Cierpienie

To jakaś dolegliwość, męka fizyczna lub psychiczna, odczuwanie bólu cielesnego lub moralnego. Sprawiać cierpienie może nieszczęśliwa miłość, ludzie cierpią z powodu utraty kogoś bliskiego, cierpieć może jednostka w imię dobra ogółu albo cały naród, cierpienia odczuwa człowiek nie zrozumiany przez otoczenie itd. Cierpienie wpisane jest w ludzką egzystencję od zarania dziejów.

Cierpienie

Mitologia

Symbolem cierpienia w mitologii greckiej był Prometeusz. To „bóg, który cierpiał przez miłość dla ludzi. Zanim do nich przemówił, byli jak ślepcy i błądzili w mroku, nie wiedząc ani o sobie nic, ani o świecie otaczającym (...) Prometeusz w człowieku rozbudził ducha i dał mu moc panowania nad światem”. Stworzonych przez siebie ludzi nauczył ujarzmiać przyrodę i podarował im ogień. Dzeusowi nie podobało się, że owe dwunożne istoty z czasem zaczynają zagrażać jego władzy, więc postanowił wyniszczyć je za pomocą podstępu. Zesłał na ziemię Pandorę wraz z tajemniczą beczką, której nie wolno było otwierać. Nieufny Prometeusz nie przyjął kobiety. Poślubił ją jego niezbyt mądry brat Epimeteusz. Namówiony przez ciekawską Pandorę, otworzył wraz z nią beczkę i od tamtej pory ludzkość zaczęły nękać rozmaite nieszczęścia, dotychczas szczelnie zamknięte. Prometeusz odpłacił Gromowładnemu także podstępem. Podzielił wołu na dwie części i ta, którą pan nieba i ziemi wybierze, miała odtąd być składana bogom w ofierze. Dzeus nieopatrznie wybrał kości przykryte tłuszczem. Rozgniewany, zemścił się okrutnie. Rozkazał przykuć tytana do skały Kaukazu, a codziennie przylatujący sęp (lub orzeł) wyjadał mu wątrobę, która ciągle odrastała. „Skazaniec nie słyszał głosu ludzkiego ani nie ukazywała mu się twarz przyjazna. Palony gorącymi promieniami słońca, bez ruchu i spoczynku, trwał Prometeusz niby wieczny wartownik (...) Jego próżne jęki spadały w przepaść gór jak martwe kamienie”.

Cierpieli też inni mieszkańcy Olimpu. Hefajostos, strącony dwukrotnie z niebios, potem już zawsze kulał, wyśmiewany i poniżany z powodu swej brzydoty. Cierpiał też jako nieustannie zdradzany małżonek Afrodyty. Także Demeter, której córkę Korę-Persefonę porwał Hades cierpiała z powodu tej straty. „W poszarpanej szacie, z rozwiązanymi włosami, pełnymi prochu i popiołu, idzie żałobna i smutna (...) Zamglone oczy, w których łez już nie ma, wloką się z przedmiotu na przedmiot, zawiedzione i bezradne. Matka szuka zaginionej córki”. Cierpiąca matka poszukiwała dziecka po całej ziemi. Kiedy dowiedziała się, że za przyzwoleniem Dzeusa córka została królową Hadesu, sprowadziła cierpienia na ludzkość. „Pani urodzajów okryła pola żałobą. Przeklęła łanów zieloną chwałę i zasiewy zmarniały, i trzody nie miały świeżej karmy, i ludzi nawiedził głód”. Dopiero obietnica, że Kora będzie wracała do niej na pół roku spowodowała cofnięcie przekleństwa Demeter. Bogowie greccy bywali przyczyną cierpień ludzi albo z powodu miłości, albo nienawiści. Hera, zazdrosna o ziemskie romanse Dzeusa, prześladowała swe rywalki albo ich potomstwo. Biedna Io, która ośmieliła się zostać kochanką jej boskiego małżonka, uciekała zamieniona w jałówkę. Uwięziona i pilnowana przez smoka ryczała dręczona pragnieniem i głodem. Potem złośliwa Hera nasłała na nią kąśliwego bąka, który do krwi kąsał nieszczęsne zwierzę. „Nie do zniesienia była ta udręka. Io oszalała z bólu, pędziła na oślep przez kraj tratując wszystko po drodze”. Kres jej katuszy nastąpił aż w Egipcie. Jej mściwości doświadczył Herakles, którego bogini prześladowała od niemowlęctwa. Nie dość, że pozbawiła go tronu, opóźniając jego przyjście na świat, to jeszcze na dziesięciomiesięcznego chłopczyka nasłała dwa olbrzymie węże, by go udusiły.

Zobacz też : Mity - historie bogów i ludzi

Z jej woli też musiał dla króla Eurysteusa wykonać dwanaście prac. Umierając heros też cierpiał straszliwie – płonąc żywcem z powodu jadu, którym nasączona była jego koszula. „Herakles krzyczał i darł z siebie szaty, aż strzępy odpadały razem z kawałkami mięsa. Płakał. Ten olbrzym, który nie ugiął się pod najgroźniejszymi niebezpieczeństwami (...) załamał się pod ciężarem niezmiernych katuszy, jakie nań sprowadziła słaba, kochająca niewiasta”. Rozkazał zanieść się na górę Ojtys, by tam spłonąć na stosie, kiedy jednak drewna się zapaliły, pojawiła się chmura i uniosła Heraklesa na Olimp. Hera w końcu uznała go za swego syna. Atena, mistrzyni między innymi w robotach tkackich i wyszywaniu, rozgniewana pięknością tkaniny wykonanej przez Arachne, podarła wyrób. Biedna dziewczyna powiesiła się z rozpaczy. Kiedy bogini ochłonęła, przywróciła Arachne życie, ale zamieniła ją w pająka i odtąd nieszczęsna musiała nieustannie tkać srebrne nici. Apollo, wygrawszy zawody muzyczne, obdarł żywcem ze skóry Marsjasa, który ośmielił się z nim rywalizować. Zakochana w Erosie Psyche cierpiała z tęsknoty za ukochanym, kiedy ten nagle znikł. Wędrowała po całym świecie w poszukiwaniu Erosa, aż stanęła przed pałacem jego matki Afrodyty. Bogini pragnęła zguby królewny, dlatego wyznaczała jej zadania niemożliwe do spełnienia przez śmiertelnika. Czuwał jednak nad nią Eros i pomagał. Po wielu latach cierpień i upokorzeń oraz tęsknoty jej miłość została wynagrodzona. Na Olimpie odbyły się zaślubiny zakochanych. Cierpienia stały się udziałem także innej śmiertelniczki – Niobe, królowej Teb. Mając siedmiu synów i siedem córek uważała, że to jej, jako matce tak licznego potomstwa, należała się boska cześć, a nie Latonie, która urodziła tylko Apolla i Artemidę. Kiedy lud składał jej hołdy, nagle zaczęły się rozlegać okrzyki bólu. Od boskich strzał zaczęli kolejno ginąć synowie dumnej królowej. „Niobe jakby skamieniała przez chwilę siedzi na tronie, wreszcie z wysiłkiem ogromnym wstaje powoli i blada jak lica jej zabitych dzieci, niezdolna słowa przemówić, patrzy na śmierć swych synów”. Potem z rozpaczy zaczęła bluźnić – i śmierć dosięgła kolejno wszystkie jej córki. Z rozpaczy zastygła potem w kamienny posąg i „Poprzez wieki mogą wędrowcy oglądać tę postać bolesną zastygłą w granicie i widzieć, jak żywe, ludzkie łzy toczą się po nieruchomym licu, łzy, co w głazie wyryły głębokie, czarne bruzdy cierpienia”. Za grzechy śmiertelnicy dostawali się na wieczność do Tartaru. Okrutny Tantal, który poczęstował bogów mięsem z własnego syna, odczuwał nieustanne pragnienie i głód. Dla większej męki zawieszono na dodatek nad nim skałę, która w każdej chwili mogła runąć i zmiażdżyć go. Podstępny Syzyf, któremu udało się oszukać bogów, skazany został na wieczną pracę – toczenie pod górę głazu, który wymykał mu się i spadał znów na sam dół. Danaidy, za zabicie swych mężów, musiały przez całą wieczność czerpać wodę sitami.

Także w Iliadzie Homera opisane zostały cierpienia starego króla Priama. Mieszkańcy Troi byli świadkami śmierci Hektora z rąk Achillesa. „(...) Nieszczęsny starzec pośrodku, / Chlajną okryty, na ziemi leżał, a mierzwa i błoto / Głowę starcowi sędziwą i całą szyję okryły, / Które, tarzając się w pyle, własnymi rękami nagarniał”. Osiwiały z rozpaczy, postanowił udać się do wroga, by wykupić ciało syna. Achilles kończył właśnie w swoim namiocie posiłek, obsługiwany przez niewolnice i gorliwych służących, kiedy „(...) wszedł Priam czcigodny niepostrzeżenie. Przystąpił / Blisko Achilla i objął jego kolana, całując / Ręce zabójcy straszliwe. Tylu zabiły mu synów!”. Poniżywszy się do błagania o wydanie ciała jedynego już syna (pięćdziesięciu bowiem zginęło w czasie walk) powoływał się na pamięć Achillesa o jego własnym ojcu, „W moich on latach jest teraz i stoi na progu starości”, a może także potrzebuje pomocy, „a nikt go od zguby i od napaści nie broni”. Prosił płacząc rzewnymi łzami, by Achilles zrozumiał jego rozpacz, ponieważ „(...) Jam jest godniejszy litości – / Nikt ze śmiertelnych nie doznał tego, co ja dziś doznaję, / Kiedy do ust swych podnoszę rękę zabójcy mych dzieci”. Wspomnienie Peleusa wzruszyło Achillesa, na myśl przyszedł mu także zabity Patroklos i „Ich głośne szlochania dom napełniły”. Zmęczony długim lamentowaniem heros podniósł klęczącego Priama, stwierdzając ze smutkiem, że „Płacz, co nam serce rozdziera, nie przyda nam się już na nic”, więc „Znieś to cierpliwie i serca nie rań ciągłymi skargami”. Rozkazał namaścić ciało zabitego, przyodziać w drogie szaty i zwrócić zrozpaczonemu ojcu.

Postacią tragiczną była Antygona, tytułowa bohaterka dramatu SOFOKLESA. Miała świadomość, że nad jej rodem ciążyła klątwa, „Bo nie ma cierpień i nie ma ohydy, / Nie ma niesławy i hańby, które by / Nas pośród nieszczęść pasma nie dotknęły”. Wiedziała, że i ona musi poddać się przeznaczeniu. Zdecydowała się nie respektować rozkazu Kreona i pogrzebać Polinejkesa, ponieważ tak nakazywało jej sumienie i przywiązanie do tradycji, „Bo wiarołomstwem nie myślę się kalać”. Za nieposłuszeństwo groziła śmierć, ale Antygona była zdecydowana pochować brata, „potem zginę z chlubą / Niechaj się zbratam z mym kochanym w śmierci / Po świętej zbrodni”. Kiedy odchodziła na miejsce kaźni nie żałowała swego czynu. Żal jej tylko było, że musi umrzeć tak młodo, że „Ani nie zaznałam miłości, / Ani mi zabrzmi pieśń weselna; / Ale na zimne Acherontu łoże / Ciało nieszczęsne złożę”. By skrócić swe cierpienia, popełniła samobójstwo.

Biblia

Przykładów cierpienia dostarcza także Biblia. Bóg chciał wystawić na próbę Abrahama, by przekonać się, jak silna jest jego wiara. Pan nakazał: „Weź twego syna jedynego, którego miłujesz, Izaaka, idź do kraju Moria i tam złóż go w ofierze na jednym z pagórków, który ci wskażę”. Nieszczęsny ojciec nie powiedział synowi, dokąd i w jakim celu się udają, ale można sobie wyobrazić jego rozpacz, wynikłą że świadomości, że musi poświęcić jedyne dziecko. Cierpiał straszliwie, ale sporządził ołtarz, ułożył na nim Izaaka i wzniósł nóż, by go zabić. Anioł powstrzymał jego rękę. Abraham złożył w ofierze baranka zamiast swego syna.

Ojcowskich cierpień doznawał także Jakub, ojciec Beniamina. Kiedy od powracających z Egiptu synów dowiedział się, iż wysoki urzędnik faraona żąda przywiezienia najmłodszego syna Jakuba, stary ojciec zaczął rozpaczać, że narazili go na niedole i osamotnienie. Już kiedyś wszak stracił Józefa, a teraz ma odjechać jego ukochane dziecko. Bóg mu jednak cierpienia wynagrodził, zwracając obu synów.

Symbolem cierpienia nie zawinionego był także Hiob. Pewnego dnia Szatan zaczął drwić w obecności Boga z bogobojności mężczyzny, wypominając, że to właśnie Pan obdarzył go szczęściem, rodziną i dostatkiem. Zaproponował, by Bóg odebrał mu to wszystko, a wtedy „Zobaczymy, czy nie będzie cię przeklinać”. Hiob siedział właśnie przed domem, kiedy nadbiegł sługa z wiadomością, że Sebejczycy napadli na nich i zabrali całe bydło. Nie skończył mówić, gdy nadbiegł drugi z nowiną, że z nieba spadł piorun i pozabijał wszystkie pasące się na łące owce. Pojawił się i trzeci, zapłakany sługa, informując, że wszystkie dzieci Hioba zginęły, ponieważ zwalił się na nie dom. Zrozpaczony Hiob podarł na sobie szaty, upadł na kolana i stwierdził, że „Nagi wyszedłem z łona matki i nagi tam wrócę. Pan dał, Pan wziął, niech imię Jego będzie błogosławione”. Na domiar złego rozchorował się na trąd. Nie skarżył się jednak, twierdząc, że „przyjmowaliśmy dobro z rąk Boga, dlaczego nie mielibyśmy przyjmować z jego ręki także cierpienia?”. Odwiedzali go przyjaciele, aby Hioba pocieszyć. On jednak milczał przez siedem dni i nocy. Wydawało się im, że chory „był już tylko zaropiałym głazem, nieruchomą skałą bólu i nieszczęścia”. Potem zaczął się skarżyć „na dzień, który stał się nocą. Na światło, które obróciło się w ciemność. Na życie, które stało się udręką”. Przyjaciele uparcie twierdzili, że nagrzeszył, więc cierpieć musi. „Mało tego, że Hiob cierpi, że całe jego ciało płonie i boli, to jeszcze przyjaciele, zamiast go pocieszyć, leją gorący ocet na jego rany”. Długo słuchał swych oskarżycieli, a potem odparł, że to Bóg tak zdecydował, a nikt nie ma prawa Pana osądzać. I stał się cud – Hiob wstał uzdrowiony i wkrótce odzyskał wszystko, co utracił. Przez straszliwe cierpienia przeszedł też Jezus Chrystus, by odkupić grzechy ludzkości. Umarł na krzyżu, by w ten sposób dokonało się zbawienie. Był Synem Bożym, ale cierpiał jak zwykły człowiek. Kiedy udawał się na miejsce kaźni, żołnierze namiestnika „Rozebrali Go z szat i narzucili na Niego płaszcz szkarłatny. Uplótłszy wieniec z ciernia, włożyli Mu na głowę, a do prawej ręki dali Mu trzcinę. Potem przyklękali przed Nim i szydzili z Niego (...) Przy tym pluli na Niego, brali trzcinę i bili Go po głowie”. Kiedy zawisł na krzyżu, nadal naśmiewali się z Niego. W pewnym momencie Jezus zawołał: „<> (...) i oddał ducha”.

