicy natknęła się na Zenona. Płacząc poinformowała go, że matka zmarła, a ona sama jest teraz na służbie. Zabrał ją do swego hotelowego pokoju. Kiedy się uspokoiła, okazało się, że „Była bardzo stęskniona, udręczona i kochająca. (...) Jej przygarnięcie się do niego, wnikliwe i gorące, jej dziecinna czułość wyszarpnęła mu z głębi dawne wzruszenie”.

Odchodziła szczęśliwa, „śmiejąca się na przemian i przerażona”. Romans zaczął się od nowa. Tylko że teraz „Justyna nie była taka czysta ani taka mila fizycznie, jak na wsi. Jej bardzo biała, porcelanowym lśnieniem powleczona skóra teraz wydawała się anemiczna. Już ją całkiem odmieniła brudna robota miejskiej służby. Szorstkość rąk, przepocone ubranie, niejasny zapach smażonych tłuszczów dookoła – to wszystko przylgnęło do niej i składało się już na nią samą jako na całość”. Bogutówna była dla Zenona chwilami obcą służącą, to znów natrętną kochanką, albo dobrą i miłą dziewczyna z Boleborzy. „Ich pieszczota, krótka, surowa i milcząca, odbywała się bez zaklęć i dziękczynień”. Potem nie mieli sobie nic do powiedzenia. Kiedy postanowił z nią zerwać, okazało się, że jest w ciąży. Próbował wyjaśnić Justynie, że nie powinna tego dziecka urodzić. Wkrótce potem porzuciła służbę.

Niewiele się jednak brakiem zajęcia przejmowała, nie była nawet w stanie myśleć o Zenonie, który nie chciał jej ani dziecka. „Strach ją brał przed tym, co z nią będzie. Nie mogła się wydziwić, że przyszło jej na to, co innym – a przecież zawsze myślała, że nie jest taka głupia jak inne”. Tymczasem skończyło się, jak najczęściej w takich przypadkach. „Ale w tym wszystkim, co się tak uzbierało, strasznym i ciężkim, drżało głęboko pod spodem coś przyjemnego. (...) Nie była to wcale myśl, tylko samo uczucie nie mające na siebie żadnych słów, żadnego zrozumienia. (...) Jakby mówiące: niech będzie, co chce, niech będzie, co ma być”. Elżbieta załatwiła jej posadę w sklepie bławatnym. Była zadowolona z zajęcia, stania za kontuarem i odmierzania szeleszczących materiałów.. Mieszkała teraz na dalekim przedmieściu i wciąż znajdowała preteksty, żeby zwracać się do Zenona z prośbą o pomoc czy radę. „Coś wyraźnie zmieniło się w jej usposobieniu, zaczęła mieć wymagania i grymasić”.

Niespodziewanie porzuciła pracę, więc Elżbieta załatwiła jej zajęcie w cukierni, ale i tam nie zagrzała długo miejsca. Nie wychodziła ze swego pokoju, popadała to w stan apatii, to płakała, to znów śmiała. Próbowała nawet popełnić samobójstwo. Lekarz stwierdził schizofrenię, zalecił lepsze odżywianie i opiekę bliskich osób, których przecież nie miała. Ostatnio miewała złe sny, śniło się jej nawet nienarodzone dziecko. Teraz nawet odwiedziny Zenona nie cieszyły jej, mało ją to obchodziło. Któregoś dnia wyznała mu nawet, że nachodzą ją myśli, aby jemu albo Elżbiecie zrobić coś złego. Ostatnio zaczęła bywać podniecona, wychodziła nawet na miasto i przynosiła jakieś sprawunki. Potem znowu przestała podnosić się z łóżka. Na wymówki Ziembiewicza odpowiadała pochmurnie i gniewnie.

Zarzucała mu, że przez niego usunęła ciążę. Wyznała też, że po nocach słyszy głosy umarłych, które namawiają ją do zabicia Zenona. Pewnego dnia niespodziewanie wtargnęła do gabinetu prezydenta Ziembiewicza i oblała mu twarz kwasem. Początkowo zachowywała się jak histeryczka, a jej krzyki słychać było w całym magistracie. Po aresztowaniu uspokoiła się i przyznała do winy, ale nie chciała wyjaśnić motywów swego czynu, mówiła tylko, że została przysłana przez umarłych. Bez protestu dała się odwieźć do więzienia.