Literatura średniowiecza

W literaturze średniowiecznej przykładem cierpiętnika był święty Aleksy, bohater Legendy o świętym Aleksym. Kiedy porzuciwszy dom rodzinny wyruszył w świat a swe bogactwa rozdał ubogim, znosił niewygody i głód. Zamieszkał pod kościołem, „ano z wirzchu szła przygoda, / niegdy mróz, niegdy woda”. Ulitował się nad nim obraz Matki Boskiej, zszedł do klucznika i rozkazał, aby wpuścił nieszczęśnika do wnętrza świątyni, „ać na tym mrozie nie leży”. Powróciwszy do Rzymu, przez szesnaście lat wegetował pod schodami domu ojca, „każdy nań pomyje lał. (...) wszystko cirpiał prze Bóg rad”. Jego cierpienie było świadome, wynikało z ascetycznej postawy wobec życia.

Cierpienia stały się także udziałem pary słynnych kochanków – Tristana i Izoldy z Dziejów Tristana i Izoldy. Oboje wypili miłosny napój i „Zdawało się Tristanowi, że żywy krzew o ostrych cierniach (...) zapuszcza korzenie w krew jego serca (...) Izold kochała go. Chciała nienawidzić (...) i nie mogła, dręczona w sercu czułością dotkliwiej piekącą niż nienawiść”. Kiedy Izolda została żoną króla Marka, kochankowie spotykali się nadal. Wrogowie ujawnili romans, więc Tristan zmuszony został do opuszczenia Kornwalii. Na obczyźnie cierpiał z powodu tęsknoty za ukochaną. Ożeniwszy się z Izoldą o Białych Dłoniach, nie mógł o Złotowłosej zapomnieć. Wiedział, że ona także za nim tęskniła i musiała egzystować we wrogim sobie otoczeniu, u boku niekochanego męża. Nie wiedział, że królowa dowiedziała się o jego ożenku, co było dla niej wiadomością bardzo bolesną. Ale cierpiała także odtrącona przez Tristana Izolda o Białych Dłoniach. Była smutna, ponieważ małżonek nigdy jej nawet nie dotknął, zasłaniając się ślubami czystości. Miłość nie przyniosła trójce bohaterów szczęścia. Przejmujący obraz cierpień Matki Boskiej zawiera Lament świętokrzyski. Klęcząca pod krzyżem Maria skarżyła się, że „mi przyszły krwawe gody”, ponieważ musi oglądać mękę Syna. Miała żal do Archanioła, iż obiecywał jej szczęście „A ja pełna smutku i żałości. / Spróchniało we mnie ciało i moje wszytki kości”. Rozpaczała, że nie może ulżyć Synowi w męczarniach i życzyła innym matkom, by nie musiały tak bardzo cierpieć, „jele ja nieboga ninie dziś zeźrała”.

Zobacz też : Dzieje Tristana i Izoldy

Odrodzenie

Klemens Janicki

W odrodzeniu o swym cierpieniu pisał Janicki w Elegii: O sobie samym do potomności. Poeta cierpiał na puchlinę wodną od dziecięcych lat. Przyznawał, że z rozpaczy wywołanej świadomością nieuleczalności choroby spalił większość swoich utworów. Rozpaczał, że musi opuścić świat w tak młodym wieku, ponieważ „odwołują mnie stąd i umieram przedwcześnie”.

Jan Kochanowski Treny

Przejmujący obraz ojcowskiego cierpienia po utracie dziecka stworzył Kochanowski w Trenach. W trenie I podmiot liryczny przywoływał „Wszytki płacze, wszytki łzy Heraklitowe / I lamenty, i skargi Symonidowe, / Wszytki troski na świecie, wszytki wzdychania, / I żale, i frasunki, i rąk łamania”, aby pomogły mu rozpaczać z powodu śmierci ukochanej Urszulki. Nie wiedział, co mogłoby mu przynieść choć chwilową ulgę: „czy w smutku jawnie żałować, / Czyli się z przyrodzeniem gwałtem mocować”. Wyznawał, że ciężko mu jest „Płakać nad grobem mej wdzięcznej dziewczyny / I skarżyć się na srogość ciężkiej Prozepiny”. Nie dziwił się, że mityczna Niobe skamieniała z rozpaczy (tren IV). Z żałości zaczął nawet nazywać Boga wrogiem, ale swe bluźnierstwa usprawiedliwiał tym, że „Żaden ojciec podobno bardziej nie miłował / Dziecięcia, żaden bardziej nad mię nie żałował” (tren XII). Nie mógł pogodzić się z faktem, że „Pańska ręka mnie dotknęła, / Wszytkę radość mi odjęła: / Ledwie w sobie czuję duszę / I tę podobno dać muszę. (...) Oczu nigdy nie osuszę - / I tak wiecznie płakać muszę!”. Kiedy odprowadzał Urszulkę na miejsce wiecznego spoczynku, „z tobą grzebię i nadzieję”. Ukojenie dla cierpienia odnalazł w wierze w słuszność wyroków Boga. Miał też nadzieję, że po śmierci spotka się z Urszulką. W trenie XIX, kiedy we śnie pojawiła się matka poety z dziewczynką na rękach, dowiedział się, jak powinien postępować w dalszym życiu. Nakazywała mu też cierpienia znosić z godnością: „ludzkie przygody / Ludzkie noś”, ponieważ „jeden jest Pan smutku i nagrody”.

Zobacz też : Jan Kochanowski - Treny

Mikołaj Sęp-Szarzyński

Także liryka Szarzyński opisywała nieszczęsną dolę człowieka rozdartego między pragnieniami duszy i ciała. W wierszu O krótkości i niepewności na świecie żywota człowieczego podmiot liryczny skarżył się na własną słabość w walce z pokusami „i z płaczem ganię młodości mej skoki”. W sonecie O wojnie naszej, którą wiedziemy z szatanem, światem i ciałem ubolewał nad rozdźwiękiem istniejącym nieustannie w jego duszy, a związanym z koniecznością ciągłego zwalczania w sobie żądz na rzecz ideałów: „Cóż będę czynił w tak straszliwym boju, / wątły, niebaczny, rozdwojony w sobie?”.

Literatura baroku

Pierre Corneille Cyd

W literaturze baroku cierpienia synowskie i spowodowane niemożnością połączenia się z ukochaną osobą opisane zostały w Cydzie przez Corneille'a. Główny bohater, Roderyk, rozdarty między poczuciem posłuszeństwa ojcu i honorowi a miłością do Chimeny cierpiał musząc dokonać wyboru. Zabijając ojca dziewczyny zadośćuczynił synowskiej powinności, ale był pewien, że na zawsze utracił ukochaną. Ojcu wyznawał: „Nie gniewaj się, że rozpacz serce mi rozsadzi. / Twa pochwała me sprawy nazbyt długo gładzi, / Nie żal mi, żem zniewagę dla ciebie zapłacił, / Ale oddaj mi, ojcze, com dla ciebie stracił. / Moja ręka, na pomstę twoję uzbrojona, / Mnie samemu sztych dała, którym serce kona. / Nie mów mi nic: wszystkiem ci już zapłacił długi / Synowskie, duszę dla twej straciwszy usługi”. Myślał nawet o samobójstwie, ale ostatecznie zdecydował się zginąć w obronie ojczyzny. Jego cierpienia zostały wynagrodzone. Z kolei Chimena była nieszczęśliwa z powodu konieczności żądania pomszczenia śmierci ojca a miłością do jego zabójcy. Kochała Roderyka, co do tego nie miała wątpliwości, ale wspólna przyszłość była definitywnie przekreślona, ponieważ honor nakazywał jej szukać zguby ukochanego. Nabrała jednak pewności, że „Na gardło następuję, a wygrać się boję; / Chcę go stracić, a z jego śmiercią złączę swoję. (...) Uspokajając sławę i żalów potęgę, / Nastąpię nań, zgubię go, a potem polęgę”. Kiedy, strwożona, oczekiwała na rezultat pojedynku między Roderykiem a Sanktym i ujrzała nie tego, kogo oczekiwała, rozpacz dziewczyny nie miała granic. Chimena nie wyobrażała sobie jednak dalszego życia bez Roderyka, dlatego postanowiła popełnić samobójstwo. Nieszczęśliwa, „Że i ciebie mam stracić, ojca już straciwszy”, nie chciała egzystować na tym świecie bez ukochanego. Dzięki decyzjom mądrego króla jej miłość została wynagrodzona – uratowała honor, ponieważ przypadła zabójcy ojca nie z własnej woli, ale jako wygrana. Cierpiała także z powodu miłości Królewna. Pokochała Roderyka i musiała nieustannie to uczucie w sobie zwalczać: „miłość mi w sercu gada, w rozumie – korona”. Zdawała sobie sprawę, że nigdy nie mogłaby poślubić Roderyka, ponieważ był „tylko” poddanym, nie pochodził z królewskiego rodu. Aby uchronić się przed tą namiętnością popychała Chimenę ku Roderykowi, cierpiąc w milczeniu. Znała swe obowiązki wobec państwa, więc musiała porzucić marzenia o związku z rycerzem.

Jan Andrzej Morsztyn

Cierpienia miłosne były tematem wiersza Morsztyna pt. Do trupa. W sonecie porównywał człowieka zakochanego z trupem. Podmiot liryczny stwierdzał, że zakochany został zabity „strzałą miłości”, palił go „płomień skryty”, nie był w stanie logicznie myśleć, ponieważ „jam zawarł zmysły w okropnej ciemności” i „mam rozum łańcuchem powity”. Nieszczęśliwiec skarżył się, że będzie cierpiał wieczne męki, ponieważ nie może, jak trup, rozsypiać się w popiół. Doszedł więc do wniosku, że lepiej być trupem niż zakochanym.

Zobacz też : Jan Andrzej Morsztyn - biografia

Jak pomagać dziecku w nauce?

Literatura romantyczna

Johann Wolfgang Goethe Cierpienia młodego Wertera

W literaturze romantycznej opisywane cierpienia dotyczyły przede wszystkim sfery psychicznej bohaterów. W Cierpieniach młodego Wertera Goethego główny bohater, młody Werter, cierpiał z powodu nieszczęśliwej miłości oraz niemożności znalezienia sensu życia. Kiedy poznał Lottę, zakochał się w pannie i próbował ją zdobyć nie zważając na fakt, że była zaręczona. Kiedy przybył Albert, nie chciał przyjąć do wiadomości tej oczywistej prawdy, że Lotta należała do niego. „Zaciskam zęby i szydzę z mego cierpienia, i szydziłbym podwójnie i potrójnie z tych, którzy by rzekli, że powinienem zrezygnować, ponieważ inaczej być nie może”. Przed narzeczonymi udawał beztroskę, ale w głębi duszy czuł rozpacz. Zastanawiał się, czy w życiu musi być tak, „że to, co tworzy szczęście człowieka, stało się źródłem jego cierpienia? Pełne, gorące uczucie mego serca dla żywej natury, które dawało mi tyle rozkoszy, które mi otaczający świat w raj zmieniało, staje się teraz dla mnie nieznośnym dręczycielem, katującym duchem, który prześladuje mnie na wszystkich drogach”. Nawet przyroda zdawała się być mu wrogiem. „Niebo i ziemia, i wszystkie siły twórcze otaczają mnie! Nie widzę nic nad wiecznie połykającego, wiecznie przeżuwającego potwora”. Opętany namiętnością, doszedł do wniosku, że ukojenie cierpienia znajdzie jedynie w grobie. Próbował o Lotcie zapomnieć, wyjechał. Tęsknota jednak za ukochaną wywoływała niepokój ducha i poczucie bezsensu egzystencji: „Nie wiem, po co wstaję, po co idę spać. Zabrakło drożdży, które poruszały me życie”. Ciosem w serce stała się dla Wertera wiadomość o ślubie ukochanej. Cierpiał z zazdrości na myśl, że Albert może ją obejmować, że całkowicie należy do niego. Stwierdzał, że to on jest winny, „że we mnie kryje się źródło wszelkiej niedoli. (...) Ale serce to teraz zamarło, nie płyną już z niego żadne zachwyty; oczy moje są suche (...) Cierpię wiele, bo straciłem to, co było życia mego jedyną rozkoszą”. Nie dawała mu ukojenia nawet wiara w Boga, ponieważ „jest losem ludzkim wycierpieć swą miarę, wypić swój puchar”. Pocieszał się, że Lotta wyczuwała jego męczarnie. Werter pogrążał się w tym niszczącym uczuciu coraz bardziej.

„Smutek i zniechęcenie zapuszczały coraz głębiej korzenie w duszę Wertera, splatały się coraz silniej z sobą, aż owładnęły całą jego istotą. Równowaga jego ducha została całkowicie zniweczona, wewnętrzny żar i namiętność, które przeorały całą jego naturę, miały bardzo przykre następstwa i doprowadziły go do stanu wyczerpania, z którego podrywał się jeszcze niespokojniej, niż dotąd walczył z wszystkimi utrapieniami. Niepokój serca trawił resztę sił jego ducha, jego żywość, jego bystrość”. Zaczęła go męczyć obsesyjna zazdrość o Alberta, chwilami wręcz rywala nienawidził. Powoli dochodził do wniosku, że uczucie do Lotty może zniweczyć jedynie jego odejście z tego świata. Postanowił popełnić samobójstwo albo zamordować Alberta. Przedtem jednak postanowił odwiedzić ukochaną. W trakcie wspólnej lektury rzucił się niespodziewanie do jej stóp, począł całować, ale oburzona Lotta odepchnęła go i zapowiedziała, że nie chce go więcej widzieć. Ten fakt spowodował nieodwołalne postanowienie zabicia się. Przedtem jednak napisał do Lotty list pożegnalny. Po strzale w głowę cierpiał straszliwie jeszcze przez pół dnia. Cierpienia Lotty natomiast wynikały z faktu, że była ośrodkiem zainteresowania Wertera, co mąciło jej spokój wewnętrzny i kładło się cieniem na małżeństwie. Starała się być wobec niego przyjacielska i delikatna, ale w głębi duszy zdecydowana na oddalenie Wertera, bo nie była pewna, czy zdoła mu się oprzeć. „Widziała się oto związaną na zawsze z mężczyzną, którego miłość i wierność znała (...) Z drugiej strony Werter stał się jej tak drogi”, że czuła, iż „z chwilą rozłąki powstanie w duszy jej próżnia, której nic nie zdoła wypełnić”. Z tego powodu „Serce się jej ściskało, ciemna chmura legła na czole”. Kiedy na dodatek Werter porwał ją w objęcia, nocą po tym zdarzeniu nie mogła usnąć. Bała się o Wertera, bała się reakcji męża, gdyby mu o tym powiedziała. Nie miała odwagi wyznać milczącemu Albertowi prawdy, dlatego „popadła w smutek, który stawał się tym cięższy, im bardziej chciała go ukryć i przełknąć łzy”. Kiedy dowiedziała się, że Werter śmiertelnie się postrzelił, padła zemdlona. Nie uczestniczyła w pogrzebie Wertera. Było z nią tak źle, iż obawiano się o jej życie.

George Byron Giaur

Giaur, główny bohater powieści poetyckiej Byrona to postać tajemnicza, także napiętnowana nieszczęściem i cierpieniem. Jego twarz budziła grozę i obawę. Pod zasępionym, smagłym czołem błyszczały „czarne, złowrogie źrenice”. Postronny obserwator bez trudu zgadłby, że wprawdzie „Tyś młody, blady, lecz namiętne bole / Gorzały długo na twym smagłym czole”, musiał więc doznać jakichś życiowych tragedii, które zasiały w jego duszy wieczny niepokój i spowodowały, że nie mógł sobie znaleźć spokojnego azylu w otaczającym go świecie. Pojawiał się w najbardziej niespodziewanych miejscach, by nagle zniknąć, „poleciał, jakby go śmierć gnała”. Giaur był nieszczęśliwy, cierpiał, ponieważ utracił miłość swego życia. Po śmierci ukochanej postanowił zemścić się na sprawcy jej i swego nieszczęścia. Napadł na orszak Hassana i stanął do walki z wrogiem. Gniew i rozpacz dodały mu siły, wyzwoliły potężną energię. Cieszył go widok pokonanego, umierającego wroga. Wraz ze śmiercią ukochanej stracił jednak wszystko, był wewnętrznie wypalony. „Lecz widać było z twarzy i wejrzenia, / Że go opętał duch złego sumienia. (..) I tak strasznie wygląda ten człowiek, / Jak gdyby śmierć mu patrzyła spod powiek”. Uciekając przed własnym cierpieniem i szukając zapomnienia zamknął się w klasztorze. Mnichów intrygował zachowaniem, tajemniczością i wiecznie ponurym spojrzeniem. Nie mogli odgadnąć jego motywów dobrowolnego odizolowania się. Zakonnicy nie bez racji podejrzewali, że musiała nieznajomego dręczyć jakaś straszliwa tajemnica, że za jakiś potworny czyn nie mógł spodziewać się rozgrzeszenia, ponieważ „świętych obrazów się lęka” i „Przed pańskim chlebem i winem nie klęka”.

Zobacz też : Byron - biografia, Giaur

Domyślali się, że pobyt w klasztorze opłacił „wielkim skarbcem, który może złupił”. Przywdział habit nie dla religijnych obowiązków ani pokuty, bo nie wierzył w nic, odsunął się od Boga. Mnisi nie darzyli go sympatią, „Bo on swym wzrokiem i gorzkim uśmiechem / Zaraża wszystkich boleścią i grzechem. / Przecież zbyt rzadko uśmiechać się raczy, / Śmiejąc się, tylko urąga rozpaczy”. Całym swym jestestwem przedstawiał taki ogrom cierpień, że obok strachu budził współczucie. „Okropne lica! jakież być musiały,/ Kiedy za młodu namiętnie gorzały? – (...) Gmin tylko widzi w tym posępnym oku / Świadectwo zbrodni i pieczęć wyroku; / Pilniejszy badacz odgadnie z wejrzenia / Wielkość umysłu, zacność urodzenia, / Dary, niestety, zbyt źle umieszczone, kalane zbrodnią, smutkiem przetrawione”. Giaur nieustannie wspominał utraconą na zawsze miłość, ponieważ „Tej rany nigdy już czas nie uleczy”. Zbyt dumny, by się skarżyć, wolał cierpieć w milczeniu, bo cały świat uważał za wroga. Świadomie więc odsunął się od niego, ponieważ i tak pociechy i ukojenia bólu przynieść mu nie mógł. „Jeśli cierpiących samotność ogarnie, / Przerwa mąk tylko powiększa męczarnie; (...) Serce w cierpieniach, gdy samotność widzi, / Chcąc mieć pociechę wszystkich znienawidzi”. Chwilami mnisi odnosili wrażenie, że w cierpieniu znajdował jakąś perwersyjną rozkosz. Na łożu śmierci wyznał, że już „Moje dni krótkie na płaczu padole, / obfite w rozkosz, lecz płodniejsze w bole”. Nie myślał o samobójstwie i ukróceniu tym samym psychicznych męczarni. Śmierci się nie bał, bo w życiu doczesnym nie miał już żadnego celu. Wszystkiego doznał, doświadczył nawet tego, co najpiękniejsze – miłości i wzajemności w uczuciu. Nie żałował więc, że ziemska wędrówka dobiegła kresu. Niczego nie żałował, „Mamże kląć losom? – jam sprawca mej doli, / Ja chciałem cierpieć, nie zmieniłem woli; (...) Życia mojego żałować nie warto”. Giaur poniósł klęskę i do ostatnich dni nie zaznał już spokoju, rozpamiętując przeszłość.

Adam Mickiewicz

Cierpienie osamotnionej dziewczyny przedstawione zostało przez Mickiewicza w balladzie Romantyczność. Główna bohaterka utworu, Karusia, cierpiała po śmierci ukochanego Jasieńka. Postępowanie Karusi było bardzo zmienne: to nieruchomo patrzyła przed siebie, to znów niespokojnie się rozglądała, płakała lub się śmiała. Okazało się, że wydawało się jej, iż rozmawia z Jasieńkiem, cieszyła się, że ten „i po śmierci kocha”. Wiedziała, że umarł, że „już po twoim pogrzebie”, ale mimo to jest obok niej. Widziała jego bladość, czuła zimno dłoni. Przypomniała sobie, że odszedł dwa lata temu. Pragnęła pójść razem z nim, bo „Nie lubię świata”. Żaliła się, że „Źle mnie w złych ludzi tłumie”, ponieważ śmiano się z niej, gdy płakała, nie rozumiano, co do nich mówiła, nie widziano tego, co widziała ona. Kiedy usłyszała, że zapiał kur i niebo zaczęła rozświetlać zorza, a ukochany zaczął znikać, próbowała go zatrzymać. Biegła za nim, krzyczała, padała z okrzykiem rozpaczy. Nad nieszczęsną zebrali się ludzie i mówili pacierze, wierząc głęboko, że tu musiała być dusza Jasieńka, ponieważ „On ją kochał za żywota”. Cierpienie Karusi przybrało formę obłąkania.

W Konradzie Wallenrodzie nieszczęśliwymi była dwójka bohaterów: Alf Walter i Aldona. Egzystencja głównej postaci od początku napiętnowana była fatalizmem. Jako dziecko został pozbawiony rodziny, ponieważ porwali go Krzyżacy i usiłowali wynarodowić. Kiedy Halban uświadomił mu, kim naprawdę jest z pochodzenia, cierpiał, ponieważ musiał jeszcze jakiś czas spędzić wśród wrogów i poznać ich militarne tajemnice. Z pewnością tragiczna była dla niego konieczność opuszczenia ukochanej żony. Walter coraz częściej się zamyślał, „zda się, że jakaś skryta dręczyła go boleść”, nie spał po nocach, wpatrywał się w łuny. Niespokojna Aldona początkowo proponowała, by oboje skryli się w lasach, z dala od świata. On jednak prosił, by zapomniała o nim, bo „Walter wszystko utracił, Walter sam jeden pozostał, / Jako wiatr na pustyni; błąkać się musi po świecie, / Zdradzać, mordować i potem zginąć śmiercią haniebną”. Przekonywał, że jeżeli kiedyś usłyszy o jego bohaterskich czynach, będzie szczęśliwa, że Walter był jej małżonkiem, wtedy „niech dumy uczucie będzie pociechą sieroctwa”. Wyjawił jej swą tajemnicę, poprosił o zatajenie tej wiadomości przed światem i odjechał. Obarczył także swe sumienie zamordowaniem rycerza Konrada Wallenroda. Potem, już jako wielki mistrz zakonu krzyżackiego, cierpiał aż do śmierci, ponieważ nieustannie musiał kłamać i oszukiwać, zdradzać tych, którzy mu przecież zaufali. Wielki mistrz musiał też nauczyć się żyć z wieczną udręką. Krzyżakom podobały się jego chrześcijańskie zalety: „Ubóstwo, skromność i pogarda świata”. Wiedzieli o nim jednak tylko tyle, że od młodości zamknął się w klasztornych murach, nie zależało mu na sławie ani na urzędach, nie zwracał uwagi na piękne kobiety. Bracia zakonni zastanawiali się, „Czy był nieczułym, dumnym z przyrodzenia, / Czy stał się z wiekiem”. Był przecież jeszcze młody, choć już osiwiał i miał pomarszczoną twarz. Konrad był zmiennego usposobienia. Czasem żartował, zabawiał damy, ale to zdarzało się rzadko. Kiedy w rozmowie padały słowa: „ojczyzna, powinność, kochanka”, wspominano krucjaty lub Litwę, „Znowu na wszystko stawał się nieczuły / I pogrążał się w dumy tajemnicze”. Krzyżacy widzieli w Wallenrodzie mnóstwo zalet, ale i dostrzegali wady: „Konrad światowej nie lubił pustoty, / Konrad pijanej nie dzielił biesiady”. Często zamykał się samotnie w pokoju i gdy „go dręczyły nudy lub zgryzoty”, upijał się. Potem lubił grać na lutni i śpiewać pieśni „cudzoziemską mową”, ale zawsze były to utwory smutne i pełne rozpaczy. Kiedy Krzyżacy byli świadkami jego śpiewu, gniewał się, wydawał rozkazy, groził „nie wiadomo komu”. Tylko Halban potrafił uśmierzyć jego zły nastrój, uspokoić, ponieważ on jeden nie bał się tego „lwa”. Był człowiekiem nieszczęśliwym, ponieważ „Jam miłość, szczęście, jam niebo za młodu / Umiał poświęcić dla sprawy narodu, / Z żalem, lecz z męstwem”. Teraz „powinność, rozpacz, wola Boża” zmusiły go do wyprawy przeciw Litwie. Cel swój osiągnął, doprowadził do klęski zakonu. Umierał jednak samotnie, z poczuciem sprzeniewierzenia się zasadom honoru. Cierpienie stało się także udziałem Aldony. Dopóki nie pojawił się w jej życiu Alf Walter, nie zaznała goryczy. On jednak nie tylko nauczył ją kochać i wierzyć w Boga. Z jego powodu poznała uczucie cierpienia. Zamknięta dobrowolnie w wieży pustelnica zapytywała: „Któż me westchnienia, kto me łzy policzy? / Czy już tak długie przepłakałam lata, / Czy tyle w piersiach i oczach goryczy, / Że od mych westchnień pordzewiała krata?”. Porzucona przez męża i samotna, przybyła do Malborka, by choć z daleka widywać ukochanego. Odebrał jej wszystko: radość życia, przeszłość i przyszłość. Pozostawił tylko nadzieję na życie wieczne.

Zobacz też : Adam Mickiewicz - Konrad Wallenrod

Z powodu nieszczęśliwej miłości cierpiał też Upiór z Dziadów cz. II. „Serce ustało, pierś już lodowata, / Ścięły się usta i oczy zawarły” – tak podmiot liryczny scharakteryzował wygląd umarłego, który powrócił do świata żywych „Szukać lubego oblicza”. To duch zmarłego, o którym okoliczni wiedzieli, że co roku budzi się w dzień zaduszny „I dąży pomiędzy ludzi”. Po trzech dniach, „Z piersią skrwawioną, jakby dziś rozdartą / Usypia znowu w mogile”. Ludzie opowiadali, że podobno zginął w młodym wieku i „zabił sam siebie”. Teraz prawdopodobnie cierpi wieczną karę, „Bo smutnie jęczał i płomieniem buchał”. Pewien stary zakrystianin podsłuchał kiedyś, jak upiór skarżył się, że musi co roku cierpieć to samo: „Ujrzeć ją znowu, poznać się, rozłączyć”. Co roku błądził między ludźmi i przeżywał to samo, co za życia. Kiedyś był zakochany, a przyjaciele naśmiewali się z jego tęsknoty. Sam nigdy się nie skarżył. Teraz nie dbał, jak go świat potraktuje, byle tylko ukochana powitała go po dawnemu. Miał nadzieję, że nie ulęknie się upiora i do końca wysłucha „grobowej mowy”. Męki przeżywali także ci, którzy w noc dziadów przybyli prosić o pomoc i zbawienie. Na wezwanie Guslarza pojawiło się widmo złego pana: „w gębie dym i błyskawice, / Oczy na głowę wysiadły (...) Włos rozczochrany na czele”. Potępieniec prosił „kruki, sowy, orlice”, by wpuściły go do kaplicy. Przypominał ptakom rozszarpującym jadło, że kiedyś był dziedzicem wioski. Umarł trzy lata temu, ale od tej pory „Jestem w złego ducha mocy, / Cierpię okropne męczarnie”, błądził po świecie wiecznie głodny i pragnął, by ktoś go nakarmił. Szarpany przez „żarłoczne ptactwo”, marzył nie o niebie, ale by chociaż „ze mnie / Prędzej się dusza wywlekła”. Wolał pójść do piekła, „Niż z duchami nieczystemi / Błąkać się wiecznie po ziemi, / Widzieć dawnych uciech ślady, / Pamiątki dawnej szkarady”. Nie chciał nadal „Umierać z pragnienia i głodu”, ale miało tak się dziać, dopóki „kto z was, poddani moi, / Pożywi mię i napoi”. Widmo prosiło o wodę i „dwa pszenicy ziarnka”. Ptaki jednak, dawni mieszkańcy wioski, „Ktoreś ty pomorzył głodem”, zapowiadały, że odbiorą mu wszelkie pożywienie, ponieważ „Nie znałeś litości, panie”. Kruk przypomniał upiorowi, że kiedyś zaszedł do jego ogrodu, ponieważ od trzech dni nic nie jadł. Strząsnął z drzewa kilka jabłek, ale ukryty ogrodnik poszczuł go psami. Za kradzież przywiązano nieszczęśnika do słupa i zbito tak, że ciało odpadało od kości i w męczarniach zmarł. Sowa opowiedziała, że pewnego mroźnego dnia stała z niemowlęciem na ręku pod bramą, prosząc o wsparcie. Jej mąż już nie żył, córka służyła w dworze, chora matka leżała w chacie, a wszyscy byli głodni. Pan jednak miał w tym czasie gości, więc kazał przepędzić żebraczkę. Służący zbił ją i wepchnął z dzieckiem w śnieg, „Zbita i przeziębła srodze, / Nie mogłam znaleźć noclegu; / Zmarzłam z dziecięciem na drodze”.