Zobacz też: Fabuła Granicy

Witold Gombrowicz

W Ferdydurke WITOLDA GOMBROWICZA występują dwie nastoletnie panienki. Zuta Młodziakówna to szesnastoletnia pensjonarka. W życiu preferowała przede wszystkim sport. Właścicieli stancji, na której miał zamieszkać Józio, nie było w domu, więc przyjęła ich szesnastoletnia panna, „wysportowana, swobodna, gładka, gibka, giętka i bezczelna”. Józio struchlał na jej widok, ponieważ przypominała mu Kopyrdę, ale była bardziej „nasilona” i „absolutnie nowoczesna w swej nowoczesności. I podwójnie młoda – raz wiekiem, a drugi raz nowoczesnością – była to młodość przez młodość”. Zauważył też, że Pimko bał się panny, która obojętnie podała mu dłoń. Zuta wprowadziła obu do obszernego hallu.

Po upływie jakiegoś czasu spostrzegła, że sublokator się w niej zakochał, ale nie zrobiło to na dziewczynie najmniejszego wrażenia. Józia urzekała tymczasem jej „dojrzałość i suwerenność w młodości, pewność stylu” oraz to, że „gardziła ona dojrzałością, a raczej niedojrzałość była dla niej dojrzałością (...) Młodość jej nie potrzebowała żadnych ideałów, gdyż sama sobie była ideałem”. Józio miał tragiczną świadomość, że „Gębę mi robiła! I z dniem każdym straszliwszą robiła mi gębę”. Zaczął snuć więc plany fizycznego zniszczenia pensjonarki, ponieważ tylko w ten sposób mógłby się spod jej wpływu wyzwolić. Uknuł intrygę, żeby zdemaskować jej rzekomą nowoczesność.

Znalazł listy do Młodziakówny i postanowił napisać w jej imieniu bileciki do Kopyrdy i Pimki, wyznaczające schadzkę o tej samej porze, w jej pokoju. Podglądał potem Zutę do szóstej wieczór. Panna jednak zachowywała się tak samo w samotności, jak przy ludziach. Podczas kolacji rodzice jakby przeczuwali jakieś nieszczęście, tylko Zuta siedziała obojętnie, nie okazując zdenerwowania. Pozostawało czekanie. Józio wcześniej wyżłobił w drzwiach szparę, by mieć w zasięgu wzroku cały pokój panny. Widział, jak dziewczyna przebierała się do snu, a potem czytała książkę, nie mogąc zasnąć. Kiedy w jej pokoju zgasło światło, wyobraził sobie, jakie męki musi cierpieć. Widział potem jej obłąkańczy taniec nago i chłostanie się paskiem. Kiedy wybiła północ, rozległo się ciche pukanie do okna. Nie była zdziwiona wizytą Kopyrdy. „Obyczaj nowoczesny nie pozwalał im, na szczęście, dużo mówić ani dziwić się sobie, musieli udawać, że wszystko rozumie się samo przez się”. Zuta wpuściła go. Kopyrda nie okazał zdziwienia, ponieważ „Najmniejsza wątpliwość mogłaby zaprzepaścić wszystko. Musiał postępować, jakby rzeczywistość, którą wytwarzali między sobą, była czymś codziennym i zwyczajnym”.

Zuta pocałowała namiętnie adoratora. Józio był przekonany, że wie o podglądaniu jej. Pociągnęła nawet Kopyrdę na łóżko. Kiedy oboje upadli na łóżko, do okna zapukał profesor . Na alarm podniesiony przez Józia do pokoju wpadli Młodziakowie. Zuta obojętnie obserwowała bójkę.

Drugą dziewczyną była Zosia Hurlecka, kuzynka Józia, „panienka z dobrego domu”. Była to panna wciąż walcząca z anemią i przeziębieniami, całkowicie podporządkowana matce. Bez oporu daje się porwać Józiowi i znakomicie wcieliła się w rolę porwanej kochanki. Kiedy oboje znaleźli się na pustkowiu, Zosia „zwróciła do mnie swą twarz biedna, wątłą, zmęczoną” i powiedziała „wstydliwie i czule”, że to jej okolica. Potem przytuliła się do Józia „czulej, cieplej i tkliwiej (...) I podała mi gębę swoją”.