Zobacz też : Adam Mickiewicz - Dziady

Cierpiał także Gustaw, bohater Dziadów cz. IV. Przybyły do chaty Księdza nieznajomy skarżył się, że nigdzie nie mógł znaleźć dla siebie miejsca, żył nie spełnionymi ideałami, „Bujałem po zmyślonym przez poetów niebie”, aż wreszcie odnalazł ukochaną po to tylko, „ażebym utracił na wieki”. Ksiądz chciał się dowiedzieć, od jak dawna cierpi i płacze „po swej stracie”. Pustelnik jednak nie chciał wyjawić, jak długo się tak męczy. Pokazał Księdzu pierścionek upleciony z pukli włosów ukochanej, który nosił na piersi, a ona „Opasała mię wkoło na kształt włosiennicy”. Od tamtej pory cierpi nieustannie, „bo też wielkie moje grzechy”. Wyznał, że, wiedziony tęsknotą i rozpaczą, odwiedził też kiedyś ogród, w którym na zawsze pożegnał się z ukochaną. Stamtąd ujrzał, że w pałacu odbywało się jakieś święto. Zrozumiawszy, że oto odbywały się zaślubiny jego ukochanej, „Wściekłość mię oślepiła, poparłem ramiona, / Chciałem szyby rozsadzić... i bez duszy padłem... / Myślałem, że bez duszy... tylko bez rozumu”. Na wspomnienie tamtej chwili z rozpaczą stwierdził, że kobieta to „puch marny”, „wietrzna istota”, którą „oślepiło złoto”. On gotów był poświęcić dla niej wszystko, ona zaś z „sercem oziębłym, obojętną twarzą, / Wyrzekłaś słowo mej zguby” i rozerwała duchowe łańcuchy. Wyobrażał sobie, że poszedłby na wesele i stanął milczący, potem popatrzyłby jej w oczy i nigdy już nie pozwolił o sobie zapomnieć. Zabiłby się potem z miłości, a ona poszłaby za jego trumną i może by nawet zapłakała. Z rozpaczą jednak stwierdził, że „nie mogę zapomnieć o niej i umarły”.

Za naród cierpi też Konrad, bohater Dziadów cz. III. W imię jego szczęścia wyzywał Boga na pojedynek o „rząd dusz”. Ten jednak milczy. Konrad bluźni więc: „Kłamca, kto Ciebie nazywał miłością, / Ty jesteś tylko mądrością”. Zarzucał Bogu, że „Dałeś mnie najkrótsze życie / I najmocniejsze uczucie”. Wypominał, że z szatanem przecież walczył, ale jego, poety, wyzwania nie przyjmuje, więc on, „z wielkim ludem zbratan, / Mam ja za sobą wojska, i mocy, i trony”, więc „wydam Tobie krwawszą bitwę niźli Szatan”, ponieważ „On walczył na rozumy, ja wyzwę na serca, / Jam cierpiał, kochał, w mękach i miłości wzrosłem”. Konrad utożsamiał się z cierpiącą ojczyzną: „Ja i ojczyzna to jedno. / Nazywam się Milijon – bo za milijony / Kocham i cierpię katusze”, z powodu jej tragedii „Cierpię, szaleję”. Jego cierpienie wypływało jednak z egoistycznych pobudek i zbyt wielkiego mniemania o sobie. Niewinnie cierpiał też Cichowski, ofiara prześladowania zaborców. Kiedyś był „młody, / Żywy, dowcipny, wesół i sławny z urody”. Pewnego dnia nagle zniknął, szukano go długo, „Na koniec powiedziano: zabił się, utopił”, ponieważ na brzegu Wisły znaleziono płaszcz. Żona rozpoznała rzecz jako jego własność, ale trupa nie znaleziono. Po roku jeszcze mimo to „pytano, badano, / Żałowano, płakano; wreszcie – zapomniano”. Minął kolejny rok. Pewnego wieczoru, kiedy prowadzono więźniów na przesłuchanie do Belwederu, ktoś zapytał o ich nazwiska. Pomiędzy nimi usłyszano i imię Cichowskiego. Dano o tym znać żonie, ta „Pisała i latała, prosiła, błagała”, ale niczego więcej się nie dowiedziała. Po kolejnych trzech latach rozeszła się wieść, „Że on żyje, że męczą, że przyznać się wzbrania / I że dotąd nie złożył żadnego wyznania”. Powiadano, że przez wiele nocy nie pozwalano mu spać, karmiono śledziami, nie dając pić, dawano narkotyk, straszono, łaskotano w pięty, pod pachy. Pewnej nocy więźnia odprowadzono do domu, do żony. Kazano mu podpisać, że z Belwederu powrócił żywy i nakazali, by milczał. Adolf zobaczył go dopiero po kilku dniach, ale go nie poznał. Cichowski był już chorobliwie otyłym, łysym starcem. On także nie poznał Adolfa, patrzył pustym, bezrozumnym wzrokiem. Po miesiącu Adolf odwiedził go znowu, ale nic się nie zmieniło. Po tylu latach męczarni, kiedy „całą jego było obroną – milczenie, / A całym jego były towarzystwem – cienie” – oszalał. „Słońce zda mu się szpiegiem, dzień donosicielem, / Domowi jego strażą, gość nieprzyjacielem”, uciekał od ludzi „Krzycząc zawsze dwa słowa”. Kiedy trochę doszedł do siebie, powiedział Adolfowi, że już zapomniał o swoich cierpieniach i nakazał pytać o nie Pana Boga.

Skazany na cierpienia był także Jacek Soplica, główny bohater Pana Tadeusza. Stolnik, wielki magnat, często go zapraszał na biesiady, nazywał swoim przyjacielem, wszyscy myśleli więc, że „on ze mną duszą się podzieli”. Horeszko wiedział, „co się wtenczas działo / W duszy mojej”. Okoliczni także orientowali się, że Soplica zakochany był w Ewie Stolnikównie. Starano się mu wytłumaczyć, że „dygnitarskie progi / Za wysokie na Jacka podczaszyca nogi”. On jednak nie chciał słuchać rozsądnych rad, uważał się za równego magnatom, wierzył w siebie, „Byłem młody, odważny, świat był mnie otwarty”. Był przekonany, że Horeszko zgodzi się na ślub, że żyliby razem, a Stolnik kołysałby wnuki. Stało się jednak inaczej, bo „Jak łatwo może człowiek popsuć szczęście drugim / W jednej chwili, a życiem nie naprawi długim!”. Horeszko „nas zgubił oboje”. Gdyby otwarcie mu powiedział, że nie życzy sobie tego małżeństwa, Jacek, choć z ciężkim sercem, odjechałby. Jednak dumny magnat udawał, że nic mu o miłości Jacka nie wiadomo, przyjmował na zamku serdecznie, ale nie dopuszczał do wyznań. Ewa „Zgadywała, nie wiem jak, co się we mnie działo”, ale spoglądała tak błagalnym wzrokiem, że milczał. Bał się także, że Stolnik odmówiłby mu i nie mylił się. Pewnego dnia przed Jackiem postawiono czarną polewkę. Z rozpaczy chciał początkowo z małym oddziałem na zawsze opuścić ojczyznę i walczyć gdzieś w świecie. Pojechał nawet do zamku Stolnika, by się pożegnać, z nadzieją, „że może starzec się poruszy”, że żywił jakieś przyjazne uczucia. Reakcja Ewy na wiadomość o wyjeździe przekonała Jacka, że był kochany. Chciał rzucić się więc do nóg Horeszki i prosić o rękę ukochanej. Kiedy stracił nadzieję na szczęście, ożenił się z inną, ale matki Tadeusza nie kochał. Próbował zająć się gospodarstwem, albo interesami, ale „Zemsty opętany biesem (...) znaleźć nie mogłem pociechy”. Zaczął pić, żona ze zgryzoty umarła, osierocając dziecko, „a mnie rozpacz żarła”. Przez tyle lat nie mógł zapomnieć o Ewie. Dowiedział się o ślubie ukochanej, o tym, że podczas uroczystości zemdlała, „Że ma początki suchot, że ustawicznie szlocha; / Zgadywano, że kogoś potajemnie kocha”. Stolnik zaś był niezmiennie w dobrym humorze, wyprawiał bale, ale Jacka już nie zapraszał. On sam tymczasem pogrążał się coraz bardziej w rozpaczy, zaniedbał gospodarstwo, wpadł w nałóg i to wszystko „Podało mnie na wzgardę i na śmiech przed światem! (...) Tak zrobiłem się nagle w oczach ludzkich lichy!”. Często jeździł wokół zamku, przeklinając, że Stolnik „zabija dziecię własne, mnie już zabił”. Pewnego dnia na zamek Horeszki napadli Moskale. Obserwował to „z uśmiechem głupim”, potem rozzłościł się, że Horeszko broni się dzielnie, więc „Odjeżdżałem ze wstydem”. Rankiem jednak ujrzał na ganku dumnego magnata i wydało mu się, „że mnie szczególniej urągał”, szydził i groził. Nie namyślając się, chwycił karabin zabitego Moskala, „Ledwiem przyłożył, prawie nie mierzył – wypala!”. Miał żal do Klucznika, że wtedy chybił do niego, ale „widać za pokutę grzechu / Trzeba było...”. Słuchający spowiedzi umierającego Gerwazy przyznał, że chciał go zabić, bo z powodu Jacka „Ileż klęsk spadło na nas i na twą rodzinę”. Skoro jednak uratował życie Hrabiego i Klucznika ocalił i jest zakonnikiem, to „Z nami kwita”. Klucznik chciał odejść, nie przyjmując wyciągniętej dłoni Robaka. Ten poprosił więc o możliwość dokończenia spowiedzi, ponieważ „ja umrę tej nocy” z powodu odnowienia się dawniejszego postrzału i gangreny. Podjął dalszą opowieść... Po zabiciu Stolnika „Imię zdrajcy przylgnęło do mnie jako dżuma”, choć „Przecież nie byłem zdrajcą kraju”, wszyscy się od niego odwrócili. Tymczasem „Moskwa mnie uważała gwałtem za stronnika, / Dano Soplicom znaczną część dóbr nieboszczyka, / Targowiczanie potem chcieli mnie zaszczycić / Urzędem”. Mógł więc żyć jak wielki pan, ale nie chciał. „Uciekłem z kraju! / Gdziem nie był! com nie cierpiał!”. Dowiedziawszy się, że Ewa umarła na Syberii, a w kraju zostawiła małą córeczkę, „Kazałem ją hodować”. Sam zaś „wszedłem między mnichy, (...) Spuściłem głowę, kwestarz, zwałem się Robakiem, / Że jako robak w prochu...”. Zły przykład „Trzeba było odkupić dobrymi przykłady, / Krwią, poświęceniem się...”. Bił się za ojczyznę, przedzierał się do kraju z rozkazami, przez rok pracował przy taczkach w pruskiej fortecy, „Trzy razy Moskwa kijami zraniła me plecy”, raz chciano go wysłać na Sybir, w Szpilbergu pracował w lochach. Bóg pozwolił mu jednak w swej łaskawości „umierać między swoim ludem”. Miał jednak wątpliwości, czy ponownie nie zgrzeszył, pragnąc, by to Soplicowie pierwsi stanęli w powstaniu do walki z wrogiem, że może zbytnio przyspieszył organizację spisku. Miał żal do Gerwazego, że ten wszystko zepsuł, zniszczył wieloletnie wysiłki, ale „jam ci przebaczył”. Umarł jednak szczęśliwy, dowiedziawszy się, że wkrótce rozpocznie się walka o wolność kraju.

Zobacz też : Adam Mickiewicz - Pan Tadeusz

Juliusz Słowacki Kordian

Cierpiał także Kordian, tytułowy bohater dramatu Słowackiego. Przedwcześnie dojrzały młodzieniec nie mógł znaleźć sensu życia, miał poczucie niższej wartości, wiedział, że nie był zdolny do jakiegokolwiek działania: „Otom ją sam, jak drzewo zwarzone od kiści, / Sto we mnie żądz, sto uczuć, sto uwiędłych liści”. Nieszczęśliwie na dodatek zakochany w starszej od siebie Laurze cierpiał na „ból istnienia”. Uważał, że nie warto żyć, skoro nawet nie ma Boga: „Nic – nic – i sobie nawet nie powiem samemu, / Że nic nie ma – i Boga nie zapytam, czemu / nic nie ma?... Ha! więc będę zwyciężony niczem?”. Niemoc wewnętrzna doprowadziła do próby samobójczej. Także podróżując po Europie doznaje rozczarowań, ponieważ nie znalazł wartości, które mógłby zaakceptować i realizować. Dopiero na górze Mont Blanc pojmuje, dlaczego może się poświęcić. Zobaczył w sobie przywódcę wiodącego narody do walki o wolność. Jako pełen zapału spiskowiec postanowił potem poświęcić własne życie ojczyźnie i zabić cara. Okazało się jednak, że był zbyt słaby psychicznie, żeby tego dokonać. Cierpiał więc, ponieważ uświadomił sobie, że podjął się zbyt wielkiego zadania, które przerosło jego siły. Opanowały go Strach i Imaginacja, kiedy uświadomił sobie, że o mało nie dopuściłby się zbrodni królobójstwa. Zemdlał na progu sypialni cara. Skazany na śmierć, przeżywał męki nie tyle strachu, ile wstydu i poczucia własnej niedoskonałości i słabości psychicznej. Nie wiadomo jednak, czy ziemskim rozterkom tego marzyciela nadszedł kres.

Zygmunt Krasiński Nie-Boska komedia

Poezja i żądza sławy stały się przyczyną cierpień hrabiego Henryka, głównego bohatera Nie-Boskiej komedii Krasińskiego. On, wielki indywidualista przeżywał męki, „choć twoja boleść nic nie utworzy, na nic się nie zda”. Ożeniony z bardzo prozaiczną kobietą, szybko zaczął się w małżeństwie nudzić, „spałem snem odrętwiałych”. Bez wahania więc uległ podszeptom Dziewicy, podążył za nią i „niechaj zginę potem”. Kiedy zrozumiał swój błąd, było już za późno. „Tę, której przysiągłem na wierność i szczęście, sam strąciłem do rzędu potępionych już na tym świecie. – Wszystko, czegom się dotknął, zniszczyłem i siebie samego zniszczę w końcu”. Jego dalsze życie również nie było szczęśliwe. Jako przywódca obozu arystokracji, ogarnięty manią wyższości i przekonany o swym szczególnym posłannictwie nie mógł pogodzić się z faktem lekceważenia go przez innych arystokratów. Jego walka była jednak z góry skazana na przegraną. Przed śmiercią zrozumiał, że sam był winien wszystkim tragediom. „Widzę ją całą czarną, obszarami ciemności płynącą do mnie, wieczność moją, bez brzegów, bez wysep, bez końca, a pośrodku jej Bóg, jak słońce, co się wiecznie pali – wiecznie jaśnieje – a nic nie oświeca. (...) Poezjo, bądź mi przeklęta, jako ją sam będę na wieki!”. Umierał samotnie, z poczuciem totalnej klęski. Nieszczęśliwa była także Maria, jego żona. Miała świadomość, że utraciła miłość męża, „bo już nie patrzysz na mnie, odwracasz się, kiedy wchodzę”. Nie wiedziała, czym zawiniła, że Henryk ją odtrącił. „Dobiłeś mnie tym jednym: <>. (...) Lepiej wstań i powiedz - <> - przynajmniej już będę wiedziała wszystko”. Kiedy starała się go zatrzymać, usłyszała okrutną prawdę: „Kobieto z gliny i z błota, nie zazdrość, nie potwarzaj – nie bluźń – patrz – to myśl pierwsza Boga o tobie, ale tyś poszła za radą węża i stałaś się, czym jesteś”. Zrozpaczona i osamotniona, Maria popadła w obłęd i „myśl dobrą swoją posłała w nieznane obszary, może za mną, i błąka się biedna, i płacze”. Umarła z przekonaniem, że dorównała mężowi jako poetka.

Zobacz też : Zygmunt Krasiński Nie-Boska komedia

Honoriusz Balzac Ojciec Goriot

Przyczyną cierpienia Goriota, bohatera Ojca Goriot Balzaca była miłość do córek. Po śmierci żony wszystkie uczucia przelał na Anastazję i Delfinę i w imię ojcowskich uczuć zdolny był do największych wyrzeczeń. Po latach „Fizjonomia starca, którą ukryte zmartwienia czyniły z każdym dniem smutniejszą, była najbardziej rozpaczliwa przy stole”. Cierpiał w samotności, ponieważ ukochane córki odwiedzały go tylko wtedy, kiedy potrzebowały pieniędzy. W nędznym pensjonacie pani Vauquer zamieszkał „pod wpływem rozpaczy, w jaką popadł widząc, że córki nie tylko odmówiły goszczenia ojca u siebie, ale nawet przyjmowania go jawnie”. Łudził się, że go kochają bezinteresownie, przez dziesięć lat. Dopiero na łożu śmierci przyznał, że „Trzeba umierać, żeby się dowiedzieć, co to dzieci... (...) Dajesz im życie, one ci dają śmierć. Wprowadzasz je w świat, one cię zeń wyganiają. (...) Mówiłem to sobie niekiedy, ale nie śmiałem w to wierzyć”. Dopiero teraz zrozpaczony zrozumiał, że sam był winien swemu cierpieniu z powodu opuszczenia przez najbliższe mu istoty: „Sumienniem odpokutował ten grzech, żem je nadto kochał. Dobrze się zemściły za me przywiązanie”. Rozpaczał, że się poniżał, by móc ujrzeć córki. W malignie „krzyczy za nimi tak, jak podobno człowiek wbity na pal krzyczy za wodą”. A jednak kochał je tak bardzo, że pragnął tylko ich obecności: „Umrę szczęśliwy. Umrzeć, dobrze, nie chcę już życia, nie zależy mi na nim, stało się jedną męczarnią”. Umierając przyciskał do piersi medalion, w którym znajdowały się włosy kobiet. Chory na zapalenie mózgu, skonał cierpiąc straszliwe męki.

Literatura pozytywizmu

Bolesław Prus Lalka

Literatura okresu pozytywizmu opisuje wiele nieszczęśliwych postaci. Stanisław Wokulski, główny bohater Lalki Prusa, był człowiekiem przeżywającym wielkie duchowe cierpienia. Od młodości musiał się sam o siebie troszczyć. Kiedy pracował w piwiarni Hopfera i jednocześnie studiował, goście wyśmiewali jego ambicje i publicznie go poniżali. Po powrocie z zesłania przekonał się, że nikt, oprócz Rzeckiego, na niego nie czekał. Nie było ważne, że stał się uczonym i opracował nawet plan działania na rzecz dobra kraju. Ożeniwszy się dla pieniędzy z Minclową, cierpiał w tym związku przez cztery lata. Największych jednak rozterek duchowych doświadczył poznawszy pannę Izabelę Łęcką. Zaczął zarabiać pieniądze, ponieważ tylko dzięki nim mógł obiekt swych uczuć zdobyć. Doznawszy afrontu, wyjechał do Paryża. Jednak i to nie przyniosło mu ukojenia. „Wszystkie te widoki tworzyły dookoła niego chaos, któremu odpowiadał chaos panujący we własnej duszy”. Myślał o pannie i jej kochankach, pił, by zapomnieć. A jednak – uzyskawszy cień nadziei, że Łęcka będzie mu przychylna, pospieszył z powrotem. Fakt, że został przyjęty i uznany za oficjalnego „starającego się”, wcale nie był kresem jego cierpień. Odtąd nieustannie obserwował zachowanie Izabeli – i coraz mniej mu się ono podobało. Widząc, że była bardzo frywolna, „uczuł taki zamęt w głowie, ból w piersiach, szał w nerwach, że uciekł do przedpokoju. A stamtąd na ulicę obawiając się, że traci rozum”. Cios „w samo serce” otrzymał podczas podróży do Krakowa. Kiedy bezwiednie przysłuchiwał się rozmowie narzeczonej ze Starskim, cierpiał katusze, ale nie ujawnił, że rozumie po angielsku. Słuchał, jak go szkalują, jak wyśmiewają się z niego. „Zdawało mu się, że się rozpłacze, że zacznie krzyczeć, że wybije okno i wyskoczy z wagonu”. Wysiadł z pociągu w Skierniewicach, nieprzytomny z rozpaczy. Chwilami „Chciał wrócić się do ludzi, ale uczuł, że nie zniósłby ich widoku. Już samo nawet myślenie męczyło, prawie bolało”. Błąkał się po stacji jak nieprzytomny. Chwilami nawet miewał przywidzenia. Wydawało mu się, że znajdował się w jakimś lesie, to znowu, że był kamieniem. „W tej chwili opanowało go cierpienie, na które w ludzkim języku już nie ma nazwiska. Dręczyła go zmęczona myśl, zbolałe uczucie, zdruzgotana wola, całe istnienie”. Zapragnął umrzeć. Rzucił się na tory. Uratowany przez Wysockiego, doszedł do wniosku, że „straciłem wszystko... prócz majątku”. Od tej pory żył jak w letargu. Potem pojawił się „bezimienny ból, z początku bardzo mały, który szybko powiększył się i stanął w mierze ...) Cierpię, więc jestem”. Postanowił zerwać z dotychczasowym życiem i wyjechać do Suzina albo w ogóle w świat. Przyjaciele zastanawiali się potem, co się z nim mogło stać. Podobno popełnił samobójstwo, widziano go w Zasławiu, albo nawet gdzieś w Chinach.

Zobacz też : Bolesław Prus - biografia

Eliza Orzeszkowa Nad Niemnem

Cierpiała także pani Andrzejowa Korczyńska, jedna z bohaterek Nad Niemnem Orzeszkowej. Wyszła za mąż z wielkiej miłości. Starała się być dla męża powiernicą i pomocnicą, usiłowała przyjąć za swoje jego poglądy, ale mimo wszystko nie potrafiła zbliżyć się do ludu. Kiedy mąż zginął w powstaniu, „bezprzytomna padła na ziemię, ale dźwignąwszy się z parodniowej słabości, w której zdawało się, że rozum utraci, nigdy już więcej nie mdlała, nie wybuchała”. Powróciła z synem jedynakiem do rodzinnego domu. „Na fizyczne cierpienia żadne nie uskarżała się nigdy; jednak świeże jej przedtem rumieńce zniknęły bez śladu i na zawsze. Rozpaczy, płaczu jej nikt też nie widywał, ale wesołego jej śmiechu nie słyszano też nigdy”. Poświęciła się całkowicie wychowaniu Zygmunta. Poniosła jednak klęskę, ponieważ syn sprzeniewierzył się wyznawanym przez zmarłego i nią samą ideałom. Zrozumiała, że uczyniła z niego bezdusznego egoistę. Kiedy zażądał, by sprzedała majątek i żeby wszyscy zamieszkali za granicą, stanowczo odmówiła. Gdy zaczął drwić z jej przywiązania do ziemi rodzinnej, „powstała i zapłakała tak, jak płakała zwykle, bez łkania, bez najlżejszego drgnienia rysów”. Wyśmiana za patriotyzm i pietyzm dla powstańczej mogiły „czuła teraz, że na drodze jej życia i na dnie jej serca wznosi się druga mogiła, rozpaczniejsza jeszcze od pierwszej, bo nic już po sobie nie pozostawiająca. W tę drugą mogiłę kładły się na wieki i bezpowrotnie ją żegnały najdroższe jej uczucia i nadzieje (...) Z postawy jej, ruchów rąk i drżenia rysów widać było nieznośną mękę, która bolesne prądy rozsyłała od kończyn do kończyn jej ciała, siłą cierpienia, zda się, wywlekając z niej duszę”. Zapragnęła umrzeć, ale „Silne jej ciało zwycięsko opierało się targającej nim rozpacznej burzy”. Żyła nadal, rozpamiętując swą klęskę.

Henryk Sienkiewicz Potop

Cierpienie stało się też nieodłącznym elementem życia głównych bohaterów Potopu Sienkiewicza. Młody i porywczy Andrzej Kmicic cierpiał nie tylko z powodu Oleńki, ale i własnych błędów. Po wymordowaniu z zemsty mieszkańców Wołmontowicz musiał uchodzić zrozpaczony, ponieważ Oleńka nie chciała go znać. Tęsknota i miłość popchnęły go do popełnienia kolejnego błędu – próby porwania dziewczyny. Ciężko ranny w pojedynku przez Wołodyjowskiego, z rezygnacją oczekiwał potem na wyroki za dawne winy. Szczera chęć naprawy i nadzieja na odzyskanie miłości Oleńki spowodowały, że przystał na służbę u Janusza Radziwiłła. Kiedy ujrzał ukochaną, „żal niezmierny pochwycił pana Andrzeja, żal, dla którego innych słów nie znalazł, jeno wykrzyk w duszy, który przez usta nie przeszedł”. Usłyszawszy zaś, że Radziwiłł poddał się Karolowi Gustawowi, „oczy postawił w słup i stał jak skamieniały”. W okamgnieniu zrozumiał, że wszystko bezpowrotnie utracił, że w oczach Oleńki jest zdrajcą. Potem „Łbem o ścianę bił i krzyczał o potępieniu. Wił się jak piskorz. (...) Porwał się do szabli, musiano go związać”. Przyprowadzony przed oblicze magnata „Zdawało się, że nie ma ani jednej kropli krwi w twarzy junaka, tak była blada; oczy tylko świeciły mu gorączkowo, ale zresztą był spokojny, zrezygnowany, lubo zdawał się być pogrążony w bezgranicznej rozpaczy”. Łatwowierny, szybko uwierzył w patriotyczne intencje Radziwiłła i stał się jego najwierniejszym sługą. Z jego rozkazu przelewał nawet krew współrodaków. Dowiedziawszy się jednak od księcia Bogusława prawdy, „Przez chwilę podniósł się z krzesła i znowu zaraz usiadł, jak człowiek, który walczy ze sobą i przełamuje w sobie wybuch gniewu lub rozpaczy”. Próbę porwania zdrajcy przypłacił ciężką raną i poczuciem bezsensu dalszej egzystencji. Stał się jednak od tej pory „nawróconym grzesznikiem” i jako Babinicz pokutował za dawne przewinienia, służąc ojczyźnie i w imię miłości ojczyzny cierpiąc. Nie mógł też zapomnieć o ukochanej. Jego cierpliwość i odwaga zostały jednak w końcu wynagrodzone. Za swe zasługi został w pełni zrehabilitowany. Cierpiała także Oleńka Billewiczówna. Zawsze na pierwszym miejscu stawiała honor i ojczyznę, dlatego, choć pana Andrzeja bardzo kochała, zerwała z nim, uznając za zdrajcę. Kmicic, przyjechawszy z rozkazem zabrania Billewiczów do Kiejdan i doznawszy jej pogardy, stwierdził, że „Bóg dał ci urodę, ale serce zawzięte i nieubłagane. Radaś sama przycierpieć, by komuś jeszcze większą boleść sprawić”. Oleńka jednak, mimo że silna psychicznie, nie potrafiła stłumić w sobie uczuć do pana Andrzeja. Kiedy wyprowadzono go na rozstrzelanie, padła bez zmysłów na podłogę. Potem, kiedy żegnali się, myśląc, że już na zawsze, usiłowała nadaremnie nawrócić go. Rozstali się i Oleńka od tej pory cierpiała jeszcze bardziej – kochała zdrajcę, którym pogardzano powszechnie. Dowiedziawszy się jednak, że odważył się planować porwanie króla Jana Kazimierza, „nie chciała, nie mogła modlić się za niego”, ale nadal go kochała. Kiedy powróciła w rodzinne strony, nie chciała zamieszkać w Wodoktach. „Wszystkie rany odnowiły się w niej i poczęły piec boleśnie. Wstyd na nowo palił jej policzki; oczy nie roniły w tej chwili łez, ale serce ogarniała taka żałość niezmierna, że nie mogąca się w tym biednym sercu pomieścić”. Nie mogła, nie chciała się nawet za Kmicica modlić, mając go za zdrajcę. Słyszała wprawdzie jakieś plotki, że słynny Babinicz to Kmicic, ale nie dawała temu wiary. Postanowiła wstąpić do klasztoru. Gdy pewnego razu więc spotkała zaprzęg wiozący nieprzytomnego pana Andrzeja, „świat cały zakręcił się nagle w oczach; serce w niej zamarło, piersiom zabrakło tchu. (...) Po czym całkiem opuściła ją świadomość, gdzie jest, co się z nią dzieje”. Modliła się za niego, ale nie wiedziała, co dla niego byłoby lepsze: śmierć, czy życie w niesławie. „Tyle zaś się nagryzła przez te dni, tyle jednak rozterki było w jej duszy, że aż na zdrowiu poczęła szwankować”. Kiedy spotkali się w kościele, „cofnęła się nagle, jakby przerażona; naprzód płomień, a potem bladość śmiertelna wystąpiła na jej twarz”. Usiadła obok. Słuchając odczytywanego listu Jana Kazimierza, sławiącego wyczyny Kmicica, doszła do wniosku, „że go najgorzej ze wszystkich skrzywdziła (...)powtarzała wciąż jedno, że go niewarta, że nie śmiałaby mu w oczy spojrzeć” i „o swoich winach i o swej zawziętości, za którą odpokutować musi w klasztorze”. Kiedy przywieziono go do niej przemocą, „wówczas szlochanie rozdarło na nowo jej piersi” i stwierdziła: „Jędruś! ran twoich niegodnam całować!”. Jednak także jej cierpienie i wierność zostały wynagrodzone.