Zobacz też: Witold Gombrowicz - biografia, Ferdydurke

Literatura współczesna

Tadeusz Borowski

W opowiadaniu TADEUSZA BOROWSKIEGO pt. Proszę państwa do gazu znajduje się wstrząsający opis rozładowywania transportu. W pewnym momencie z wagonu wynurzyła się dziewczyna. „Bujne jasne włosy rozsypały się miękką falą na ramiona, strząsnęła je niecierpliwie. Przesunęła odruchowo rękoma po bluzeczce, poprawiła nieznacznie spódniczkę”. Rozejrzała się dokoła, „jak człowiek, który czemuś bardzo się dziwi”. Zapytała jednego z więźniów, dokąd ich z transportu powiozą. Tadek popatrzył na nią: „Oto stoi przede mną dziewczyna o cudownych, jasnych włosach, o ślicznych piersiach, (...) o mądrym, dojrzałym spojrzeniu”.

Czekała na odpowiedź. Wiedział, co ją czeka: „Oto komora gazowa: wspólna śmierć, ohydna i obrzydliwa. Oto obóz: z ogoloną głową, watowane sowieckie spodnie na upał, wstrętny, mdły zapach brudnego, rozparzonego ciała kobiecego, zwierzęcy głód, nieludzka praca i ta sama komora, tylko śmierć jeszcze ohydniejsza, jeszcze obrzydliwsza, jeszcze straszniejsza”. Kiedy Tadek milczał, zrozumiała. Poszła śmiało w stronę wypełnionego już prawie auta, ktoś chciał ją zatrzymać, ale odsunęła go na bok. „Zobaczyłem tylko z daleka bujne, jasne włosy, rozwiane w pędzie”.

Zobacz też: Pokolenie "Współczesności" i "Nowa Fala"

Georg Orwell

Bohaterka Roku 1984 GEORGE’A ORWELLA nazywała się Julia. Winston Smith zobaczył ją po raz pierwszy podczas Dwóch Minut Nienawiści. „Wyglądała na zuchwałą dziewczynę, na oko dwudziestokilkuletnią, i miała gęste, ciemne włosy, piegowatą twarz oraz szybkie ruchy sportsmenki. Wąska, czerwona szarfa, emblemat Młodzieżowej Ligi Antyseksualnej, oplatała ją ciasno w pasie, uwypuklając kształtność sylwetki”. Pracowała w Departamencie Literatury. Kiedy ponownie ujrzał ją w stołówce, przestraszył się, że go śledzi, ponieważ „Przyglądała mu się spod oka z dziwną intensywnością”. W nawiązaniu kontaktu to ona jednak wykazywała inicjatywę. Kiedy natknęła się na Winstona na korytarzu ministerstwa, upadła i stłukła rękę, a on pomógł jej się podnieść. Wykorzystała ten moment, by wsunąć mu w kieszeń karteczkę z napisem „Kocham cię”.

Po tygodniu znalazła okazję, by podczas przerwy śniadaniowej przysiąść się do niego i uzgodnić miejsce spotkania. Umówiła się z Winstonem na placu Zwycięstwa, dla bezpieczeństwa w tłumie. Tam Julia przekazała mu dalsze instrukcje, dotyczące miejsca i czasu randki tylko we dwoje. Spotkali się poza Londynem, po dwóch godzinach jazdy pociągiem, na leśnej polanie, gdzie było małe prawdopodobieństwo podsłuchu. Julia opowiadała mu o swej nienawiści do Partii, o wielu kochankach. Był jej wynurzeniami zachwycony, ponieważ „Wszystko, co miało posmak zepsucia, napawało go nadzieją”. Znalazł w dziewczynie bratnią duszę. Stosunek cielesny zaś okazał się „Ciosem zadanym Partii. Udaną akcją polityczną”. Potem spotykała się z kochankiem w nielicznych wolnych chwilach, w wynajętym pokoju, nad sklepem pana Charringtona.

Julia przynosiła prawdziwą kawę i inne przysmaki. Malowała się nieudolnie i wyzywająco, perfumowała się. Byli szczęśliwi, nasyceni sobą. Oboje jednak wiedzieli, „że to, co się dzieje, nie może trwać wiecznie. Były chwile, kiedy swoją rychłą śmierć czuli nie mniej namacalnie niż łóżko, na którym leżeli”. W czasie schadzek nie chciała jednak rozmawiać o polityce, mówiła, że ją to nudzi. Nienawidziła Partii, ponieważ ograniczała jej wolność i nie pozwalała żyć, jak chciała. Jednak za namową kochanka zdecydowała się pójść z nim do O’Briena, rzekomego członka Bractwa. Po tygodniu została aresztowana. Kiedy po odzyskaniu wolności spotkała się z Winstonem okazało się, że po dawnym uczuciu nie ma już śladu, że oboje bardzo się zmienili. Julia odeszła.

Zobacz też: George Orwell - biografia, Folwark zwierzęcy

Źródło: Wydawnictwo Printex

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)