Zobacz też : Henryk Sienkiewicz - Potop

Fiodor Dostojewski Zbrodnia i kara

Egzystencjalne katusze przeżywał też Rodion Raskolnikow, główny bohater Zbrodni i kary Dostojewskiego. Powziąwszy zamiar zabicia starej lichwiarki, znienawidził sam siebie. Zrozumiał bowiem, że rzeczywiście jest zdolny do zbrodni i ona się stanie. Kiedy morderstwa dokonał, zaczęła się jego wewnętrzna gehenna. Od tej chwili nigdy już miał nie zaznać spokoju. Rozchorował się, majaczył, przez cztery dni był półprzytomny, „co chwila przypominał sobie, że zapomniał o czymś, czego zapominać nie wolno; dręczył się, męczył, usiłując przypomnieć sobie, jęczał, wpadał we wściekłość lub w okropny, niemożliwy do zniesienia lęk”. Kiedy odzyskał świadomość, pozornie uspokoił się. Jednak wszelkie aluzje i dyskusje na ten temat wytrącały Rodiona z równowagi. Stawał się opryskliwy, wręcz niegrzeczny. Otoczenie domyślało się, iż „Jego coś nęka! Jakiś ciężar!”, ale nie znało prawdziwej przyczyny jego rozdrażnienia i niezrozumiałego zachowania. Nawet matkę i siostrę potraktował jak obce. Witały go z okrzykami radości, „Lecz on stał jak słup; piorunem poraziła go raptowna, niemożliwa do zniesienia świadomość. Jego ramiona nie chciały, nie mogły podnieść się do uścisku. (...) Cofnął się o krok, zachwiał i runął na podłogę bez zmysłów”. Ocknąwszy się, zamknął się w sobie jeszcze bardziej. Więcej nawet, postanowił zerwać wszelkie kontakty z najbliższymi. „Postanowiłem nieodwołalnie... Cokolwiek się ze mną stanie, czy zginę, czy nie, chcę być sam. Zapomnijcie o mnie zupełnie. Tak będzie lepiej... (...) Możliwe, że wszystko zmartwychwstanie!... Ale teraz, jeżeli mnie kochacie – zaniechajcie... W przeciwnym razie znienawidzę was”. Raskolnikow cierpiał, ponieważ bał się zdemaskowania. Jednocześnie gardził sobą, że nie potrafi zagłuszyć wyrzutów sumienia. Postanowił zrzucić ciężar na Sonię i wyznać jej swój grzech. Zobaczył w niej bratnią duszę, człowieka tak jak on nieszczęśliwego. „Sam dźwigał w duszy tyle grozy i cierpienia”, że w jakimś sensie cieszył się, iż może pomóc bliźniemu. Oskarżoną o kradzież dziewczynę wziął w obronę, bo wiedział, że tylko jej będzie mógł wyznać prawdę, „musiał powiedzieć jej, kto zamordował Lizawietę, i przewidywał okropną mękę, którą też zdawał się odpychać obiema rękami”. Wyznawszy swój makabryczny sekret, oczekiwał już tylko na karę. „Niekiedy ogarniała go chorobliwa dręcząca trwoga, czasem przechodząca w paniczny strach”. Bywały jednak dni apatii, obojętności wobec tego, co miało się stać, „ale jakże byłby rad uciec od tych czy owych trosk”. Czując się jak ścigana ofiara, wyznał w końcu swą winę. Znalazł się na Syberii, towarzyszyła mu Sonia. Od jego zbrodni minęło prawie półtora roku. Nie czuł się winny. Obojętnie znosił wyrok, „jest posępny, małomówny (...) milczy całymi dniami”. Pogardliwie i szorstko traktował również wierną dziewczynę. Miał pretensje do całego świata. „Ale nie ogolonej głowy i kajdan się wstydził: dotkliwie zraniona była jego duma. (...) Sądził siebie surowo, ale zatwardziałe jego sumienie nie znajdowało w przeszłości żadnej szczególnej okropnej winy, chyba tylko zwykłe chybienie, które każdemu mogło się przytrafić”. Nie uważał się za mordercę, nie czuł skruchy z powodu odebrania komuś życia. „Upatrywał zbrodnię jedynie w tym, że nie wytrzymał i że dobrowolnie zgłosił swą winę”. Zastanawiał się, dlaczego nie odebrał sobie życia. Nie miał już żadnej nadziei na odmianę swego losu: „Udręka bezprzedmiotowa i bezcelowa w teraźniejszości, w przyszłości jedna nieustanna ofiara, przez którą nic się nie osiąga – oto, co mu pozostało na świecie”. Coraz bardziej izolował się od otoczenia. Współwięźniowie go nie lubili i wszyscy go unikali. „Ostatnio zaczęto go nawet nienawidzić. Za co? Tego nie wiedział. Gardzili nim, drwili z niego, śmiali się”. Cierpiał także, gardząc sam sobą, że nie potrafił popełnić samobójstwa. Wśród innych skazanych „Żył jak gdyby ze spuszczonym wzrokiem; patrzenie było dla niego wstrętne i nieznośne”.

Niespodziewanie dla samego siebie pewnego dnia jednak odrodził się moralnie. Przełom spowodowała choroba dziewczyny. Przestraszył się, że może ją stracić na zawsze. „Sam nie wiedział, jak to się stało, lecz nagle coś jakby go poderwało i rzuciło do jej nóg. Płakał i obejmował jej kolana. (...) Oboje byli bladzi i wychudli; ale w tych mizernych, bladych twarzach już promieniał świt odnowionej przyszłości, pełnego odrodzenia ku nowemu życiu”. Wiedział, że czeka go jeszcze siedem długich lat na zesłaniu, ale przecież „nowe życie nie dostanie się mu za darmo”. Istotą głęboko nieszczęśliwą była także Sonia Marmieładowa. Kiedy Marmieładow ożenił się po raz drugi z wdową obarczoną dwójką dzieci, dla Soni w domu zaczęło brakować miejsca. Macocha wyzywała nieszczęsną od darmozjadów i leni, choć dziewczyna starała się jeść jak najmniej, pomagać schorowanej kobiecie, albo schodzić jej z oczu. Pewnego wieczoru nie mogła już znieść wyzwisk, ubrała się i wyszła. Po kilku godzinach wróciła, przynosząc trzydzieści rubli. Nie powiedziała ani słowa, położyła się twarzą do ściany, że „tylko ramionka i ciało dygocą”. Zaczęła sprzedawać ciało, by pomóc rodzinie, ale gorąco wierzyła, że Bóg jej to wybaczy. Wewnętrznie jednak pozostała czysta. Nieśmiała i lękliwa z natury, starała się nigdy nie być „na widoku”, rodzinę odwiedzała tylko wieczorami. Sonia nie znajdowała dla siebie żadnego usprawiedliwienia. A przecież to tylko litość nad chorą umysłowo macochą i trójką dzieci zmusiła dziewczynę do tak desperackiego kroku. Jej postawa wobec życia, żarliwa obrona obłąkanej Katarzyny Iwanowny i bezgraniczne poświęcenie wzbudziły podziw Raskolnikowa. „Wtem schylił się szybko, przypadł do podłogi i pocałował nogę dziewczyny. (...) Nie tobie się pokłoniłem, pokłoniłem się całemu cierpieniu ludzkiemu. (...) Nie za to, żeś grzesznica, nie za to, żeś pohańbiona (...) lecz za twoje wielkie cierpienie. A żeś grzeszna, to prawda (...) a najgorszy twój grzech to, żeś nadaremnie umartwiła i zdradziła siebie”. Biedną Sonię jednak na każdym kroku spotykały afronty ze strony tzw. „porządnych ludzi”. Zawsze była dla kogoś „kozłem ofiarnym”, tak jak w przypadku historii z Łużynem. Jegomość ów oskarżył ją o kradzież stu rubli i gdyby nie pomoc Swidrygajłowa i Rodiona, pewnie by nieszczęsną i niewinną aresztowano. „Sonia, nieśmiała z natury, wiedziała zawsze, że ją łatwiej jest zniszczyć niż kogo bądź innego, no a krzywdzić ją – mógł każdy niemal bezkarnie”. Kiedy Raskolnikow przyznał się do zabójstwa, nie odepchnęła go uznawszy, że był bardziej nieszczęśliwy niż ona. Obiecała nigdy go nie opuścić. Poprosiła tylko, by przyznał się i pogodził z karą, ponieważ trzeba „Przyjąć cierpienie i odkupić się przez nie”. Wierzyła głęboko w prawdę tych słów, gdyż sama miała nadzieję, że jej „droga przez mękę” też kiedyś się skończy. Zamieszkała w mieście, w pobliżu więzienia. W dni powszednie widywała ukochanego na robotach, w święta – pod bramą. Traktował ją opryskliwie, ale nie zrażała się tym. „Zawsze wyciągała do niego rękę nieśmiało, czasem nawet nie podawała jej całkiem, jak gdyby w obawie, że on ją odepchnie”. Cierpiała w milczeniu. Kiedy Raskolnikow zrozumiał, jak bardzo ją kocha, „wiedział, jaką nieskończoną miłością powetuje teraz wszystkie jej cierpienia”.

Literatura epoki modernizmu

Henrik Ibsen Dzika kaczka

W Dzikiej kaczce Ibsena istotą cierpiącą była Jadwinia Edkal. Za błędy dorosłych Jadwinia zapłaciła najwyższą cenę – straciła życie. Najprawdopodobniej nigdy nie była szczęśliwa, bo rozpaczliwie poszukiwała miłości i akceptacji. Czternastoletnia dziewczynka była bowiem w gruncie rzeczy samotna. Wychowywana w skromnych warunkach, wśród ludzi mało wykształconych i ułomnych uczuciowo, darzyła bezgranicznym zaufaniem ojca, który jej miłości wcale nie potrzebował. Jadwinia tymczasem starała się odgadywać wszystkie jego życzenia, bez szemrania spełniała wszelkie polecenia. Była posłuszna i pracowita. Jadwinia, dziecko naiwne i ufne, nie potrafiła pojąć, dlaczego ojciec tak brutalnie odepchnął ją pewnego dnia od siebie i zaczął traktować jak obcą. Tajemnice świata dorosłych były dla niej niezrozumiałe. Instynktownie wyczuwała, że stało się coś złego i że to ona była przyczyną odejścia rodzica. Jedyne, co zrozumiała, to nieomylne przeczucie, że „Może nie jestem prawdziwą córką tatusia. (...) Mama mogła mnie znaleźć”, ale „Mnie się zdaje, że mimo to mógłby mnie tak samo kochać”. Namówiona przez perfidnego Gregersa, gotowa była poświęcić nawet swą ukochaną kaczkę, by udowodnić ojcu bezmiar swego przywiązania do niego. Stało się jednak inaczej. To nie kaczka, lecz ona stała się ofiarą. „Chciała ci poświęcić najdroższe, co ma na świecie, w przekonaniu, że wtedy znowu odzyska twoją miłość”. Zginęła dlatego, że świat dorosłych stał się dla niej niezrozumiały, że została odepchnięta z niewiadomych dla niej powodów.

Stefan Żeromski Ludzie bezdomni

Cierpieli także bohaterowie Ludzi bezdomnych Żeromskiego. Doktor Tomasz Judym był nieszczęśliwy od dzieciństwa. Wychowywany wpierw w domu wiecznie pijanego szewca, został zabrany przez ciotkę i tam przeżywał gehennę. Sypiał na sienniku w przedpokoju, „Prał mię, kto chciał”, wyganiany za byle przewinienie, musiał na klęczkach błagać, by przyjęła go z powrotem. Uciekł stamtąd, „Ale całe moje dzieciństwo, cała pierwsza młodość, upłynęły w nieopisanym, wiecznym przestrachu, w głuchej nędzy”. Dzięki samozaparciu ukończył studia. Po powrocie do Warszawy jednak nie mógł znaleźć sobie miejsca w społeczeństwie. Biedotą, z której się wywodził, pogardzał. Nie znalazł też zrozumienia wśród stołecznych lekarzy, którzy jego propozycje poprawy zdrowotności wśród najbiedniejszych po prostu wyśmiali. Zrozumiał, że jego młodzieńcze ideały nie mają w tym świecie racji bytu. „Wszystko, czym jego dusza żywiła się, tak samo jak ciało chlebem, w czyn się zamienić nie mogło, musiało pozostać sobą, tym samym, marzeniem. Ze wszystkich tych zazdrości i pragnień ofiarnego działania na dużym polu (...) sączył się smutek jak palące krople trucizny. Napojone nim serce obejmowało świat, ludzi i rzeczy jakby w minucie pożegnania”. Klęskę poniósł także podczas pracy w Cisach. Po awanturze i wepchnięciu Krzywosąda do stawu zrozumiał, że stracił posadę i znowu będzie się musiał tułać. Był zły sam na siebie. „Żałość (...) była tak nienasycenie bolesna, tak ostra, tak wydzierająca z wewnątrz, że można ją przyrównać chyba do haka, którego koniec utkwił w żywym płucu (...) Ale kiedy jego żelazo największą szerzyło boleść, kiedy zdawało się wyczerpywać swą siłę, wtedy ukazała się inna jeszcze katusza: uśmiech panny Joasi”. Pojął, że będzie musiał pannę opuścić, więc „Trząsł się wewnątrz ze strachu i szalał z żalu. Wszystko zerwało się w jego duszy”. Wyjechał na Śląsk. I kiedy zdawało się, że będzie w stanie pogodzić swe posłannictwo z życiem rodzinnym, ponownie poniósł klęskę. Doszedł do wniosku, że małżeństwem sprzeniewierzyłby się własnym ideałom, musi więc wyrzec się wszystkiego. Dlatego „Muszę być sam jeden. Żeby obok mnie nikt nie był, nikt mię nie trzymał”. Kiedy Joasia odeszła na zawsze, z rozpaczy rzucił się na ziemię. Patrząc na rozdartą sosnę, „Słyszał dokoła siebie płacz samotny, jedyny, płacz przed obliczem Boga”. Nieszczęśliwa była także Joasia Podborska. Wcześnie utraciła rodziców, bracia rozpierzchli się po świecie. Na utrzymanie musiała początkowo zarabiać jako guwernantka i nauczycielka w domach zamożnych ludzi. Czuła się bardzo samotna, „Wtrąca mię to w smutek, a raczej w jakąś bolesną oziębłość”. Kiedy poznała i pokochała doktora Judyma, miała nadzieję na osiągnięcie życiowej stabilizacji. Jakaż była jej rozpacz, kiedy pan Tomasz brutalnie ją od siebie odepchnął. „Nie była w stanie poruszyć ręką. Siedziała, jakby w twardy sen pogrążona, kiedy wypijamy morza boleści, nie mając siły wydać jednego westchnienia”. Po chwili Judym usłyszał, że dziewczyna płacze. Potem Joasia wstała, „Przez chwilę widział spod bezwładnych, ciężkich, obwisłych powiek jej twarz bolesną. Była jak maska pośmiertna z gipsu”. Odeszła w stronę dworca kolejowego.

Zobacz też : Stefan Żeromski Ludzie bezdomni

Władysław Stanisław Reymont Chłopi

Cierpieli także członkowie rodziny Borynów, bohaterów Chłopów Reymonta. Stary Maciej Boryna, choć nie ujawniał swych uczuć, przeżywał wewnętrzne męczarnie z powodu postępowania Jagny. Kiedy ośmieszyła go publicznie tańcząc z Antkiem w karczmie, zaczął traktować ją źle i sam męczył się, upokorzony wobec wsi. Cierpiał też z powodu nieporozumień z Antkiem, synowskiej nienawiści do niego. Bał się zemsty. Z tego wszystkiego „stary zmizerniał (...) i na wiór się zesychał z tych utajonych myślunków i turbacji, że mu ino oczy gorzały kiej w chorobie. Że zaś nikogo bliżej nie dopuszczał i zwierzać się a wyżalać nie miał przed kim, to go i bardziej piekły te ognie i przepalały”. Po skandalu, kiedy o mało nie zabił własnej żony i syna w stogu, wygonieniu Jagny z domu i ponownym jej przyjęciu, „tak się rozeźlił w sobie, że o bele co gniewem buchał i ciężki był dla wszystkich”. Cierpiała jego męska duma i świadomość, że w Lipcach wszyscy o jego poniżeniu wiedzieli. Ranny w bitwie o las, leżał bezwolny, rzadko odzyskując przytomność, aż do śmierci. Ciężkie życie, ale z własnej winy, miała także Jagna. Wydana za niekochanego starego Borynę, uczuciowo związana z Antkiem , nie czuła wyrzutów sumienia, że męża zdradzała. Miała żal do całego świata, że jej nie rozumiał, litowała się nad sobą. Tęskniła za kochankiem. „Zadać jej cosik musiał, że teraz się biedzi i wydziera z siebie, i w męce się pławi, bo taka tęskność ją rozpierała, aż ją w dołku gnietło, a tak cosik duszę we świat niesło, że poszłaby, gdzie ino oczy poniesą”. Nie rozumiała też, dlaczego wieś i Boryna potępiali ją za to, że tańczyła z Antkiem. Nie mogła sobie znaleźć miejsca. „Mizerniała też w oczach, sypiać nie mogła (...)Ciężyło jej życie, bo i tęskności rozpierały nieopowiedziane”. Mąż nieustannie wypominał jej zachowanie, krzyczał o byle co, matka także tłumaczyła i wyrzekała. „Jagnie było markotno, smutno i tak źle, że ledwie już ścierpiała, na ludzi patrzeć nie śmiała, wstyd jej było przed wsią”. Kiedy Boryna o mało nie przyłapał jej i Antka w stogu siana, całe Lipce zaczęły ją potępiać, widząc w Jagnie przyczynę wszelkiego zła. Przyjęta z powrotem do mężowskiej chałupy, zmieniła się wewnętrznie. Było jej źle, „ciężko i tak przykro, że i nie wypowiedzieć: win swoich jeszcze nie miarkowała, a kary czuła boleśniej niż drugie kobiety (...) Za zło płaciła złem, prawda, ale w sobie była zestrachana cięgiem, pokrzywdzona wielce i tak rozżalona, że nieraz przepłakała całe noce”. Na domiar złego także z Antkiem nie było już tak, jak dawniej. Zaczął ją winić za to, że wieś odsunęła się od niego, a ona „to jeno czuła okropnie, że stała jej się krzywda, stała się jej taka straszna niesprawiedliwość, iż serce rozpękało z bólu, dusiła się w sobie i chciało się jej krzyczeć ze wszystkich sił, na cały ten świat – jako niewinowata, niewinowata!”. Kiedy posądzono ją o deprawowanie kleryka Jasia, „łaziła kiej nieprzytomna”. Obarczona współwiną za defraudację pieniędzy przez wójta, stała się dla wsi niczym trędowata. Cała społeczność postanowiła ją wypędzić. Wrzucona na wóz pełen gnoju, związana, „zbita do krwi, w porwanym odzieniu, pohańbiona na wieki, skrzywdzona ponad człowiecze wyrozumienie i nieszczęsna ponad wszystko, leżała jakby już nie słysząc ni czując, co się dzieje dokoła, tylko żywe łzy nieustanną strugą ciekły po jej twarzy posiniaczonej, a niekiedy wzniesła się pierś niby w tym krzyku skamieniałym”. Nieszczęśliwy był także Antek Boryna. Dowiedziawszy się, że ojciec zamierza ożenić się z Jagną i że zapisał jej sześć morgów, „gorzał w mękach coraz boleśniejszych i sroższych – ani jadł, ni spał, nie mógł się zająć czymkolwiek; był ogłuszony jeszcze, nieprzytomny zgoła i nie wiedzący, co się z nim dzieje”. Zazdrość i rozpacz zawładnęły nim bez reszty. Wyrzucony po bójce z ojcowskiego domu, „szedł jak martwy, a blady jak ten papier, oczy mu gorzały zaciętością i zęby szczękały kiej we febrze”. Wiedział, że wieś potępiała właśnie jego, ale nie mógł nic poradzić na to, że kochał i pragnął Jagny, że kierowała nim zazdrość. Hanka także przeczuwała, że „w nim waży się cosik strasznego, cosik, co ino przez moc zdzierża, co ino przywarło, przytaiło się, a ssie mu duszę”. Antek cierpiał, chwilami miał ochotę rzucić wszystko i zdać się na los. Wszystko było mu obojętne, „życie mu mierzło i przeżerał go smutek – głęboki smutek, co jak ten jastrząb wczepił się w serce pazurami i darł, i ozdzierał. (...) czuł się jako to drzewo rodne, obłamane przez wicher i na zagładę skazane, a schnące powoli w samym środku kwitnącego, zdrowego sadu”. Posądzony o próbę podpalenia ojcowskiej zagrody, odgrażał się całemu światu. „I tak się sturlał w to jakieś zatracenie”, nienawidząc wszystkich, zaślepiony zemstą. Wieczorami, wiedziony rozpaczą, czatował pod chałupą Boryny, by ujrzeć Jagnę. Kiedy jednak ksiądz napomniał go publicznie za grzeszne życie i stosunek do ojca, w głębi duszy zapowiedział zemstę. Wyczuwszy zaś, że Jagna nie kocha go jak dawniej, miał do niej żal, że to przez nią cierpi. W czasie bitwy o las miał ochotę zastrzelić ojca, ale nie uczynił tego. Skazany na więzienie, starał się Jagnę wyrzucić z pamięci. Kiedy wieś postanowiła ją wygonić, nie sprzeciwił się. Antek był powodem cierpień Hanki. Nie była kobietą atrakcyjną i wiedziała o tym, że mąż jej nie kochał. Czuła się bardzo samotna i „ciężko jej było na sercu – ani pogadać, ani wyżalić się przed kim na dolę swoją”. Czuła się upokorzona, że Jagna zawsze nad nią dominowała. Domyślała się, że Antek kochał jej rywalkę, ale była wobec tego faktu bezsilna. Wypędzona z domu teścia i pozbawiona perspektyw zostania pierwszą gospodynią we wsi, „aż mdlała z żałości (...) a tak ryczała, tak wyklinała, tak zawodziła”, że ludzie powychodzili z domów. Żal straconych bogactw i pretensje do Antka spowodowały, że zgorzkniała i zamknęła się w sobie. Cierpiała również z tego powodu, że kiedyś była gospodynią i wszyscy ją szanowali, a teraz nie miała się nawet komu wyżalić. „Niemoc ją ogarnęła, niemoc ogromna, cicha i bolesna, tak strasznie bolesna, że nawet płakać nie mogła, nie miała sił, trzęsła się ino w sobie (...) zapatrzyła się przed się, w swoją dolę nieszczęsną, w gorzka bezmoc swoją”. Kolejne skandale związane z Antkiem i Jagną pogrążały ją w bezgranicznej rozpaczy i „To ją kieby rozpalonymi obcęgami ściskało za serce, przegryzało na wskroś i rozrastało się w niej piekącą, nieustępliwą pamięcią. (...) Ból poniewierki dusznej, poniżenia, wstyd, zazdrość, pomsta i wszystkie te jędze nieszczęścia wsadzały kolczaste łby do jej serca i tak szarpały, że choćby krzyczeć w niebogłosy, a łbem tłuc o ścianę”. Rozpacz w końcu pchnęła ją do buntu. Pogodziła się z Boryną i powróciła do jego domu. Odzyskała poczucie własnej wartości.

Zobacz też : Władysław Stanisław Reymont - Chłopi

Gabriela Zapolska Moralność pani Dulskiej

Istotą nieszczęśliwą była też Mela, jedna z bohaterek Moralności pani Dulskiej Zapolskiej. Mała dziewczynka instynktownie wyczuwała, że w rodzinie dzieje się coś złego. Czuła się wyobcowana, inna niż reszta rodziny. Pragnęła mieć kogoś bliskiego, cierpiała więc, chociaż „Nie dzieje mi się nic złego: mam ojca, matkę, was, dbają o mnie, uczę się wszystkiego, a mnie się zdaje, że mi się dzieje jakaś straszna krzywda, że mnie ktoś więzi, że mi ściśnięto gardło”. Nikt się nią nie interesował, nie miał ochoty słuchać jej zwierzeń. Cierpiała także zmierzająca do grobu ludzkość.

Zobacz też : Gabriela Zapolska - biografia, Moralność pani Dulskiej

Jan Kasprowicz

W wierszu Dies irae Kasprowicz ukazał pochód tych, na których „Ogromna, niesłychana, wiekuista męka, / z nieprzygasłymi oczyma, / milcząca, cicha i jak zmierzch pobladła, / na wklęsłych skroniach siadła, / na wpółotwartych powiekach / i na wydętych piersiach tych olbrzymich ciał, / które do krzyży przybiła / nielitościwa dłoń”. Bóg był jednak nieczuły i pozwalał, by na ziemi zapanowało zło. Nie zwracał uwagi na cierpienia ludzi i ukarał za słabość ducha i ciała wiecznym potępieniem.

Literatura XX-lecia międzywojennego

Michaił Bułhakow Mistrz i Małgorzata

W Mistrzu i Małgorzacie Bułhakowa człowiekiem cierpiącym za ludzkość był Joszua Ha-Nocri. Przyprowadzony do Poncjusza Piłata więzień miał pod lewym okiem wielki siniak i w kącikach ust zdartą skórę. Skazany przez Sahedryn na śmierć, na Nagiej Górze został ukrzyżowany. „Już w pierwszej godzinie popadł w omdlenie, a potem stracił przytomność”. Obsiadły go muchy, ale on tego nie czuł. Ocucony przez jednego z oprawców, podniósł na chwilę „twarz o obrzękłych powiekach, twarz nie do poznania” i chciwie wypił podaną mu wodę. Zmarł w chwilę potem, dźgnięty włócznią w serce. Cierpiał także Poncjusz Piłat. Zapach kwiatów przyprawiał go o dotkliwy ból głowy. „Był jak z kamienia, bał się bowiem poruszyć głową płonącą z piekielnego bólu”. Zdumiało go, że więzień odgadł przyczynę jego cierpienia, doprowadzającego go nawet do samobójczych myśli. Zmuszony do zaakceptowania wyroku śmierci dla Ha-Nocri, zrozumiał, że nikt go już nie wyleczy z bólów głowy. Poza tym „Przenikał go ten sam niepojęty smutek, który ogarnął go już wcześniej, na tarasie. Procurator usiłował zrozumieć powód tego smutku. Powód był dziwny – procurator miał niejasne wrażenie, że nie dokończył rozmowy że skazanym, a może nie dosłuchał czegoś do końca”. Na uwolnienie od cierpienia musiał czekać dwa tysiące lat. Przez ten czas siedział na szczycie góry i spał, „ale kiedy nadchodzi pełnia księżyca, dręczy go (...) bezsenność. Cierpi na nią nie tylko on, ale również jego i jego wierny stróż, pies”. Gdy się budził, błagał o możliwość porozmawiania z więźniem. Uwolnił go Mistrz, któremu Woland pozwolił dokończyć powieść. Mistrz także przeżywał męczarnie – moralne. Był człowiekiem samotnym, w Moskwie nie miał krewnych ani znajomych. Załamał się, kiedy krytycy odrzucili jego powieść. Obawiając się, że jest psychicznie chory, zamknął się dobrowolnie w szpitalu psychiatrycznym. Dzięki miłości Małgorzaty został uwolniony od cierpień. „Mistrz zaczął uważnie przysłuchiwać się temu wszystkiemu, co działo się w jego duszy. Wydało mu się, że podniecenie minęło, przekształciło się w poczucie wielkiej, śmiertelnej krzywdy, ale i ono było nietrwałe, przeminęło, zastąpiła je, nie wiedzieć czemu, wyniosła obojętność, a tę z kolei – przeczucie wiekuistego spokoju”.

Stefan Żeromski Przedwiośnie

Nieszczęśliwa była też Jadwiga Barykowa, jedna z bohaterek Przedwiośnia Żeromskiego. Wydana za mąż za całkowicie sobie nieznanego człowieka, musiała opuścić ojczyznę i zamieszkać w dalekim Baku. Pogodziła się z losem i poświęciła wychowaniu syna. Kiedy jednak mąż odszedł na wojnę, musiała zacząć decydować o wszystkim, do czego nie była przyzwyczajona. „Wstydziła się i trwożyła. Przeżywała jedną z najsroższych tortur, torturę czynu narzuconą niedołężnej bierności. Cierpiała nie mogąc dać sobie rady. Trwoga o syna, który jak na złość się zlisił, dobijała ją”. Wolała w takich chwilach uciekać w świat wspomnień o rodzinnych Siedlcach i miłości Szymona Gajowca. Rzeczywistość jednak wymagała, by dbała o byt swój i syna. Rewolucja i wojna zmuszała ją do podejmowania decyzji za oboje. „Nie jadła, chudła z dnia na dzień, a nie sypiała wcale”. Nieustannie wyjeżdżała na prowincję po prowiant. „Lecz siły tej kobiety malały. Nogi jej zaplątały się i gięły, pełna była mroku i strachu. Bała się teraz śmierci”. Cezary początkowo nie dostrzegał, że zmizerniała. Potem jednak zauważył, że często chwytała się za serce albo głowę, przemęczona i niewyspana. Popełniła na dodatek tragiczny w skutkach błąd – udzieliła schronienia rodzinie książęcej. Za karę skierowano ją do robót publicznych. Słaby i wycieńczony organizm nie wytrzymał jednak tego. Pewnego dnia padła na drodze i zmarła.

Zobacz też : Stefan Żeromski - Przedwiośnie

Zofia Nałkowska Granica

Nie była szczęśliwa także Justyna Bogutówna, jedna z bohaterek Granicy Nałkowskiej. Nieślubna córka kucharki jako dziecko bawiła się z hrabiankami i to przyczyniło się do ukształtowania jej charakteru. Wrażliwa i prostoduszna, nie mogła jednak potem znaleźć sobie miejsca w otaczającym ją świecie. Po poznaniu Zenona Ziembiewicza miała nadzieję, że związek ten stanie się czymś trwałym. Kochała go naprawdę. Kiedy zmarła jej matka, tylko on był jedyną bliską osobą. Z czasem zrozumiała jednak, że stanowi dla niego jedynie przedmiot seksualnych rozkoszy, a tak naprawdę w jego życiu liczy się jedynie żona. Musiała nawet usunąć ciążę, ponieważ jej kochanek nie życzył sobie pozamałżeńskiego potomka. Początkowo rozpaczała, potem zaczęła popadać w zmienne nastroje. Kolejne posady, które załatwiała jej Elżbieta, rzucała. Często płakała bez przyczyny. Całkowicie odsunęła się od ludzi. „To jest taki stan nerwowy – płacz, apatia, depresja”. Zachorowała na schizofrenię. Często śniło się jej nienarodzone dziecko. Przestały ją cieszyć odwiedziny Zenona. Zwierzyła mu się nawet kiedyś, że „Takie to we mnie siedzi złe i tak mnie dusi”, że chwilami ma ochotę zrobić mu coś złego, nawet zabić, „Odkąd ja myślę, że już na moją mękę nie ma innego sposobu, tylko żeby ciebie nie było”. Oblała go kwasem solnym i potem spokojnie oczekiwała na aresztowanie. Nie chciała wyjawić motywów swego czynu. „Mówiła tylko, jeszcze widocznie pod działaniem wstrząsu, że jest <>, i bez żadnych oznak protestu dała się odwieźć do więzienia”.

Literatura współczesna

Literatura współczesna, szczególnie ta dotycząca okresu wojny i okupacji, zawiera wiele przykładów ludzkiego cierpienia.

Zofia Nałkowska Dno

Dno Nałkowskiej to historia kobiety, która „Przeszła takie rzeczy, w które by nikt nie uwierzył”. Była całkowicie samotna. Podczas pobytu na Pawiaku bito ją „gumową pałką... Jak zasłoniłam twarz rękami, to mi tą pałką wybili palce”. Potem pracowała w fabryce amunicji. Cierpiała chłód i głód. Do Ravensbrück wieziono ją wraz z innymi w bydlęcym wagonie, na stojąco, bez picia i jedzenia. Niektóre z kobiet zwariowały i zostały zastrzelone. Ona przeżyła. Gehennę przeszła też Dwojra Zielona. Kiedy skończyła się wojna, miała trzydzieści pięć lat, ale wyglądała staro, nie miała oka i zębów. W czasie likwidacji getta ukrywała się bez jedzenia przez cztery tygodnie. „Myślałam: umrę. Byłam taka osłabła. Byłam sama jedna na świecie”. Oko straciła podczas strzelaniny pierwszego stycznia 1943 roku. Chciała jednak mimo wszystko żyć. Nie wytrzymała jednak odosobnienia i wraz z innymi Żydami pojechała do Majdanka. Kiedy wojska sowieckie wyzwoliły więźniów, „Witaliśmy ich, aleśmy ani krzyczeli, ani nic. (...) Nie mieliśmy siły”.

Zobacz też : Zofia Nałkowska - biografia

Gustaw Herling-Grudziński Inny świat

Cierpieli także więźniowie sowieckich gułagów opisani w Innym świecie przez Grudzińskiego. Po całodziennej morderczej pracy wracali do obozu, ale „Męka życia więziennego nie kończyła się w baraku, wprost przeciwnie, zamieniała się dopiero w torturę myśli o śmierci. Ale miała w sobie tajemniczy – pociągający i odpychający zarazem – urok intymności cierpienia”. Codziennie przed powrotem do zony zachowywali się jak ludzie wolni, potem kładli się na pryczach „jak ludzie zdławieni rozpaczą”. Jednym z takich nieszczęśliwców był Michaił Kostylew. Aresztowany za czytanie „niewłaściwych” książek był podczas śledztwa nieludzko katowany. Jednak Kostylew „nie przyznawał się do winy z uporem, który rósł w miarę, jak potęgowały się zadawane mu cierpienia”. Poddany „praniu mózgu”, przyznał się do wszystkiego, nawet do tego, czego nie popełnił. Odesłano go do obozu z dziesięcioletnim wyrokiem. Skierowany do pracy w leśnej brygadzie, szybko stał się wrakiem człowieka. „Praca fizyczna załamała go i poniżyła do tego stopnia, że nie było rzeczy, której by nie zrobił dla zdobycia dodatkowego kawałka chleba”. W obozie w Jarcewie wciąż miał rękę na temblaku. Pewnej nocy narrator ujrzał makabryczny widok. Kostylew oderwał opatrunek, potem „przybliżył się do pieca i po omacku wsunął obandażowaną rękę w ogień. Przez jego ściągniętą twarz przebiegł skurcz bolu, oczy zdawały się wświdrowywać w głąb czaszki, zęby puściły dolną wargę i zacięły się ze zgrzytem, a na czoło wystąpiły wielkie krople potu”. Po jakimś czasie postanowiono wysłać go na Kołymę, a to równało się wyrokowi śmierci. W przeddzień „oblał się w łaźni wiadrem wrzątku (...) umierał w straszliwych męczarniach, nie odzyskawszy do końca przytomności”. Wolał umrzeć niż utracić resztki godności. W czasie epidemii cierpienie stało się udziałem mieszkańców Oranu.

Albert Camus Dżuma

Tragedię miasta przedstawił W Dżumie Camus. Na śmierć w męczarniach skazani byli wszyscy: ludzie uczciwi i złoczyńcy, starcy i dzieci, kobiety i mężczyźni. Oran został odizolowany od reszty świata. Z dnia na dzień samotność i trwoga ludzi pogłębiały się „I tak, osiadając na mieliźnie wpół drogi trzepotali się raczej, niż żyli, wydani dniom bez kierunku i jałowym wspomnieniom – błąkające się cienie, które wtedy tylko mogły nabrać siły, gdy zapuszczali korzenie w ziemię swoich cierpień. Doznawali więc głębokiego bólu wszystkich więźniów i wygnańców – żyli pamięcią nieprzydatną do niczego”. Z czasem zaczęto się przyzwyczajać do epidemii. „Nasi współobywatele weszli w ten rytm, przystosowali się, jak to się powiada, nie sposób bowiem było postąpić inaczej. Naturalnie, zachowali jeszcze postawę nieszczęścia i cierpienia, lecz nie czuli już ich ostrza”. Nikt jednak obojętnie nie mógł patrzeć na śmiertelne męczarnie najmłodszych. Nie udało się uratować małego synka sędziego Othona. Doktor Bernard Rieux i jego pomocnicy bezradnie patrzyli na wijącego się w konwulsjach chłopca. „Widzieli już umierające dzieci, od miesięcy bowiem terror nie czynił wyboru, ale nigdy jeszcze nie śledzili ich cierpień minuta po minucie, jak teraz”. Dziecko rzucało się i krzyczało, w końcu umilkło na zawsze.

Gustaw Herling-Grudziński Wieża

Studium ludzkiego cierpienia jest opowiadanie Wieża Grudzińskiego. Główny bohater, Lebrosso, chorował na trąd. Przez pięć lat mieszkała z nim w Wieży Strachu siostra, „Tak samo trędowata, dzieliła jego męki, a on próbował ulżyć jej cierpieniom”. Po jej śmierci stał się przeraźliwie samotny, cierpiał nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. „Nie same bóle zresztą były najgorsze, ale ich wierne echo – bezsenność. (...) Jego niepokój rósł wraz z nocą. (...) Widział ciągle to samo i groza tych doznań przewyższała wszelkie udręki jego ciała”. Był nawet taki moment, że postanowił popełnić samobójstwo, że „Pragnienie samozniszczenia opętało wszystkie jego myśli”. Od targnięcia się na własne życie uratował go znaleziony list siostry. W utworze występuje także symboliczne ujęcie ludzkiego cierpienia – to klęczący „pielgrzym świętokrzyski”. Legenda głosiła, że posuwa się on powoli i kiedy dojdzie na szczyt Świętego Krzyża, nastąpi koniec świata. Ludzie wierzyli, że „w swojej nieskończonej męce, raniąc sobie kolana o przydrożne kamienie, pielgrzym dojdzie kiedyś i nie dojdzie nigdy do celu swej wędrówki; gdyby zaś nawet doszedł, w nagrodę za swoją wytrwałość uzyska tylko tyle, że równocześnie ze światłem zbawienia ujrzy ogień ostateczny pochłaniający wraz z nim całą ziemię”. Przypominał cierpiącego Lebrosso.

Władysław Broniewski

Cierpienia ojca po śmierci ukochanego dziecka opisał Broniewski w utworze pt. W zachwycie i grozie. Podmiot liryczny przyznawał się, że nie potrafi „sercu powiedzieć: nie płacz, / kiedy rozpacz serce przeżarła”. Jego córka Anka była wspanialsza niż inne kobiety. W oczach ojca była podobna „do świata, który się stawał / w zachwycie i grozie, / a jam serce gorące podawał na mrozie”. W Obietnicy zwierzał się zmarłej, że po jej odejściu czuje się bardzo samotny, że „pusto koło mnie”, a „serce krwawi i czeka, / ono nie umie zapomnieć”. Zdaje sobie sprawę, że Anka nie żyje, ale „nadal razem się trudzim”. Obiecywał, że nadal będzie pisał wiersze, więc słowa danego dotrzymuje. Twórczość jednak nie przychodzi mu łatwo. Czuje się niczym Chrystus, bo musi „nieść wiersz i pod nim upadać”. Przyrzekał Ance, że choć rozpacz przypomina czarną noc, która „siadła na mnie i kracze”, to jednak nie podda się: „Oberwę, oberwę jej skrzydła, / wyrwę się, wyrwę rozpaczy”. 

Zobacz też : Wrzesień 1939 w poezji

Zbigniew Herbert

Herbert jest autorem wiersza Pan Cogito rozmyśla o cierpieniu. Podmiot liryczny dochodzi do wniosku, że wszelkie próby stłumienia rozpaczy najczęściej zawodzą. Usiłowania oddalenia się od cierpienia w „refleksję / opętańczą akcję na rzecz bezdomnych kotów, / głęboki oddech, / religię” – nie przynoszą ulgi. Należy więc pogodzić się z cierpieniem, „pochylić łagodnie głowę / nie załamywać rąk”, podchodzić do cierpienia w miarę spokojnie, „bez fałszywego wstydu / ale także bez niepotrzebnej pychy”, nie obnosić się z nim między ludźmi, jak z kalectwem. Trzeba spróbować pogodzić się z nim, „ale równocześnie / wyodrębnić je w sobie”, w miarę możliwości „stworzyć z materii cierpienia / rzecz albo osobę”, próbować obchodzić się z nim „jak z chorym dzieckiem”, bawić się z nim, „wymuszając w końcu / głupimi sztuczkami / nikły / uśmiech”.

Zobacz też : Pokolenie Współczesności i Nowa Fala

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)